Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Casandra

Zamieszcza historie od: 7 listopada 2010 - 19:55
Ostatnio: 1 sierpnia 2019 - 5:30
Gadu-gadu: 43829694
O sobie:

Zapraszam na mojego bloga
casandra-pisze-opowiadania.blogspot.com

  • Historii na głównej: 57 z 73
  • Punktów za historie: 54396
  • Komentarzy: 245
  • Punktów za komentarze: 1815
 

#73476

(PW) ·
| Do ulubionych
W ostatnim czasie, z powodów zdrowotnych, jestem "uwięziona" w domu niczym księżniczka w wieży. Jako iż nie posiadam długiego warkocza, to żaden książę nie może się do mnie wspiąć i mnie uratować. Chociaż chyba wolałabym damę dworu, aby poplotkować o książętach :-)

Uwielbiam rozmawiać z ludźmi, więc postanowiłam skorzystać z możliwości, jakie daje internet i nawiązać nowe znajomości. To, czego doświadczyłam, serio nadaje się do programu "Dlaczego ja" bądź "Trudne sprawy".

Nie szukałam przygodnego seksu, sponsora ani szemranych znajomości. Ot, chciałam z kimś normalnie porozmawiać. Uwierzcie, nie dało się. Wszelkiego rodzaju czaty to siedlisko ludzi, którzy chętnie ujawniają swoją drugą (gorszą) twarz i są po ciemnej stronie mocy. Oto przykłady:

1. Żonaty szuka ładnej.

Oczywiście często jest tak, że osoba po drugiej stronie nie ujawnia od razu swojego prawdziwego "ja", wychodzi to dopiero po zbadaniu gruntu. No cóż, jestem wredna, przekorna, więc i grunt u mnie grząski.
Po informacji, że facet ma żonę, odpowiedziałam, że nie jestem zainteresowana wpieprzaniem się w cudzy związek i gardzę facetami zdradzającymi swoje żony. Źle ci z nią? To się najpierw rozwiedź, a dopiero potem szukaj następnej laski. Facet zastrzelił mnie informacją, iż on wcale nie jest nieszczęśliwy w swoim związku. Ba, on bardzo kocha żonę. Tylko troszkę mu się już nudzi pożycie małżeńskie... Ech, klikam przycisk "Blokuj" i w myślach współczuję tej kobiecie.

2. Oceń mego ptaka.

Tym razem gość już na wstępie zapytał, czy może mi wysłać zdjęcie swojego przyrodzenia, abym mogła je ocenić. Na informację, iż nie interesuje mnie ani długość jego sprzętu, ani szerokość, ani kąt nachylenia i że nie leczę cudzych kompleksów odparł, że nie wiem co tracę. Ech... Blokuj.

3. Mam fetysz.

Po kilku minutach normalnej rozmowy gość chwali się, iż uwielbia chodzić w rajstopach. Damskich. Jestem tolerancyjna i otwarta na ludzi, więc jak komuś z tym dobrze, to mnie dwa razy. Potem doszła informacja, że chodzi po domu w damskich ciuszkach. Następnie dowiedziałam się, że facet szuka żony, która będzie mu na to pozwalała i dopingowała go, oraz doradzi mu w kwestii damskiej mody. Powodzenia :-)

4. Inwalida.

Bardzo szanuję ludzi niepełnosprawnych, bez względu na rodzaj schorzenia. Za ich siłę do walki i dystans do siebie. Często to bardzo wartościowi ludzie. Tym razem było inaczej...
Po wymianie kilku zdań i informacji, że mężczyzna z powodu porażenia mózgowego od dziecka jeździ na wózku, dowiedziałam się, że nie może znaleźć kobiety, która go zaakceptuje takim, jaki jest. Bardzo mu współczułam i próbowałam pocieszyć. Taka już jestem. Po kilku minutach rozmowy zostałam zaszczycona informacją, że jest mną zauroczony, jestem jego ideałem i MUSIMY się spotkać. Grzecznie odmówiłam, nie szukam związku, nie chodzę na randki. Przekonywał mnie jakiś czas, obiecywał złote góry. Nadal starałam się być grzeczna. Nagle nastąpiła u niego zmiana frontu, dowiedziałam się, że jestem podła i taka jak wszystkie oraz że on jest inwalidą i NALEŻY mu się jakiś szacunek. Nie powinnam mu odmawiać, bo to świadczy o braku tolerancji z mojej strony i nie mam prawa dać mu kosza. Oberwało mi się ostro.
Facet... to nie inwalidztwo twego ciała odstrasza większość kobiet, uwierz mi.

5. Wiara to samo zuo.

Ani cześć, ani pocałuj mnie w zadek, za to kilka pytań o to, czy jestem wierząca, bo wolałby, aby nie. W ostateczności mogę w coś wierzyć, oby nie w Boga. Czy chcę mieć dzieci? Na odpowiedź, że nie bardzo, dowiedziałam się, że będąc z nim (?) nie będę miała wyjścia i od razu zaznaczył, że nie pozwoli mi ich ochrzcić. Mam też zakaz chodzenia do kościoła i leżenia krzyżem na podłodze.
Ech... Blokuj.

6. Kocham swoją mamę.

Nie, to nie będzie baśń o maminsynku. Gość zagaduje pytaniem, czy pomogę mu wybrać prezent dla mamy. Spoko, czemu nie? Mają 20. rocznicę. Gratuluję. Rocznicę czego, zapytacie? 20 lat temu jego mama zaciągnęła go do łóżka. Był prawiczkiem. Wybałuszyłam oczy i napisałam, że współczuję i czy gdzieś to zgłosił. Na wieść, iż kazirodztwo jest w Polsce karalne i że jego mama bardzo źle zrobiła, dowiedziałam się, że on nie da mamie krzywdy zrobić, bo to był wypadek i odmienił ich życie (wcześniej wiecznie się kłócili, potem wcale). Nie wierzyłam własnym oczom. Poradziłam wizytę w poradni zdrowia psychicznego. Oburzył się. Uwierzcie, że próbowałam mu dość delikatnie to sugerować, jednak napotkałam opór. On chciał tylko o tym pisać, bo to go podniecało.
Ech... Blokuj.

7. Sponsor.

On mi da wszystko o czym marzę, auto, kartę kredytową do dyspozycji, wynajmie mi mieszkanie. Obsypie różami i będzie nosił na rękach. W zamian mam być zawsze do jego dyspozycji i w łóżku... sikać na niego podczas seksu.
Dobrze, że nic wtedy nie jadłam. Blee...

8. On, ona i ich pies.

Facet szuka kobiety, która będzie tak jak jego była lubiła, jak jego pies wylizuje jej muszelkę.
Animalsi, gdzie jesteście?!


Wszystkie te interesujące rozmowy odbyły się w jeden (!) wieczór. Dodam tylko, że pokój do rozmów na czacie, który wybrałam do poznania ludzi nosił nazwę "miłośnicy książek". Ja wiem, że Kamasutrę można uznać za poradnik, ale ludzie, tam była masa pokoi o tematyce seksu itp. Podniecają was mole książkowe?

Mam dość na resztę życia. Zaczynam zapuszczać włosy na warkocz.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 316 (346)

#55278

(PW) ·
| Do ulubionych
Czasem dochodzę do wniosku, że los wie lepiej co dla nas dobre, mimo, że wybiera dla nas ścieżki, których sami dobrowolnie nigdy byśmy nie wybrali...

W czasie bliżej nieokreślonym, zarządzałam działem zajmującym się obsługą klienta.

Los tak chciał, że musiałam wymienić część swojej załogi, co skutkowało tym, iż większość moich pracowników była przez jakiś czas zupełnie zielona, jak szczypiorki na wiosnę. Dodatkowo kochane szefostwo wpadło na iście genialny pomysł i postanowiło ukrócić mi część etatów na dziale. No przecież kto jak kto, ale Casandra da sobie świetnie radę, prawda?

Możecie sobie wyobrazić, jak funkcjonuje dział, na którym pracują prawie same "świeżynki", do tego w mocno okrojonym składzie. Na początku postanowiłam zacisnąć zęby i pokazać, że jednak poradzimy sobie, co było moim największym błędem.
O ja głupia i naiwna! Nie wiem co ja sobie myślałam, nie wiem na co liczyłam. Na złotą aureolkę w niebie za wypruwanie sobie żył?

Grafik napięty do granic, dosłownie pękał z trzaskiem, a mimo to zawsze była jakaś luka w obsadzie - kierownictwo nie widziało w tym problemu. Damy sobie radę, oni w to wierzą. Niestety, ani człowiek, ani czas się nie rozciągnie. Żadne modły nie pomogą. Jeden człowiek, to nie dwóch, choćby nawet za dwóch starał się pracować. A osiem godzin to tylko osiem godzin, nie da się w tym czasie wykonać pracy, na którą przeznacza się normalnie 16 godzin.

W tym czasie zdążyłam wydeptać szeroką ścieżkę do kierownictwa,z prośbą o dodatkowe etaty, jednak jedyne co słyszałam to "nic się nie da zrobić, mamy kryzys", "nie przesadzaj" i najlepsze: "dobry kierownik poradziłby sobie z takimi problemami" (czytaj: jak ty sobie nie poradzisz, to znajdzie się ktoś inny na to miejsce). No więc sobie radziłam. Kwitłam w pracy do tego stopnia, że lada moment zaczęłabym listki wypuszczać, dwoiłam się, troiłam, zaczęłam przeglądać internet w poszukiwaniu przepisu na stworzenie klona... albo dwóch...

No i się stało. Zachorowałam. Nigdy nie chodziłam na L-4, zawsze stawiałam pracę na pierwszym miejscu. Na samą myśl, że mogłabym iść na zwolnienie lekarskie wpadałam w panikę.
Wtedy czułam też, że mój dział nie da sobie jeszcze rady bez nadzoru osoby doświadczonej. Kilka tygodni to zbyt mało, by ogarnąć wszystkie prawne zawiłości, regulaminy i procedury. Mimo fatalnego samopoczucia prawie czołgałam się do pracy i dzięki ilościom leków, którymi się faszerowałam jakoś funkcjonowałam. Wyglądem przypominałam bardziej zombie, mój głos bardziej przypominał echo ze studni, niż mowę człowieka, a ruchy miałam iście żółwiowe, ale dział nie upadł i to było najważniejsze. Dla mnie.
Co lepsze - zwykli pracownicy (nawet z innych działów) współczuli mi na każdym kroku i pomagali jak mogli, za to kierownictwo udawało, że nic się nie dzieje. Oni nie dopuszczali nawet do siebie myśli, że poddam się chorobie i zostaną z ręką w nocniku, wypełnionym po brzegi nie fiołkami, a... hm... g*nem. Nawet człowiek z minimalną dozą wyobraźni mógł się domyśleć, że ukracanie etatów do niezbędnego minimum (szczególnie na dziale, który cechuje specyficzny rodzaj obowiązków i wiedzy, niedostępny dla innych działów) grozi w każdej chwili katastrofą. Do tego nie trzeba wróżki.

Jak teraz o tym myślę, to kręcę głową z politowaniem nad swoim uporem i pukam się w czoło, ale wtedy...

Któregoś dnia obudziłam się z tak wysoką gorączką, że zamiast dwóch palców widziałam cztery. Moja Druga Połówka nie mogła już dłużej na to patrzeć i urządziła mi w domu jazdę stulecia, w której co pięć sekund padało słowo 'pracoholizm' oraz została mi szeroko przedstawiona wizja związania, i przykucia łańcuchem mojej osoby do kaloryfera, w razie wykazania chęci udania się do pracy w takim stanie. Nabuzowany wściekłością na moją firmę, którą określił "wykańczalnią", zapakował mnie do samochodu, zawiózł do lekarza, poczekał na wypisanie L-4, a następnie dostarczył ten zielony świstek do mojej pracy.
Przez ten czas tylko raz próbowałam zaprotestować, ale wsiedli na mnie we dwoje do spółki z lekarzem i zakomunikowali, że albo będę cicho, albo dostanę serię tak bolesnych zastrzyków w tyłek, że się miesiąc nie pozbieram.

Pamiętajcie, moje drogie Piekielne, nie zawsze warto mówić facetowi, że się czegoś boicie (np. zastrzyków, pająków), bo to się może obrócić przeciwko Wam:)

Dostałam dwa tygodnie zwolnienia, które spędziłam w szpitalu. Z zapaleniem płuc (między innymi). Na leczenie w domu było już za późno.
Mimo uważnego nasłuchiwania ani razu nie doszły do mnie informacje, że beze mnie firma zbankrutowała, zawaliła się, naszło ją trzęsienie ziemi, powódź, czy inny kataklizm.
Owszem, nie obeszło się bez problemów. Pracownicy wpadli na genialny pomysł (brawo!) odsyłania klientów z problemami, z którymi sami nie dali sobie rady, do wszystkowiedzącegolepiej kierownictwa. Co skutkowało tym, iż byłam bombardowana taką ilością telefonów, że bateria w komórce codziennie wywieszała białą flagę i błagała o litość. Posypały się skargi klientów i została ujawniona znikoma ilość wiedzy niektórych bossów, na temat funkcjonowania mojego działu. Nie mogłam prawie spać po nocach, tak bardzo przejmowałam się losem swoich pracowników i zaniedbanymi raportami. W głowie układałam czarne scenariusze, w których dostawałam natychmiastowe wypowiedzenie po powrocie ze zwolnienia, z powodu narażenia sklepu na straty swoją chorobą. Po każdym telefonie z firmy z prośbą o pomoc walczyłam z pokusą wypisania się ze szpitala na własne żądanie. Głupota ludzka naprawdę nie zna granic:)

Po jakimś tygodniu dostałam telefon, podczas którego zbolały, zrezygnowany głos zapytał:
- To mówiłaś, że ilu ci jeszcze potrzeba pracowników?

Dostałam jeszcze dwie osoby. Mimo WIELKIEGO kryzysu. A słowo "pracoholizm" raz na zawsze wykreśliłam ze swojego słownika. W dużych korporacjach pracownik jest tylko nic nieznacząca cyfrą w statystyce. Jeśli sami o siebie nie zadbamy, to nikt się nad nami litował nie będzie. Szkoda tylko, że droga do tej prawdy musiała prowadzić przez szpitalne sale. Tym sposobem zasiliłam szeregi statystycznych Polaków mądrych po szkodzie.

A co do kierownictwa... część osób opuściło nasze szeregi (awanse i inne takie). Ci, którzy ich zastąpili należą do ludzi, którzy mają choć tyle przyzwoitości, że nie dziwią się, gdy boli ich tyłek po upadku z gałęzi, którą sami systematycznie sobie piłowali. Bo podobno największa mądrość polega na uczeniu się na cudzych błędach, nie na swoich.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 555 (639)

#55281

(PW) ·
| Do ulubionych
Tyle tu teraz historii o piekielnych facetach porzucających swoje narzeczone praktycznie przed ołtarzem, więc może podzielę się wydarzeniem, które wstrząsnęło moją rodziną kilka lat temu...

Ada i Adaś byli para idealną z dziesięcioletnim stażem. Zaręczeni już od 8 lat, planowali niedługo swój ślub.

Zawsze uważałam, że nie znam bardziej dobranej pary. Oboje młodzi, ładni, pracujący i w miarę wykształceni. Mieli wspólne pasje, hobby. Lubili te same potrawy, zwierzęta, oboje byli z rodzaju ludzi spokojniejszych, cichszych i bardziej niepozornych. Świata poza sobą nie widzieli.

Termin ślubu ustalony, sala zaklepana, zaliczki wpłacone, suknia już się szyła. Nagle Ada (która jest moją siostrą cioteczną) oznajmia wszem i wobec, że ona ma pewne wątpliwości, czy Adaś to ten jedyny. I postanowiła wyjechać do koleżanki do innego miasta, w celu pozbierania myśli.

Wybuchła wrzawa, rodzice z obu stron podnieśli lament, nastąpił istny armagedon. No bo jak to tak? Będąc z kimś 10 lat, nawet pomieszkując razem, można nie być kogoś pewnym?! Gdzie tu miejsce na wątpliwości? Wszyscy kręcili głowami, a niedoszły Pan Młody wprost szalał z rozpaczy.
Za to moja Babcia jako jedyna zachowywała stoicki spokój i ciągle powtarzała, że ona wiedziała, że tak będzie. Wtedy nikt jej za bardzo nie słuchał, każdy machał ręką na jej słowa.

Ada po miesiącu wróciła i oznajmiła, że ślubu nie będzie. Nie i już. Młodzi rozeszli się, a obie rodziny przez długi okres czasu były na siebie śmiertelnie obrażone.

Po miesiącu doszła nas wieść, że Ada poznała kogoś. Po trzech miesiącach dziewczyna zastrzeliła nas informacją, że bierze ślub z nowym wybrankiem. Jej matka rwała włosy z głowy i ciągle powtarzała, że jak to? Po dziesięciu latach Ada nie miała pewności, czy jej mężczyzna jest tym, z którym warto się wiązać na całe życie, ale po trzech miesiącach znajomości, to już pewność ma stuprocentowa i murowaną? Większego cyrku nigdy wcześniej na oczy nie widzieliśmy. Poważnie.

Ślub się odbył, Ada do dziś dnia jest szczęśliwą małżonką. O dziwo. Tak, my też po szybkim ślubie spodziewaliśmy się szybkiego rozwodu :)
Adaś jakoś się pozbierał po tym ciosie. A babcia ciągle chodziła i powtarzała, że im dłużej się ktoś namyśla, tym większa szansa, że się para rozstanie, niż weźmie ślub.
Może i miała rację?

Skomentuj (39) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 623 (751)
zarchiwizowany
Historia nr 51889 przypomniała mi o tak zwanej "aferze karcianej", która swego czasu napsuła nam krwi w pracy.

Przepisy dotyczące płatności kartą są znane naszym kasjerom od pierwszych dni pracy, to zagadnienie jest zawsze szczegółowo omawiane podczas szkoleń.
Jeszcze kilka lat temu przepisy te nie były w większości sklepów przestrzegane z taką starannością jak teraz. Nie był kładziony taki nacisk na sprawdzanie podpisu na karcie, karty pay pass jeszcze nie były używane a niejednokrotnie spotkałam się z przymknięciem oka przez kasjerkę na sytuację, w której mąż płacił kartą żony, lub odwrotnie.
Również w naszym sklepie zdarzały się sytuację, że akceptowaliśmy niepodpisane karty. Podkreślam - zdarzały się, nie było to nagminne.
Przyszedł dzień, gdy te przepisy zaostrzyły się. Zostaliśmy ponownie przeszkolenie i poinformowani o konsekwencjach grożących za olanie tematu.
Chciałabym przytoczyć tutaj kilka z tych rozporządzeń:

- Kasjerowi nie wolno przyjąć karty od innej osoby, niż ta, na którą jest ona wystawiona. Drogi (czyjś) mężu, nie interesuje nas to, że od zawsze w innych sklepach płaciłeś kartą żony, że macie wspólne konto, że bankomat po drodze do sklepu był nieczynny i nie mogłeś wypłacić gotówki. Mamy gdzieś to, że jesteśmy (twoim zdaniem) śmieszni, tylko dlatego, że działamy zgodnie z prawem. No bo kto w dzisiejszych czasach przestrzega prawa, prawda? Masz rację, drogi mężu, to absurdalne, przecież skoro reklamujemy się, że dla klienta wszystko i jeszcze więcej, to powinniśmy nawet łamać przepisy i narażać swoje stanowisko pracy.

- Może to kogoś zdziwi, ale karta jest własnością banku, nie Waszą. Bank ustala reguły, klient zgadza się na nie stawiają podpis na karteluszkach zwanych umową. Jeśli macie wątpliwości, czy kasjer postępuje zgodnie z prawem i przepisami to zapraszam do lektury tej umowy. Ewentualnie można wykonać telefon do banku - będzie szybciej. Nasi kierownicy nie raz i nie sto próbowali tłumaczyć klientom zawiłości prawa bankowego, za każdym razem ponosili klęskę, bo pracownicy sklepów to ogólnie strasznie zakłamany i obłudny naród jest. Nam nie wolno wierzyć. My działamy w zmowie z szatanem i siłami nieczystymi (mógłby w końcu ktoś te siły wyprać) i mamy moce pozwalające nam nawet na skuteczne wciskaniu lodu Eskimosom i olejku do opalania Afroamerykanom.

- Karta płatnicza bez podpisu posiadacza nie jest ważna. Wyjątek stanowią karty MasterCard, które są zawsze na PIN. Są banki, które nie uznają żadnych wyjątków, ale to już nie nasza wina.
Pamiętacie jak kiedyś, gdy odbierało się kartę w oddziale banku, miły pan lub jeszcze milsza pani pilnowała, aby klient grzecznie podpisał swoją nową kartę? Ja pamiętam. Teraz karty są wysyłane pocztą i banki jakoś zapominają doczepić do przesyłki miłego pana lub jeszcze milszej pani, którzy by stanęli nad swoim klientem jak matka nad urwisem i nakazali, grożąc palcem: podpisz kartę, albo dostaniesz pięć klapsów na gołą pupę!

Mi nie trzeba było gróźb, abym kartę podpisała, przeczytałam umowę ze swoim bankiem.

Z drugiej strony rozumiem osoby, które bronią się rękami, nogami i innymi gałązkami przed złożeniem autografu na takiej karcie. No bo czy sam podpis uchroni nas przed czymś? Sprawi, że karta stanie się niezniszczalna, a jeśli się zgubi to sama odnajdzie właściciela? A no nie. Staramy się zrozumieć naszych klientów. Jeśli ktoś nie chce podpisać karty, niech okaże dowód osobisty podczas płatności. To nam wystarczy.

- Tak, kasjer jest upoważniony do sprawdzenia dowodu osobistego podczas zakupu wyrobów tytoniowych, alkoholu i...podczas płatności kartą, jeśli ma jakieś wątpliwości. Ma też prawo odmówić przyjęcia takiej karty w razie wystąpienia tych wątpliwości, nawet jeśli będzie się na niego wrzeszczało, pluło, groziło zwolnieniem z pracy, wymordowaniem rodziny i gwałtem zbiorowym.

Każdy kasjer w naszym sklepie wie, co mu grozi za olewcze podejście do tego tematu i za przymykanie oka dla świętego spokoju (klienci są znani z bardzo zdrowych płuc). Klienci w większości przypadków są już od dawna poinformowani o zaostrzeniu tych przepisów, co nie przeszkadza im sprawdzać co jakiś czas, czy jednak nie zmieniliśmy zdania.

Oto jedna z wielu sytuacji, które się działy (oraz dzieją do dziś):

Klient to bardzo cwany gatunek. Swoją ofiarę wyczuwa już z daleka i szybko przystępuje do ataku...

Jaś w ciągu pierwszego tygodnia pracy dzwonił do mnie w sprawie "karcianych klientów" kilkanaście razy. Klienci szybko wyczuli "świeże mięsko" na sklepie. Za każdym razem taki klient stwarzał inny problem, do tych dotyczących powyższych punktów dochodziło jeszcze wymuszanie sprawdzenia stanu konta przez nasze terminale służące wyłącznie do płatności kartą za zakupy. Ludzie...gdyby każdy byle kasjer miał wgląd do cudzego konta bankowego, to sama osobiście wolałabym trzymać kasę w skarpecie pod poduszką, niż w banku.
Za każdym razem, gdy Jaś zaczynał tłumaczyć klientom jak ma się sprawa z tego rodzaju płatnościami, uruchamiał się w nich tryb "głuchy na wszystko" wraz z aplikacją "gówno wiesz, ja wiem wszystko".
Zadzwonił Jaś, podobno wyczerpał wszystkie logiczne argumenty i prosi o pomoc. Podchodzę do jego kasy i proszę o wyłuszczenie sprawy. Klient nie daje dojść Jasiowi do głosu i go przekrzykuje. Ciągle tylko słychać "ta karta jest moja, masz mi ją przyjąć, to moja karta i każdemu g*wno do tego". Biorę kartę klienta do ręki a tam czarno na niebieskim jest napisane "Anna Kowalska". Klient bardziej wygląda mi na Antka, niż na Annę, ale w sumie co ja tam wiem...
- Pani Anno, czy mogłabym coś powiedzieć? - przerywam mężczyźnie jego krzyki. Klient zamarł, zrobił się czerwony i rzekł śmiertelnie obrażonym głosem:
- Pani mnie znieważa prosto w oczy! Ja tego tak nie zostawię! - po czym wyrwał mi kartę i wyszedł ze sklepu odgrażając się.

Nie wiem co ja mu takiego zrobiłam, to już do człowieka po imieniu nie można powiedzieć? Przecież sam mówił, że to jego karta...

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 254 (364)

#49703

(PW) ·
| Do ulubionych
Staś Żartowniś.
Mam w pracy kolegę, który jest strasznym żartownisiem. Od jakiegoś czasu często pomaga mi na Punkcie Obsługi Klienta.

Pewnego dnia zapchały się toalety dla klientów. Toalety te są umiejscowione zaraz obok POK-u, więc co chwilę podchodził ktoś z klientów z zapytaniem co się dzieje i kiedy naprawimy usterkę. Staś wziął na siebie rolę informatora w tej kwestii.
Podchodzi do POK-u mężczyzna z małym dzieckiem.
- Ja przepraszam, za ile będzie otwarta ubikacja?
- Właśnie usuwamy usterkę, postaramy się to zrobić jak najszybciej - zapewnia Staś.
- A to "jak najszybciej" to ile może potrwać? Bo synkowi bardzo chce się siusiu - klient patrzy na Stasia z błaganiem w oczach. Staś to bardzo wrażliwa dusza i strasznie lubi dzieci, więc jego zwoje mózgowe zaczynają dymić i iskrzyć w poszukiwaniu rozwiązania. I takowe się znalazło.
- Ja coś panu podpowiem - szepcze konspiracyjnie Staś - na parkingu rośnie takie duże drzewo otoczone kilkoma krzaczkami. Pan tam przejdzie z dzieckiem.
- A ochrona? A Straż Miejska i mandaty? - powątpiewa mężczyzna.
- Pan się o nic nie boi, ochronę biorę na siebie a mandatu pan nie dostanie. Gdzieś czytałem, że dziecko do iluś tam lat można bez problemu "wysadzać" na dworze, nawet w miejscu publicznym. Przecież taki maluch nie kontroluje jeszcze pęcherza jak dorosły.
Tatuś pokiwał głowę, zgadzając się w pełni ze Stasiem i oddalił w poszukiwaniu Drzewka Szczęścia. A za nim dwie mamusie ze swoimi latoroślami, które bezwstydnie podsłuchiwały całą rozmowę.

W ten sposób Staś otworzył publiczną toaletę na naszym parkingu. Zajęło mu to dosłownie kilka minut. Gdyby mi o tym doniesiono trochę później (akurat byłam w trakcie przygotowywania raportów na drugim końcu sklepu), to drzewko pewnie by zaczęło przeprowadzać akcję ewakuacyjną z naszego parkingu. A szkoda, bo jedno jedyne mamy.

Wpadłam na Pok niczym Anioł Zemsty (no dobra, Casandra, nie pochlebiaj sobie), z rozwianym włosem i pianą na ustach. Już miałam zacząć się ostro piłować, już miałam skracać Stasia o głowę... i co widzę? Staś i jeden z ochroniarzy pokładają się ze śmiechu, dosłownie zwijają się w spazmach niepohamowanego chichotu. Staś widząc moją minę profilaktycznie zwiał, usprawiedliwiając się nagłym wezwaniem na kasy a ochroniarz po kilku głębszych wdechach dla uspokojenia uraczył mnie takim monologiem:

Patent Żartownisia okazał się strzałem w dziesiątkę. Powinnam go okrzyknąć bohaterem, bo uchronił sklep przed kałużami moczu i stadem niezadowolonych klientów. W szczególności dzieci. Jestem zła i niedobra, bo nie rozumiem powagi sytuacji. Do Stasia co chwila zgłaszał się jakiś klient stojący w pozie sugerującej rychłe popuszczenie i Żartowniś ratował kogo tylko mógł. Wyglądało to tak:

Podchodzi klient, pyta o toaletę i słyszy, że nieczynne do odwołania, ale jeśli klient jest z dzieckiem i to temu dziecku puszczają zaworki, to on radzi udanie się pod Drzewko Szczęścia. I tak w kółko. Po jakimś czasie, już nawet nie pytał po co klient podchodzi do lady, tylko z góry informował, że jak pan/pani w sprawie toalety, to nie działa jeszcze, szybko nie zadziała, ale z dziećmi to pod drzewko można.

Po jakimś czasie podchodzi następny klient. Nie zdążył nawet ust otworzyć, gdy Staś uraczył go informacją:
- Dzień dobry, toalety nieczynne do odwołania, ale jeśli to nie pan, tylko dziecko chce siusiu to na parkingu jest drzewko i tam można bez problemu.
Klient w pierwszej chwili zamarł. Potem ironicznie się uśmiechnął i zapytał:
- Każdy kto przychodzi po fakturę musi skorzystać z drzewka, czy można to jakoś ominąć? Bo widzi pan, jakoś nie mam parcia na pęcherz. Ale dziękuję za troskę.

To nauczyło Żartownisia pytać w jakiej sprawie klient
przychodzi.

W pewnym momencie podchodzi klient i pyta o toaletę. Na to Staś:
- Jak ma pan dziecko, to na parkingu jest drzewko. Można skorzystać.
- Mam dziecko, ale w domu, to też się liczy? - zapytał z nadzieją klient stojąc w specyficznej pozie. Staś i ochroniarz dostali ataku śmiechu maskowanego imitacją kaszlu. Cały cyrk ukróciło moje najście. Nie miałam czasu by dobrać się do Stasiowej skóry, bo musiałam stanąć na rzęsach by usunięto awarię w trybie natychmiastowym.

Przy okazji odkryłam, że nasz Żartowniś jest człowiekiem w czepku urodzonym. Godzinę po tym, gdy otwarto toalety zjawił się u nas z niezapowiedzianą wizytą Kierownik Regionalny z całą świtą. Gdyby zjawił się wcześniej i zobaczył co się dzieje na parkingu, to pewnie zawiślibyśmy wszyscy za ja*ja i inne organy miękkie. Ja kiedyś przez tego Stasia osiwieję...

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 407 (577)

#49668

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam w pracy kolegę, który jest wielkim żartownisiem.
Kolega ten ma tendencję do odbierania telefonów w bardzo specyficzny sposób. Jego standardowe teksty to:
- Zarządzanie światem, Bóg przy telefonie. Rzeczy niemożliwe załatwiam od ręki, na cuda trzeba czekać do dwóch tygodni. W czym mogę pomóc?
Albo:
- Zarządzanie piekłem, Diabeł przy telefonie. W czym mogę zaszkodzić?
Wszystko ładnie i cacy, jeśli odbiera tak swoje prywatne telefony, ale któregoś pięknego dnia...

Nastał u nas sezon grypowy. Padaliśmy jak muchy po Muchozolu. Co dzień było nas mniej, a zielone świstki druków L-4 zasypały dział Personalny. Mnie niestety żadna cholera wziąć nie chciała, żaden wirus nie chciał się na mnie połakomić, więc przychodziłam grzecznie do pracy i tyrałam za pięć osób na raz.

Wpadłam na genialny pomysł, że wezmę sobie do pomocy Stasia Żartownisia. Jest na tyle obeznany w tematyce mojego działu, że radzi sobie bez problemu z podstawowymi obowiązkami. Jego rola, między innymi, miała polegać na odbieraniu telefonów, które na Punkcie Obsługi są bardzo liczne. Co chwilę dzwonią pracownicy prosząc o pomoc, na przemian z klientami, pragnącymi zasięgnąć informacji. Co ważne - dzwonek telefonu połączeń wewnętrznych tylko nieznacznie różni się od tych pochodzących z zewnątrz. Miałam na uwadze, że Stasiowe niewprawione ucho może mieć problem z ich odróżnieniem, więc w miarę możliwości starałam się alarmować go, rzucając hasła: "klient" i "sklep". Kilka razy nie zdążyłam. Stasiowe nadgorliwe łapki podnosiły słuchawkę zanim zdążył przebrzmieć pierwszy dźwięk melodyjki...

Sytuacja I:
- Zarządzanie piekłem, Diabeł przy telefonie (...).
Klient chichocząc:
- O proszę, w końcu ktoś na poziomie. Ja w sprawie reklamacji...


Sytuacja II:
- Zarządzanie światem, Bóg przy telefonie (...).
Dyrektor po chwili ciszy:
- Ej, a to nie powinien być mój tekst?
Jeszcze nigdy nie widziałam tak czerwonego Stasia. Od cebulek włosów po kołnierzyk koszuli.

Jeszcze dwa razy Staś zastosował swój żarcik i dwa razy klienci natychmiast odkładali słuchawkę. Oczywiście nie omieszkał pochwalić się swoimi sukcesami w roli firmowej sekretarki.
Chyba cierpię na brak poczucia humoru, bo jakoś nie do śmiechu mi było po zasłyszanych rewelacjach. Do pracowników może mówić co chce, ale klienci... Wiem z doświadczenia, że klientom do oburzenia się niewiele trzeba. Już oczami wyobraźni widziałam lawinę skarg klientowskich spadającą prosto na moją biedną głowę. A podobno jesteśmy poważną firmą.

I tak Staś dostał tego dnia bana na telefon. I wylądował w czyśćcu. To znaczy na kasach. Precz z oczu siło nieczysta.
Trzy godziny później dzwoni telefon. Odbieram:
- Dzień dobry, firma XYZ, w czym mogę pomóc?
- Yyyy... A Diabeł gdzie się podział?
- Resocjalizację w czyśćcu przechodzi - odparłam z pełną powagą. No co? Głupota bywa zaraźliwa.
- To pani go zawoła, bo on z tą moją reklamacją całkiem dobrze kombinował.

I jak tu się gniewać na Stasia?

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1109 (1199)

#49411

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewien starszy Pan postanowił zrobić u nas bardzo duże zakupy.

Pan miał najwidoczniej zły dzień, co manifestował swoim zachowaniem od momentu przekroczenia naszych drzwi. Przemierzał sklep nerwowym, szybkim krokiem, mamrotał coś gniewnie pod nosem i wrzucał z dużą siłą wybrane produkty do koszyka, jakby parzyły go w ręce i napawały obrzydzeniem. Gdy wyżył się już na artykułach, postanowił pomaltretować jedną z kasjerek.

Podjechał do kasy koszykiem wyładowanym po brzegi i stanowczym tonem rozkazał, by informować go głośno o cenie każdego z produktów, bez wyjątku, bo on nie ma obowiązku sprawdzać cen. Kasjerka oczywiście zachowała kamienną twarz i zastosowała się do polecenia.
Po każdej wymienionej cenie Pan długo zastanawiał się, czy dokonać zakupu owej rzeczy, czy jednak nie. Kręcił nosem na średnio co drugi produkt, kasjerka cierpliwie odkładała te zakupy na bok. Po jakimś kwadransie tyle się tego nazbierało (włącznie z jakimiś deskami do prasowania i innymi sporymi przedmiotami), że już tylko oczy jej wystawały zza kasy. W końcu zakupy dobiegły końca i przyszła pora na Punkt Obsługi Klienta.

Siatka szpiegowska działa u nas całkiem dobrze, więc zanim Pan do mnie dotarł, byłam już o wszystkim poinformowana. Ochroniarz Jarek stojący przy POK-u, również.
Pan pyrgnął w moją stronę jedną z promocyjnych gazetek i zarzucił naszym pracownikom oszustwo z premedytacja. Za które, jego zdaniem, powinni nas wieszać. Po zapoznaniu się z sytuacją i uświadomieniu Szanownemu Klientowi, że to jednak On się pomylił, usłyszałam, że w takim razie Pan... rezygnuje ze wszystkich zakupów. Mam mu "na ten tychmiast" oddać jego pieniądze. Tak, klient ma u nas taką możliwość. Mimo wszystko, upewniam się:
- Jest Pan pewien, że chce Pan oddać całe zakupy? (a było tego ze dwadzieścia pozycji na paragonie).
- Tak! Chyba wyrażam się jasno?!
- Oczywiście, jak najbardziej. Ale to wszystko przez to, że źle Pan spojrzał na cenę jednego z produktów?

Tutaj nastąpiła w Kliencie swoista metamorfoza. Spuścił z tonu, lekko się zgarbił, przetarł oczy, odetchnął i rzecze:
- Tak w sumie to nie. Nie przez to. Mam cholernie zły dzień. Moja kochana... psia ją mać... żona rozbiła nasz samochód. Dopiero dwie raty spłaciliśmy a ona... żeby ją szlag trafił, nie zmieściła się w bramie! Rozumie pani? Nowy samochód! Dwie raty dopiero! Dzwoniła z godzinę temu. Zapłakana, że przeprasza, że nie chciała. I co ja mam teraz robić? Ja ją chyba zabiję! Nowiuśki samochód!

Nawet nie zauważyłam kiedy POK przeistoczył się w gabinet psychologa, połączony z warsztatem (drugi fach Jarka) i z działem porad prawnych (zawołaliśmy z pasażu kolegę sprzedającego ubezpieczenia samochodowe). Podnieśliśmy Pana na duchu, zasypaliśmy dobrymi radami, wymusiliśmy obietnice, że żona dożyje następnego ranka i puściliśmy w niepamięć jego wredne zachowanie.

Na koniec Pan zwraca się do mnie ze słowami:
- Widzi pani, co się dzieje z człowiekiem, jak ma zły dzień. Każdy radzi sobie ze stresem jak umie (Tu miał na myśli swoje wcześniejsze zachowanie, domyślam się, że to była jakaś zawoalowana forma przeprosin).
- Ja naprawdę wszystko rozumiem. Też mam swoje sposoby na stres - odpowiadam spokojnie. Wolałam nie dodawać, że moje ograniczają się do zaparzenia melisy i słuchania muzyki, co nie doprowadza otoczenia do białej gorączki, tak jak jego pomysły.
- Tak? A jakie? - zapytał Pan, chyba bardziej z uprzejmości (jak widać, jak ktoś chce, to potrafi).
Tu wtrącił się dziwnie rozbawiony sytuacja ochroniarz:
- A rzuca czym popadnie. Wszystkim, co ma pod ręką - tu dla udowodnienia wskazał palcem na swoje czoło, gdzie od zawsze widnieje sporych rozmiarów fioletowa blizna. Pamiątka z dzieciństwa.
- Ależ Jarek, ty to masz od zawsze, nie wkręcaj Pana!- zaczęłam się bronić.
- Kubkiem dostałem - kontynuuje Jarek, zupełnie ignorując moje słowa - a kiedyś do nawet nożykiem do papieru się zamachnęła. Otwartym!

Nie napiszę jakim wzrokiem zmierzył mnie Klient. Ani jakim spojrzeniem ja uraczyłam Jarka. Ale gdyby oczy miały zdolność zamieniania myśli w czyn, to ochroniarz padłby trupem wijąc się w konwulsjach, a ja zostałabym zabrana ze stanowiska pracy w pięknych, choć podobno niewygodnych bransoletkach. I wcale mnie nie kusił nożyk leżący w zasięgu ręki. Wcale a wcale.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 630 (794)

#49340

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze gdy mnie ktoś pyta, czy lubię dzieci, to odpowiadam, że lubię, nawet bardzo, tylko szkoda, że się tak długo gotują.

To oczywiście tylko moje spaczone poczucie humoru, bo faktem jest, że dosłownie mam fisia na punkcie małych dzieci. Im mniejsze, tym lepiej. I zapomniałam o najważniejszym - muszą być cudze :)
Dzieci, co dziwne, odwzajemniają moją sympatię. Podejrzewam, że może to mieć coś wspólnego z minami, które potrafię do nich strzelać, wygłupami, które urządzam ku ich radości (szczególnie w pracy) oraz morzem cierpliwości, jaką do takowych posiadam. Zawsze znajduję sposoby na rozbeczane i zawodzące jak syreny okrętowe dzieciaki w długaśnych kolejkach do kasy, zawsze też rodzice z dziećmi mogą liczyć na pierwszeństwo w obsłudze na moim stanowisku pracy.

Którejś niedzieli sprawdzałam akurat daty ważności artykułów przy kasach samoobsługowych, gdy minął mnie wózek wypełniony po brzegi zakupami, na których szczycie królował rozkoszny pucołowaty brzdąc o wielgachnych orzechowych oczkach. Wózkiem operował Tatuś. Tatuś, jak Tatuś, nie był ani rozkoszny, ani pucołowaty, więc nie wzbudził mojego zainteresowania. Bobas za to robił wszystko, by wzbudzić zainteresowanie w kimkolwiek. Rzucał zakupami na prawo i lewo, głośno gaworzył i ściągał z pólek wszystko co było w zasięgu jego maleńkich łapek. Tatusiowi to nie przeszkadzało, był tak zajęty liczeniem artykułów na kasie i sprawdzaniem cen, że pewnie zignorowałby nawet przylot UFO. Urządziliśmy sobie z maluchem niezłą zabawę - on zrzucał i wyrzucał, a ja podnosiłam to wszystko z podłogi i odkładałam na miejsce. W sensie zabawa była przednia dla niego, nie dla mnie.

Po jakimś setnym już skłonie zauważyłam, że pod moimi stopami oprócz produktów lądują też różne części garderoby. Czapka, szaliczek, buciki, skarpetki. W życiu nie widziałam tak ekspresowego striptizu, przyznam szczerze. Tatuś jakoś nie dostrzegał tego cyrku, który dział się dosłownie pół metra od niego. Jak to mówią - nie mój cyrk, nie moje małpy... ups... dzieci, ale... jak mogłam zignorować te oczka, wyciągające się do mnie rączki i ponaglające popiskiwanie? No... mogłam. W sensie, że powinnam. W końcu po coś to dziecko zabrało na zakupy swojego Tatusia, prawda? Nie tylko dlatego, że ktoś musi za te zakupy zapłacić, ale też i ze względu na bardziej przyziemne sprawy, jakimi jest chociażby obowiązek opieki nad niemowlakiem. Swoim niemowlakiem, do jasnej ciasnej...

Nie tracę jednak nadziei, próbuję jakoś delikatnie zwrócić Tatusiowi uwagę na istnienie potomka. Najpierw chrząkam znacząco, potem zwracam się już bezpośrednio ze słowami: "przepraszam pana bardzo, ale dziecko się rozebrało a na sklepie jest bardzo chłodno...". Tatuś nawet na mnie nie spojrzał, burknął tylko coś niewyraźnie pod nosem i dalej zawzięcie zmaga się z pasztetową i innymi śledziami. Wzruszyłam ramionami. Nie lubię być nadgorliwa, bo to ponoć gorsze od faszyzmu, więc zabrałam swoje cztery litery na inną część sklepu i starałam się zapomnieć o pasztetowym Tatusiu i orzechowym berbeciu.

Kilka minut później znowu przechodziłam obok Małego Księcia z gołymi stopkami i nawet ucieszyłam się na widok wyrwanego z letargu Tatusia, który ubierał swoją pociechę. Mina mi zrzedła, gdy usłyszałam:
- Jak ja dorwę w swoje ręce tą babę, która cię porozbierała, to jej łeb urwę!

Łeb, znaczy się głowę, mam tylko jedną, więc ewakuacja wydawała mi się najrozsądniejszym pomysłem na daną chwilę.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 603 (777)

#49284

(PW) ·
| Do ulubionych
Plan doskonały.

Był sobie pewien pan, powiedzmy...Zenek. Pan ten był prawdziwą złotą rączką i potrafił zrobić wszystko dla wszystkich. Zapłatę lubił odbierać w formie przelewu, lecz nie tego bankowego a procentowego. Naprawił kran za 3 piwka, położył kafelki za litra czystej. Tanio i szybko (nie zawsze solidnie).

Pewnego dnia dostał zlecenie z rodzaju tych wyżej oprocentowanych. Napalił się strasznie, zatarł łapska z uciechy i...zamarł w przerażeniu, bo przypomniał sobie, że nie posiada sprzętu potrzebnego do wykonania owej pracy. Rozchodziło się o wiertarkę. Nie miał od kogo pożyczyć, bo nikt rozsądny nie powierzy swego sprzętu w Zenkowe ręce. Cóż było robić? Podobno w życiu trzeba sobie jakoś radzić, a kto nie ryzykuje ten szampana (przepraszam - wódki) nie pije. Wpadł zatem Zenek na szatański, aczkolwiek prosty plan: pożyczki dokona w naszym sklepie. Szkoda tylko, że zapomniał nas o tym poinformować.

Do pomocy w akcji namówił kolegę od kielicha. Zjawili się obaj w godzinach wieczornych i od razu udali w stronę działu przemysłowego. Otworzyli pudełko z wiertarką i udawali, że tylko oglądają. Nie wiedzieli, że nasz monitoring obserwuje każdego klienta, który grzebie w sprzęcie. Kumpel dyskretnie obserwował otoczenie, a Zenek (mniej dyskretnie) bunkrował wiertarkę za pazuchą. Zostali zatrzymani podczas próby opuszczenia sklepu. Byli tak zaskoczeni tym, że wpadli, że ich miny były prawie zabawne.

Przyjechała Policja, wywiązała się rozmowa między mundurowymi a Zenkową "mafią":
-Panie Zenku, po co to panu było?
-Panie Władzo, ja żem nie chciał nic ukraść, przysięgam! To nie tak jak pan myśli! Ja dobry chłopina jestem - Zenek kaja się i bije w pierś.
-Dobry chłopina nie kradnie! - poucza Policjant.
-Ja nie kradłem, jak babkę kocham! Ja chciałem pożyczyć! Mam robotę na oku, wezmę to na chwilę, wywiercę parę dziurek i za godzinkę lub dwie przyjdę i zapłacę za to. Przysięgam na swoją matulę, ja nie chciałem kraść, tylko pożyczyć! W życiu bym się nie zniżył do kradzieży, czemu Pan Władza mi nie wierzy?
-Jeśli to co pan zrobił nie nazywa się kradzież, to co to było, do cholery? - Mundurowy traci już cierpliwość. Tu odzywa się po raz pierwszy nieśmiały kolega Zenka, który przez ten czas stał cicho ze spuszczoną głową:
-Panie, to nie miała być kradzież, to miał być... plan doskonały. Wynieść - użyć - przynieść.

Policjant słysząc to strzelił się otwartą dłonią w czoło aż plasnęło na pół sklepu i stwierdził, że nie ma siły, on musi wyjść i zapalić.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 869 (935)

#49135

(PW) ·
| Do ulubionych
W ostatnim czasie w naszej firmie grupa speców od marketingu wpadła na tak genialny pomysł na mega promocję, że do tej pory nie możemy wyjść z podziwu. Ich pomysłowość jak widać nie zna granic, a inteligencja i wizje przyszłości jakie tworzą w swoich głowach powalają na kolana. Ze śmiechu.

Cóż to za genialny pomysł zawładnął ich umysłami tym razem?

Każdy klient, który zrobi u nas zakupy za minimum 100 zł, otrzyma od kasjerki kupon uprawniający do odbioru darmowego biletu wstępu do największych parków rozrywki. W Niemczech. Każdy kasjer ma obowiązek nabić taki kupon na kasie w czasie transakcji, więc jest on widoczny na paragonie. Przełożeni sprawdzają, czy każdy pracownik sumiennie zachęca do owej promocji i czy każdy klient, który wybulił u nas setkę, wynosi ten karteluszek w objęciach, pełen euforii i wdzięczności.
Promocja trwa dopiero kilka dni ale kasjerki już zdążyły zjeść większość swoich nerwów i nasłuchać się za wszystkie czasy, jacy to jesteśmy bezczelni, nienormalni i jakie mamy spaczone poczucie humoru. Oto kilka historii:

1.
-Do zapłaty 101,39. Dodatkowo otrzymuje pan od nas kuponik rabatowy.
-Jaki to rabat? - Klienci uwielbiają słowo "rabacik".
-Dzięki temu kuponikowi może pan wejść za darmo do jednego z największych parków rozrywki na świecie.
-Tak? To fajnie, ale wie pani... to pewnie do Warszawy trzeba jechać?
-Nie... do Niemiec - odpowiada kasjerka uśmiechając się grzecznie.
-Że gdzie?! - wytrzeszcza oczka klient.
-Do Niemiec.
-Wy sobie, kurka wodna, jakieś jaja robicie? Weźmie pani ode mnie ten bzdurny kuponik. Nie mam pieca, nie mam po co go do domu targać.

2.
Kasjerka daje kuponik klientowi z nadzieją, że weźmie odruchowo razem z paragonem i nie będzie pytał o szczegóły tej "kochanej" promocji. Niestety, klient należał do bardziej spostrzegawczej części populacji i dojrzał podejrzaną pozycję na paragonie. Oczywiście nie omieszkał zapytać kasjerki "co za bzdurę ona mu nabiła".
Dziewczę zaczyna wszystko tłumaczyć. Po wymienieniu kraju, w którym można odebrać bilet, klient przerywa pełne niedowierzania milczenie i pyta:
-Rozumiem, że sponsorujecie też wycieczkę w obie strony? Jak pani uważa, ilu z waszych klientów może sobie pozwolić na takie wakacje? Ile z tych biletów zostanie odebranych? Jeden? Dwa? Panią stać na takie dyrdymały?
-Coś panu powiem... jeśli jeszcze kilkanaście razy będę musiała wysłuchać w jak idiotycznej firmie pracuję, to może mi pan uwierzyć - wykupię bilet do Niemiec. I proszę nie pytać, dlaczego tylko w jedną stronę.

3.
Przy kasie stoi staruszka, na oko ma jakieś 80 krzyżyków na karku. Robiła spore zakupy, z którymi na bank nie dałaby sobie rady, gdyby nie pomoc kogoś z rodziny. Krzątał się koło niej jakiś osobnik płci męskiej, tak zajęty rozmową przez komórkę, że realność tego świata pozostawała daleko poza jego świadomością. Kasjerka, nie mając innego wyjścia, podaje kuponik staruszce i zaczyna jej tłumaczyć warunki promocji. Dodam, że nie na siłę, kobieta sama o to poprosiła. Między kobietami nawiązuje się rozmowa i nagle szum kolejek przerywa głośny śmiech:
-Ha ha ha ha ha... - starsza pani aż zwija się ze śmiechu - to mówi pani, że sponsorujecie mi darmowe wejście do Legolandu? Ha ha ha ha... w moim wieku... Legoland... ha ha ha... Stasiek trzymaj mnie, bo nie mogę... o Boże zawału dostanę zaraz i szczękę zgubię ze śmiechu... oj, dziewczyno, dawno się tak nie uśmiałam, jesteście genialni. To najlepszy żart na Prima Aprilis jaki usłyszałam, odkąd żyję...

My też wolelibyśmy, by to był tylko żart ze strony naszych przełożonych. Do wydania mamy jeszcze kilka tysięcy takich kuponów. Poprawimy humor jeszcze kilku tysiącom naszych klientów. Lub im podniesiemy ciśnienie. Oczywiście, dla dobra ich zdrowia.

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 785 (873)