Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Chrupki

Zamieszcza historie od: 29 stycznia 2012 - 16:03
Ostatnio: 29 listopada 2021 - 9:22
O sobie:

Łódź... I wszystko jasne:-)

  • Historii na głównej: 7 z 10
  • Punktów za historie: 4096
  • Komentarzy: 212
  • Punktów za komentarze: 1815
 
poczekalnia

#88743

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Na początku lipca żaliłam się tutaj, że za płotem otworzyli mi knajpę, która w każdą sobotę urządza bardzo głośne imprezy. Oto kolejna aktualizacja.

Wraz z końcem września knajpa zapadła w sen zimowy. W swoim ostatnim poście podziękowali najukochańszym sąsiadom za wyrozumiałość i obiecali poprawę w przyszłym sezonie. Szkoda, że w czasie spotkań na żywo nazywano mnie pieniaczką, na wcześniejszych zebraniach mama właściciela knajpy pokusiła się też na porównanie mieszkańców do głośnych gęsi, ale wiadomo, PR rządzi się swoimi prawami.

Od października w każdą sobotę wieczorem jest normalnie. Czyli po prostu cicho.

Jednocześnie, z nadejściem jesieni skończyły się urzędowe terminy odpowiedzi na cały tabun pism, które wysłałam w ciągu lata. I tak na przykład wielokrotnie tu wspomniany WIOŚ, w związku ze zmianą prawa w zakresie hałasu, postanowił przeczekać, aż wszystko się uprawomocni i jedyne co zrobił, to wysłał pismo do mojego Starostwa Powiatowego. Potrzebowali na ten ruch ponad miesiąc.

Wysłałam zapytanie do Starostwa, jak wygląda dalsze procedowanie sprawy z ich strony. Pod koniec października dostałam odpowiedź, że oni w sumie nie mają sprzętu do kontroli hałasu, więc planują w LISTOPADZIE najpierw upewnić się, tak „na oko”, czy jest hałas, a potem ewentualnie poproszą o pomoc w kontroli poziomu hałasu. Kogo poproszą? WIOŚ lub prywatne laboratorium. Acha.

To niesamowite, jak to się złożyło, że knajpa powstała akurat w momencie, kiedy zmieniały się przepisy i urzędom wygodniej było przeczekać, niż procedować wedle starych zasad. Być może starostwo zdołałoby załatwić tą sprawę nieco szybciej, gdyby obecny włodarz miasta nie był kiedyś radnym powiatu, ale oczywiście nie mam takiej pewności.

Odpisała również Rada Miasta. Odrzucili moją skargę na działanie Burmistrza, bo przecież nie mógł wiedzieć, że jak udzieli koncesji na sprzedaż alkoholu w knajpie, która ma powstać w środku osiedla, na terenie objętym ochroną akustyczną, to może być uciążliwe dla mieszkańców. Przy okazji, między wierszami, podczas zebrania komisji padały argumenty, że od ustalania zgodności lokalizacji czegokolwiek z Planem Zagospodarowania nie jest Burmistrz, tylko Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego.

Miałam nadzieję, że przyślą mi to na piśmie, bo chętnie poprosiłabym PINB o komentarz, ale niestety nie byli aż tak głupi i w piśmie dostałam tylko informację, że pilnowanie Planu Zagospodarowania to nie rola burmistrza. Zagadką pozostaje, kto w takim razie odpowiada za zagospodarowanie naszego miasta. W każdym razie nie burmistrz (sic!).

Dostałam też pismo z komendy wojewódzkiej. Do nich akurat nie pisałam, wojewoda przesłał im kopię moich lamentów. Stwierdzili, że tutejsza policja zachowała się wzorcowo. Dzień później, po prawie miesiącu przepychania się z tutejszym komendantem policji, dostałam pisemną informację, że funkcjonariusze nie zdołali zabezpieczyć nagrań z monitoringu knajpy z nocy, kiedy niezidentyfikowane łebki przelazły przez płot na moją posesję i pytały, czy mi zaj**ać. Nie zdołali zabezpieczyć, bo nagrania knajpy są kasowane co 72 godziny. Co z tego, że dzwoniłam na policję w momencie zdarzenia, no nie wyrobili się.

Skontaktowałam się z mediami. Dziennik Łódzki i Ekspres Ilustrowany nie raczyły odpowiedzieć, ale domyślam się, że nie po to przyznali burmistrzowi mojego miasta tytuł „Osobowości Roku ”, żeby teraz pisać, że zawalił jakąś sprawę. Lokalne telewizje też nie były zainteresowane. Odezwały się dwie panie z lokalnej „Wyborczej” i z „Radia Łódź”. Artykuł ukazał się 20 września. Można w nim przeczytać, że burmistrz od początku był bardzo zaniepokojony i dlatego organizował spotkania obu stron. Z mojego punktu widzenia było to raczej grillowanie przeciwników knajpy, ale to mój punkt widzenia.

Reportaż radiowy ostatecznie nie powstał, bo Radio Łódź uznało, że to trochę bez sensu nagłaśniać sprawę, skoro knajpa już zakończyła sezon i w zasadzie nie ma z kim rozmawiać. Obiecali o mnie pamiętać, gdyby od wiosny wszystko zaczęło się na nowo.
W dniu 23.09 odbyło się kolejne spotkanie burmistrza i radnych z mieszkańcami. Tym razem sama uprzedzałam wszystkich znajomych sąsiadów, bo okazało się, że o poprzednim spotkaniu nikt nie wiedział. Serio.

Ze wszystkich mieszkańców ulicy, których pytałam, tylko ja znalazłam w skrzynce ulotkę z informacją o spotkaniu. Nie chciałam występować znowu solo jako jedyna osoba, której coś przeszkadza, więc jeszcze wieczór wcześniej pisałam smsy i kładłam kartki do skrzynek. Spotkanie okazało się tak samo bezowocne jak poprzednie. Także dlatego, że tym razem nikt z knajpy się nie pojawił, mimo, że zebranie było w zasadzie tuż przed ich bramą wejściową.

W sumie to już nie musieli się pojawiać– zamknęli sezon z mnóstwem lajków i sympatycznymi obrotami, po co im były kolejne lamenty? Podczas spotkania pytałam o Plan Zagospodarowania, pytałam o koncesję, mówiłam o zagrożeniu dla bezpieczeństwa, o burdach i awanturach. Lokalna telewizja nagrała całe spotkanie, więc przy okazji wylądowałam w internetach, jako jeszcze jedna atrakcja turystyczna. Po jednym z tekstów zebrałam nawet jakieś brawa, ale mam wrażenie, że całe to spotkanie było po to, żeby ludzie mogli gdzieś upuścić ciśnienie, bo poza tym efektów nie było żadnych.

Ale żeby nie było tak zupełnie przykro, to w dniu 4.10 burmistrz wydał postanowienie o uchyleniu koncesji na sprzedaż alkoholu dla knajpy. Postępowanie zajęło ponad miesiąc, czyli dokładnie tyle, ile potrzebowała knajpa, żeby zakończyć sezon. Wygodne, prawda?

Właściciele knajpy mogą się jeszcze odwołać, więc nie jest to nic pewnego, ale póki życia, póty nadziei.

W międzyczasie kilka razy lądowałam też na komisariacie, żeby potwierdzić swoje zeznania przy wysyłaniu wniosków do sądu o ukaranie z tytułu zakłócania spokoju. Było bardzo sympatycznie, chociaż z panem od wykroczeń kibicujemy innym drużynom. Ale nikt nie potrafi powiedzieć, kiedy w ogóle odbędą się jakieś rozprawy. Nie zdziwię się jednak, kiedy dostanę pierwsze wezwanie, gdy za domem będę już miała blok mieszkalny.

Bo właśnie, na dniach nastąpił taki zwany plot twist: po urzędach zaczął krążyć nowy projekt Planu Zagospodarowania dla działki, na której funkcjonowała knajpa. W projekcie ma to być teraz teren usługowo-mieszkaniowy z przeznaczeniem na budynek wielorodzinny, bez ochrony akustycznej. Czyli w planie jest budowa bloku mieszkalnego. Chyba, bo równie dobrze może tam nadal działać knajpa na świeżym powietrzu, w końcu to też usługa. Faktyczne plany właścicieli działki pozostają na razie ich słodką tajemnicą.

A ja? Po raz kolejny mogę tylko czekać na rozwój wypadków i odbierać kolejne pisemka pełne absurdalnych wymówek. Przeglądam strony swojego urzędu w poszukiwaniu nowości i archiwizuję, co się da, bo czuję w kościach, że ta sprawa jeszcze da mi popalić.

impreza u sąsiada

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (122)

#88518

(PW) ·
| Do ulubionych
Na początku lipca żaliłam się tutaj, że za płotem otworzyli mi knajpę, która w każdą sobotę urządza bardzo głośne imprezy. Oto kolejna aktualizacja.

Pod ostatnią historią jeden z komentujących praktycznie narysował mi tarczę na tyłku, podsyłając linki do lokalnego urzędu miasta, więc chyba każdy już skojarzył, że rzecz się dzieje w Konstantynowie Łódzkim. A klubokawiarnię nadal mamy tylko jedną.

Po tym jak „nieznani sprawcy” przeleźli przez mój płot od strony klubokawiarni i rozwalili mój sprzęt, a potem grozili, że mnie zaj*ią, następnego dnia wylądowałam na komendzie. Składanie zeznań trwało bite sześć godzin. Kiedy wróciłam do domu, odkryłam, że święta w tym roku przyszły wyjątkowo wcześnie, ponieważ na grupie „jesteśmy za knajpą x” toczy się w najlepsze dyskusja na temat zajść z poprzedniego wieczoru. Była mowa o ludziach, którzy zazdroszczą innym dobrej zabawy, więc włączają syreny. Dostałam nawet ksywkę „Strażak Sam”. A potem, kiedy ktoś spytał, co właściwie się stało, jakaś babka napisała „mieliśmy pokaz sprawnościowy ochrony”.

Kolejna gwiazdka z nieba spadła mi w postaci planu zagospodarowania przestrzennego. Przyznaję, nie wpadłam wcześniej na to, żeby go sprawdzić. Ale faktycznie, działka na której co tydzień są głośne imprezy, ma status terenu ochrony akustycznej. Fajnie, że ludzie, którzy niedawno sobie pobudowali domy na tym osiedlu, płacąc większe pieniądze za zieleń i ZAPEWNIONY PRAWEM LOKALNYM spokój, mogą teraz korzystać z tych dobrodziejstw przez aż sześć dni w tygodniu. Na fali totalnego wkur*enia, zaczęłam słać pisma do większości instytucji, które mi doradziliście.

Odzew był różny, w kilku przypadkach zwykła spychologia, w kolejnych nadal czekam na odpowiedź, w kilku „chwyciło”. Gdzieś po tygodniu odkryłam, że wywalili mnie z grupy „jesteśmy za knajpą x”, więc cokolwiek teraz tam o mnie piszą, już nie przeczytam. W sumie lepiej. Zaczęłam też zasypywać lokalną komendę pytaniami w sprawie interwencji dotyczących klubokawiarni. Dostałam odpowiedź, że poszło już pięć wniosków do sądu o ukaranie za zakłócanie spokoju i jeden wniosek do burmistrza o cofnięcie koncesji.

Potem nadeszła kolejna sobota z łomotem zza płotu (21.08). Korzystając z rad Piekielnych, dałam sobie spokój z klaksonami i po prostu czekałam, aż znowu przegną z głośnością i pierwszy raz w życiu wezwałam policję z powodu głośnej imprezy. Tak, można poczuć się staro. Rozmowa z policjantami nadaje się do jakiegoś programu o kartonowym państwie – zwyczajnie mi szkoda człowieka, który mówi mi, że nie wejdzie uciszyć kilkusetosobowej imprezy, bo ma rodzinę i nie chce skończyć wieczoru z nożem w żebrach, a posiłków też nie ma co wzywać, bo jest kilku funkcjonariuszy na cały powiat. Usłyszałam też przy okazji, że managerka klubokawiarni ich wyśmiała przy którejś tam interwencji, kiedy informowali ją o możliwości utraty koncesji na sprzedaż alkoholu – odparła ucieszona, że się nie martwi, bo burmistrz właśnie pije u niej piwo, więc raczej jej koncesji nie zabierze.

Udało mi się tyle wymóc, że funkcjonariusze zapewnili mnie, że wyślą kolejny wniosek do sądu – tym razem ode mnie, bo z poprzednimi nie miałam nic wspólnego. W kolejny wtorek zostałam wezwana na komendę w Konstantynowie Łódzkim, celem cholera wie jakim – bardzo miły pan policjant poprosił mnie, żebym mu wszystko jeszcze raz opisała. Odparłam, że zeznanie, które już zdążyłam złożyć, jest bardzo szczegółowe, potwierdzam wszystko i nie mam nic do dodania. Zagaiłam przy okazji o pokaz sprawnościowy ochrony i monitoring klubokawiarni. Rozczuliła mnie informacja, że wedle zeznań właściciela klubokawiarni, nie zatrudniają żadnej ochrony. Sami sprzedają bilety i sami pilnują porządku podczas imprez dla kilkuset osób. Jasne.

Tego samego dnia rozmawiałam ze swoją znajomą, która z racji zawodu, wie wszystko o wszystkich. Słyszała, że zamiast profesjonalnej ochrony, w klubokawiarni „pomagają” zaprzyjaźnieni „sympatycy” pewnej drużyny piłkarskiej. I że pilnują porządku z taką pedanterią, że kiedyś sympatyk innej drużyny piłkarskiej z imprezy wracał karetką. Celowo nie podaję nazwy klubu, bo nie chodzi o to, żeby szykanować klub, tylko pokazać patologię w działaniu klubokawiarni. Sprawa dla mnie o tyle przykra, że sama kibicuję tej samej drużynie, co ta „ochrona, której nie ma”, i od lat chodzę na mecze i mam szalik klubowy starszy niż to towarzystwo z knajpy. I niemal codziennie parkuję w pobliżu „mojego” stadionu. Ostatnio, o nietypowo wczesnej godzinie stało tam kilku „sympatyków” i wyraźnie na coś czekało. Nikomu nie życzę takiego strachu. To najprawdopodobniej były kompletnie przypadkowe łebki, ale po tym, jak inne łebki groziły, że mnie zaj*ią, moje poczucie bezpieczeństwa poleciało na wakacje i nie chce wrócić. Wszystko dzięki tej knajpie, a właściwie głupocie właścicieli.

W sobotę 28.08 klubokawiarnia była zamknięta. Oficjalnie z powodu zimna. Ale po mieście krążą plotki, że miała przyjść kontrola WIOŚu i dlatego dali sobie spokój.
W dniu 2.09, na terenie miasta zorganizowano spotkanie mieszkańców. Dotyczyło ono zupełnie innych spraw, niż hałas w klubokawiarni, ale poszłam tam, bo chciałam zapytać Burmistrza, czy w związku z otrzymaniem od komendanta policji wniosku o cofnięcie koncesji na sprzedaż alkoholu, zamierza tą koncesję cofnąć. Dostałam wymijającą odpowiedź, że wniosek komendanta policji był na tyle lakoniczny, że nie jest zrozumiałe, dlaczego właściwie należałoby podjąć taką decyzję, więc Burmistrz zdecydował o wysłaniu pisemnej prośby do komendanta o wyjaśnienie przyczyn złożenia wniosku. Posterunek policji jest niemal przez ścianę z Urzędem Miasta, ale to już ten moment, gdzie papier chroni du*ę lepiej niż żelazny blat, więc produkuje się go coraz więcej. Na tym spotkanie mogłoby się zakończyć, ale głos zabrała mama właściciela knajpy, która bardzo chciała wiedzieć, na czym właściwie polega mój problem z ich działalnością. Nie było miło.

Kiedy mówiłam, że ich prawo do działalności nie może naruszać mojego prawa do spokoju, zaczęła się śmiać. Kiedy mówiłam o wtargnięciu na moja posesję, zarzucała mi kłamstwo. Kiedy mówiłam o hałasie, pytała jakie mam na to dowody, a kiedy mówiłam o tym, że nie mają profesjonalnej ochrony do pilnowania porządku, stwierdziła, że ten klub nie potrzebuje ochrony, bo tam się bawią kulturalni ludzie. Acha.

W międzyczasie głos zabrała jakaś pani z załogi knajpy, która zarzuciła mi, że w ogóle nie próbowałam się z nimi skontaktować. O próbach kontaktu pisałam już dużo w poprzedniej historii, ale nawet kiedy zaczęłam je wyliczać, byłam wyśmiewana, bo nie przyszłam do nich porozmawiać, więc wedle ekipy nie warto mnie słuchać. Najlepszy był komentarz po przypomnieniu jak odzywali się na próby kontaktu przez Facebooka: „A skąd Pani wie, kto prowadzi naszą stronę na Facebooku?”. Cała ta pyskówka miała mniej więcej ten poziom żenady. Co by się zmieniło, gdybym w którąś sobotnią noc zapłaciła za wstęp i podeszła do baru ze skargą, że jest za głośno? Miałam taką absurdalną wizję barmanki, która na mój komunikat wyciąga głowę z akwarium i zdziwiona stwierdza „o kurcze, rzeczywiście!”, po czym wszyscy rzucają się do głośników, żeby ściszyć… Bo pamiętacie? Tylko o to mi chodziło – żeby ktoś to ściszył… Niestety wizja, choć kusząca, nie dojdzie do skutku, bo pani barmanka, jak reszta załogi klubokawiarni, nie biega z akwarium na głowie i doskonale słyszy głośną muzykę dookoła, ale zwyczajnie to ignoruje.

Dyskusji z obiema paniami przyglądała się załoga knajpy wraz ze sporą grupą zaprzyjaźnionych „sympatyków piłki nożnej”. Panowie bardzo radośnie przyjęli informację, że policja boi się wejść na teren knajpy, żeby uciszyć imprezę. Kiedy tak stałam i dyskutowałam z paniami o ich wizji świata, trudno było nie zastanawiać się, czy wrócę do domu cała i zdrowa. Znowu, nikomu nie życzę takich myśli.

Wymianę uprzejmości w końcu przerwał burmistrz, zalewając nas potokiem frazesów o sile dialogu i współpracy. A potem nastąpił gwóźdź programu, czyli apel o pomoc dla kilkumiesięcznego maluszka, który urodził się z tak poważną wadą serca, że pomóc może tylko operacja za granicą. Zaczęły się też podziękowania dla mamy właściciela klubokawiarni za pomoc w organizowaniu zbiórek i pikniku charytatywnego na rzecz dziecka. Pojawił się też ojciec tego chłopca, również wylewnie dziękując za pomoc klubokawiarni. Więc oto stoję sobie ja, „pieniaczka”, która „zazdrości ludziom dobrej zabawy” i mama właściciela klubokawiarni ze złotą grzywką zamiast aureoli. Taki „chwyt marketingowy” prawie jak z kabaretu.

Do domu wracałam mocno zdenerwowana i z poczuciem, że zostałam zmuszona do walki przeciw sporej grupie osób, która nie szanuje nikogo i niczego. A potem pół nocy zastanawiałam się, jak mogłam lepiej i bardziej błyskotliwie odpowiedzieć na te wszystkie pyskówki. Tylko właściwie po co? Przecież to nie debata, tu nie chodzi o argumenty, tylko o to, żeby mnie zakrzyczeć.
Co dalej? Ilekroć zaczynają podkręcać basy w nocy, dzwonię na policję. Potem przepycham się z lokalną komendą, żeby kogoś faktycznie przysłali na potwierdzenie mojego zgłoszenia. Raz odpuściłam przepychankę i kilka dni później dostałam informację, że funkcjonariusze nie stwierdzili hałasu, bo pojawili się na miejscu już po imprezie. Krew mnie zalała i od tej pory dodatkowo nagrywam te imprezy. Potem wysyłam zapytania, czy moje zgłoszenia zostały potwierdzone i czy w wyniku interwencji zostały wysłane wnioski o ukaranie za zakłócanie spokoju.

Najczęściej dostaję lakoniczne i dość wymijające odpowiedzi, ale chodzi głównie o to, żeby był ślad moich wniosków, bo wtedy nie da się tego zbyć notatką. Potem tułam się po komendach i składam kolejne zeznania, że było głośno. A potem znowu jest sobota i nie śpię, i dzwonię, i tak w kółko. Czekam aż Rada Miasta rozpatrzy, czyli pewnie odrzuci moją skargę na działania burmistrza. Czekam aż WIOŚ zmierzy, że jest za głośno. Czekam aż ruszą sprawy w sądzie. Czekam aż „sympatycy” faktycznie kogoś zaje*ą i wtedy knajpa zamknie się sama. Mam tylko nadzieję, ze to nie będę ja. Generalnie którejś sobotniej nocy przyszło mi do głowy, że rok wcześniej moim największym problemem był zarośnięty ogródek i że nie rozumiałam, jakim skarbem był spokój dookoła. Teraz czuję się osaczona obrzydliwym zachowaniem właścicieli knajpy i biernością instytucji, które miały chronić moje prawa.

Na koniec mały apel: Drodzy Piekielni, osobiście nie wierzę w dobre intencje właścicieli klubokawiarni, ale tragedia tego dziecka jest niestety prawdziwa. Jeżeli możecie, pomóżcie – choćby po to, żeby nikt więcej sobie tym dzieckiem nie wybielał wizerunku.
https://www.siepomaga.pl/serce-milosza

impreza u sąsiada

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (234)

#88413

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś miesiąc temu żaliłam się tutaj, że za płotem otworzyli mi knajpę, która w każdą sobotę urządza bardzo głośne imprezy. Oto mała aktualizacja.
Chciałam rozmawiać. Właściciel był dla mnie nieosiągalny, a menadżerka knajpy wpierw była miła, ale potem jej przeszło i zmieniła front. Sąsiadce powiedziała na przykład, że wszyscy na tej ulicy nie mamy dość pieniędzy, żeby zaszkodzić tej knajpie.

Próbowałam dalej. Odezwałam się do znajomego, o którym wiem, że kolegował się z właścicielem, z prośbą o pomoc. Twierdzi, że prosił właściciela o ściszenie i tłumaczył sytuację. Dał właścicielowi kontakt do mnie. Usłyszał, że menadżerka do mnie zadzwoni. Cóż, nie zadzwoniła. Odezwałam się do drugiego znajomego, który pomagał w budowie knajpy: ponoć rozmawiał z właścicielem, który obiecywał ekrany wygłuszające, zmianę ustawienia głośników i ogólną szczęśliwość, jak już zarobi. Pierwsza myśl: kurde, szkoda, że jakbym chciała otworzyć jakąkolwiek działalność, to najpierw muszę ogarnąć wszystkie sanepidy i przepisy, a nie dopiero potem, jak zarobię. Druga myśl: a ponoć tyle pieniędzy mieli, ale żeby szanować prawo innych do spokoju, to najpierw muszą na to zarobić? Przy okazji, właściciel był ponoć bardzo rozżalony, że zamiast przyjść porozmawiać, sąsiedzi dzwonią na policję.

Ale kiedy na Facebooku na stronie knajpy pojawił się bardzo grzeczny komentarz z prośbą o rozmowę z właścicielem, w odpowiedzi odpisano, że od rozmów są pracownicy i menadżer, bo właściciel jest bardzo zajęty i nie ma czasu na rozmowy aż do 30 października (planowe zakończenie sezonu imprezowego knajpy). Na stronie pojawiło się też sporo komentarzy o hałasie i braku szacunku dla ludzi wokół. Wszystkie są olewane lub wyśmiewane. Piszę o tym po to, abyście mieli świadomość, że właściciel knajpy nie może nie wiedzieć o tym, że jego działalność jest uciążliwa. Po prostu to olewa.

Nie, nie dzwoniłam na policję. Nie było po co. Mój sąsiad dzwonił. Jednego wieczoru czterdzieści razy. Policja przyjechała raz, spisali notatkę i powiedzieli, że nie wejdą na teren knajpy, bo jest ich tylko dwóch, a tam jest setka pijanych ludzi. Jeśli komuś przeszkadza hałas, niech pozywa właścicieli do sądu.

Jakieś dwa tygodnie temu na Facebooku pojawiła się nowa grupa w rodzaju „Jesteśmy za knajpą X, nie przeciw”. Na grupie jest stronnicza ankieta: Czy chcesz zamknąć knajpę? Czy knajpa ma zostać? Czy ma grać tylko do godziny 22.00? Nigdy nie byłam przeciw tej knajpie. Żadnemu z sąsiadów, z którymi rozmawiałam, nie zależało na zamknięciu tego miejsca. Chcemy tylko, żeby w soboty grali ciszej. Ale taka strona to świetny sposób, żeby skłócić ludzi. Posypał się hejt na „dziadersów”, co nie dają się ludziom bawić. Było sporo głosów, że wystarczy po prostu ściszyć i wszyscy będą zadowoleni, ale zostały zakrzyczane. Bo przecież trzeba zaognić konflikt, zamiast go rozwiązać.

Zorganizowano też spotkanie u włodarza naszego miasta. Dowiedziałam się o nim przypadkiem, nie było to ogłaszane przez urząd miasta, za to na stronie knajpy był komunikat typu „brońmy knajpy”. Nie dałam rady dojechać z pracy. Sąsiad mi opowiadał, że była spora grupa entuzjastycznych sympatyków knajpy i kilkanaście osób z mojej ulicy, których praktycznie wyśmiano. I bezradny włodarz naszego miasta, który rozkłada ręce, bo co on może, on tylko rozdaje koncesje na alkohol, jak jest hałas, to trzeba zgłaszać na policję, a na komendzie było tylko „kilka” skarg. Finalnie ojciec właściciela zabłysnął odgrażając się, że on nas wszystkich, „nepków” ustawi w szeregu i nam pokaże. Farsa.


Co dalej? Minął miesiąc. Rozmowy nic nie dały. Telefon na policję to strata czasu. Do sądu nie pójdę, bo za dwa lata dostanę może wezwanie na pierwszą rozprawę. Została tylko opcja zwalczania chamstwa chamstwem. Kupiłam zestaw klaksonów samochodowych i podłączyłam je do akumulatora. To tylko 50 złotych. Włączyłam to dopiero wtedy, kiedy podkręcili muzykę ponad zdrowy rozsądek, a było już po godzinie 22.00. Chciałam pokazać, że ja, biedny „nepek” też tu jestem i też mogę uprzykrzać życie, tak jak mnie się je uprzykrza, więc może warto wziąć pod uwagę moje potrzeby.

Spodziewałam się złości, byłam gotowa, że wezwą policję i byłam gotowa na mandat za zakłócanie spokoju. Nie przewidziałam, o święta naiwności, że grupa chłopaków przejdzie mi przez płot, zepsuje zestaw i zacznie się dopytywać, czy mi zaj..ać. Naiwna jestem, bo skoro ja nikomu nic nie niszczę, to nie przewidziałam, że knajpa ma inne zasady. Narobiłam rabanu, że wzywam policję, mój chłopak nadbiegł z odsieczą i obrońcy knajpy przeskoczyli przez płot, pokrzyczeli jeszcze trochę o tym, jaki ze mnie golec i zniknęli w tłumie.

I wiecie co? Nie będę stać w szeregu przed właścicielem knajpy. Za tydzień będę miała nowy zestaw. Bo nie dam się zastraszyć i upokarzać. Brakuje tylko telewizji, ale nie będę bucom robić darmowej reklamy. Tyle mojego, że sobie popiszę na Piekielnych.

impreza u sąsiada

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 256 (278)

#88307

(PW) ·
| Do ulubionych
Mamy piękny, sobotni wieczór, jest po drugiej w nocy, a ja siedzę i ze złości po prostu zgrzytam zębami.

Tydzień temu na działce obok mojego domu otworzyła się kawiarnia na świeżym powietrzu. W tygodniu to całkiem ładne i nieuciążliwe miejsce, zamykające się prawilnie o 22-ej. Ale w soboty dancefloor, światełka i "didżej", który chyba jest głuchy. Siedzę przy zamkniętych oknach i doskonale słyszę "muzykę" z imprezy kilkaset metrów dalej, jakbym sama sobie urządziła głośną dyskotekę w domu. Nie da się spać, nie da się myśleć, nie da rady nawet obejrzeć telewizora. Wszystko dudni i huczy, a mnie trafia szlag.

Najbardziej mnie drażni, że głupio mi zadzwonić na policję, bo nie chcę robić za tą durną sąsiadkę, co psuje wszystkim zabawę. Zresztą, czym to się skończy? Oczywiście pouczeniem, że mogę nowego sąsiada pozwać do sądu. Wściekam się, kiedy na Facebooku widzę pozytywne komentarze moich znajomych o tym miejscu. I czuję się bezsilna. I głowa mi pęka od tego hałasu. I naprawdę nie rozumiem, czy nie da się tańczyć, jeśli muzyka tylko brzmi, zamiast dudnić tak, że szklanki latają w szafce??

impreza u sąsiada

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (174)

#53251

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewna miła pani sprawiła, że mimo trzydziestki na karku, znów poczułam się jak studentka w dziekanacie...

Pracuję sobie w jednym z urzędów. Ostatnio staramy się zbudować bazę danych we współpracy z innymi instytucjami, które zbierają różne ciekawe informacje o swojej działalności, ale rzadko je udostępniają, bo w sumie nikt ich o to nie pyta. No to poszło kilkanaście pism i przyszło kilkanaście odpowiedzi z zakresem danych do ewentualnego udostępnienia. Wszystko pisemnie, z pieczątkami, pełna pompa. Jedni pisali mało, inni całe wypracowania. A że ja też z urzędu to muszę zrobić sprawozdanie.

Żeby nie wklepywać tego odręcznie do komputera, dzwoniłam i mailowałam do większości tych "bardziej rozpisanych" z prośbą o elektroniczną wersję pisma. Nie jest to żadne naciągnięcie przepisów, w końcu tekst został zatwierdzony i przypieczętowany przez Wszystkich Świętych przed wysłaniem, więc puszczenie tego mailem jest zwykłą kurtuazją...
Wojewódzka Komenda Policji i WK Straży Pożarnej uwinęli się w 5 minut. Izba Skarbowa, Izba Celna? Nie ma problemu, od ręki.
Szpitale, urzędy wojewódzkie, różne jednostki podległe i tym podobne potrzebowały kilku chwil, czasem godziny, żeby coś wysłać. Generalnie sielanka i serce rośnie na tą przyjazną atmosferę współpracy.
Na ścianę trafiłam, gdy próbowałam to samo uzyskać od Rektoratu.

Dzień 1, środa
Nie.
Pan Rektor jest dziś na urlopie, jego sekretarka też i nikogo tu nie ma (paranormal activity normalnie).
A ja tu nie znajdę tego pisma, może pani mi przesłać skan tego pisma, to będzie mi łatwiej?
No numer pisma też może być.

Dzień 2, czwartek
Nie.
Pamiętam o pani, ale przecież mówiłam, że rektor jest na urlopie. Do poniedziałku. Tak, znalazłam to pismo, ale nie wyślę.
Bo Pan Rektor jest na urlopie, a bez jego zgody w rektoracie nie wysyła się maili.
Nieważne że już to podpisał i to nie jest żadna tajemnica.
Nie i już. Jak wróci z urlopu, i będzie miał czas, żeby o tej sprawie porozmawiać, to podejmie decyzję.

Dzień 6, poniedziałek
Nie.
Pan Rektor jest teraz na bardzo ważnym spotkaniu i nie wiadomo, kiedy wróci.
Nie wiem, czy będzie miał czas ze mną porozmawiać w tej sprawie.
Być może w pani urzędzie dyrektor ma czas żeby rozmawiać ze swoimi pracownikami, ale tutaj Pan Rektor jest bardzo zajęty.

I w tym miejscu coś we mnie pękło, przyznaję się bez bicia, zapowietrzyłam się okrutnie i rzekłam, że moim miejscu pracy nie muszę się pytać o pozwolenie w kwestii takich pierdół. Tekst przepisałam odręcznie, rzucając co bardziej soczyste wiązanki na wszystkie Panie Halinki*
A potem zaczęłam się śmiać... Bo w sumie.. to prawie tak, jakby znowu ktoś mnie poprosił o dowód przy zakupie piwa.
To było ponad tydzień temu. W robocie zaczęliśmy robić zakłady, ile to może potrwać, ale potem zwyczajnie miałam inne sprawy i to zostawiłam. Maila oczywiście nie dostałam. Pani oczywiście na pewno o mnie pamięta, ale przecież Pan Rektor jest taki zajęty...

*dla niezorientowanych: www.pani-halinka.pl

Rektorat

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 311 (365)

#31890

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem ja byłam piekielna, ale naprawdę nie wiem, jak inaczej miałabym postąpić.

Od niedawna mieszkam w domu zbudowanym jeszcze przez moich pra pra i tak dalej.. Jest to powód do dumy, ale i do wiecznych remontów, głównie z powodu wielu kreatywnie absurdalnych rozwiązań budowlanych, stosowanych przez poprzednie pokolenia. Każdego roku odkrywam takie nowe kwiatki i zastanawiam się, co autor miał na myśli... Przy niektórych dziełach aż się prosi o informację jak z portretów Witkacego, czyli czym się artysta wspomagał przy tworzeniu.

No i przyszedł czas, że na biegu trzeba było otynkować kawał zewnętrznej ściany, ocieplonej kilka lat wcześniej styropianem i pokrytej cienką warstwą gipsu. I niczym więcej. Czemu? Bo tak... Przyznaję się bez bicia, że tego wcześniej nie zauważyłam, bo ściana wychodzi na podwórko sąsiada. No i nikt mi nie powiedział, że to jest źle, dopiero gdy jakieś ptaki wydziobały sobie dziurę w styropianie, zaczęłam się dopytywać co i jak...
Zatem szukam fachowca.

Chłopak znaleziony, reputacja typu: na trzeźwo geniusz. Przyznaję się bez bicia, miałam sporo niepewności, czy zatrudniać go z takimi referencjami, ale nie miałam nikogo innego w okolicy. Pierwsze trzy tygodnie to była sielanka, nie było się do czego przyczepić, robota szła piorunem. Nawet kilka rzeczy udało się naprawić nadprogramowo. Potem jakieś deszcze, jakaś wypłata za połowę roboty i chłopaka wcięło. Zostawił swoje klamoty i zniknął. Rodzice i sąsiedzi nic nie wiedzą, tygodnie mijają, lada chwila trzeba będzie oddawać rusztowania. Udało mi się znaleźć kogoś, kto zgodził się to dokończyć. O sprawie zdążyłam zapomnieć, potem tylko parę osób mi doniosło, że zaginiony fachowiec wrócił z kolejnego odwyku i ma do mnie żal, bo wyliczył, że byłam mu jeszcze coś winna.

Nadeszło kolejne lato, a ja dostaję telefon od znajomego przedsiębiorcy. Że zgłosił się do niego taki bystry, sympatyczny chłopak szukający pracy i zrobił na nim bardzo dobre wrażenie, więc teraz pan dzwoni się podpytać na jego temat, bo wydaje mu się, że on kiedyś pracował u mojego ojca, albo u mnie. Cóż mogłam powiedzieć?
"Na trzeźwo geniusz"
Przedsiębiorca nie ryzykował.

Fachowcy

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 658 (708)
zarchiwizowany

#25378

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak wszyscy wiemy, niektóre rasy psów utarło się nazywać groźnymi. Bo duże zęby mają i jak taki wpadnie w szał, to może zabić. A czemu psy bywają agresywne? Niemal zawsze dzięki ludzkiej głupocie. O tym historia.
Latem roku 1993 małoletnia Chrupki dostaje w prezencie psa. Pocieszny szczeniak rasy rottweiler, sama go na rękach przyniosłam do domu. Pierdoła była z niego wtedy przeurocza, łapy mu się rozjeżdżały na kafelkach i płakał, że kot go nie lubi. Sielanka.
Zimą następnego roku już mnie woził na sankach po ulicy, to znaczy biegł do mojego taty i zatrzymywał się u celu, a sanki (razem ze mną) jechały dalej, póki starczyło sznurka. Potem sanki stawały w miejscu, a ja swobodnie szybowałam, ograniczona już tylko fizyką. Takie zabawy dają jakieś pojęcie o sile psa, prawda? Wielki był i bardzo przyjacielski. Niestety do czasu.
Jesień, mam powiedzmy dziesięć lat, idę z psem ulicą. Pies sięga mi do bioder i waży tylko trochę mniej ode mnie. Z naprzeciwka idzie sobie dwóch gówniarzy, mniej więcej w moim wieku, może trochę starszych. Kątem oka widzę jakiś ruch ręką jednego z nich, ale nie zwracam uwagi, mijamy się. Nagle pisk, ujadanie, mój pies zaczyna się rzucać i szarpać skowycząc. Nie wiedziałam, co się z nim dzieje, póki nie poczułam swądu palonej sierści. Tak, zidiociałe dzieciaki rzuciły mu na nos płonącą zapałkę. Nie miałam czasu nic im robić, zwierzak był ważniejszy, trzeba go było uspokoić i odkleić tą cholerną zapałkę z rany. Pies już do końca życia miał w tym miejscu jasną bliznę. I głęboki uraz do dzieci. Wszystkie małoletnie człowieki wzbudzały agresję i trzeba było je przed psem chronić, bo gdyby mógł, to by zjadł. Wkrótce do listy niemile widzianych dołączyli ludzie w roboczych ubraniach, nie daj Boże śmierdzący alkoholem - tutaj myśleniem popisał się wstawiony sąsiad. Nie rozumiem, co kieruje ludźmi, którzy krzywdzą zwierzęta. A już szczególnie uderza mnie głupota tych, którzy krzywdzą zwierzęta z natury groźne. Co z tego, że w razie napaści to właściciel będzie odpowiadać za nieupilnowanie psa, skoro taki wkurzony rottweiler nawet w kagańcu może zdrowo poturbować, a gdy nie ma kagańca, to spotkanie nie skończy się na podartych spodniach, tylko na szyciu rany?

ludzie i zwierzęta

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (204)

#23862

(PW) ·
| Do ulubionych
Oddział chirurgii, późny wieczór.
Pacjent po operacji wycięcia części żołądka zaatakowanego nowotworem. Szwy na brzuchu, nie wolno się ruszać, pozycja półleżąca, żeby nie naciągać mięśni. Do tego pełno rurek od kroplówek, cewnika i cholera wie czego. Nawet jakby chciał, to nie wstanie, bo zaplątany. Mówić też może tylko szeptem. Łóżka szpitalne mają takie barierki, żeby nie zlecieć, ale są one ruchome. U niego była opuszczona, a człowiek wysoki.

Czuje, że się zsuwa z łóżka, mięśnie się naciągają, boli strasznie. Dzwoni po pielęgniarki, nic. Dzwoni dalej, czeka, krzyczeć nie może. Pozostały tylko stare więzienne metody: sięgnął po łyżkę i dalej napieprzać po metalowych prętach łóżka... Trochę to trwało, zanim pobudzili się wszyscy na piętrze i zaczęli robić dość hałasu, by wreszcie ktoś się zainteresował i przyszedł pomóc. Postawienie tej barierki trwało sekundę, oburzenie pielęgniarek aż do następnego dnia, kiedy to ordynator oddziału dość ostro wytłumaczył panienkom, czym się mogło skończyć zbyt mocne naciągnięcie tych szwów po operacji.

Szpital Kopernika w Łodzi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 862 (886)
zarchiwizowany

#24419

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Zacznę od gorących podziękowań za wszystkie głosy na moją pierwszą historię – nie sądziłam, że moje przeboje z sąsiadką dadzą mi miejsce na głównej;-) Aż prawie jestem babie wdzięczna:-) To taka terapeutyczna funkcja Piekielnych;-)

Dziś też będzie o sąsiadce z pierwszej opowieści, ale tym razem to nie mnie zalazła za skórę. Żeby nie było, że jakaś konfliktowa jestem;-) Historię tą usłyszałam w trakcie tamtego rozgraniczania. Przez dwie godziny biegania po polu w deszczu, nabyłam niezłej wprawy w poruszaniu się w gumofilcach. Poznałam też swojego niedoszłego sąsiada z zarośniętej parceli położonej częściowo między mną, a uroczą sąsiadką. Powiem, że trochę żałuję, że nie dane mu było tam zamieszkać, bo bardzo go polubiłam. Styl puszystego pana w skórze, lekko wczorajszego, co na swoje zawsze wyjdzie, wydrze się na wszystkich, zaczerwieni się, jakby miał wybuchnąć, a potem nagle puści oczko i zacznie tak grzecznie ripostować, że pokładałam się ze śmiechu:
"w zasadzie ja do tej starej baby nic nie mam, przecież człowiek też będzie kiedyś stary, bo to wiadomo, może też mi odp.ierdoli".
Po raz kolejny wyszło, że nic nikomu nie ukradłam, że to mnie ukradli, temu gościowi też, z czego się autentycznie ucieszył, bo cholernie mu sąsiadka zalazła za skórę... Czemu?
Cóż, część granicy jego działki to ściana domu tej pani, uwierzycie, że razem z synem wykuła tam sobie okno i wylewali fekalia na jego posesję? Pod tym oknem miał cegły na budowę swojego domu, jak już zrezygnował z mieszkania tam, chciał je zabrać i opowiadał, jak nie mógł nawet za większą zapłatę znaleźć chętnych, żeby te obsrane i obszczane cegły i pustaki mu załadowali na pakę. Na początku nie wierzyłam, ale po drugiej stronie płotu wyjątkowo nikt nie zaprzeczał... Chyba powinnam się cieszyć, że u mnie wyrzucali tylko swoje śmieci:-)

Piekielna sąsiadka

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 208 (278)

#23672

(PW) ·
| Do ulubionych
Długi czas tylko czytałam historię innych, dziś postanowiłam sama coś opowiedzieć. Otóż, specjalizuję się w piekielnych sąsiadkach.

Ten serwis często opisuje absurdalne sytuacje ze starszymi ludźmi, zwykle jednak mamy do czynienia z szalonymi MoherCommando, którzy z daleka wydają się nienormalni i niebezpieczni.. Moja historia jest inna. Tutaj piekielną jest spokojna, starsza pani, prywatnie moja sąsiadka. Powie dzień dobry i grzecznie się odkłoni, chodzi powolutku o lasce i wygląda jak babcia z reklamy Statoil. Jest też bardzo fotogeniczna. Swoje krzywdy opisała już w dwóch gazetach, mieszając z błotem moją rodzinę, przede wszystkim nieżyjącego już ojca.
Generalnie sprawa przypomina ten film Sami swoi. Czyli od trzech lat sądzimy się z sąsiadką o pół metra ziemi, a w tle majaczy kradzież kota.

Zaczęło się w 2009 roku. Kiedy zmarł mój ojciec, sprzedałyśmy z mamą jego samochód. Pieniądze postanowiłyśmy przeznaczyć na budowę ogrodzenia wokół naszej sporej działki (wcześniej zwykłego pola), bo jakoś nikt tam nie mieszkał, a śmieci przybywało. Najęłyśmy firmę, geodetę, spisałyśmy umowę i wio. Granica z sąsiadką wynosiła jakieś 120 metrów. Kiedy już stanęły słupki, sąsiadka stwierdziła, że źle stoją. Ok, drugi geodeta i ten sam wynik – nic nie ukradłyśmy, za to sąsiadka stoi trochę w naszej działce ze swoim domem, ale to drobiazg. Na odcinku około 10 metrów stało jej rozlatujące się ogrodzenie zmontowane prowizorycznie na zasadzie wkopania w ziemie słupków i przywiązania sznurkiem starej siatki. W trakcie ustalania prac z fachowcami kategorycznie ZABRONIŁYŚMY im ruszać ten płot. Choćby nam miało ubyć te kilka centymetrów, nasze ogrodzenie ma stać obok tego starego. Panowie przyjęli sprawę do wiadomości.

Prace zaczęły się latem. Gdzieś po tygodniu, o godzinie 6 rano dostaję telefon od sąsiadki z pytaniem, dlaczego jej płot został naruszony? No krew mnie zalała, dzwonię do kierownika budowy. Jego też szarpnęło, dzwoni do chłopaków. Po chwili oddzwania i chłopaki twierdzą, że sąsiadka sama do nich podeszła i poprosiła o rozebranie swojego płotu, skoro obok ma stanąć nowy. Kierownik przeprosił i zobowiązał się, że płot postawi z powrotem. Nie było to trudne, w końcu mówimy o wkopaniu słupków w ziemię i przywiązaniu ich sznurkiem. Płot sąsiadki stanął z powrotem, a prace były kontynuowane z drobnymi przerwami, kiedy w międzyczasie na miejscu pojawiała się policja, żeby spisać całą ekipę fachowców pod zarzutem wtargnięcia i niszczenia mienia.
Miesiąc po tym jak płot wreszcie stanął, siatka została pocięta w kilku miejscach. Fachowcy okazali się prawdziwymi fachowcami i przyjechali, żeby to naprawić bez dodatkowych opłat.

Nadszedł wrzesień i wracając z pracy spotkałam na ulicy brudnego zabiedzonego kociaka. Przygarnęłam ją do domu razem z pchłami, robakami, świerzbem i katarem. Gościnna jestem, a co. Wybicie współlokatorów zajęło jakieś dwa tygodnie i kilka stów, ale zyskałam cudowną przyjaciółkę.

W okolicach października dostałyśmy pozew do sądu w sprawie zagarnięcia ziemi biednej staruszce. Pozew był przykry i pełen patetycznych zwrotów typu „jak ci bogaci ludzie się hańbią!” Wspomniano też, że w swoim zezwierzęceniu ukradłam kota sąsiadce. Tak, tego kota. Tego ze świerzbem i pchłami. A ona go tak kochała. Nie mogłam sobie darować i przy okazji merytorycznej odpowiedzi na pozew (dwóch geodetów, mapy, plany..) napisałam, że kota znalazłam błąkającego się na ulicy i jeśli szanowna pani traktuje tak wszystkie swoje zwierzęta, pozostaje mieć nadzieję, że też od niej uciekną.
Na pierwszej rozprawie sąsiadka się nie pojawiła, a my jako pozwani zostaliśmy zobowiązani do zrobienia kolejnych pomiarów. Tyle jeśli chodzi o domniemanie niewinności.
Kolejny geodeta, tym razem ze Starostwa Powiatowego kosztował kolejne 500 złotych. Na drugiej rozprawie pokazałyśmy dokumenty, sąsiadka pokazała jedynie swoje głębokie przekonanie o własnej krzywdzie i pozew został oddalony.
Po kolejnych kilku tygodniach zadzwoniła do mnie dziennikarka z lokalnej gazety w sprawie pokrzywdzonej sąsiadki. Spotkałam się, pokazałam mapy geodezyjne, zabroniłam podawania swojego nazwiska. Mija miesiąc przychodzi pismo, że sąsiadka wniosła odwołanie. Sąd zdecydował, że trzeba dokonać rozgraniczenia. W innej lokalnej gazecie pokazuje się kolejny artykuł, tym razem bez mojego udziału, cholernie jednostronny i krzywdzący. Przy okazji, gdyby kogoś dziwiło, skąd u starszej pani tyle funduszy na kolejne odwołania, to już na początku poprosiła o zwrot kosztów sądowych i adwokata z urzędu, bo ona biedna emerytka. Mnie oczywiście nikt nic nie zwracał.

Rozgraniczenie to był cyrk na kółkach, razem z czwartym geodetą biegaliśmy po polu i wytyczaliśmy szlaki, a sąsiadka stała za płotem i lamentowała o swojej krzywdzie. Wyszło to co zwykle. Sąsiadka podpisała protokół z którego wynika, że nic jej nie ukradłam, a ona się z tym zgadza. Minęło pół roku... Tak, zgadliście.. Odwołanie.

Od jakiegoś czasu dochodzę do wniosku, że starszym ludziom w sądzie wolno absolutnie wszystko. Wolno im składać pozwy do woli. Przegrywać i znowu pozywać o to samo, znowu przegrywać, odczekać i znowu pozywać. Emerytka, składając pozew, zazwyczaj prosi o zwolnienie z kosztów sądowych, ewentualnie przerzucenie ich na pozwanego i dostaje od sądu prezent w postaci adwokata z urzędu i zwolnienia z opłat. Ja, jako pozwana nie mam takich udogodnień, nawet jeśli pozywa się mnie po raz czwarty o to samo i znowu muszę udowadniać, że nikomu nic nie ukradłam. Do tego dochodzą dni urwane z mojego urlopu na każdą rozprawę. Osoba starsza może bezkarnie nie stawiać się na swoich własnych rozprawach, bo przecież może coś stało i gorzej się poczuła. Obawiam się, że ten dramat będzie miał jeszcze kilka aktów. A to tylko jedna z sąsiadek. :-)

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1176 (1208)

1