Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Candela

Zamieszcza historie od: 2 stycznia 2016 - 19:11
Ostatnio: 18 maja 2020 - 14:09
  • Historii na głównej: 66 z 87
  • Punktów za historie: 17660
  • Komentarzy: 1523
  • Punktów za komentarze: 2993
 

#85530

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiejszy temat: show business.

Kto romansuje z tą branżą, w małej lub większej skali, musi mieć żelazne newry.

Lokalny konkurs muzyczny, do wygrania niemałe pieniądze. Ale to nie forsa jest najważniejsza, raczej prestiż, kontakty, bankiety i inne bzdety.

Wygrała grupa mojego Męża. Nazwa, skład, miejsce prób, aranżacje, wszystko zostało zorganizowane przez Ukochanego. Chodził dumny jak paw, naprawdę bardzo się cieszyliśmy, bo nie dość że wielki sukces, docenienie (dość nietypowego) pomysłu, to jeszcze za wygraną szykowała się wycieczka w góry i mały remont.

Entuzjazm jednak minął przy pierwszym wydaniu lokalnego szmatławca.

Mąż, kompletując zespół, starał się wybrać najbardziej uzdolnionych, lokalnych muzyków. Część mu odmówiła (po ogłoszeniu wygranej, dostał na telefon mnóstwo pretensji w stylu "a o mnie zapomniałeś").

Skoncentrujmy się jednak na wokaliście. Adam to człowiek znany i szanowany w naszych okolicach. Tym bardziej miło nam się zrobiło, gdy zgodził się wejść we współpracę.

Jednak gdy w mediach pojawiły się artykuły na temat konkursu, wszędzie, za przykładem lokalnego brukowca, pisano o sukcesie grupy Adama Iksińskiego i publikowano wyłącznie jego zdjęcia. Nigdzie nie wymieniono nazwisk pozostałych członków zespołu, nie było ich też na żadnej fotografii. No ludzie widmo.

Pomyślicie sobie, że to takie "nic", ale wyobraźcie sobie, jak chwalicie się rodzinie tak wielkim, znaczącym sukcesem, a po tygodniu dostajecie telefon, że "no fajnie naściemniałeś, przecież zwycięzcą jest Adam Jakiśtam".

I teraz to szukanie po internecie jakichś innych zdjęć, żeby nie wyjść na zidiociałego kłamcę i dziadowanie linkami, by udowodnić że jego zespół jest jego, to była totalna żenua, która odebrała całą radość z sukcesu.

Nawet sam Adam był zbulwersowany postawą dziennikarzy, bo wiedział jaki kawał roboty odwalił mój Mąż. A tu do Adama wydzwaniają z prośbami o udzielanie wywiadów.

I jak tu być z siebie dumnym.

Jedyny plus z całej tej sytuacji jest taki, że Adamowi tak spodobały się pomysły Męża, że chciałby nawiązać dłuższą współpracę, a reszta zespołu, zmotywowana wygraną, również nalega by pociągnąć to dalej.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (130)
zarchiwizowany

#84228

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzisiaj wpis honorowy!

Ta strona przechodzi samą siebie. Uwaga, tego jeszcze nie grali.

Zaglądam sobie od czasu do czasu na piekielnych, a to poczytać, a to skomentować. Jak na razie mam sielankę, więc nie muszę niczego opisywać.

Weszłam na mój własny profil i patrzę że na głównej wylądowały moje dwie historie z zamierzchłych czasów, gdy byliśmy z Mężem na etapie poszukiwań swojego miejsca na ziemi (ba, nawet nie byliśmy jeszcze małżeństwem :D).

Wielu użytkowników nie zauważyło daty dodania wpisu i tak oto zostaliśmy z Mężem zaszufladkowani jako upośledzone społecznie elementy, które od trzech lat nie potrafią sobie znaleźć pracy, to wszystko oczywiście zostało okraszone masą uszczypliwości.

Dlatego Kochani, aktualizacja: nie wojujemy już ani z PUPem, ani z januszami, ani z lodziarnią i nie bidujemy na śmieciówkach.

Peace!

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (120)

#70881

(PW) ·
| Do ulubionych
Z wykształcenia jestem, powiedzmy, dla przykładu, księgową. Od jakiegoś czasu szukam stażu, dajmy na to, w biurze rachunkowym.

Niestety, Urząd Pracy nie posiada funduszy na organizowanie nowych staży. Ale spokojna głowa! Mamy dla pani dwa inne, proszę się zastanowić.

1. Gastronomia - od poniedziałku do soboty - 50 km od miejsca mojego zamieszkania. Jak dobrze, to prawie zarobię na sam dojazd. Hmm, kuszące.

2. Sklep ogrodniczy, na stanowisku "przerzucacz worków z ziemią do kwiatów", jak dobrze, to nawet trochę handlu uda się liznąć.

Powiedzcie mi, czy naprawdę na takie stanowiska potrzebne są staże? Czy to tylko kombinatorstwo pracodawców, szukanie taniej siły roboczej?

No i oczywiście marnotrawienie przez Urząd pieniędzy, za które osoby wykształcone mogłyby zdobyć doświadczenie.

Ja się nie dziwię, że ludzie uciekają na zachód, aż się za nimi kurzy. Serce się kraje, bo nasz kraj taki piękny, wywalczony, odzyskany przez bohaterów.

Niszczony przez urzędników i kombinatorów.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (250)

#70880

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, że praca w tym kraju jest, ale płacić nie ma komu.

Mój Chłopak od jakichś trzech lat z uporem maniaka jest wysyłany przez Urząd Bezrobocia do pracy. I to nie byle jakiej. Kiedy za pierwszym razem odmówił, wyrzucono go i pozbawiono ubezpieczenia. W tym czasie miał bardzo poważny wypadek i zdał się na łaskę znajomych lekarzy, na szczęście żyje i ma się dobrze. Za kolejnymi razami przyfarciło mu się i szedł do pracy na śmieciówkach, więc mógł odrzucić propozycję Urzędu bez żadnego "ale".

Propozycja wyśmienita, pełen etat, umowa o pracę, najniższa krajowa, zapewniają dowóz - taka wizja została mu przedstawiona w Urzędzie i z takim skierowaniem pokicał do firmy, gdzie dowiedział się, iż...

Owszem, umowa o pracę, na niej najniższa krajowa i dowóz, ale my tu, proszę pana, pracujemy od poniedziałku do soboty, po 10 godzin dziennie, łącznie ze świętami, praca fizyczna, ciężka, nadgodziny płacone na lewo w postaci 300 zł premii, o ile nie będzie się pan obijać (wyliczcie sobie proszę sami, jaka stawka godzinowa wychodzi z premią, jaka bez).

Na takie dictum Chłopak kazał napisać im te warunki na kartce, żeby mógł się wykpić w UP.

- Ależ ja panu tego nie mogę napisać, hehe, sam pan rozumie.

To proszę napisać, że mnie nie chcecie.

- Ależ my jak najbardziej pana chcemy, cały czas mamy braki w kadrze.

Ciekawe czemu?

No nic, zabrał papiery, wrócił do Urzędu, powiedział, jak to wygląda naprawdę, i że on woli tynk gryźć, niż tam pracować.

- A ma pan dowód? Nie? To my pana pozbawiamy statusu bezrobotnego, gdyż nasza kontrola nie wykazała żadnych nieprawidłowości w firmie X... Bla bla bla, może się pan odwołać do wojewody.

Odwołania to pan wojewoda chyba nawet nie przeczytał.

Kilka słów o wielkim społeczniku, złotym człowieku, panu pracodawcy, prezesie firmy X.

Pan prezes stworzył firmę z daleka od cywilizacji. Firma opiera się na taniej sile roboczej w postaci "wieśniaków" bez wykształcenia, najczęściej takich, którym to się za młodu zdarzyło dziecko lub mieli inną ciężką sytuację. Jednym słowem wykorzystywani są ludzie, którzy nie mają wyboru. Bardzo często mu spie*rzają za granicę.

Pan prezes zbudował sobie obok firmy wypierdziastą willę, prawie pałac, wozi się najlepszymi samochodami, jak to człowiek byznesu.
Pan prezes został pracodawcą roku, wspaniałym, dobrodusznym etc. etc. Pana prezesa nigdy, przenigdy NIE ZASKOCZYŁA kontrola PIP.

Chłopak ma wykształcenie wyższe, posiada prawo jazdy, zna dość dobrze dwa języki obce. Ma doświadczenie w handlu, ukończył kilka ciekawych kursów.

Urząd Pracy od kilku lat uparcie chce, by przez 10 godzin dziennie przerzucał "coś" z jednej kupki na drugą. Przez 40 godzin w tygodniu legalnie, przez 20 niekoniecznie i jakby za darmo. 20 km od domu.

BTW "BHP? A cóż to takiego?”.

Czy to tylko zwykły wyzysk, czy już niewolnictwo?

I czy gdzie diabeł - pan prezes nie może, tam Urzędem Pracy się wysłuży? Przeciętna osoba pana prezesa wyśmieje, ale Urzędowi się nie odmawia, a spróbuj tylko.

Firma X nadal poszukuje pracowników... Ktoś zainteresowany?

urzędy

Skomentuj (125) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 166 (344)

#83629

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu byliśmy na ognisku u znajomych. Zbieranina ludzi w przedziale wiekowym 20-45, plus dzieciaki - gromadka powiedzmy dziesięciolatków.

Większość dorosłych raczyła się jakimś alkoholem, niektórzy mniej, inni więcej, ale była też trzeźwa grupka, w tym ja.

Zostałam oddelegowana do domku, by zobaczyć co u dzieciaków. No i zastałam następujący widok: wianuszek łobuzów skupiony wokół jakiejś filiżanki. Przyjrzałam się dokładniej i dostrzegłam w naczyniu kompletnie sztywne zwłoki jakiegoś ptaka. Zapytałam co się stało. W tym czasie do domu wszedł tatusiek, z gatunku tych mocniej podpitych.

Któreś dziecko zaczęło opowiadać, że znaleźli ptaszka w lesie, że to strasznie smutne i bardzo by chciały, by się obudził.

No więc już chciałam im wytłumaczyć, że ptaszek niestety nie żyje, że nie powinno się dotykać zwłok zwierzaków, bo można się nabawić choroby, że powinniśmy znaleźć jakieś pudełko, nazbierać dużo kwiatków i zrobić mu piękny pogrzeb...

Nie zdążyłam dokończyć przemowy, bo w tym momencie wkroczył tatusiek i piorunując mnie wzrokiem, objął swojego synka i oznajmił dzieciakom:
- Ależ to bzdura, ptaszek żyje, zostawcie go tutaj, niech leży spokojnie do jutra, na pewno się obudzi!

Po czym, już na osobności, wytłumaczył mi, że jestem okrutna i bez serca, żeby tak mówić dzieciom o śmierci i pogrzebie. Pokiwałam głową, stwierdziłam że to nie mój narybek, róbta ze swoimi dziećmi co chceta.

Ale do jasnej ciasnej Anielki, robienie z dzieci idiotów poprzez mówienie, że sztywny ptak z totalnie zmasakrowanym łebkiem magicznie ożyje to chyba nie jest słuszna droga. Tym bardziej, że była to dobra okazja, by nauczyć dzieci, że nie powinno się zbierać zwłok, a już na pewno nie przynosić ich do domu i trzymać na stole w jadalni...

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (158)

#83280

(PW) ·
| Do ulubionych
Wyczekany urlop w górach, czyli świetna okazja by pospacerować i doskonalić w sobie romantyzm, jak na artystów przystało.

Nie napiszę gdzie (ewentualnie na pw), ale zdarzenie nadszarpnęło moje nerwy i doszczętnie zepsuło humor.

To że ludziom zamieszkującym pewne rejony Polski odbiło na punkcie czerpania pieniędzy z turystyki, chyba wszyscy wiedzą. Ja podaję mój przykład.

Zaznaczam, że wszystko przez tego człowieka było wypowiedziane aroganckim, a nawet chamskim tonem.

- Dzień dobry, ile kosztuje parking?
- Dwadzieścia pięć złotych.
- Ile!?
- Jak się nie podoba, to żegnam.

Nie powiem, cena nas zwaliła z nóg, ale czego się nie robi, by raz w roku pójść w ukochane miejsce? (Przejeżdżaliśmy obok, nie nocowaliśmy w tych rejonach, więc siłą rzeczy gdzieś zaparkować musieliśmy).

Postawiliśmy samochód, poszliśmy zapłacić i zagadujemy parkingowego.
- Dlaczego u pana tak drogo? Przecież w obrębie całego Parku Narodowego kasują po piętnaście... - ot, zwyczajne pytanie.
- Dwadzieścia pięć złotych, albo możecie jechać.

Tak się nam jakoś niesmacznie i smutno zrobiło. Ale te widoki...
- No dobra.
Podaliśmy pieniądze. Czekamy. Nic.
- Dałam panu pieniądze, poproszę bilet.
Wywrócił oczami niezadowolony i niechętnie wydrukował nam kwitek.
- Życzy pan sobie, byśmy go włożyli za szybę, czy możemy wziąć ze sobą?
- Jak dla mnie, możecie go sobie nawet zjeść.
- ...!?

Wiecie co, Piekielni... naprawdę nie sądziłam że jeden cham może zabić przyjemność z wycieczki w tak piękne i klimatyczne miejsce. Ja się pytam jakim prawem muszę płacić komuś takiemu za przechadzkę po moim własnym kraju? Kraju, który on zresztą okrada, migając się od płacenia podatku.

Cały klimat tego miejsca poszedł się żenić przez pazernego, chamskiego człowieka.

PS. Dowiedzieliśmy się potem od ludzi, że nie tylko nas ten facet tak potraktował. Podobno multum ludzi się skarży i na ceny, i na chamstwo.

Szkoda naszych pięknych, polskich gór...

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (226)
zarchiwizowany

#82987

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak mnie wczoraj zabolało zderzenie z betonem!

Troszkę ze znajomymi grillowaliśmy i piwkowaliśmy, a podczas takich sytuacji zadrza się też rozmawiać. Temat zszedł na tory niebezpieczne, mianowicie homoseksualizm. No i się nasłuchaliśmy, że jak muszą, niech sobie są, ale niech się nie wychodzą z szafy. Bo wszystkie pe**ły noszą wibratory na czołach i chcą wszystkich zmusić do bycia pe**łami - patrz: parady równości. No bo o to w tych paradach chodzi, co nie? Żeby wszystkich przekonać do bycia homo. Taki cel, o. Spojrzałam w telewizoru na geja i jusz kręci mje somsiatka, hłe hłe. No logiczne, każdy tak ma.

Jakoś przełknęliśmy to czcze pierniczenie, ludzie naoglądali się pudelka, niech sobie w to wierzą, osobiście wierzę że ziemia jest wklęsła, a ja w poprzednim wcieleniu byłam tosterem. No i git, kwestia wiary.

Ale mnie normalnie skręciło, kiedy jedna z betonek powiedziała, że w sumie znała kiedyś pe**ła i to nawet spoko koleś był. No i miał tę swoją żonę i tylko się z nich wszyscy śmiali, bo zabawni byli. Se myślę - jakiś mega otwarty związek, skoro koleś żonaty.

- To znałaś jednego geja, tak? I mówisz, że był spoko?
- Nie no, znałam dwóch.
- A ten drugi w porządku czy nie?
- A nie wiem, nie znałam osobiście.
- To kto to był, że znałaś i nie znałaś jednocześnie?
- No żona tego pierwszego.
- Znaczy jego żona była lesbijką?
- Nie no gejem.
- Czyli ta niby żona to facet?
- No nie facet - pe**ł.
- Ale mężczyzna?
- No gdzie tam!

Tu już strzeliłam facepalma i włączył mi się tryb "przedszkolanka".
- Znaczy się miał brodę, pisiolka i niski głos?
- No tak.
- Czyli facet!
- No nie facet. Kobieta.

Nie chce mi się pisać w kółko tego samego, bo właśnie w tym stylu wlekła się dalsza konwersacja. W każdym razie dowiedziałam się, że gej to kobieta i że facet nie może mówić że ma chłopaka, bo to nie chłop, tylko baba. Czyli właściwie transseksualiści, geje, pedofile i górale to to samo.

Po wczorajszym odkryciu mam rozkminę czy facet, który ma faceta, tj. kobietę sam jest kobietą, bo jest gejem, więc gej to lesbijka?

Rozmowy z betonami ryją banie bardziej niż fizyka kwantowa :) A mówi się, że są głupi, czy coś.

nienawiść

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 63 (163)

#82847

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam kolejnego ogona.

Kubuś jest u mnie od miesiąca. Dziki, zabiedzony, nieufny przybłęda. Dzisiaj się dowiedziałam, skąd się wziął.

Sąsiedzi odwiedzali rodzinę w innej parafii. Okociła się tam kotka, podobno dość obficie. Wiadomo, trzeba sierście komuś opchnąć. Po odmowie sąsiadów, by jednego zabrali, zrodził się w pier***niętych łbach plan doskonały.

Zapakowali nieświadomemu kuzynostwu kota do bagażnika. No i się tak przejechał nasz Kubuś ponad trzydzieści kilometrów.

Po przyjeździe do domu sąsiedzi otworzyli bagażnik, z którego wystrzeliła szara strzałka. Spanikowany kotek biegł przed siebie, w obcym miejscu, bez właściciela, bez domu.

Błąkał się tygodniami po wsi. Dwa razy przyłapałam go śpiącego u nas na ganku. Wywiad środowiskowy wykazał, że jest niczyj. Po raz kolejny sprawdziła mi się teza, że to kot wybiera właściciela. Zaczęłam go karmić, zadomowił się na dobre. Łazi za nami wszędzie, ale niespecjalnie daje się dotykać. Nie dziwię się.

Nie chcę wiedzieć, jaki to musiał być dla tego stworzonka szok. Dla sąsiadów zresztą też, ich nie winię, mieli prawo nie chcieć kota.

Ale rodzinkę to mają zaj***stą.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (181)

#82652

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma, Aga, szuka pracy.

Ogłoszenia ze śmieciówkami omija szerokim łukiem, chce pracować legalnie. Dziesiątki rozesłanych cefałek, na większość z nich brak jakiejkolwiek odpowiedzi w stylu "dziękujemy, CV dotarło". Znajoma ma spore doświadczenie w handlu, uwielbia kontakt z ludźmi i aktywną sprzedaż, więc celuje raczej w sklepy.

Podejście pierwsze:
- salon z firanami, wynagrodzenie: najniższa krajowa.
W ogłoszeniu, o ironio, jak byk stoi "nie bój się jeśli nie masz doświadczenia, wszystkiego cię nauczymy". Tak czy siak, Aga nie jest z tych, co się boją, doskonale wie, że nie od razu Rzym zbudowano, szybko się uczy nowych rzeczy, leci na rozmowę.

Pytania w stylu "czy wie pani o co pytać klienta? Jak by się pani zachowała w takiej a takiej sytuacji?" - norma. Znajoma odpowiedziała śpiewająco, potencjalna szefowa zachwycona, wybrała ją spośród szesnastu zainteresowanych.

Pierwszy i drugi dzień w pracy minęły raczej normalnie, gdyby pominąć fakt, że był tylko jeden (serio...) klient. Trzeciego dnia szefowa zaczęła zadawać Adze pytania w stylu "opisz pomieszczenie w stylu prowansalskim, jakie byś dobrała do niego zasłony?". Znajoma kopara w dół, mówi że nie wie, ale chętnie zapozna się z tematem, jeśli tylko szefowa poleci jej stosowną literaturę, linki...

Na drugi dzień została zwolniona, bo:
- nie umie rozmawiać z klientami (przypominam, że był jeden klient, którego obsługiwała szefowa i który kupił tylko taśmę do firan),
- nie zna się na krawiectwie,
- nie zna się na dekorowaniu wnętrz (przypominam, że szukali człowieka z łapanki, za najniższą krajową).

PS To byli wyjątkowi specjaliści od handlu, nie mieli szyldu informującego o sklepie, ani choćby godzin otwarcia na drzwiach. Ludzie nie mieli pojęcia, że tam znajduje się jakiś salon, co więcej: patrzyli na drzwi z niepewną miną i zamiast wejść - wycofywali się. Aga też idąc tam na rozmowę nie wiedziała, czy celuje w dobre miejsce, ogarnęła to dzięki street view. No ale trzeba się znać na tym co się robi. Podobno.

Podejście drugie:
- sklep rybny: najniższa krajowa, pół etatu.
Podobno szukali osoby na maxa zdecydowanej, bo im ludzie po dwóch dniach odchodzą. Aga była zdecydowana, nawet się ucieszyła, że to pół etatu. Zatrudniono ją. Co więcej, szefostwo zadowolone, że komplet ważnych badań, że doświadczenie, że w dniach próbnych dziewczyna śmigała i myślała w pracy.

Po paru dniach pracy Aga była przy układaniu grafiku i wyszło, że tzw. pół etatu to średnio sześć godzin dziennie od poniedziałku do piątku plus co druga sobota pracująca - dziesięć godzin. No ale to nic, tłumaczono jej że sytuacja wyjątkowa, zwolnienia, urlopy. Niemniej Aga podpytywała koleżanki, czy tak jest zawsze, czy rzeczywiście to teraz taki wyjątek (nie ukrywała, że chciałaby mieć w rzeczywistości taki sam stan rzeczy jak na umowie, o jedną godzinkę nie zamierzała się kłócić, ale sześć obowiązkowych nadgodzin w sobotę!?). Koleżanki oczywiście powiedziały, że no niestety, tak się tu pracuje.

Na drugi dzień ją zwolnili (telefonicznie), bo uznali, że się waha, a oni szukają osoby konkretnej.

PS. Osoba z najdłuższym stażem pracuje tam trzy lata, reszta po parę miesięcy. Przy wyrzucaniu ludzi za takie pierdoły typu zadawanie pytań o czas pracy, nie dziwię się, że nie mogą znaleźć kogoś "konkretnego".

Tak wygląda ten rzekomy, wychwalany pod niebiosa rynek pracownika w pełnej krasie. Ale to moje okolice, może u Was jest inaczej.

praca

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (155)

#82175

(PW) ·
| Do ulubionych
Szukając swojego miejsca na ziemi, załapałam się na sezon do lodziarni. Z pracą się pożegnałam z powodu doznanego (lekkiego, na szczęście) udaru cieplnego.

Historia będzie koleżanki, która wczoraj poszła w moje ślady.

Stawka to 11 zł/godz. + premia 50-70 zł do tygodniówki. Jeśli już ktoś straaasznie potrzebował umowę, to była to zleceniówka na 1000 zł, ale niechętnie przyznawana. Chorobowego, urlopu i takich tam zbędnych pie*dół - oczywiście brak. Ale jak na moje okolice, to przedsionek raju.

Premii oczywiście nie dostawało się za deszczową pogodę i nędzny utarg. Można było liczyć na dodatek tylko w przypadku wzmożonego ruchu. I to by był dobry system, gdyby rzeczywiście działał.

Jak zauważyliście, ostatnio mamy falę upałów. A teraz wyobraźcie sobie, co dzieje się w lodziarni, w centrum miasta, w pobliżu kościoła, w gorącą niedzielę niehandlową.

Piekło.

W tym miejscu wypada, bym opisała stanowisko pracy. Przyczepa (nie budka), bez bieżącej wody (turystyczny kran ze zlewem). Dwie maszyny (do lodów + granitor), dmuchające gorącym powietrzem do środka + lodówka + bemar z polewami, spełniający dodatkowo funkcję grzejnika. Pozytywnym aspektem tej koszmarnie wysokiej temperatury wewnątrz, były zawsze kruche wafle. Jeśli poczułaś ochotę na grzankę, wystarczyło, że wyjęłaś chleb z torebki. Otwarte okienko dla klientów i wiecznie otwarte drzwi w celu zrobienia przeciągu (albo przeciąg, albo piekarnik, wybierz mądrze). Tę przyczepę z pewnością projektował sadysta.

Koleżanka z góry wiedziała, że nie wytrzyma tam w niedzielę 11 godzin w upale (pamiętała mój wypadek, a jakże), więc poprosiła szefostwo o zmienniczkę.

Przy ładnej pogodzie do tej lodziarni ciągnie się jedna kolejka od 9:00 do 20:00. To, że się nie da zjeść kanapki nikogo pewnie nie zdziwi. Dużo gorszym problemem jest brak możliwości załatwienia potrzeby fizjologicznej. Teoretycznie zamykałyśmy budkę i chodziłyśmy żebrać o toaletę w okolicznych knajpach. W praktyce: nie da się zamknąć daszku-okienka lodziarni, gdy stoją pod nim klienci i nie wypuszczą cię do kibelka "bo im się należy lód tu i teraz".

Brak możliwości skorzystania z toalety wymusza dwa rozwiązania: nie picie, albo pampers. Z pampersa nikt nie korzystał, więc pozostaje opcja pierwsza. Już wiecie, skąd mój udar.

Koleżanka za sprawą wiecznych przeciągów chodziła do pracy z bolącym uchem. Przez brak możliwości skorzystania z toalety i zmiany kobiecych przyborów higienicznych, dorobiła się również problemów z podwoziem. Stawiała temu czoła, na prośbę szefostwa szkoliła pracowników, werbowała nowych, chodziła na zastępstwa, gdy ktoś inny się pochorował. Wieczne braki kadrowe odbijały się czkawką na pracujących już dziewczynach. A nadal nie ma tam chętnych do pracy.

Ale tę zmienniczkę udało się załatwić. Z innej budki (szefostwo ma ich kilka). No i przyszła... dziewczyna w ciąży. Nie muszę chyba mówić, jakiego wewnętrznego szału dostała koleżanka.

Ta bidulka w ciąży zadzwoniła potem do koleżanki, że ostatni raz się dała na coś takiego, że czuje się paskudnie. I przy okazji przekazała, jaki był utarg tego dnia.

Kochani. 200% normy. Rekord.

A koleżanka, cóż... Wróciła zajechana do domu, otworzyła kopertę z wypłatą i... popłakała się jak bóbr. Ani. Urwał. Jednej. Złotówki. Premii. To przelało czarę goryczy.

Co z tego, że niedziela. Co z tego, że nadgodziny. Co z tego, że jeszcze się nie doprosiła o umowę. Co z tego, że lody podrożały. Że szkoliła, werbowała, łaziła na zastępstwa? Upał, bajeczny utarg? Co z tego?

Wzięła do ręki telefon i napisała do szefostwa, że to nie są warunki do pracy, że albo podwyższą jej stawkę godzinową o 50%, albo do widzenia. Wiedziała, jaką odpowiedź dostanie, to w końcu Polska, tu mało kto da więcej niż minimum. Po prostu chciała odejść bez wyrzutów sumienia, że zostawia kogoś na lodzie. Znając jej głupotę, zostałaby tam i za te 15 zł/godz., gdyby chociaż próbowali o nią zawalczyć. Pracowała tam trzy sezony.

PS. Gdy koleżanka opowiadała mi wczoraj tę historię, ja grzecznie zmieniałam jej zimne okłady na czole.

Gdy dojdzie do siebie, składa CV do owada.

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (171)