Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Chomiczek

Zamieszcza historie od: 28 marca 2014 - 9:45
Ostatnio: 10 maja 2020 - 7:43
  • Historii na głównej: 7 z 11
  • Punktów za historie: 4002
  • Komentarzy: 169
  • Punktów za komentarze: 541
 

#86246

(PW) ·
| Do ulubionych
Zakupiliśmy z mężem mieszkanie, w związku z tym - remont. Na pierwszy ogień poszła wymiana całej instalacji elektrycznej, w trakcie której elektrycy przez pomyłkę ucięli nam kabel od internetu z Vectry, z którą mamy podpisaną obecnie umowę.

Chcąc nie chcąc mąż, jako że na niego jest zawarta umowa, zadzwonił dziś rano na infolinię by zamówić technika. Miła Pani poinformowała nas, że z racji tego że uszkodzenie kabla leży po naszej stronie, do rachunku zostanie naliczone 100 zł, umówiła nam technika na popołudnie, dodatkowo przypomniała jeszcze żebyśmy nic nie płacili monterowi.

Zgodnie z rozmową i potwierdzeniem sms, technik miał zjawić się w godzinach 18 - 19, zadzwonił jednak do męża jeszcze w okolicach godziny 13 czy na pewno chcemy jego wizytę dziś, no raczej tak bo jednak wciąż musimy opłacać rachunki za niedziałający internet i w tym całym remontowym bałaganie chcemy chociaż czasem film jakiś włączyć dla zabicia czasu. Technik nas poinformował, że niestety on nie może się zjawić ale wyśle do nas kolegę. Ok, nam to obojętne, byle ktoś załatwił sprawę.

Równo o 18 zjawia się kolega, przyszedł popatrzył, on ok on to wszystko ogarnie, przeprowadzi nam nowy kabel, ale będzie nas to kosztowało 100 zł płatne teraz.

Ja - Pani na infolinii mówiła, że monterowi mamy nic nie płacić, 100 zł zostanie nam przecież doliczone do rachunku.

Monter - Tak, ale ja tu przyjechałem na prośbę kolegi prywatnie i będzie to kosztowało 100 zł.

J - Nie zapłacę Panu skoro i tak nam tą kwotę doliczą do rachunku, nie będę płacić podwójnie za robotę.

M - DOBRZE, TO JA ZADZWONIĘ DO KOLEGI.

I w trakcie rozmowy wyszło, że:

- Pani nie chce zapłacić a to przecież nasza wina, że mamy ucięty kabel (tak, usterka powstała po naszej stronie, dlatego absolutnie się nie kłóciliśmy z infolinią i dopłacimy do rachunku)

- on tu jest prywatnie, jak on ma robić za darmo to on woli wrócić do domu do dzieci (ależ proszę bardzo, Vectra w końcu miała przysłać aktualnie pracującego montera)

- w takim razie niech kolega sam się z nami umawia i ustala termin (tu mu wtrąciłam, że termin został ustalony na teraz i nie mamy zamiaru kolejny raz wisieć na infolinii w celu umówienia wizyty, dodatkowo zamknięcie tego zlecenia będzie się wiązało z zapłatą 100 zł za nic, stanęło na tym że monter, który miał się zjawić u nas od początku i dostał na nas zlecenie przyjedzie jutro z rana).

Byłam w domu w trakcie wizyty sama, kolega montera dzwonił do męża i zaczął mu się tłumaczyć, że on źle kolegę zrozumiał i nie podejmie się zainstalowania kabla bo on się na tym nie zna (sic!).

Jutro o 10 oczekujemy "pierwotnego" montera plus skarga oczywiście również pójdzie.

Vectra

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (98)

#74372

(PW) ·
| Do ulubionych
Praca w sieci sklepów Żabka od kuchni.

Ogólnie była to moja pierwsza praca. Już na rozmowie kwalifikacyjnej usłyszałam, że szef celuje głównie w młode osoby, które nie mają dużego doświadczenia (a najlepiej żadnego), ponieważ nie wnoszą starych nawyków do nowego miejsca pracy. Naiwnie myślałam, że to dobrze, iż ktoś daje możliwość zdobyć młodym doświadczenie. Dopiero po czasie przekonałam się, że liczą po prostu na osoby, które jeszcze nie do końca wiedzą co należy do ich obowiązków, a co im się należy. Mój błąd, że nie zainteresowałam się tym tematem od początku.

1. Grafik.

Z założenia miało być "normalnie". Kilka dni na zmianę poranną, dzień/2 dni przerwy, kilka dni na zmianę popołudniową i tak dalej i dalej. Żeby nikt się nie przemęczał, miał z góry ustalony czas pracy i mógł sobie jakoś życie ułożyć. Co najmniej 1 weekend w miesiącu wolny. Piękna teoria, teraz praktyka.
Układaniem grafiku zajmowała się siostrzenica szefa. Dziewczyna przychodziła do pracy dorabiać, z założenia 3 pracownice były zatrudnione na stałe, ona miała przychodzić kilka dni w tygodniu na popołudnia i w wybrane weekendy. W praktyce z grafikiem był cały czas problem. Bo siostrzenica jednak w środę nie przyjdzie, bo następnego dnia musi się uczyć, o czym poinformowała wszystkich we wtorek. Grafik się zmienia. Ustawiła sobie w grafiku pracujący weekend, wszystkie popołudnia. Nie, żadna z nas ma nie przychodzić do pomocy bo ściągnie sobie koleżankę, chcą razem jechać na wakacje i chcą same zarobić. Piątek rano - im jednak wypada ważna impreza, w sobotę nie przyjdą. Z co najmniej 1 weekendu wolnego wypada nam 0, bo jednak zawsze któraś musiała przyjść.
Po 2 miesiącach przestałam przychodzić w weekendy za kogoś. Popracowałam jeszcze około miesiąca, po czym usłyszałam, że przenoszą mnie na inny sklep, bo nie dogaduję się z personelem. Kij z tym, że nie dogadywałam się tylko z siostrzenicą w kwestii tych weekendów.
Trafiłam na inny sklep, na którym rządziła, tak do dobre słowo, rządziła znajoma szefa. Ona pracowała od poniedziałku do piątku, po tygodniu na jedną zmianę, w weekendy nie przychodziła. Bo nie, ona zajmuje się grafikiem. W konsekwencji wychodziły cyrki - kończyłam o 23.30, następnego dnia zaczynałam o 5.30. To + ciągłe zgrzyty między samozwańczą kierowniczką, brak reakcji szefa - zwolniłam się.

2. Umowa.

Męczyłam o nią szefa 3 miesiące. Oczywiście umowa - zlecenie, pomimo zapewnień, że kiedyś w końcu każda z nas dostanie umowę o pracę, bo komuś musi dać - wszystkie zasuwały na zleceniu. Żałuję, że tematem umów zainteresowałam się dopiero po zwolnieniu z Żabki.

3. Cenówki, wielosztuki.

Kolejny cyrk na kółkach. Ceny zmieniały się prawie codziennie. Oczywiście zmiana ceny w systemie następowała zanim zaczynałam pracę, wydrukiem cenówek zajmował się szef. Co z tego, że sklep był otwarty od 6 rano, a cenówki dostawałam koło 11, albo nawet później. Przez x h musiałam liczyć na to, że klient nie zechce kupić produktu ze zmienioną ceną i nie będę musiała świecić przed nim oczami. Nie, cenówki nie mogłam zdjąć, nawet jeśli była nieprawdziwa. Przecież pod każdym produktem cena musi być. Tylko raz miałam sytuację, że klient jednak domagał się sprzedaży produktu po niższej cenie, widniejącej pod produktem. Sprzedałam, ale ze swoich nie dołożyłam do manka.
Wielosztuki - wieczny problem z wchodzeniem na kasę. Conajmniej 1/4 wystawionych wielosztuk nie wchodziła na kasę. Znów trzeba było świecić przed klientami oczami.
Samo ustawianie kartek informujących o wielosztukach było kompletnie nieprzemyślanym przedsięwzięciem. Musiałam je układać dzień przed ich wejściem na promocję, bo z rana już muszą być ułożone. Znów świecenie oczami przed klientem, "no jak Pani mi nie sprzeda dziś tych batonów w promocji?".

4. Pogotowie kasowe.

Miałyśmy w kasie 300 zł pogotowia kasowego. Najczęściej bilon kończył się na 5 gr, żadnych 2 - 1 groszówek. Żabka ani ajent (przynajmniej w naszych sklepach) nie pilnował, by w kasie były rozmienione pieniądze. Albo same uzbierałyśmy co nam potrzeba, co jest trudne ponieważ ludzie notorycznie płacili banknotami 100 i 50 złotowymi, albo nie miałyśmy groszy.
W związku z bardzo małym pogotowiem kasowym wypłacanie u nas pieniędzy było praktycznie niemożliwe do godziny około 17/18. Z rana nie uzbierałyśmy wystarczająco dużo pieniędzy by mieć z czego wypłacić, około 14.30 była zmiana kasjera i w kasie znów zostawało 300 zł pogotowia.

5. Weryfikator.

Osoba, która kontroluje czy Żabki spełniają odpowiednie wymagania - czy rozłożone są wielosztuki, kasjerki noszą żabkowe koszulki, czy wymagane towary są na sklepie itp. Pomijając ajenta, który wiedział o kontrolach, bo dostawał cynki, jeździł z 2 paczkami promocyjnych orzeszków po 3 sklepach bo aktualnie znajdowały się tylko na 1 sklepie a są przecież w gazetce. Weryfikatora bardziej interesowały kasjerki niż sam sklep, więc co, przykazanie od szefa żeby go zagadywać. Który sklep zgarnie najlepszy wynik dostanie premie. Osobiście nie bawiłam się w takie rzeczy, bo mnie coś takiego odrzuca, musiałam za to wysłuchiwać tyrady "samozwańczej kierowniczki", że premię dostałyśmy dzięki niej, a ja się w ogóle nie postarałam.

Ogólnie wytrzymałam dość długo, bo aż 4 miesiące. Stali klienci wręcz podziwiali moją determinację, bo większość młodych zwalniała się po maksymalnie 2 miesiącach.

praca

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (161)
zarchiwizowany

#74426

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Taka mała piekielność.

Od przeszło tygodnia wisiała na drzwiach naszej klatki schodowej informacja, że w dniu dzisiejszym odbędzie się zbiórka ubrań, mniejszego sprzętu RTV/AGD. Zbiórka miała trwać w godzinach 9 - 14, ubrania/sprzęt należało wystawić przed klatkę schodową, zapakowany w reklamówki foliowe. Zaznaczono, że zbiórka odbędzie się niezależnie od pogody.

Mieliśmy z Narzeczonym trochę ubrań już przez nas nienoszonych, jednak zadbanych, ogólnie w dobrym stanie. 3 dni temu ubrania wypraliśmy, wczoraj poprasowaliśmy. Dziś spakowałam wszystkie do reklamówki, prześwitującej, więc bez problemu można było dostrzec do jakiego celu są przeznaczone. Przed godziną 9 wystawiłam ubrania przed klatkę schodową, po czym pojechałam do rodziców. Wróciłam przed godziną 15. Ubrań nikt nie zabrał.

I to by było na tyle.

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (35)

#65497

(PW) ·
| Do ulubionych
Osobiście uważam, że stwierdzenie, iż w Polsce nie ma pracy jest przesadzone. Otóż praca jest, jednak nie taka jaką większość ludzi sobie wymarzyło, sama póki co nie mam pracy marzeń, w której mogłabym z radością doczekać emerytury, uważam jednak, że lepiej pracować w sklepie i mieć z tego jakiekolwiek pieniądze, niż siedzieć na tyłku i czekać na lepsze czasy. Można powiedzieć, że szacunek do pracy mam, tym bardziej nie rozumiem postępowania osób, które zaraz opiszę i które to osoby ewidentnie nie szanują niczego, pracy, pracodawcy czy nawet współpracowników.

Dopisywanie sobie godzin.
Tu sytuacja jest o tyle bardziej przykra, że takie oszustwo miało miejsce w rodzinie. Dziewczyna oszukiwała szefa, czyli swojego brata, dopisując sobie godziny w dni, kiedy wychodziła wcześniej, lub kiedy nawet w pracy nikt jej na oczy nie widział. Kiedy współpracownicy zauważyli, że jej godziny pracy "nachodzą" na grafik innych pracowników, siostrzyczka poleciała jak na skrzydłach do ukochanego brata po wypłatę, żeby przypadkiem wcześniej nikt nie zdążył go powiadomić.

Okradanie sklepu.
O ile na początku, kiedy usłyszałam, że któryś z moich współpracownik okrada sklep, byłam w szoku, z czasem w ogóle przestało mnie to ruszać. Pracownicy kradli wszystko, prezerwatywy, papierosy, piwo, jedzenie, nawet zabawki czy naczynia ze specjalnych promocji (zbierz xx znaczków za zakupy, odbierz nagrodę).
Oszukiwali na butelkach, nabijali na kasę zwrot kilku butelek, pieniądze zabierali sobie.
Były osoby, które bardzo chętnie rozdawały znajomym "darmowe" bułki, hot-dogi, tortille, lub dawali na kreskę produkty ze sklepu.

Alkohol.
Ja naprawdę rozumiem, że czasem może zdarzyć się przyjść na kacu, sama kilka razy przyszłam do pracy, gdy przez poprzednią noc jeszcze troszkę było mi niedobrze, ale pojawić się kompletnie pijanym? Nawet nie troszkę podchmielonym, ale w stanie, w którym nie można normalnie się wysłowić, bo z ust wydobywa się bełkot, a przejście kilku kroków prosto to prawdziwy wyczyn?
Zdarzało się też picie w pracy, o ile jeden pracownik chociaż się chował po kątach z butelką, była dziewczyna, która najzwyczajniej pod ladą trzymała otwartą puszkę z piwem.

Lenistwo.
To chyba jeden z najpowszechniejszych problemów. Czasami się nie chce, po prostu, brzuch boli, ciężka noc, problemy z dzieckiem. Raz na jakiś czas spokojnie niechcenie można zrozumieć, jednak sytuacja, gdy dzień w dzień musisz na swojej zmianie pracować za dwie osoby, to już przesada.

Przychodzi do pracy nowy pracownik, są dostawy, trzeba uzupełnić półki, lodówki, ułożyć wystawkę. Za pierwszym razem może faktycznie nie do końca wiedzieć co gdzie stoi, ile produktów ma zawierać wystawka, jak ją ułożyć, za drugim razem myślę, że też można te wszystkie niedociągnięcia wybaczyć, ale za 3, 6, 8 razem przestaje to być niewiedzą, wychodzi czyste lenistwo.
Stałych pracowników ten problem oczywiście też dotyczy.
Ogólnie sklep powinno zostawiać się w takim stanie, w jakim samemu chciałoby się go zastać. Powinno się pod koniec swojej zmiany przypilnować, by na półkach było pełno towaru, wyrzucić po sobie śmieci, umyć naczynia. Wieczorna zmiana powinna codziennie pozamiatać i umyć podłogi. Ale po co? Przecież o wiele ciekawszym zajęciem jest przez całą swoją zmianę czytanie książki lub zabawa na telefonie/tablecie/laptopie.

Praca

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (317)
zarchiwizowany

#64001

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Do mojego gimnazjum uczęszczał Alanek. Większość szkoły Alanka kojarzyła, typ "co to nie ja", popali w szkolnej toalecie, napije się przed lekcjami, poobraża uczniów gorszych (oczywiście w jego mniemaniu).
Ale, ale. Co tam uczniowie, przecież w szkole panoszy się rasa jeszcze gorsza niż kujony. Kto? Ano oczywiście sprzataczki z panią woźną na czele.

Zdzarzało się mojej klasie i klasie Alanka kończyć lekcje o tej samej godzinie. Zwykle kiedy schodziliśmy do piwnic do szatni musieliśmy czekać aż pani woźna otworzy nam nasz boks ( teoretycznie każda klasa miała swojego klucznika, jednak w naszej klasie klucz trafił do dziewczyny, która w szkole pojawiała się sporadycznie, dosłownie kilka razy w miesiącu; tego dnia również najwidoczniej klasa Alanka nie miała klucza).
Pani woźna przyszła czynić swoją powinność, to jest odkluczyć nam boks i puścić do domu, ale chwila, przecież dla naszego kochanego Alanka to jest moment idealny! Aż 2 klasy widowni, jedna biedna pani woźna, więc Alanek zaczyna. Błysk w oku i rozlegają się okrzyki (jakże oryginalne) "Baba Jaga! Ty czarownico! Dupe rusz chcemy do domu!" i tym podobne.
Alanek oczywiście w śmiech, do czasu. Do czasu gdy pani woźna nie ruszy na niego rozjuszona niczym byk na czerwoną plachtę, łapie Alanka za fraki, przyciska do drzwi boksu, i jak nie zacznie na niego wrzeszczeć, że "szczyl ma się zamknąć, co, teraz już nie jesteś taki mocny w gębie?"
Alanek pełna dezorientacja, cisza jak makiem zasiał.
Z tego co wiem pani woźna konsekwencji nie poniosła, na szczęście.

Gimbazjum

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 272 (352)

#63275

(PW) ·
| Do ulubionych
W sklepie w którym pracuję są dostępne bilety na autobusy miejskie. Normalny kosztuje x zł, ulgowy połowę x. Do tego dochodzą również bilety droższe, którymi można dojechać poza miasto, z tego co się orientuję istnieją 2 strefy, z czego bilet do strefy pierwszej kosztuje tyle co suma ulgowego i normalnego, a ponieważ bilety "strefowe" nie istnieją, wiadoma jest tylko cena takiego biletu (a może istnieją ale ja ich w życiu na oczy nie widziałam, choć kupić próbowałam). Żeby poruszać się w strefie pierwszej należy skasować bilet normalny i ulgowy.

Wchodzi do mnie do sklepu ostatnio stały klient, z pytaniem czy zamienię mu bilet normalny na 2 ulgowe, bo on musi dojechać do pracy, był w sklepie obok ale jakaś nowa dziewczyna skasowała 2 normalne i nie mogła już tego cofnąć, a on pieniędzy nie ma. Ja niestety również nie mogę zamienić, bo nie będzie mi się później w razie czego zgadzało.

Pan zawiedziony już szykuje się do wyjścia, ale przypomniało mi się, że gdzieś tam w portfelu jakiś ulgowy mi się plącze, sama na sieciówkach jeżdżę, więc co mi tam, dobry uczynek zrobię, bilet oddam, Karma mi to wynagrodzi.

Krzyczę do Pana by poczekał, nie zamienię ale swój oddam, Pan zadowolony, po chwili oczka mu się świecić zaczynają. Nie, nie dlatego że trafił na taką uczynną osobę, zwietrzył frajera, bo bilet wziął, po sklepie chodzić zaczyna, gmerać w kieszeni (pieniądze się znalazły), "to ja sobie wezmę jeszcze coś ze sklepu (czytaj: piwo lub 0.1 jakiejś wódeczki), ale 60gr doniosę następnym razem." Mi już mina zrzedła, więc mówię, że nie bo ja się dziś rozliczyć muszę. "To Pani dołoży, ja oddam." Tu już bezczelność mnie zaczyna denerwować, mówię, że przy sobie pieniędzy nie mam.

Jeszcze miał czelność dopytywać się czy na pewno nie mam.

To już drugi raz kiedy żałuję, że zrobiłam coś dobrego. Pierwszy raz żałowałam, kiedy dałam pieniądze chłopakowi, który zbierał datki na niewidomych. Dałam mu 5 zł, zamiast jakiejkolwiek wdzięczności zobaczyłam jak stuka w kartkę pokazując mi, że inni dali po 10. Może to czyni ze mnie złą osobę ale szczerze żałuję, że nie zabrałam mu wtedy tej 5, a temu facetowi biletu, jednak niestety uważam, że jak już się coś dało to, w tych dwóch przypadkach przynajmniej, przepadło.

miasto

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 463 (523)

#62339

(PW) ·
| Do ulubionych
Czuję się dyskryminowana. Przez kogo? Przez matki. Dlaczego? Bo nie mam dziecka.

Broń Boże ten tekst nie jest skierowany przeciwko wszystkim matkom, nie. Znam takie co mają dwójkę dzieci i są "normalne". Znam samotne, które potrafią zorganizować czas i wychować dziecko tak, by było na tyle samodzielne, by wróciło samo ze szkoły i odrobiło lekcje.

Chodzi mi o Ten Typ. Ten Konkretny Typ, który uważa, że skoro nie masz dziecka jesteś tylko gówniarą, która o życiu nie wie nic i twoim psim obowiązkiem jest się podporządkować. Bo nie masz dziecka.

Teraz może trochę konkretów.

Pracujesz w miejscu, gdzie grafik jest układany wspólnie ze współpracownikami, żaden kierownik się do tych spraw nie miesza. Oczywiście z racji tego, że jesteś matką, z góry ustalasz, że grafik będzie robiony pod ciebie. Pracujesz jak chcesz, kiedy chcesz, reszta ma się dostosować, bo reszta nie ma dzieci.

Firma w której pracujesz funkcjonuje 7 dni w tygodniu i w święta? Och, co za problem, przecież jesteś matką, więc organizujesz sobie pracę od poniedziałku do piątku, weekendy i święta bierzesz wszystkie wolne. No chyba, że już naprawdę musisz, więc co najwyżej łaskawie weźmiesz sobie poranną zmianę. A co, niech pracują w weekendy i święta dziewczyny bezdzietne.

Dziewczyny raczą narzekać, że chcą choć jeden weekend wolny? Co z tego, że mają także rodziny, chłopaków, przyjaciół, są młode, więc także chcą gdzieś wyjść. Przecież nie mają dzieci, więc to jest według ciebie równoznaczne z tym, że życie prywatne dla nich nie powinno istnieć.

Ktoś chce, żebyś przyszła za niego w dzień wolny? Przecież w pierwszej kolejności powinno się tego wymagać od dziewczyn bezdzietnych, w końcu zapewne siedzą i się nudzą w domu, skoro nie mają dzieci.

Zasłanianie się dzieckiem.
Chcesz wyjść wcześniej z pracy? Dzwoń do bezdzietnej koleżanki, próbuj po raz 3 wciągu 2 tygodni wcisnąć jej kit, że dziecko ma wizytę u laryngologa (nawet nie fatyguj się by zmienić lekarz ), nie ma ochoty wcześniej przyjść? Zrób jej awanturę, że jest nieczuła i nie wie co przeżywasz, dowie się jak zostanie matką.

Chcesz iść na imprezę? Masz popołudniową zmianę? Dzwoń do bezdzietnej koleżanki, zażądaj by za ciebie przyszła do pracy, bo jednak nie masz co z dzieckiem zrobić. Przez przypadek się dowie, że to kłamstwo i chodzi o imprezę? Obraź się na nią i wmawiaj, że nie wie jak to jest, dowie się jak będzie miała dziecko.

Zgadzasz się na pracę w systemie 3-zmianowym. Po pierwszym tygodniu stwierdzasz, że na nocki przychodzić nie masz więcej zamiaru, przecież masz dziecko, niech na nocki przychodzą dziewczyny bez dzieci.

Co najmniej raz w tygodniu prosisz jedną z koleżanek by za ciebie przyszła do pracy. Sama nawet raz się nie zamień, bo przecież masz dziecko. Miej pretensje do całego świata, że nikt już nie ma zamiaru za ciebie przychodzić do pracy.

Praca.

Skomentuj (55) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 841 (1005)

#61886

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakieś 2 lata temu wypożyczyłam w bibliotece 2 książki. Obie oddałam tego samego dnia przez specjalne "okienko", które powstało po to, by móc zwrócić książki nawet po zamknięciu biblioteki.

Czas sobie mijał, aż pewnego dnia przy kolejnej wizycie w bibliotece okazało się, że jedna z wyżej wymienionych książek jest przeze mnie przetrzymywana. Zaników pamięci nie mam, więc powiedziałam pani bibliotekarce, że to niemożliwe, ponieważ książka x została oddana razem z książką y tego samego dnia, przez "okienko". Ok, książki poszukamy.

Nie znalazła się, ja idę w zaparte, że książka zwrócona została, stanęło na tym, że od 2 lat mam wpisaną na swojej karcie adnotację o zaginięciu książki, bo w sumie nie bardzo biblioteka wie co z tym zrobić.

O sprawie zapomniałam, aż do dzisiaj, kiedy to dowiedziałam się, iż książka jest! Znalazła się w tym tygodniu w bibliotece po generalnych porządkach, a ja jedyne co teraz muszę zrobić to zapłacić xx zł za jej przetrzymanie i wszyscy będą zadowoleni. Noo... Nie, nie wszyscy będą, ponieważ nie widzę powodu, dla którego mam płacić karę za "przetrzymanie" książki, która przez całe 2 lata leżała sobie oddana w zakamarkach biblioteki.

Biblioteka.

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 840 (888)
zarchiwizowany

#60571

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Pracuję w sklepie spożywczym. W sklepie jest między innymi zakaz palenia, spożywania alkoholu i oczywiście - wprowadzania zwierząt.

Pewnego dnia przyszła do mnie na zakupy kobieta, prowadziła na smyczy pieska, biały, puchaty, nieduży, nie mam pojęcia jaka to rasa.

Szczerze mówiąc, a raczej pisząc, nigdy nie robiłam specjalnie ludziom problemów jeżeli już wprowadzili zwierzaka do sklepu, a od czasów wizyty tej kobiety nie mam zamiaru zaczynać (przynajmniej do czasu aż jakiś zwierz mi napaskudzi).

Babka od razu powiedziała mi czemu psa wprowadza - piesek został jej kiedyś skradziony. Po prostu, kobietka poszła z psem na spacer, zaszła do sklepu. Pieska przywiązała do barierki, weszła do środka. Zakupy zrobiła, zapłaciła i wyszła. Psa już nie było.

Historia jest z happy endem, kradzież została zgłoszona na policji, dzięki życzliwym sąsiadom, którzy opisali złodzieja, Puszek wrócił cały i zdrowy do swojej właścicielki.

Złodziejem, a raczej złodziejką, okazała się być starsza pani.

Sklep

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (265)
zarchiwizowany

#59074

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Bardzo często się zdarza, że mieszkańcy robią na trawniku pod oknami małe ogródki. Tak jest przynajmniej w miejscowości, w której mieszka moja babcia.

Babcia mieszka w bloku, pomimio trawników pod oknami żaden z siąsiadów z jej bloku nigdy z nimi nic nie robił. Babcia mieszka na parterze, czyli tuż pod swoim oknem miała niewielki fragment zieleni, kilka lat temu stwierdziła, że coś z nim zrobi. Po prostu, w sąsiednich blokach mieszkańcy posiadali swoje ogródki, babcia czas i chęci ma to czemu nie.

Jak wymyśliła, tak zrobiła. Sąsiadom, a raczej sąsiadkom z klatki schodowej inicjatywa chyba się spodobała, ponieważ postanowiły zaofiarować swoją pomoc.

Brzmi przyjemnie, prawda?
Niestety, w praktyce wyszło to trochę opacznie. Mianowicie, babcia przygotowała ziemię sama, czyli pielenie i tym podone spadły na nią. Wszelkie sadzonki, ziarenka, kupowała z własnej kieszeni.

Sąsiadki marudziły. Kwiaty posadzone w złym miejscu. Nie ten rodzaj, kolor.

Miarka się przebrała, kiedy sąsiadki po prostu powyrywały i powyrzucały to, co im nie pasowało. Babcia się wtedy zdenerwowała i przestała robić cokolwiek. Szkoda było jej czasu i nerwów. Ziemię zostawiła sąsiadkom, które, jak łatwo się domyślić, nic z nią nie zrobiły.

Do dziś pod babci oknem rośnie sobie zwykła trawa.

Blok.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (314)