Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Carrotka

Zamieszcza historie od: 8 czerwca 2012 - 1:45
Ostatnio: 18 kwietnia 2020 - 22:05
  • Historii na głównej: 62 z 85
  • Punktów za historie: 25681
  • Komentarzy: 481
  • Punktów za komentarze: 1481
 
zarchiwizowany

#86034

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam w Niemczech niedaleko granicy z Polską. Mama też mieszkała w Niemczech 5,5 godziny jazdy samochodem ode mnie.
W lipcu podzieliła się ze mną straszną wiadomością. Rak, czwartego stopnia (zaawansowany z wieloma przerzutami). Starałam się do niej jeździć minimum raz na miesiąc. I tak oto wytęsknionej środy 2 października od razu po pracy zabrałam ze sobą pasażerów z blabla i chciałam już wyjechać z miejsca parkingowego, ledwo wytoczylam przód auta, kiedy zza ciężarówki która na ulicy się wyładowywała auto wjechało szybko na pas ruchu do którego włączyć się chciałam. Zatrzymalam samochód a kobieta i tak obtarla się o moje auto. Nic. Według adwokata jestem współwinna bo włączałam się do ruchu... W nosie już z tym. Miałam ważniejsze problemy na głowie. Spisałyśmy swoje dane, zrobiłyśmy zdjęcia szkód i każdy pojechał w swoją stronę.
W drodze do mamy otrzymałam paniczny telefon, że z mamą jest źle, był lekarz, jest pielęgniarka i dostaje takie dawki morfiny, że jest nieprzytomna i może w każdej chwili odejść. Niestety nie udało mi się dojechać. Spóźniłam się do niej godzinę... Już nie żyła.
I tu zaczęło się piekło. Sam fakt śmierci mamy, która była zdecydowanie za młoda, żeby odejść (miała 56 lat) był druzgocący. Nie doczekała wnuków i mojego ślubu.
Ale zakład pogrzebowy dopiero zgotował mi piekło...
Koszt spraw związanych z pogrzebem, miejscem na cmentarzu i samego pogrzebu spadł na moje barki i mojej mamy partnera. Chcieliśmy jak najtaniej mamę pochować bo po prostu nie mieliśmy w tym momencie pieniędzy. Koszty dojazdów do mamy i koszty związane z lekami i dojazdami do szpitala nas mocno dotknęły.
W Niemczech jest obowiązek kremowania zwłok w trumnach. Najtańsza to koszt 100 EUR. A najdroższe kończą się na paru tysiącach. Chcieliśmy oboje tą najtańszą... Za to ważne było dla nas oboje, żeby mieć mamę przy sobie. Tym bardziej ja w moich najważniejszych momentach mojego życia. Dlatego zamówiliśmy dwie sztuki amuletów w postaci wisiorka z prochami mamy w środku. Dostaliśmy nasze amulety przed ceremonią pod kaplicą cmentarną. Od razu swój amulet założyłam.
Podczas wieczornej stypowej kolacji w wąskim kręgu mojej mamy przyjaciół zorientowałam się, że brakuje śruby będącej zamknięciem amuletu i wpadłam w histerię bo myślałam, że wszystkie mamy prochy się wysypały i stracilam jej resztę na dobre. Przeżyłam to tak samo mocno jak śmierć mamy. Stypa zrujnowana.
Mojej mamy Partner zadzwonił do zakładu pogrzebowego pod numer dyżurny komórki. Przez telefon uzyskał informację, że mają jeszcze mojej mamy odrobinę prochów i uzupełnią naszyjnik (jakim prawem w ogóle przetrzymują prochy poza urną?!). Umówiliśmy się, że w sobotę następnego dnia spotkamy się w biurze w południe i wyjaśnimy sprawę. Wręcz tego zażądałam wściekła bo nie mogłam czekać do poniedziałku--musiałam do niedzieli wrócić do siebie i iść do pracy.
Następnego dnia bezczelny pracownik stwierdził, że to nie ich wina, bo naszyjnik był napełniany w krematorium (kurde, a niby czyja?! Mają obowiązek sprawdzić, zanim dalej przekażą! U nich zamawiałam a nie w Krematorium!). Jednocześnie poinformował mnie, że prochów mamy nie mają (ciągle inne informacje!). Na miejscu też zażądałam, żeby otworzyli egzemplarz pokazowy naszyjnika, żeby porównać i sprawdzić czy jest jeszcze coś w środku. Zrobiono to z wielką łaską. Na szczęście okazało się, że nie wszystko wypadło i coś tam w środku jest. Zażądałam, żeby na swój koszt wzięli nowy naszyjnik wolny od wad i przenieśli prochy ze starego. I zażądałam potwierdzenia tego faktu na piśmie. Wiecie co zrobił pracownik??? Wyciągnął małą karteczkę do mini notatek i zaczął pisać mi potwierdzenie. Ja własnym oczom po prostu wierzyć go nie mogłam! Zapytalam co to jest, a on bezczelnie, że moje potwierdzenie! Wtedy eksplodowałam, wstałam i zaczęłam się na niego dosłownie drzeć, że może sobie takie potwierdzenie w d.... wsadzić i ma mi wystawić potwierdzenie na oficjalnym druku, z imieniem, nazwiskiem, pieczęcią firmy i czytelnym podpisem. Bezczelności końca nie było, że jeszcze odważył się mi odpowiedzieć, że innego mi nie wystawi bo część biurowa jest zamknięta. Wpadłam wtedy dosłownie w furię. Zaczęłam bić pięściami w stół i drzeć się, że nie wyjdę z tego zasranego przybytku, dopóki nie dostanę oficjalnego pisma z potwierdzeniem aż w końcu ściągnął sekretarkę, która w pół godziny przyjechała i wydrukowała pismo.
Myślicie, że to koniec piekielnośći? Nieee.
Po miesiącu przyszedł rachunek. Ja go od nich nie dostałam. Przekazali go osobie trzeciej (mojej mamy partnerowi), która nie jest ani mi bliska ani to rodzina. A co! Ochrona danych osobowych? Oni srają na nią jak i na wszystko inne. A w rachunku trumna nie za 120 EUR, ale za... 600 EUR! I weź sk....nom udowodnij, jak dowód poszedł z dymem?!
Mało bezczelności? Do tego kartka na Święta Bożego Narodzenia. Nie ma co, żeby jeszcze na taki czas po takim świństwie jeszcze do mnie pisma wysyłali i tylko złe wspomnienia wyciągali- jakbym już mało cierpiała. Nawet słowa przeprosin nie otrzymałam.
Najłatwiej zarobić na ludzkim nieszczęściu. Żeby się w piekle oni smażyli!

Najłatwiej zarobić na ludzkim nieszczęściu

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (26)

#82067

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w domu opieki w Niemczech.
Ostatnio jeden z naszych mieszkańców wylądował w szpitalu. Wrócił do nas z nabytą niespodzianką w postaci MRSA. Jest to bardzo odporny szczep gronkowca złocistego i niebezpieczny.

W takim przypadku personel jest zobowiązany przed wejściem do pokoju pacjenta założyć maskę ochronną, ochronny jednorazowy kitel i jednorazowe rękawiczki.
Moja oddziałowa zwróciła mi uwagę, że nie mogę wyrzucać kitla po jednorazowym użyciu. Ma mi starczyć jeden kitel na cały dyżur. A raz użyty przed następnym założeniem mam odwrócić na lewą stronę (tak! Z tym całym syfem stroną do mojego ubrania i skóry).

Skomentowałam, żeby dała mi to na piśmie... Teraz czekam cierpliwie. Jeśli jest na tyle głupia i da mi pisemny nakaz takiego postępowania - natychmiast idę z tym dokumentem złożyć skargę do niemieckiego urzędu ds. zdrowia.
Niemcy, XXI wiek, a wieje średniowieczem. Tak właśnie pracodawca traktuje pracownika. W nosie go ma czy zachoruje, byleby pieniądze zaoszczędzić na materiałach.

Dom opieki w NIEMCZECH. Współcześnie a jednak średniowiecze.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (191)

#81195

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno mnie tu nie było.
Pokrótce wyjaśnię... Pracuję za granicą w branży medycznej. Praca na trzy zmiany, Świątek, Piątek, Niedziela.

W ostatni dzień Świąt Bożego Narodzenia pod koniec popołudniowej zmiany mnie rozłożyło. Nagle. Nudności, dreszcze, zrobiło się słabo.
Nieszczęścia lubią chodzić parami (czasem cholerstwa trzymają się stadami). Stwierdziłam, że w tym stanie nie będę ryzykować i wracać do domu prowadząc samochód. Próbowałam się dodzwonić do lubego. Telefon wyłączony. Ok... Jest jeszcze przyjaciel. Po szybkim streszczeniu sytuacji przez telefon powiedział, że pakuje cztery litery do auta i jedzie po mnie.

Ułożyłam powoli swoje zwłoki na kanapie w pracy i leżąc czekam. W międzyczasie zdążyła przyjść koleżanka z nocnej zmiany (mam nietypowy system zmian i zwykle kończę wcześniej pracę, że z ludźmi z nocnej zmiany się nie widuję). Przy okazji poinformowałam ją, że następnego dnia nie przyjdę, idę do lekarza, źle się czuję.

Przyjechał przyjaciel, pomógł mi się wpakować do samochodu. Odpuściłam sobie nawet się przebrać. Zostawiłam w szatni ubranie cywilne i obuwie, a sama w służbowych laczkach i białym mundurze pojechałam do domu.

Następnego dnia lekarz po gruntownym przeglądzie wypisał leki i dał zwolnienie lekarskie do 2 stycznia.

Nadszedł styczeń, wróciłam po chorobowym. Ludzie na mnie z niewiadomego powodu nadąsani...
Sprawa się wyjaśniła dwa dni później na oddziałowym zebraniu.

Publicznie mnie oskarżono, że chorobę zasymulowałam bo w Sylwestra chciałam do Polski i grubo balowałam. Koleżanka, która wtedy nocną zmianę miała przy wszystkich powiedziała, że specjalnie na nią czekałam, żeby powiedzieć, że źle się czuję i udawałam oraz jeszcze czelność miałam dwa dni później przywieźć do pracy osobiście zwolnienie lekarskie.

Cóż, było jeszcze niezbyt dobrze, ale już byłam w stanie wyjść. W służbowej szatni moje ciuchy cywilne i buty też musiałam odebrać, bo nie widziało mi się marznąć w wiosennych butach i kurtce, a zimowe buty i płaszcz odebrać po chorobowym...

Skomentowałam na zebraniu, że nie życzę sobie plotek pod moim adresem i w ogóle to co słyszę to same bajki i lepiej mordę zamknąć i się nie odzywać zamiast takie plotki produkować. Powiedziałam w żołnierskich słowach, że chory jest chory i nie powinno ich nic więcej interesować. Naprostowałam jak sytuacja wyglądała ale mendy dalej obrażone.

OK. Z idiotami nie ma co dyskutować. Karma zrobi swoje. Numer telefonu z mojego oddziału zablokowałam w telefonie (nie mam obowiązku w mojej umowie odbierać telefonów z pracy w trakcie wolnego czasu).

Dwa dni później, kiedy wróciłam po krótkim wolnym do pracy, wszyscy rzucili się z pretensjami czemu telefon mój nie odpowiada, a ktoś jest chory i braki w personelu. Powiedziałam, że nie muszę odbierać i nie zamierzam, mam swój grafik pracy i zamierzam się go trzymać. O zmianach w grafiku muszą zgodnie z prawem pracy mnie poinformować przynajmniej 14 dni przed. A po ostatniej ich akcji nie mogą więcej liczyć na to, że jak zawsze będę brać spontanicznie dyżury za chorych współpracowników i robić nadgodziny.
Są sami sobie winni.

Life is a bitch.

PS. W samym 2017 roku zrobiłam ponad 160 nadgodzin tylko i wyłącznie biorąc dodatkowe dyżury za chorych współpracowników. Pominęłam tu nadgodziny jeszcze wynikające ze szkoleń czy innych sytuacji.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (161)

#79091

(PW) ·
| Do ulubionych
Kupiłam ledwo wczoraj rower. Nie taki z najniższej półki, tylko już naciągnęłam budżet na 2800 zł.

Rower zostawiłam w piwnicy, w pomieszczeniu na rowery, przypięty do stojaka.

Dziś przed południem zeszłam do piwnicznej pralni i hałasy przez uchylone drzwi od pomieszczenia na jednoślady pokusiły mnie, by tam zajrzeć. A tu jegomość, pochylony nad moim rowerem, mocuje się z łańcuchem, którym przypięłam swój nowy dobytek.

Gospodarz naszego budynku ma swoją kanciapkę w piwnicy. Szybko go zawołałam na pomoc (gość był tak skupiony na blokadzie do roweru, że mnie nie spostrzegł). We dwójkę ujęliśmy sprawcę, a że stawiał opór, to został powalony na ziemię i gospodarz aż na nim usiadł. Wezwałam policję, a ten wariat przy policjantach twierdził, że rower jest jego, że to pomyłka.

Klucz w moim posiadaniu, który pasował do blokady od roweru, plus świeży rachunek z wczoraj na moje nazwisko wraz z wydrukowanym numerem seryjnym wytłoczonym na ramie rozwiały wszelkie wątpliwości.

Złodziejem był nowy sąsiad.

Od gospodarza dowiedziałam się, że poinformuje spółdzielnię mieszkaniową jak najszybciej się da i poprosił policję o zawiadomienie zarządcy budynku o przestępstwie, które wydarzyło się na jego terenie. Godzinę później dostałam telefon od administracji spółdzielni, żebym w tygodniu zjawiła się na rozmowę do sporządzenia raportu (plus świstek od policji) i na mój wniosek mogą mu wypowiedzieć umowę najmu mieszkania ze skutkiem natychmiastowym. Chętnie skorzystam z propozycji, bo nie chcę mieć złodziei w bloku i chcę czuć się bezpiecznie.

Tak więc kosztem roweru za 2800 zł, który pewnie by złodziej opchnął za 1800-2000 zł nie dość, że nic nie zyskał (kradzież udaremniona) i będzie miał sprawę karną w sądzie, to jeszcze wyląduje na bruku.

Chciwość i lenistwo nie zawsze się opłaca. A zemsta będzie bardziej dotkliwa.

Zlodziejaszek

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (245)

#77083

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w sporym bloku, sąsiedzi mnie kojarzą, bo niewiele obcokrajowców w tym przybytku mieszka. Blok też nie pierwszej nowości i dzwonek do drzwi jak przystało na blokowisko emerytów dość głośny tak, że umarłego postawi na nogi.

Był to wieczór, tuż przed 22:00. Akurat brałam prysznic, kiedy rozległ się dzwonek. Gość oparł się o niego i nie puszczał, póki drzwi nie otworzę. Zanim się ogarnęłam, żeby otworzyć, omal nie zaliczyłam epickiego szpagatu i zachlapałam całą podłogę (w uszach dzwoniło niemiłosiernie). Kota omal nie przerobiłam na naleśnika jak wyrżnęłam w przedpokoju swoim dupskiem na podłogę (chyba nigdy nie nauczę się nie zostawiać butów na środku przedpokoju). Pchlarz ma szczęście, że ma refleks.
Obita i maksymalnie już wku... otworzyłam z impetem drzwi z ręcznikiem ledwo okrywającym mój strój Ewy z warczącym "Was ist, Scheiße?!" ("Co jest kur%@?!").

Sąsiad stał jak wryty gapiąc się na mnie wpółnagą z miną księcia we wstrząsie, że ktoś odważył się na niego podnieść głos.

- A bo ten... Mogłaby pani przestawić swój samochód z metr do przodu? Wtedy bym się zmieścił moim samochodem.
- Po pierwsze to wystarczy raz i krótko dzwonić, a nie terroryzować jakby pożar był! Po drugie to sąsiad niech nauczy się kultury, niektórzy ludzie już śpią, ja też mogłam spać, a dzwonek sąsiedzi też słyszą. Po trzecie - nigdzie nie wychodzę!
- Ale widziałem, że światło się świeci.

Już nic nie komentowałam. Strzepnęłam ręką pianę z czoła i zamknęłam drzwi...

Trzymać dzwonek, póki ktoś nie otworzy. Serio?!

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (295)

#76278

(PW) ·
| Do ulubionych
Uwaga. Osobom wrażliwym i w trakcie jedzenia odradzam czytać dalej, ale choć również co obrzydliwa historia to też śmieszna.

Pracuję w domu opieki i seniora za Odrą.

Akurat byłam na zastępstwie za chorego pracownika na innym oddziale na nocnej zmianie.

System nocnych zmian wygląda tak, że jest jeden pracownik na oddział. Mamy pagery. Jeśli mieszkaniec wzywa nas wciskając tylko raz guzik to dzwoni na macierzystym oddziale. Jest możliwość również zrobienia alarmu, że dzwonią pagery wszystkim pracownikom czterech oddziałów w całym budynku. Logiczne i oczywiste bo nie ze wszystkim można sobie poradzić w pojedynkę.

Pora roku taka, że ludzie chorują. To i u nas też przypałętała się wirusówka układu pokarmowego. Biegunki i wymioty u wielu mieszkańców.

Zdesperowany kumpel z mojego oddziału przyszedł prosić o pomoc, żeby nie dzwoniły pagery w całym budynku.

Jeden z mieszkańców, niestety leżący jak roślina padł ofiarą tego wirusa.

Trzeba było zmienić pościel w łóżku z leżącym mieszkańcem.
I tu proszę nie myśleć, że nie wiadomo jak rzadko pampersy zmieniamy, że aż się z nich wylewa. Przy takich biegunkach nie zdają one po prostu egzaminu.

Żeby zminimalizować ryzyko rozniesienia choroby opakowaliśmy się w jednorazowe fartuchy, maseczki ochronne i rękawiczki.

Podczas usuwania pościeli i zmiany pampersa nasz mieszkaniec poczęstował kolegę prezentem. Brzydko mówiąc pośladki to niebezpieczna broń. Kolega był ufajdany od brzucha po laczki i fartuch jednorazowy nie zdał egzaminu. Biedak pozieleniał, wytrzeszczył oczy w przerażeniu, po czym w akcie rozpaczy podniósł ufajdane ręce do góry i się pochylił w zdławionym okrzyku poddając się konwulsjom żołądka i biedny zwymiotował nie zdążywszy oraz bez możliwości zdjęcia maseczki ochronnej. Aż zachlapał okulary. Do tej pory nie wiem jak to zrobił.

Sytuacja przykra i niestety niekomfortowa.
A moje zmęczenie doprowadziło do nietypowej reakcji. Bo zwyczajnie ryknęłam śmiechem aż łzy pociekły i próbowałam trzymać pacjenta.

Na domiar tego koledze skończyła się czysta odzież. Musiałam mu pożyczyć moją koszulkę i spodnie służbowe, które mamy unisex. Cóż, ze względu na różnicę wzrostu spodnie były za krótkie i koszulka przyciasna. Więc jak go znowu zobaczyłam po ogarnięciu akcji i przebraniu się to chodziłam przez resztę zmiany i co rusz wybuchałam śmiechem.

Całe szczęście kolega nie miał mi za złe. Ale stwierdził, że jak lekarz jeszcze raz odmówi wypisania recepty na leki na biegunkę i wymioty to przywali mu w ryj.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (247)

#75500

(PW) ·
| Do ulubionych
Cóż. Dzisiaj z humorem, z pracy, bo wiecznie użalać się nie wypada.

Pracuję w domu seniora za Odrą.

Którejś nocy strasznie doskwierał na nocnej zmianie wrzaskami pacjent, że były skargi aż z piętra wyżej, bo inni pacjenci spać nie mogą. A wrzeszczał i śpiewał na całe gardło, w dodatku robił się agresywny. Noc wyjątkowa i rzadka, żeby miał aż taki ostry napad.
Podałam lek uspokajający, który po trzech godzinach nie dał żadnego efektu, a powinien wystąpić po godzinie. Było coraz gorzej, więc zgodnie ze wskazaniami dałam lek awaryjny, który pozwolił spać krzyczącemu i jego ofiarom, a mi skończyć zmianę bez śliwki pod okiem. (Zwykle staram się go nie dawać, bo szkodzi, a i za dnia zmula).

Na przejęciu zmiany od szefowej dostałam opiernicz, że w gaciach niebezpiecznie ciepło się zrobiło, że podałam lek awaryjny, choć zgodnie ze wskazaniami.

Szefowa- SZ, oraz Ja.
Sz: Czemu podałaś mu lek awaryjny? Nie pozwalam, tak nie można.
Ja: Lekarz pozwala, więc można. W raporcie napisałam czemu.
Sz: Tak nie wolno!
Ja: A co? Miałam zaśpiewać kołysankę zanim wezmę rozmach gaśnicą?!

Cóż. Szefowa odpuściła w akompaniamencie śmiechów koleżanek i kolegów z przejmującej moją zmiany.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (282)

#74992

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w bloku. W piwnicy mamy suszarnię bielizny do wspólnego użytku. Dosłownie każdy mieszkaniec ma prawo do korzystania z suszarni w piwnicy, ponieważ do czynszu jest doliczona opłata za suszarnię oraz jej comiesięczne sprzątanie.

Dzisiaj po zrobieniu prania chciałam z owej suszarni skorzystać... Ale niestety nie było mi dane, bo wisi na drzwiach kłódka i w środku suszy się czyjeś pranie. a jest jeszcze dużo miejsca (pomieszczenie o powierzchni 27 mkw a na jednym sznurku wisi kilka par spodni, kilka koszulek i jakaś ścierka)...

Cóż, płacę za suszarnię, więc mam pełne prawo z niej korzystać... Kłódki nie udało mi się zniszczyć, więc w ramach zemsty założyłam własną obok kłódki sąsiada i zostawiłam kartkę z moim numerem telefonu...

Jutro jestem w pracy do późna, więc sąsiad będzie miał pecha, jeśli rano nie pójdzie po pranie. a od piątku do niedzieli mnie nie ma w domu...

Ale przynajmniej dureń poczuje jak jest miło, kiedy nie ma dostępu do czegoś, za co płaci... Już nawet zaryzykuję zniszczenie i poświęcę tą swoją jedną kłódkę dla edukacji opornych.

Zemsta słodka bywa

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 283 (331)

#74756

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedyś w trakcie świątecznego dnia w Niemczech zdarzył mi się w domu mały wypadek. Niechcący stłukłam donicę z kwiatem. Było pełno ziemi na podłodze i dywanie. Ledwo włączyłam odkurzacz a już sąsiad zaczął mi się do drzwi dobijać.

Otworzyłam, gdzie ani "dzień dobry", tylko od razu do mnie w wrzaskach, że mam przestać odkurzać bo wezwie policję, że jest święto i nie wolno hałasować.

Po tym monologu zapytałam:
Ja- A pan to chrześcijanin?
Sąsiad- Nie! Muzułmanin. A co pani do tego?!
Ja- W takim razie proszę się zamknąć i iść do domu, bo to nie pańskie święto!

Zamknęłam drzwi awanturnikowi przed nosem i wróciłam do doprowadzania do porządku mojego długowłosego dywanu.

Policji nie było. Z resztą uporałam się szybko i gdyby policja by przyjechała to dawno byłoby już cicho.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 219 (295)

#74793

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj omal nie zabiłam wieczorem człowieka. W sumie to on omal się nie zabił pod moimi kołami.

Stałam sobie druga w kolejce na pasie do lewoskrętu w oczekiwaniu na zielone światło. Zasada jest taka, że na przeciwko i po mojej stronie zapala się czerwone do jazdy na wprost i dopiero po obu stronach robi się zielony lewoskręt.

Pojawiło się zielone dla mnie. Kierowca przede mną ruszył, ja za nim i w ostatniej chwili dałam po hamulcach.
Baran na skuterku śmignął pomiędzy naszymi samochodami na jego ewidentnie czerwonym świetle.

Nogi zrobiły mi się jak z waty a serce myślałam, że wyskoczy.

Zginęłoby bezmózgie stworzenie pod moimi kołami a ja bym jeszcze oprócz zniszczeń samochodu odpowiadałabym jak nieumyślne spowodowanie śmierci człowieka.

Kierowcy przede mną zagotowała się krew bo ruszył w pościg za skuterem, pewnie na edukacyjny "wpi**dol".

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 218 (234)