Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Chinskismok

Zamieszcza historie od: 22 listopada 2017 - 15:05
Ostatnio: 28 marca 2019 - 14:04
  • Historii na głównej: 6 z 6
  • Punktów za historie: 1051
  • Komentarzy: 2
  • Punktów za komentarze: 5
 

#83833

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu spokojnie siedziałam sobie na macierzyńskim i podkusiło mnie, żeby podłapać pracę na zastępstwo w podstawówce. Parę lat temu uczyłam w liceum, dobrze to wspominam, a po drugie szkoła bardzo blisko domu, nie jest to 8 godzin dziennie jak w innej pracy, koło południa zwykle wracałabym do dziecka. A odpoczynku od pieluszek i kaszek naprawdę już potrzebowałam. No dobra - babcia załatwiona, idę do szkoły!

...I powiem szczerze, nie spodziewałam się, co się dziś dzieje w zwykłych, publicznych, szarych podstawówkach...

a) na każdą klasę mniej więcej 1/3 - 1/2 ma opinie i orzeczenia o specjalnych potrzebach. Może jedno-dwa jest słuszne, ale reszta ma tą opinię na niewyleczalne rozwydrzenie. Przykłady: skakanie po ławkach, gryzienie nauczyciela, uciekanie z lekcji na ulicę. Jakbym miała do ogarnięcia stado małp. I naprawdę, umiem sobie z niegrzecznymi radzić (w liceum i zawodówce nie było większych problemów), ale gdy szaleje mi pół klasy nietykalnych opiniowców, to tu po prostu pomógłby chyba tylko zespół psychiatryczny z kaftanami. I żeby było jasne, miałam do części klas nauczycieli wspomagających.

b) rodzice. Ich skarbusie przecież takie mądre i grzeczne... Jak to ma jedynkę za brak pracy domowej? TO PO CO PANI ZADAJE? Chyba oczekują niektórzy, że z ich bałwanem pójdę do domu i odrobię za niego... Hitem były ostre pretensje do dyrekcji bo... "POZWOLIŁA NA TO, ŻE NAUCZYCIEL JEST NA ZWOLNIENIU A MÓJ SKARB MA JEDYNKĘ I JAK TO MU NAUCZYCIEL POPRAWI?"... Tak, to nauczyciel ma poprawiać oceny, i nie wolno mu chorować, choruje specjalnie żeby skarbuś miał słabą ocenę.

c) oddzielny punkt na mojego faworyta. Bałwan całą lekcję drze się: kiedy przerwa? Kiedy ten dzwonek?! Ile do przerwy!!! Dostał uwagę, został odpytany, dostał jedynkę. Wariuje dalej. Mówię mu: posiedzisz kilka lat w tej klasie, to może się ogarniesz. Ale on się tego nie boi. W zeszłym roku nie zdał prawie z wszystkiego i co? Mamusia poleciała do kuratorium i kuratorium bez egzaminów i poprawek kazało ucznia przepchnąć do następnej klasy! W tym roku nie da się nad nim zapanować, ma same gole i śmieje się w twarz. Bo wie, że nic mu nikt nie zrobi. A reszta patrzy i też tak chce!

Nie mówię, że nauczyciele są święci. Znam środowisko z dwóch stron, lecz akcje nauczycieli może zostawię na inne wyznanie. Ale rodzicu zrozum: belfer po chemii czy innej polonistyce nie da sobie rady z ciężko upośledzonymi (w liceum miałam ucznia co nie umiał pisać. Naprawdę. Nauczyciel wspomagający pisał za niego egzamin gimnazjalny). Jak twoje dziecko ma naprawdę problemy, ślij go do szkoły specjalnej. Z pożytkiem dla niego i innych. Po drugie, zapraszam rodziców "skarbusi" na lekcje. W wielu przypadkach niestety brakuje wychowania wyniesionego z domu i opinia z ppp nic tu nie da. Szkoła nie wychowa ci dziecka. Nie od tego jest.

Podsumowując: szkoła dziś to nie to co pamiętamy z autopsji. Teraz to użeranie się z niewychowanymi bałwanami, których zachowanie przechodzi pojecie (np. zwyzywanie nauczyciela za to, że nie wypuści do łazienki minutę po długiej przerwie) lub nieporadne radzenie sobie z chorymi i upośledzonymi dziećmi przez nieprzygotowanego do takiej pracy nauczyciela (wcześniej pracowałam z orzeczeniowcami, którzy potrzebowali więcej czasu i uwagi, ale którzy byli w stanie radzić sobie w zwykłej szkole).

Niech rodzic sam przyjdzie i spróbuje ogarnąć np. upośledzoną dziewczynkę która rozpacza bo "spadł jej długopis i proszę dzwonić po mamę" i jednocześnie kilku brajanków skaczących po ławkach i rzucających scyzorykami w tablicę interaktywną. Nie przesadzam.... Dobrze pracowało mi się z 1 klasą... A gdzie miejsce na cel szkoły, naukę? Co z dziećmi, które są ambitne i chcą się uczyć?

Moja przygoda w podstawówce trwała krótko. Znalazłam szybko pracę w firmie. Uważam się za dobrego nauczyciela, chętnych na korki mam na pęczki dzięki poleceniom, w liceum uczniowie mi dziękowali za "nauczenie tego, że ten przedmiot da się lubić"... Niestety teraz nie da się rozwinąć skrzydeł ani swoich, ani tej resztki chętnych uczniów. Swoje dziecko chyba będę uczyć w domu...

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (217)

#83193

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali zasłużonej krytyki piekielnych lekcji wudeżet, opowiem wam jak to było u mnie w szkole.

Lekcje prowadziła pani położna (to było tuż po zlikwidowaniu liceów medycznych, kilku nauczycieli zostało po przekształceniu naszej szkoły w zwykłe liceum - ta pani miała też uprawnienia do biologii). Gdy w innych szkołach katechetka na wdż mówiła, że seks przed ślubem to zło, antykoncepcja to zło, wszystko to zło i dzieciaki mają spać z rączkami na kołdrze, u nas było wszystko - bez żenady dostawaliśmy odpowiedzi na nasze pytania i mogliśmy zawsze przedyskutować każdą sprawę i wątpliwość, wiedzieliśmy wszystko o dojrzewaniu, zapłodnieniu, ciąży, antykoncepcji.

A gdy po kilku tygodniach obgadaliśmy wszystko i nie było już pytań, pani położna postanowiła do końca semestru puszczać nam filmy z porodów. Żadne tam obrobione "cuda narodzin". Kamera centralnie ustawiona na miejsce akcji, lejąca się krew, dobrze widoczne nacięcia, szycia, pękania, wszystko w akompaniamencie wrzasków rodzącej. Dla pani położnej to była codzienność (zresztą kilku z naszej klasy też odbierała!), a my, szczególnie dziewczyny, byłyśmy zielone z przerażenia. Po dwóch takich lekcjach większość załatwiała sobie z lekcji zwolnienie u rodziców. Czasy jeszcze takie, że rodzice niezbyt się interesowali co tam pokazują dzieciom w szkole.

Czy było to piekielne? No cóż, te filmiki to była sama prawda i natura. Na pewno było to piekielnie skuteczne - ŻADNA co chodziła na wdż u pani położnej w ciążę przed maturą nie zaszła!

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (216)

#82899

(PW) ·
| Do ulubionych
Biurokracja bawi i "óczy".

Zachciało nam się agroturystyki i sprawiliśmy sobie stadko kóz. Wszystko porejestrowane, zakolczykowane, jak ustawa przewiduje.

Wkrótce, za sprawą obrotnego capka, stadko powiększyło się, szczęśliwie gładko i bez problemów, o młodzież. Zgłosiliśmy do rejestru, przysłali nam kolczyki, kilka niezadowolonych meknięć przy zakładaniu i zdaje się, że sprawa załatwiona, a my możemy trwać w poczuciu obywatelskiej praworządności.

Ale nie! Po jakimś czasie przychodzi tajemnicze i nerwowe w tonie wezwanie z ARiMR (dla niezorientowanych: urząd od między innymi dopłat rolniczych i rejestracji zwierząt). Mamy natychmiast jechać do biura powiatowego i składać wyjaśnienia, nie wiadomo w sumie w jakiej sprawie, bo jak nie, to nieprzyjemne konsekwencje z artykułu tego i tamtego i jeszcze nieprzyjemniejsze z owego.

Pojechaliśmy, a na miejscu sytuacja patowa. Zestresowana pani przed komputerem nie może części naszej młodzieży wprowadzić do systemu. Według ustawy koza może urodzić w wieku 13 miesięcy, a nasza miała 12 i 20 dni. System wywalał błąd i nie wiadomo, co robić.

Pani udało się wytłumaczyć, że u gatunku ludzkiego niepełnoletnie osobniki płci żeńskiej również rodzą (tu na szczęście odpowiedniej ustawy nie przewidziano), i dlaczego u kozy czy innej krowy ma być inaczej. Zresztą u nas pełna i czysta natura - koza biegała luzem z kolegą całą jesień i poczuła do niego sympatię widać w złym momencie, niechcący generując systemowi za kilka milionów zapewne obstrukcję nie do przejścia. Chociaż pani sama się śmiała z tego absurdu, bezduszny system praw natury nie zrozumiał. Jedynym sposobem było wpisanie młodzieży późniejszej niż naprawdę daty urodzenia.

Wolimy nie myśleć, co będzie na przyszły sezon, kiedy młodzież sama będzie się kocić. Nawet jeśli będą miały, jak ustawa przewiduje, 13 miesięcy, to w systemie są młodsze.

Nie dziwię się, że wielu hodowców prawo omija i trzyma nierejestrowane...

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (200)
Mieszkam na zabitej deskami wsi ze średnią wieku 70. Jedna z moich lepszych "koleżanek" ma lat 84, prawie o 60 więcej niż ja.

Nasza "babcia" trzyma się bardzo dobrze, nie wymaga opieki, mieszka sama. Miła, wesoła, rozgadana. Wychowała 5 dzieci, wszystkie mieszkają w promieniu maksymalnie 15 km. Serce pękło mi na pół, gdy zadzwoniła na Wielkanoc, czy możemy przyjść, bo ona siedzi sama, a naszykowała jedzenia.

We wtorek po świętach mówiła nam, że martwi się o syna, bo tak to dzwoni, a od kilku dni nic. Zastanawia się, czy coś tam mu się nie stało. No to my pakujemy się do samochodu, bo akurat też do syna mieliśmy sprawę, to pod jej przykrywką zawieziemy i babcię, by się przekonała, czy wszystko ok.

Na miejscu u syna, 5 km dalej, zwijają się ostatni goście. Gospodarze chwalą się, że ponad 20 osób na święta było, w tym z zagramanicy.

A do matki nawet nie zadzwonili z życzeniami...

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (204)

#81414

(PW) ·
| Do ulubionych
Z powodu końca studiów wystawiłam na olx komplet mebli, które służyły mi na stancji i na ostatnim roku mnie i koleżance w akademiku. Był to zadbany komplet młodzieżowy.

Dzwoni zainteresowana, wypytuje o to i tamto, mówi że weźmie... ale za darmo, bo to dla biednej rodziny, czy się zgadzam? Powiedziałam, że się zgadzam, jeśli w zamian wesprze biedną studentkę kwotą podaną w ogłoszeniu. Foch jak stąd do Paryża. Trzeba mieć czelność tak żebrać...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (179)

#80910

(PW) ·
| Do ulubionych
Raz do mojego pokoju w akademiku zapukał jeden koleś i spytał, czy to moja lodówka stoi w przedsionku.
- Moja.
- Bo ja mam prośbę. Czy mogę sobie schować do zamrażarki buty żeby mi smród z nich zszedł?

Byłam na 1. roku, teraz już kilka lat mi stuknęło z mgr przed nazwiskiem, ale szczeny z podłogi jeszcze nie pozbierałam.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (125)

1