Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 12 sierpnia 2022 - 8:48
  • Historii na głównej: 88 z 88
  • Punktów za historie: 14936
  • Komentarzy: 1837
  • Punktów za komentarze: 13938
 

#89531

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Poniedziałkowe popołudnie, stanowisko check-in na lotnisku w Kopenhadze. Staliśmy w kolejce do odprawy, przed nami była jeszcze jedna osoba. Naszą uwagę przykuła scenka przy stanowisku obok. Niemiecka pasażerka próbowała się odprawić, pracownik lotniska jej na to nie pozwalał, ze względu na "różne nazwiska w dokumentach tożsamości i podróży".

Okazało się, że pani miała na nazwisko Bloß (Bloss), w dowodzie osobistym z pisownią przez ß, a na karcie pokładowej przez ss, w związku z czym pracownik odmawiał jej odprawy. Bliska płaczu kobieta próbowała tłumaczyć, że ß to niemiecka litera, którą można zapisać jako ss (tak samo jak umlauty można zapisać jako ae, oe czy ue), że w dokumentach ma taką pisownię, gdyż tak ma w akcie urodzenia i nie może tego samowolnie zmienić, natomiast system rezerwacji nie przyjmował niemieckich liter i musiała wpisać przez ss, ale to nadal to samo nazwisko. Że zawsze tak dokonywała rezerwacji i nigdy nie było problemu.

Jak grochem o ścianę. Pracownik upierał się, że on nigdy o takiej literze nie słyszał, że jego zdaniem nazwisko w jej dowodzie to "BLOB" i on jej nie przepuści. Ona swoje, on swoje. Przy czym racja była zdecydowanie po stronie pasażerki, czego pracownik z jakichś przyczyn nie przyjmował do wiadomości.

Nie wiem, jak się skończyło, bo kiedy skończyliśmy się odprawiać, dzwonili dopiero po jakiegoś supervisora, żeby przyszedł i rozstrzygnął spór. Nie wiem również, czy przyczyną problemu była aż taka niekompetencja pracownika, czy może overbooking ze strony linii i próba pozbycia się nadmiarowych pasażerów pod byle pretekstem, ale mam nadzieję, że kobiecie udało się dotrzeć na swój lot.

Lotnisko

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (171)

#89529

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Od paru lat zawsze przy urodzinach czy innej okazji, wymagającej zamówienia tortu, zamawiałam je u Pani Wiesi - starszej pani, która na zamówienie piecze torty i ciasta, oprócz tego robi pierogi, krokiety, itp. Wszystko robi przepyszne, bardzo estetycznie podane i, jak na Monachium, w bardzo przystępnych cenach.

Postanowiłam zamówić u niej również makaroniki na moje zeszło weekendowe wesele. Jakieś dwa miesiące temu, spytałam, czy będzie taka możliwość i poprosiłam o wycenę. Pani Wiesia odpowiedziała, że oczywiście, bardzo chętnie, zaproponowała, że skoro na wesele, to ona mi jeszcze ciast napiecze (tu musiałam niestety podziękować ze względu na konieczność transportu do Szwecji) i podała mi cenę 30€ za 100 sztuk. Spytałam, czy jest tego pewna. Wychodzi 30 centów za sztukę (w cukierniach są po 2€), więc coś podejrzanie za tanio. Poprosiłam, żeby to przemyślała, bo jednak zależy mi na dobrej jakości składnikach. Stwierdziła, że faktycznie, nie przemyślała tego, bo w sumie makaroniki piecze dopiero od niedawna i nie bardzo wie, jak je wycenić. Przekalkuluje sobie i za parę dni się odezwie.

Po tygodniu napisała, że wychodzi jej 60€ za całość, już z dowozem do domu i czy mi pasuje. Odpowiedziałam, że mnie jak najbardziej, ale, ponownie, czy jest pewna, że jej się to opłaci, bo ta cena jest nadal bardzo niska (spodziewałam się około 100-120€, co i tak wynosiłoby połowę tego, ile zapłaciłabym w komercyjnej cukierni) i nie wiem, czy pokryje nawet koszt samych składników. Pani Wiesia zapewniła mnie, że wszystko sobie dokładnie wyliczyła i wyjdzie na swoje. No skoro tak mówi, to nie będę się z nią kłócić. Dogadałyśmy jeszcze szczegóły i zamówienie złożone.

W zeszłą środę Pani Wiesia razem z mężem przywieźli mi zamówione makaroniki. Odebrałam, zachwyciłam się, jak pięknie zrobione i wręczyłam jej uzgodnioną kwotę. Ku mojemu zaskoczeniu usłyszałam:
- Ostatni raz cokolwiek dla pani robię! Narobiłam się za psie pieniądze, jeszcze w taki upał i nic z tego nie mam. Bezczelnie wykorzystuje pani ludzi!

Odpowiadam, że chwileczkę, taką cenę mi sama podała, upierała się, że wystarczy, to o co jej teraz chodzi. Jeżeli faktycznie źle skalkulowała koszt i wyszło więcej, to niech mi poda realną cenę, to jej chętnie dopłacę różnicę.

Pani Wiesia wzruszyła tylko ramionami, za to wtrącił się jej mąż, że "mam sobie te pieniądze w dupę wsadzić, oni się więcej nie dadzą wykorzystywać oszustom". Odwrócili się i poszli.

No to nie będę wykorzystywać babiny i więcej u niej niczego zamawiać

Pani torciara

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (204)

#89452

przez (PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak koleżanki postanowiły zorganizować mi wieczór panieński, czyli umawianie się z ludźmi w A.D. 2022.

Ponieważ pierwotny plan imprezy w 2020 nie wypalił ze względu na lockdown, dziewczyny stwierdziły, że trzeba nadrobić. Łącznie miało być nas 7 osób (nie będę nadawać dziewczynom imion, dla potrzeb historii po prostu je ponumeruję), datę, która wszystkim siedmiu pasowała, udało się wybrać zadziwiająco łatwo, mimo to na koniec zostaliśmy w trójkę. Ale o tym zaraz.
Świadkowa (Jedynka) podjęła się organizacji imprezy: jakiś biforek u której znas, potem kolacja i drinki na mieście - żadnych ekscesów. Wszystkie potwierdziły, że na 100% będą, po czym ja wycofałam się z przygotowań, więc dopiero po fakcie dowiedziałam się o tym, dlaczego na koniec zostałyśmy w 3 osoby. A zatem:

- Dwójka. Żeby dostęp do informacji był w jednym miejscu, dziewczyny postanowiły założyć grupę dyskusyjną. Ponieważ nie wszystkie miały fejsa i dostęp do messengera, padło na whatsapp. Brakowało tylko numeru telefonu koleżanki nr 2, która oznajmiła, że go nie poda, bo „chroni swoją prywatność, a numer telefonu to zbyt intymna informacja, więc mają się z nią kontaktować tylko messengerem”. Na argument, że nikt nie będzie specjalnie dla niej kopiował całej konwersacji i jej wysyłał, stwierdziła, że w takim razie ona rezygnuje z udziału w imprezie. Czyli zostało nas 6.

- Trójka. Jakieś 3 tygodnie przed imprezą stwierdziła, że źle się czuje sama ze soba, czuje się brzydka i nie zasługuje na to, żeby wyjść między ludzi. Próby poprawy jej samooceny nie przyniosły rezultatu, dziewczyna wmówiła sobie, że „ma mordę jak yeti” i nie powinna się nikomu pokazywać, w związku z czym nie wyjdzie z domu i już. Zostało nas 5.

- Czwórka. Na początku zaproponowała, że biforek zrobi u siebie, bo mieszka w centrum i ma warunki. Co prawda ma dwójkę dzieci, ale wyśle je do swoich rodziców, więc nie będzie problemu. Pozbierała od pozostałych pieniądze, żeby zrobić jakieś zakupy (alkohol, przekąski, dekoracje itd). Rezerwacjami w knajpach też powiedziała, że się zajmie, bo pracowała przez lata w gastronomii oraz w branży eventowej, ma znajomości w większości lokali i w ogóle nikt tego nie zorganizuje tak dobrze jak ona. Pochwaliła się, że zdobyła wejściówki w jakieś fajne miejsca, tylko nie powiedziała gdzie, „żeby nie psuć niespodzianki”.

Tydzień przed imprezą napisała, że biforek u niej absolutnie nie wchodzi w grę, bo ona ma przecież dwójkę dzieci, i u niej nie ma absolutnie warunków na żadne domówki. I że reszta musi zrozumieć, że jako samotna matka ma wystarczająco na głowie i jej życie nie kręci się wokół cudzych imprez (no nikt nie wymaga, żeby się kręciło, ale po wuj składa deklaracje, z których wie, że się nie wywiąże?). Wszystkie rezerwacje, które zrobiła na mieście, pozostają aktualne, tylko spotkać musimy się u kogoś innego.

W tym momencie świadkowa spytała mnie, czy możemy ten biforek zrobić u mnie, bo w sumie u nikogo innego nie ma warunków. Zgodziłam się, pod warunkiem że one wszystko przygotują. Ja mam w tej chwili złamaną rękę i nic nie jestem w stanie zrobić, poza tym wczesnym popołudniem musimy wziąć udział w pewnej uroczystości i nie będzie nas w domu. Stanęło na tym, że świadkowa i Czwórka przyjadą w dzień imprezy około 13, Czwórka przywiezie zakupy, razem wszystko przygotują i ja wrócę już na gotowe.

Rano w dzień imprezy Czwórka napisała do świadkowej, że jej nie będzie, bo ona ma dzieci i nie mamy prawa od niej oczekiwać, że zostawi je same w domu albo podrzuci dziadkom. Na pytanie, gdzie mamy rezerwacje ani prośbę o zwrot pieniędzy na zakupy już nie zareagowała. Na szczęście świadkowej udało się zarezerwować stolik w bardzo fajnej knajpie, a zakupy zrobiła za swoje pieniądze. Zostałyśmy w czwórkę.

- Piątka. No co dzień mieszka na północy Niemiec, miała przylecieć do Monachium na weekend. W piątek przed imprezą potwierdzała, że będzie na pewno.

Świadkowa przygotowała wszystko u mnie w mieszkaniu, przyjechała jeszcze jedna koleżanka, czekamy na Piątkę. Po jakimś czasie, próbujemy do niej pisać i dzwonić, pytając, kiedy będzie. Nie odbiera telefonu, wiadomości czyta, ale nie odpisuje. Zaczęłyśmy bez niej, co jakiś czas próbując się z nią skontaktować, ale bez rezultatu. Wystraszyłyśmy się, co się stało - albo ktoś jej ukradł telefon, albo miała jakiś wypadek, czy może leży gdzieś pobita, nie wiadomo co się dzieje. Do jej faceta ani rodziny niestety nie mamy kontaktu. Wyszłyśmy w trójkę na miasto, bawiłyśmy się świetnie, jednak cały czas z tyłu głowy był niepokój o Piątkę.

Następnego dnia dostaję wiadomość: „Wszystko u mnie ok, po prostu odwołali mój lot”. A dlaczego nie poinformowała, że jej nie będzie? „Bo tak się wkurzyła, że nawet jej się nie chciało gadać”. Noż k..a... A my się martwimy, czy ona żyje...

Nie ma to jak potwierdzić obecność, a potem się wycofać w ostatniej chwili pod jakimś guanopretekstem, albo w ogóle wystawić do wiatru i nic nie powiedzieć. Egoizm kwitnie.

Babski wieczór

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (164)

#89358

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Trochę mi się w tym tygodniu nazbierało tematów (to już ostatni).

Lato w Skandynawii zapowiada się bezrestrykcyjnie, więc wszystko wskazuje na to, że nasze przekładane od 2 lat wesele (jeżeli można to tak nazwać) w końcu dojdzie do skutku. Niestety pod koniec przygotowań wystąpił problem, z którym mierzy się chyba większość par, czyli kwestia potwierdzania obecności.

Kiedy jedno z nas pochodzi z jednego kraju, drugie z drugiego, mieszkamy w trzecim, a rodzinę i znajomych mamy jeszcze w paru innych, wiadomo było, że nie istnieje coś takiego jak uniwersalna miejscówka, optymalna dla wszystkich. Czego byśmy nie wybrali, zawsze ponad 50% gości musiałoby dojechać z innych krajów, więc byliśmy w pełni świadomi, że niektórym lokalizacja nie będzie odpowiadała i nie będą mieli ochoty na podróż. Liczyliśmy się z tym, że mniej więcej 1/3 odpowiedzi na zaproszenia będzie odmowna (kilka zostało wręczonych czysto "informacyjnie"). Oczywiście szkoda, ale rozumiemy i szanujemy decyzję, nikogo nie ciśniemy, że "jak nie przyjedzie, to się obrazimy".

Kiedy sama dostaję zaproszenie na ślub, który odbędzie się daleko od mojego miejsca zamieszkania, w zasadzie już w momencie otrzymania zaproszenia - po rozważeniu czynników jak urlop, koszt wyjazdu, brak innych zobowiązań w tym terminie, oraz czy w ogóle mam na ten wyjazd ochotę - jestem w stanie podjąć decyzję, czy będę mogła z niego skorzystać czy nie. Chcę i mogę jechać - potwierdzam obecność i kupuję bilety na samolot zanim będą za drogie; nie mogę lub nie chcę - dziękuję za zaproszenie, przepraszam, ze niestety nie będę mogła z korzystać, w terminie ślubu wysyłam kartkę z życzeniami (i ewentualnie kwiaty), i po temacie. Wydawało mi się, że inni ludzie funkcjonują podobnie. No jednak nie. Owszem, większość gości potwierdziło obecność natychmiast, niektórzy odmówili (bo odległość, bo koszty, bo inne plany, bo nie ma się czym dostać - wiadomo), natomiast od kilku par nie doczekaliśmy się odpowiedzi.

Zaczęliśmy do nich pisać/dzwonić, żeby dowiedzieć się, czy możemy liczyć na ich obecność. Reakcje były takie:

1. Niezdecydowani (kolega męża z partnerką)
Najpierw za każdym razem kolega poproszony o decyzję pisał, że da znać wieczorem, po czym nie dawał znać. Sytuacja powtarzała się co kilka dni. W końcu się odezwał:
- My jeszcze nie wiemy
- A kiedy będziecie wiedzieć? Ślub jest za kilka tygodni, musimy podać ostateczną liczbę gości, poza tym nie wiemy, czy trzymać dla was nocleg.
- Naprawdę nie umiemy odpowiedzieć na to pytanie. Jeszcze nie wiemy, co będziemy robić w tym czasie
Pocztą pantoflową dowiedzieliśmy się, że kolega już od dłuższego czasu ma na ten okres zaplanowane wczasy w Azji, więc raczej na pewno ich nie będzie. A czy nie można normalnie odpowiedzieć "nie będzie nas, będziemy wtedy na wakacjach", bez zabawy w podchody?

2. Spontaniczni (koleżanka z czasów irlandzkich)
- "Bardzo chętnie byśmy przyjechali, bo Szwecję uwielbiamy, ale w tej chwili nic ci jeszcze nie odpowiem. My nie lubimy planować podróży i zawsze decydujemy spontanicznie. Zachce nam się, to kupujemy bilety, wsiadamy w samolot i lecimy. Pełny spontan"
No niestety nie jesteśmy w stanie dopasować całej logistyki do ich pełnego spontanu, więc liczę jako "nie". Najwyżej obsługa spontanicznie nie wpuści ich do lokalu, bo nie będzie ich na liście gości.

3. Niezorientowani (przyjaciółka od czasów dzieciństwa, kiedyś bardzo bliska, w ostatnich latach znajomość bardzo się rozluźniła; początkowo nawet nie była przewidziana na liście gości - kiedy dowiedziała się o ślubie, wprosiła się sama, co jest osobną piekielnością, ale już mniejsza z tym)
- Oooo, a kiedy to będzie?
- Tego i tego dnia
- A gdzie?
- Tu i tu.
- A to w Szwecji? To ja nie wiedziałam.
- Jak nie wiedziałaś? Sama mówiłaś, że nie wyobrażasz sobie, że mogłyby cię tam nie być i że w końcu będziesz miała okazję wybrać się do Szwecji. Poza tym w zaproszeniu miałaś informacje na temat daty i miejsca.
- A nie wiem… czekaj, chyba coś przyszło, nie wiem, czy nie skasowałam. To może przyślij jeszcze raz, a ja potem porozmawiam z chłopem i musimy to sobie przemyśleć i ewentualnie damy znać.
Nie wysłałam jeszcze raz, wykreśliliśmy z listy gości, odpuszczam sobie tę znajomość. Jeżeli ktoś ma mnie do tego stopnia gdzieś, że zaproszenie na mój ślub kasuje bez czytania, mimo że najpierw sama się na niego wprasza, to ja jej tam nie chcę.

4. Milczący (kuzyn z żoną)
Otrzymawszy zaproszenie bardzo się ucieszyli, wylewnie podziękowali, zadeklarowali, że zrobią wszystko, żeby tam być i na tym kontakt się urwał. Nie odbierają telefonu, nie odpisują na wiadomości.

5. Problem w związku (znajomi z Monachium)
Ucieszyli się z zaproszenia i od razu potwierdzili obecność. Po czym on zmienił zdanie. "Bo od tego ma dom, żeby w nim mieszkać, a nie gdzieś się włóczyć, poza tym jego żona nie będzie kręcić dupą przez obcymi facetami, a on nie będzie siedział i na to patrzył, jeżeli ona aż tak bardzo ma ochotę potańczyć, to on jej włączy w domu radio". Teraz ona zapewnia, że on ma chyba jakiś trudny okres, ale na pewno się zaraz ogarnie i na bank przyjadą, a on mówi, że na pewno ich nie będzie, on się nigdzie nie wybiera, a jej samej też nie puści.
No i zgaduj zgadula, będą czy nie?

6. Układacze cudzego życia (kuzynka - chyba jako pierwsza podsunęła nam pomysł, żebyśmy imprezę robili w Szwecji)
- A dlaczego robicie akurat w Szwecji? Przecież to daleko
- Tak zdecydowaliśmy, bo stamtąd jest najwięcej gości. Zresztą sami nas na to namawialiście. To jak, będziecie?
- Serio? Nie pamiętam. A dlaczego nie chcieliście zrobić w Niemczech, tam gdzie mieszkacie?
- Nie chcieliśmy, nie leży nam to. To przyjeżdżacie czy nie?
- A skoro już robicie w Szwecji, to nie mogliście w jakimś większym mieście, tylko musicie na takim zadupiu?
- Bo chcieliśmy na plaży. Wybieracie się czy nie?
- A ja w ogóle nie rozumiem, jaki jest sens robienia wesela. Kasę tylko wydacie i nic nie będziecie z tego mieć. Po co wam to? Nie wolicie zamiast tego polecieć na jakąś egzotyczną wyspę?
- To jest nasza decyzja. Zresztą mamy od 2 lat podpisane umowy, więc nasze chcenie nie ma już znaczenia. Możesz odpowiedzieć na pytanie?
- A w ogóle to na co wam ten ślub? W dzisiejszych czasach to nikomu do niczego niepotrzebne.
- Po ślubie to my już jesteśmy 2 lata, więc już trochę późno na takie pytania. Zresztą, jak nie chcesz przyjeżdżać to po prostu powiedz i nie będzie tematu. Po co mi układasz życie?
- No nie wiem, przemyślcie to. Cześć.
I nadal brak odpowiedzi.

Nie rozumiem czegoś takiego. Zaproszenie to nie nakaz osobistego stawiennictwa. Nie chcesz lub nie możesz przyjść, to po prostu powiedz, że nie dasz rady i tyle, i nie odstawiaj cyrku. Czy dorosłym osobom naprawdę jest tak trudno wysłać choćby SMS o treści "nie będzie nas"?

Termin potwierdzania obecności po coś jest - hotel chce wiedzieć, czy w środku sezonu turystycznego ma trzymać pokoje, czy też może je zwolnić, trzeba przygotować plan stołów, zamówić dekoracje, druk winietek itp. Wstrzymywanie organizatora z logistyką w imię własnych humorków i zmuszanie go, żeby cię ścigał niczym egzekutor z parabanku, jest lekceważące i skrajnie egoistyczne.

Ostatecznie doszliśmy do wniosku, że nie będziemy się narzucać i wszystkich niezdecydowanych wpisaliśmy jako odmowę. Jeśli jednak się pojawią - ich problem.

wesele

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (186)

#89354

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W przyszłym tygodniu w Mediolanie odbywają się targi wnętrzarskie, na które się wybieramy. Przedstawiłam Januszowi listę, którzy z naszych klientów będą mieć swoje stoiska w halach targowych, on wybrał, z którymi musimy się koniecznie spotkać, a których można sobie odpuścić. Ponieważ nie spędzimy tam wiele czasu, trzeba było sensownie dobrać spotkania.

Wszystko udało się zadziwiająco dobrze zorganizować. Lądujemy we wtorek o 10:30, 1,5 godz na dojazd na targi, spotkania jedno po drugim do 16:30, przejazd do hotelu, check in, zostawiamy bagaże i o 18 konferencja prasowa i bankiecik u klienta, który ma showroom w pobliżu hotelu. Następnego dnia spotkania ciurkiem od rana do 16, wyjazd na lotnisko, powrót do domu.

Nie doceniłam jednak Janusza i jego umiejętności siania zamętu.

1.
- Cran, czy wiedziałaś, że klient Biurowe Krzesła też będzie na targach?
- Wiem, byli na wstępnej liście, ale ich wykreśliłeś, mówiąc, że to strata czasu, bo od 3 lat nie mają budżetu.
- Niemożliwe...
- A jednak.
- Hmm... a możesz jednak zorganizować spotkanie z nimi?
- Nie mam ich gdzie wcisnąć, mamy pełny kalendarz. Chyba, że wyrzucę inne spotkanie.
- Nie, nie wyrzucaj. To może we wtorek po południu?
- Nie zdążymy na konferencję do Armatury Łazienkowej.
- A w środę?
- Nie ma szans, spóźnimy się na samolot.
- To nie wiem, ale musisz coś wymyślić, bo ja już im obiecałem
(To fajnie, że sprawdził, czy się da).

2.
- Cran, dlaczego nie mamy spotkania z Drewnianymi Łóżkami?
- Bo nie biorą udziału w targach.
- Ale będą mieć showroom w mieście.
- Dzięki za informację. Zobaczę, gdzie są i jeśli będą gdzieś w naszej okolicy, to nas umówię.

Sprawdzam, okazuje się, że są kompletnie poza miastem, jakieś 30 km od nas (targi są na północny zachód od miasta, nasz hotel i showroom Armatury Łazienkowej na północ od centrum, showroom Drewnianych Łóżek daleko na południowy zachód) i zamykają o 18. Informuję Janusza, że niestety nic z tego.
- Ale ja już im obiecałem, że będziemy. Zrób coś.
- Co mam zrobić? Są za daleko. Nie jesteśmy w stanie się rozdwoić.
- Zadzwoń do nich i niech oni przeniosą.
- Ale co mają przenieść? Chyba nie showroom?
- No showroom. Niech przeniosą w inne miejsce. Bliżej naszego hotelu.
(Obawiam się, że się nie zgodzą...)

3. Janusz dostaje mail od naczelnego jednego z naszych czasopism, że ten z powodów rodzinnych niestety nie będzie mógł przylecieć do Mediolanu, a dostał zaproszenie na event u klienta Sprzęt AGD i chciałby prosić, żebyśmy poszli zamiast niego. Data: poniedziałek (dzień przed naszym przyjazdem, w dodatku święto państwowe w Bawarii), miejsce: peryferie Mediolanu, tym razem po wschodniej stronie. Janusz oczywiście potwierdził, że na pewno będziemy. Dzwonię do niego.

- Ty potwierdziłeś naszą obecność na evencie Sprzętu AGD? Przecież to w poniedziałek. Nie ma nas jeszcze na miejscu, poza tym nie pracujemy, bo święto. Zresztą nawet gdybyśmy byli, to lokalizacja uniemożliwia wizytę.
- Cholera, faktycznie, to co teraz?
- Wytłumacz naczelnemu, że nas nie będzie.
- Nie, tak nie mogę zrobić, to ważny klient. Musimy tam być.
- To co proponujesz?
- Pamiętam, że kiedyś wspominałaś, że jakaś twoja koleżanka u nich pracuje.
- Tak, kiedyś pracowała, ale już nie.
- Nie szkodzi. Na pewno ma tam jeszcze znajomych. Zadzwoń do tej znajomej i poproś ją, żeby przekonała swoich byłych kolegów, żeby przenieśli ten event na inny dzień i gdzieś bliżej centrum.

Czekam, kiedy wpadnie na pomysł, żebym jeszcze zadzwoniła do Lufthansy i przekonała ich, żeby zmienili godziny lotów na bardziej dogodne dla Janusza i żeby samolot lądował gdzieś bliżej jego domu. Jak szaleć to szaleć.

Został mi jeszcze rok podyplomówki i szukam innej pracy.

praca

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (132)

#89345

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Podczas pobytu w Polsce otrzymałam od lekarki receptę (ponowną) na pewien lek. Idę do pierwszej lepszej apteki, żeby ją zrealizować, niestety aptekarka odmawia wydania leku z powodu "błędnie wypisanej recepty". Recepta jest wypisana identycznie jak poprzednio, pytam więc, na czym polega błąd, to skontaktuję się z lekarką i poproszę o korektę. Aptekarka odpowiada, że "jeżeli receptę wystawił prawdziwy lekarz, to będzie wiedział. Mnie informacji nie udzieli, bo nie wie, czy nie kupiłam recepty przez internet".

Wyszłam, dzwonię do lekarki, mówię, w czym problem. Ta się chwilę zastanawia, czego może brakować, bo na jej gust wszystko jest, ale wystawiła receptę ponownie, dopisawszy jeden detal.

Wracam do apteki, trafiam na tę samą babę. Wręczam jej nową receptę i ponownie spotykam się z odmową. "Ja tego pani i tak nie wydam. Za dużo narkomanów to bierze i ja tam nie wiem, do czego to pani potrzebne, skąd tak naprawdę ma pani receptę, ani czy ten lekarz, który ją wypisał jest prawdziwym lekarzem".

Stwierdziłam, że nie będą się kłócić z kretynką, poszłam do apteki kilkaset metrów dalej, gdzie bez najmniejszego problemu otrzymałam przepisany lek. Dowiedziałam się również, że pierwsza recepta była wypisana jak najbardziej poprawnie oraz że farmaceuta nie ma prawa nie zrealizować recepty wyłącznie z powodu swojego widzimisię "sumienia" czy jak tam to nazwie. "Klauzula sumienia" owszem istnieje, ale dotyczy tylko personelu medycznego, farmaceutów nie.

W domu opowiedziałam sytuację mojej mamie, na co ona: "Wiem, o kim mówisz, ta baba jest nawiedzona. Mnie kiedyś nie wydała przepisanych leków na złagodzenie objawów menopauzy". Tylko po co taki ktoś wybiera zawód farmaceuty?

apteka

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (197)

#89319

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W mediach rozrywkowych króluje w tej chwili tematyka ślubno-weselna. Portale prześcigają się w artykułach na klikalne tematy, w stylu z dziećmi czy bez dzieci, ile włożyć do koperty albo czy wypada przyjść w białej kiecce. Pod każdym artykułem mamy wysyp komentarzy, które potrafią lepiej podnieść ciśnienie niż poranna kawusia. Z tym, że o ile z wylewania jadu przez "internetowe Grażyny" można się pośmiać, gorzej jest, kiedy takich komentarzy musisz wysłuchiwać na żywo.

Kilka lat temu kuzyn (chrześniak mojego ojca) wyjechał na kontrakt do jednego z krajów Dalekiego Wschodu. Tam poznał dziewczynę, zakochał się i postanowił z nią ożenić. Ślub odbył się w ich miejscu zamieszkania. Ze względu na odmowną decyzję wizową nie mogli przyjechać do Polski, a ze względu na obowiązujące na miejscu obostrzenia sanitarne nie mogli nikogo z Polski zaprosić na uroczystość (teoretycznie mogliby, ale byłoby to tak skomplikowane, że w zasadzie niewarte zachodu).

Wszyscy zrozumieli sytuację, z wyjątkiem ojca chrzestnego pana młodego (czyli mojego ojca), który się obraził. Przez kilka tygodni byłyśmy z mamą raczone komentarzami o "niewdzięcznym gówniarzu", którego on niósł do chrztu, dawał prezenty na komunię i osiemnastkę, więc ten jest mu coś winien i ma obowiązek zorganizować huczne weselicho i go na nie zaprosić (co jest aż dziwne, bo on nigdy nie lubił rodzinnych spędów, a zwłaszcza połączonych z jakimikolwiek tańcami). I w ogóle kto to widział jakieś nowoczesne mody z kameralnymi ślubami we dwójkę, w dodatku tylko cywilnymi, ha tfu. No chociaż mógł zaprosić na ten ślub w Azji, a nie tak kompletnie się wypiąć na chrzestnego.

Na pytanie, jak zamierzał dostać się do kraju zamkniętego dla turystów, nie był w stanie odpowiedzieć, wydzwaniał za to do matki chłopaka, domagając się informacji, kiedy zamierzają wziąć "prawdziwy" ślub oraz urządzić wesele dla rodziny. Ta odpowiedziała, że ślubu kościelnego to najpewniej nigdy, natomiast co do wesela to trudno jej powiedzieć. Po pierwsze, póki co nie wiadomo, kiedy dziewczyna będzie mogła przyjechać do Polski, bo cały czas odmawiają jej wizy, więc w tej chwili ich głównym problemem jest, gdzie będą mieszkać, gdyż jemu kończy się kontrakt i będzie musiał wracać, a po drugie, nawet jak już uda się dziewczynę ściągnąć do Polski, to jest to sprawa młodych, kiedy będą organizować jakieś przyjęcie i czy w ogóle.

Kilka dni temu dowiedzieliśmy się, że w końcu dziewczyna doczekała się pozytywnego rozpatrzenia wniosku wizowego i jeśli wszystko dobrze pójdzie, latem ma szanse sprowadzić się do Polski. Następnie młodzi rozważają zorganizowanie jakiejś uroczystości w celu uczczenia ich ślubu, ale jeszcze nie wiedzą ani kiedy, ani w jakiej formie, ani dla ilu gości. Będą o tym myśleć po przeprowadzce. I tu mój ojciec ma problem. Łojezu, znowu jakieś wesele, trzeba będzie brać urlop, jechać nie wiadomo dokąd i jeszcze on jako chrzestny będzie musiał "dać jakąś kopertę", zupełnie jakby nie miał ciekawszych zajęć ani innych wydatków, po to żeby "jakaś Chinka" mogła się urządzić za jego krwawicę.

Przypomniałam mu, że póki co, nikt go jeszcze nigdzie nie zaprosił, ani nie jest powiedziane, że w ogóle go zaprosi, bo może zorganizują tylko obiad dla najbliższej rodziny (kuzyn jest ze strony mamy, więc tata nie jest z nim spokrewniony), więc zupełnie niepotrzebnie się nakręca. Odpowiedź? "No ale jak to go nie zaprosi? Własnego chrzestnego? No to byłby szczyt bezczelności!"

Czyli: nie robisz wesela - źle; robisz i zaprosisz - źle; robisz i nie zaprosisz - też źle. Nie dogodzisz...

Ślub

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (223)

#89172

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Służbowo. Przyszło rozliczenie mediów, z którym jest problem, jak je ugryźć. Ale od początku.

Jakieś bodajże 10 lat temu 3 kolegów: Janusz, Rudolf i Alex, prowadzących swoje mikrofirmy (firma 1, firma 2, firma 3) wspólnie podnajęło powierzchnię biurową w pewnym budynku, gdzie znajdowało się 6 pomieszczeń biurowych oraz przestrzeń wspólna: kuchnia, toalety, korytarz i wnęka konferencyjna. Głównym najemcą była firma Zero, która zajmowała tam 2 pomieszczenia. Kolejne 2 biura zajął Janusz, a pozostałe 2 odpowiednio Rudolf i Alex.

W 2019 roku, firma Zero zbankrutowała i wypowiedziała umowę najmu. Trzej koledzy postanowili pozostać w budynku i przejąć umowę po firmie Zero. Ponieważ główny najemca mógł być tylko jeden, pociągnęli zapałki i padło, że Janusz (firma 1) bierze umowę na siebie, a Rudolf i Alex (firma 2 i 3) będą podnajmować od niego swoje biura. Wysokość czynszu została wyliczona według zajmowanej powierzchni, bodajże w proporcjach: Janusz 45%, Alex 30%, Rudolf 25%. Koszt przestrzeni wspólnej (kuchnia i tak dalej plus te 2 puste biura po firmie Zero) również zostały podzielone na trzy.

Firmy 2 i 3 w umowie najmu, na podstawie zajmowanej powierzchni, miały podaną wysokość czynszu i zaliczek na poczet mediów oraz prądu. Janusz co miesiąc płacił całą kwotę zarządcy budynku, a koledzy przelewali mu na konto swoją część. Kiedy przychodziło rozliczenie za prąd lub media, zwrot lub niedopłata były dzielone proporcjonalnie. Miało to tak działać dopóki nie znajdą się najemcy na te 2 puste biura. Wówczas koszty miały zostać rozdzielone ponownie.

Z początkiem 2020 roku puste pomieszczenia udało się podnająć, a do budynku wprowadzili się Martin (firma 4) i Jovan (firma 5). Z nowymi najemcami Janusz (w porozumieniu z Rudolfem i Alexem) tym razem podpisał umowy all inclusive, czyli każdy z nich miał podany czynsz w jakiejś tam wysokości, który zawierał już opłatę za media i prąd. Opłatę, nie zaliczkę na poczet opłaty. Nie było wyszczególnione, jaka kwota na co idzie, nie było również zapisów na temat ewentualnych zwrotów lub niedopłat. Jedynie miesięczny czynsz all incl, VAT i termin płatności.

W 2021 skończyła się umowa najmu i wszyscy się wyprowadziliśmy.

I teraz zaczyna się piekielność. W okolicach listopada przyszło rozliczenie za media za 2020 rok. Wyszło z niego, że musimy dopłacić i to niemało, bo ponad 2000€, a mnie kopnął zaszczyt wystawienia faktur pozostałym firmom. I tu, jak było do przewidzenia, powstał problem. Na ile firm podzielić rachunek? Na 3 czy na 5? Firmy 2 i 3 nie zgadzają się, żeby podzielić na trzy, skoro z mediów korzystało pięć. Firmy 4 i 5 odmówiły płacenia czegokolwiek, gdyż w ich umowach nie było ani słowa na ten temat. Tak więc mamy konflikt, gdzie każda strona ma swoje racje i nie wiadomo, czyja racja jest czyjsza.

Wujek google i fora prawne nie są w stanie wskazać jednoznacznej odpowiedzi. Właściciel kancelarii, która obsługuje nasze finanse również nie ma pojęcia, jak to ugryźć, bo się nie zna na prawie najmu. Stwierdził jedynie, że Janusz wystawił głupie umowy (tyle to ja sama wiem) i wysyła do adwokata. Próba przekonania Janusza, że będzie mu potrzebna opinia prawnika i to w ogóle na piśmie, żeby wyegzekwować płatności (bo niezależnie jak ten rachunek podzielimy, któreś 2 firmy się z tym podziałem nie zgodzą i odmówią zapłaty, więc bez jednoznacznej podstawy prawnej ani rusz), spełzła na niczym. Porada prawna kosztuje, a on nie będzie na takie bzdury wydawał swoich pieniędzy. Wydał polecenie "po prostu podziel to tak, żeby wszyscy byli zadowoleni i nie było konfliktów, i żebym ja nie był stratny" i umył rączki. Mamy kwiecień, zalegamy z opłatą już piąty miesiąc, zarządca budynku grozi sądem i egzekucją długu przez komornika, a konsensusu nie ma.

Biuro

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (107)

#89162

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Janusz marketingu.

Znajoma dostała na Instagramie wiadomość od jakiegoś trenera personalnego, oferującego swoje usługi. Nic w tym nadzwyczajnego, wielu drobnych przedsiębiorców w ten sposób się reklamuje. Tylko że wiadomość zaczynała się od słów:

"Hej (nazwa użytkownika), nadchodzi wiosna, więc czy nie pora w końcu wziąć się za siebie i zrzucić zimowy tłuszczyk? Czy nie byłoby fajnie tego lata w końcu zasłużyć na wyjście na plażę?"

No cóż... Chyba coś jest w tym powiedzeniu o staniu w kolejce po mięśnie, kiedy rozdawali rozum. Bo już pomijając target i personalizację zupełnie z tyłka (znajoma jest hobbystycznie instruktorką jogi, więc figurę ma akurat wręcz wymarzoną), to wypisywanie do zupełnie obcych ludzi, na dzień dobry wymyślając im mankamenty sylwetki (czy wręcz wprost wmawiając, że są zapuszczonym grubasem), jest zwyczajnie słabe. Równie słabe jest prezentowanie światopoglądu, że wyjście na publiczną plażę to jakiś elitarny przywilej, dostępny tylko dla nielicznych, na który trzeba sobie specjalnie zasłużyć, wstrzelając się w kanon urody pana trenera.

Nie wiem, co dokładnie pan trener chciał osiągnąć, ale chyba nie tędy droga.

Instagram

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 195 (227)

#89077

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kontynuacja historii #89052, czyli ciąg dalszy perypetii z panią psycholog.

Po zdawkowym non-apology od opiekuna roku, sprawa eskalowała do dyrektora studiów. po jego interwencji pani psycholog zobowiązała się wystawić oceny najpóźniej do soboty 6 marca (6 dni po terminie). Sobota minęła, niedziela też, podobnie poniedziałek, ocen jak nie było tak nie ma, tak samo jak kontaktu z panią psycholog.

W końcu we wtorek przychodzi mail na grupową skrzynkę. Pani psycholog chciałaby nas poinformować, jak bardzo jest jej przykro, że ją tak potraktowaliśmy. Owszem, przyznaje, że była kompletnie nieprzygotowana do zajęć i prowadziła je na żenującym poziomie, ale to nie ze względu na brak wiedzy czy szacunku do nas, ale na to, że od kilku miesięcy bardzo ciężko choruje i od początku semestru prawie nie opuszcza szpitala.

Przeprowadzenie tych zajęć stanowiło nieludzki wysiłek i robiła wszystko, co mogła, żeby sprostać naszym oczekiwaniom, więc bardzo jej przykro, że nie udało jej się nas zadowolić. Co do ocen, z tego, co jej wiadomo, sesja poprawkowa kończy się 15 marca, więc w zasadzie ma termin aż do wtedy na ich wystawienie. Ze swojej strony, postara się tego terminu dotrzymać, ale oczywiście na tyle, na ile pozwoli jej stan zdrowia, bo cały czas jest w szpitalu i tak dalej. Do tego ma nadzieję, że chociaż z reszty studiów będziemy zadowoleni, a na przyszłość życzy nam więcej empatii i życzliwości.

No proszę, na zajęciach zarzekała się, że techniki manipulacji wykraczają poza jej kompetencje, a tu taka piękna próba wmanewrowania nas w poczucie winy. Prawie się udało ;)

Oczywiście, można by jej tak po ludzku współczuć, ale jako że dowiadujemy się o tym dopiero teraz, wygląda na to, że zaszła jedna z 3 opcji (żadna, rzecz jasna, nie jest dla nas akceptowalna):
- Pani psycholog wymyśliła sobie chorobę, kiedy po interwencji dyrektora studiów zapaliło jej się pod tyłkiem,
- Pani psycholog faktycznie choruje ciężko i przewlekle, co uniemożliwia jej prowadzenie zajęć, jednak zataiła ten fakt przed uczelnią, może nie chcąc tracić źródełka dochodu i licząc, że jakoś to będzie
- Pani psycholog poinformowała uczelnię o stanie zdrowia, jednak uczelnia zamiast znaleźć zastępstwo, zignorowała ten fakt, licząc, że jakoś to będzie.

Na pewno wystąpił jakiś ogromny problem w komunikacji. Wykładowca nie wie, jaki mamy program studiów, my nie wiemy, że na psychologię mediów i społeczną poświęcone zostaną 2 zjazdy w drugim semestrze (poinformowano nas o tym dopiero teraz) i próbujemy wykrzesać z wykładowcy coś, o czym nie ma on pojęcia. Uczelnia nie wie, że wykładowca choruje (albo wie i ma w poważaniu), poza jakimiś zdawkowymi mailami (często wysłanymi do pojedynczych osób) nikt nam na nic nie odpowiada, a na końcu my jesteśmy tymi złymi, pozbawionymi "życzliwości i empatii".

Przekazaliśmy nasze uwagi dyrektorowi studiów, ten zaproponował spotkanie pod koniec marca w celu uzgodnienia sposobu zrekompensowania nam zmarnowanego zjazdu. Zobaczymy, co z tego wyniknie.

studia podyplomowe

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (163)