Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 8 sierpnia 2022 - 23:06
  • Historii na głównej: 88 z 88
  • Punktów za historie: 14916
  • Komentarzy: 1831
  • Punktów za komentarze: 13861
 

#89124

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Głupota i piekielność dla siebie samej.

Na początku 2020 endokrynolog zdiagnozował u mnie insulinooporność (zero zaskoczenia, cała rodzina ze strony mamy na to cierpi). Dostałam leki, wszystkie nękające mnie wcześniej dolegliwości (zawroty głowy, osłabienie itd) ustąpiły, a w bonusie w krótkim czasie schudłam 15 kilo (obstawiam, że głównie pozbywając się nadmiaru wody).

Niedawno pisze do mnie znajoma (z kategorii dalszych znajomych).
- Cran, pamiętam, że ty mocno schudłaś po jakichś lekach. Możesz mi przypomnieć, co to było?
- Metformina
- Aha, tak mi sie wydawało, bo właśnie czytałam, że po tym są podobno świetne efekty. A gdzie sobie załatwiłaś receptę?
- Nigdzie nie załatwiałam. Dostałam od endokrynologa, bo miałam problemy zdrowotne.
- Daj mi do niego namiar i powiedz mi, co musiałabym mówić, żeby dostać receptę.
- Namiar ci mogę dać, ale badania krwi musiałyby ci wykazać insulinooporność. Poza tym, to nie do końca tak, że po tym sa jakieś spektakulane efekty. To nie jest środek odchudzający, tylko lek kontrolujący wydzielanie insuliny. Jeden po nim schudnie, a drugi nie. Kwestia szczęścia.
- Ale ja czytałam, że właśnie się chudnie. A nie znasz kogoś, kto by mi dał recepte bez badań? Bo z badanami to lipa, ja na nic nie choruję, a poza tym na termin trzeba czekać, a mi się spieszy. Lato niedługo
- Nikt ci nie da recepty bez badań. To jest lek, który robi rewolucję w organizmie, ma w cholerę efektów ubocznych i jego się nie bierze na własną rękę.
- A ty mi nie możesz załatwić recepty?
- Obawiam sie, że nie mam takiej możliwości.
- A gdyby mi się udało kupić gdzieś przez internet, to jakę mam brać dawkę?
- Dawkę bierze sie przepisaną przez lekarza. Jeden bierze 500, inny 1000, a inny 2000, w zależności od wyników badań. To nie jest suplement z uniwersalną dawką, tylko lek.
- Widzę, że nie chcesz mi pomóc...
- (tego mi trzeba. Dziewoja zrobi sobie kuku i zwali winę na mnie, że to za moją radą). Nie chcę, żebyś zrobiła sobie krzywdę, biorąc jakies gówno z netu, zamówione nie wiadomo skąd, gdzie nie masz pojęcia, co to naprawdę jest i czym się faszerujesz. Do tego masz małe dziecko, które w razie jeśli tobie coś się stanie, zostanie bez opieki. Nie rób tego.
- A mnie się wydaje, że jesteś po prostu zazdrosna i się boisz, że jak schudnę, będę wyglądać lepiej od ciebie. Dlatego nie chcesz mi pomóc.

Taaaak... Dokładnie dlatego. Bo moje życie kręci sie wokół rozmiaru tyłka przypadkowej osoby, którą widzę raz na 3 miesiące...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (156)

#89094

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W budynku, gdzie obecnie mieści się moja firma, biura zajmowane są w większości przez różne mikroprzedsiębiorstwa. Na każde 10-12 pomieszczeń biurowych przypada mała kuchnia, do wspólnego użytkowania. Kuchnia nie była wyposażona - kiedy wprowadzaliśmy się rok temu (byliśmy pierwszą firma, która wprowadziła się na dane piętro), znajdowały się tam szafki, zlew, kuchenka elektryczna, zmywarka i kosz na śmieci. Drobne AGD, naczynia, sztućce, ścierki, środki czystości itp. musieliśmy zorganizować we własnym zakresie. Janusz przyniósł mikrofalę i toster, ja czajnik elektryczny (miałam w domu zapasowy), naczynia i sztućce każdy przyniósł swoje, a płyn do naczyń, gąbki itp. dokupiło się w pobliskiej drogerii.

Przez wiele miesięcy byliśmy jedynymi najemcami w naszym "sektorze", więc korzystanie z kuchni było bezstresowe, problem zaczął się z końcem roku, kiedy budynek się zapełnił, a użytkowników kuchni przybyło. Coraz częściej zastawało się sytuację, że naszych kubków/ talerzy/ łyżeczek albo nie ma w ogóle (niektóre w ogóle wyparowały na stałe), albo, mimo obecności zmywarki, stoją brudne w zlewie lub na blacie kuchennym (zastanawiam się, swoją drogą, kto za tymi ludźmi sprząta w domu - mają służbę czy po prostu żyją w syfie?). Naszą kawę i herbatę musieliśmy zabrać do swoich biur, gdyż ktoś się nimi chętnie częstował.

Zostawiliśmy kartkę z informacją, że wyposażenie kuchni nie jest wspólnym dobrem, tylko naszą prywatną własnością i o ile nie mamy nic przeciwko temu, że ktoś korzysta z czajnika czy mikrofali, to prosilibyśmy o przyniesienie sobie własnych naczyń i sztućców, i niekorzystanie z naszych, gdyż pomijając względy higieniczne, zwyczajnie nie ma ich na tyle. Poza tym prosilibyśmy, żeby tym razem ktoś inny był tak miły i kupił płyn do mycia naczyń i tabletki do zmywarki, które właśnie się kończą. Reakcji zero.

Dzisiaj kończyłam robić sobie herbatę, kiedy do kuchni wszedł jakiś facet. Spytał, czy wiem, do kogo należy czajnik. Odpowiedziałam, że do mnie. W tym momencie typ wyskoczył z pretensjami, że co mi przyszło do głowy, przynosić do służbowej kuchni czajnik, który nie dość, że ma pojemność zaledwie 1l, to jeszcze za długo zajmuje mu gotowanie wody, przez co kompletnie nie nadaje się do używania przez całą "społeczność", taki czajnik to się w domu używa, a nie w pracy. On jest zajętym człowiekiem, wiecznie pod presją czasu i nie może tyle czekać, inni na pewno też nie. Mam go zabrać i prędziutko przynieść inny - większy, szybszy i ogólnie bardziej nadający się do biura. (Myślałam, że roszczeniowi buce to domena korpo, no ale chyba jednak nie)

Zaskoczona poziomem bezczelności, odpowiedziałam facetowi, że raczy sobie żartować. Czajnik jest mój prywatny, przyniosłam go dla siebie i na moje potrzeby wystarcza. Jeżeli jemu nie pasuje, nikt nie każe mu z niego korzystać, może przynieść własny. Ten wzruszył ramionami, burknął, że "no bez przesady" i poszedł.

No to zabrałam czajnik i naczynia do swojego biura i niech sobie towarzystwo gotuje wodę siłą woli.

Biuro

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (216)

#89052

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Od października uczęszczam (w trybie online) na studia podyplomowe. Kierunek związany jest z reklamą i marketingiem, zjazdy odbywają się w co drugi weekend na platformie MS Teams.

Pierwsze zajęcia dotyczyły podstaw psychologii. Prowadziła je pani psycholog - terapeuta uzależnień (przypominam, na studiach z marketingu). Pierwszy dzień spędziliśmy opowiadając o sobie i dyskutując o psychopatii, toksycznych pracodawcach i przemocy w związkach. Drugiego dnia rozmawialiśmy o uzależnieniach i omówiliśmy wszystkie możliwe narkotyki - ich skład, działanie i efekty uboczne.

Do tego zajęcia zaczęły się z półgodzinnym opóźnieniem, bo pani nie umiała obsłużyć Teamsa. Na zaliczenie pani psycholog kazała napisać pracę o czymkolwiek, co było poruszane na zajęciach.

Jako że "cokolwiek" jest bardzo szerokim pojęciem, poprosiliśmy o jakieś wytyczne, choćby dotyczące formy pracy - czy ma być to praca naukowa, artykuł, felieton, esej, czy jeszcze coś innego, czy mamy korzystać ze źródeł, czy tez pisać tylko własne przemyślenia. Obiecała przysłać je w ciągu kilku dni. Termin dostarczenia pracy - następne zajęcia z tą samą panią 2 tygodnie później.

Po zajęciach mieliśmy dosyć mieszane uczucia. No bo atmosfera owszem fajna, zajęcia w formie warsztatowej, mogliśmy podyskutować, powymieniać się opiniami, ale poruszane tematy nie miały nic wspólnego z wybranym przez nas kierunkiem, a po coś jednak na te studia poszliśmy. Z drugiej strony braliśmy pod uwagę, że podczas 2 dni "wstępu do psychologii" nie wiadomo jakiej wiedzy też nie da się przekazać, więc po prostu poruszyła wybrane zagadnienia, w których się specjalizuje. Stwierdziliśmy, że damy jej szansę, zobaczymy, jak pójdą następne zajęcia.

Powoli zbliżał się termin wysłania prac, wytycznych jednak nadal brak. Dodatkowych materiałów, o które poprosiliśmy, również. Nie wiemy, czy nadal czekać, czy też pisać coś zupełnie w ciemno. Nagle dostajemy wiadomość od opiekuna roku, że pani psycholog odwołała zajęcia, odbędą się w późniejszym terminie - w ostatni weekend lutego. Tak samo przesunięty został termin oddania prac. Odłożyliśmy temat, skupiliśmy się na zajęciach z innych przedmiotów (tu już zupełnie inny poziom - kompetentnie, na temat, wręcz przeładowanie wiedzą).

W połowie lutego nadal nie było wytycznych, a pani psycholog nie reagowała na nasze maile. W takim razie każdy napisał (czy raczej przepisał z netu) jakieś pitu-pitu o czymkolwiek i wysłał, żeby tylko coś było. Tuż przed ostatnim weekendem pani psycholog ożyła i wysłała mail do jednej z nas, z pytaniem, co chcielibyśmy robić na zajęciach (O_o w sensie, że to my jej mamy powiedzieć, o czym mają być jej zajęcia?). Bo ona ma pomysł, że może spędzimy te zajęcia, omawiając nasze prace. Ręce opadają. Będziemy tracić 2 dni zajęć, żeby szczegółowo omawiać nic niewnoszące, odtwórcze prace, napisane "na odwal się" i byle tylko zaliczyć niezbyt istotny przedmiot...

Koleżanka odpisała, że mowy nie ma - z harmonogramu zajęć wynika, że tematem zjazdu mają być, powiedzmy "Procesy kognitywne i podejmowanie decyzji" i właśnie to chcielibyśmy omawiać na zajęciach, najchętniej w powiązaniu z marketingiem, oraz jeśli starczy czasu to chętnie coś o technikach manipulacji i elementy neuromarketingu. A prace może nam odesłać mailem.

Rozpoczęły się sobotnie zajęcia. Tradycyjnie z półgodzinnym opóźnieniem, bo pani psycholog nie ogarnia Teamsa. Na początku zaproponowała, żeby każdy wypowiedział się o swoich emocjach, odczuwanych w związku z obecną sytuacją, jak się z tym wszystkim czujemy i w ogóle. Odmówiliśmy - po pierwsze wiadomo, jak jest, i nic odkrywczego nie wniesiemy do tematu, po drugie, choćby dla higieny psychicznej chcielibyśmy na te kilka godzin zająć głowę czymś innym, po trzecie mamy temat do zrealizowania i nie chcemy tracić czasu, zwłaszcza że już mamy poślizg.

Pani psycholog odpaliła prezentację i faktycznie zaczęła opowiadać o procesach kognitywnych, tyle że zupełnie w oderwaniu od marketingu, a z naciskiem na uczucia i emocje. Następnie przystąpiła do wykładu na temat autyzmu i ADHD, i sposobach terapii, a my zaliczyliśmy kilkugodzinną dziurę czasową. Do tego wykład co kilka minut przerywany był pytaniem "halo halo jesteście tam?", na co wszyscy musieliśmy włączać mikrofony i odpowiadać, że owszem, jesteśmy. Poprosiliśmy ją, czy mogłaby odnieść się też do tematów o które prosiliśmy w mailu (manipulacja, neuromarketing), bo to, o czym nam opowiada, nie ma kompletnie związku z naszym kierunkiem. Odpowiedziała, że to dopiero jutro, bo dzisiaj nie jest przygotowana. Ze swojej strony poprosiła nas, żebyśmy do jutra wymyślili sobie, co chcemy zrobić na zaliczenie, bo ona nie wie, co nam zadać.

Niedziela. Zajęcia znowu rozpoczęły się z opóźnieniem, gdyż pani "nie umiała w Teamsa". Pierwszą godzinę z kawałkiem zajęło dokończenie sobotniego wykładu (z jedną dłuższą przerwą, gdyż pani niechcąco opuściła spotkanie i nie umiała do niego wrócić i kilkoma krótszymi na "halo halo jesteście tam?"), po czym pani oznajmiła, że w zasadzie to tyle z jej strony i czy mamy jakiś pomysł, co chcielibyśmy robić przez resztę zajęć. Pytamy, czy, tak jak umawialiśmy się wczoraj, odnieść omówione tematy do marketingu oraz omówić te zagadnienia, o które prosiliśmy (manipulacja itp). Pani na to, że niestety nie, gdyż będąc terapeutą uzależnień, zwyczajnie się na tym nie zna.

Z braku laku, żeby czymś wypełnić te 3 godziny, które zostały do końca zajęć, zaczęła puszczać nam reklamy na YouTube, a my mieliśmy opowiadać, jaki występuje w nich problem. Parę było faktycznie ciekawych, parę w stylu "blachodachówka reklamowana przez gołą babę", ale godzina jakoś zeszła. W międzyczasie mieliśmy sobie wymyślić, co chcemy robić na zaliczenie przedmiotu, bo pani nie miała pomysłu.

Zaproponowaliśmy, że skoro jesteśmy przy reklamach, a w dodatku studiujemy kierunek z tym związany, to może zrobimy tak, że podzielimy się na grupy i każda grupa wybierze sobie reklamę i dokona jej analizy pod względem atraktorów, uczuć, jakie wzbudza, ewentualnych problemów itp. Popracujemy nad tym przez godzinę, przez kolejną przedstawimy nasze prace i akurat zejdzie czas do końca zajęć. Pani się zgodziła i zaczęła nas dzielić na "pokoje". Nie bardzo jej to szło, część osób nie dostała żadnej grupy, potem pani musiała nas przegrupować i tak straciliśmy 15 minut z czasu przeznaczonego na pracę. W połowie naszej pracy pani zamknęła nasze "pokoje", bo coś jej się kliknęło, przez co straciliśmy jeszcze trochę czasu, ale w końcu wykonaliśmy zadanie, przedstawiliśmy wyniki i zajęcia mogły się skończyć. Na koniec pani obiecała, że jeszcze tego samego dnia po południu wystawi oceny z tych prezentacji oraz z prac z psychologii. Oczywiście żadnych ocen nie wystawiła.

Wieczorem napisaliśmy grupowy mail do opiekuna roku, wyrażając nasze niezadowolenie z odbytych zajęć. Że poruszana tematyka nie miała nic wspólnego z naszym kierunkiem, że pani była kompletnie nieprzygotowana, że nie miała pojęcia, co ma z nami na tych zajęciach robić, o czym mówić, ani co zadać na zaliczenie, w dodatku nie radziła sobie z obsługą platformy komunikacji.

We wtorek przyszła odpowiedź opiekuna roku, przyprawiająca o opad szczęki. Zaczynała się od "Najmocniej przepraszam, jeżeli nie zrozumieli państwo programu studiów" i tak dalej w tym duchu, że generalnie, owszem zajęcia były kompletnie oderwane od naszego kierunku, ale takie właśnie miały być i naszą winą jest to, że się tego nie domyśliliśmy, tylko mamy nierealne oczekiwania. No faktycznie, debile z nas, że nie wpadliśmy na to, że terapie dla dzieci z ADHD są oficjalnie częścią programu studiów z reklamy i marketingu.

Odpisaliśmy, że no dobrze, program programem, ale w poprzednim mailu poruszyliśmy więcej problemów, głównie niekompetentnego i nieprzygotowanego do zajęć wykładowcy. Ponieważ ostatnie zajęcia zmarnowały nasz czas i pieniądze, oczekiwalibyśmy jakiejś rekompensaty ze strony uczelni. Proponujemy albo obniżkę czesnego na jeden miesiąc, albo odrobienie zajęć z kimś kompetentnym. Do tego nadal nie mamy ocen z tych 2 przedmiotów, mimo że semestr oficjalnie zakończył się 28 lutego i wtedy minął ostateczny termin ich wystawienia.

Opiekun odpowiedział, że porozmawia z dyrektorem studiów i da znać, co dalej. To czekamy...

Studia podyplomowe

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 119 (139)

#89048

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dostałam newsletter z pewnej drogerii, z kodem rabatowym w wysokości 25% na kosmetyki kolorowe. Oferta obowiązywała jedynie wczoraj, w ostatni dzień lutego i nie dotyczyła artykułów przecenionych. Ponieważ niebawem skończy mi się kilka rzeczy, postanowiłam skorzystać z promocji.

Wchodzę na stronę drogerii, a tam niespodzianka. Cała "kolorówka" przeceniona. O, uwaga, zawrotne 50 centów. Czyli ceny praktycznie takie same, a kod rabatowy nie zadziała, bo towar oficjalnie jest przeceniony.

Promocja konsumencka level Schrödinger...

Drogeria internetowa

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (162)

#88989

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Grudzień, ostatni wtorek przed świętami. Godzina 20 z minutami, wracam właśnie z pracy, kilkaset metrów od domu zatrzymuje mnie policja w celu dokonania "rutynowej kontroli drogowej". Sprawdzają dokumenty, po czym pan funkcjonariusz zasypuje mnie lawiną dziwnych pytań (nie pamiętam wszystkich, ale spróbuję przytoczyć, ile dam radę):

- Dokąd pani jedzie?
- Do domu
- Co pani robi o tej porze na ulicy? (w tej chwili nie ma lockdownu, godziny policyjnej ani żadnego ograniczenia w poruszaniu się)
- Wracam z pracy
- Jaki zawód pani wykonuje?
- Business manager w agencji reklamowej
- Czyli praca biurowa?
- Tak
- Z biura wraca się o 17, a jest 20
- Normalnie kończę o 18, dzisiaj miałam więcej pracy, bo zamykamy rok.
- Dlaczego nie pracuje pani zdalnie?
- Pracuję, dzisiaj musiałam wyjątkowo pojechać do biura, gdyż pewne rzeczy trzeba było zrobić na miejscu.
- Jakie rzeczy?
- (ciśnie mi się na usta "a co to pana obchodzi", ale grzeczne odpowiadam) Przygotować dokumenty dla doradcy podatkowego oraz rozesłać kopie czasopism do klientów. Nie da rady zrobić tego z domu.
- I tym się pani zajmowała aż do tej pory?
- Tak. Przepraszam, czy ja jestem o cos podejrzana? Zrobiłam coś nie tak?
- Nie, to rutynowa kontrola. Gdzie znajduje się pani miejsce pracy?
- (Podaję nazwę dzielnicy)
- Wracając stamtąd powinna była pani nadjechać z innego kierunku. Co pani robi na tej ulicy?
- Musiałam jeszcze coś po drodze załatwić.
- Co takiego musiała pani załatwić?
- Coś odebrać
- Co takiego?
- Zamówiłam sobie sushi na kolację i zboczyłam z trasy, żeby je odebrać z knajpki 3 ulice stąd.
- Proszę pokazać
- (pokazuję mu)
- Czy piła pani dzisiaj alkohol?
- Nie
- A kiedy ostatni raz piła pani alkohol?
- W sobotę ponad tydzień temu
- Co pani piła?
- Przepraszam, ale jakie to ma znaczenie? To było 10 dni temu.
- Proszę odpowiedzieć.
- 2 drinki Lillet rose z prosecco. Jestem pewna, że do tej pory wywietrzało.
- Czy zgadza się pani na badanie alkomatem?
- Oczywiście
- To za chwilę. Widzę, że dowód rejestracyjny jest na nazwisko xxx. Kto to jest?
- Mój mąż. Widzi pan, że jest to samo nazwisko.
- Dlaczego jeździ pani samochodem, który nie należy do pani?
- Jesteśmy małżeństwem, to nasz wspólny samochód. Tak się złożyło, że został zarejestrowany na męża, ale jeździmy nim oboje.
- Dlaczego został zarejestrowany na męża?
- (opowiadam mu, dlaczego)
- Czy mąż to potwierdzi?
- Jak najbardziej. Może pan do niego zadzwonić
- A gdzie on się w tej chwili znajduje?
- W Szwecji, u swoich rodziców.
- A co tam robi?
- ("a co to pana obchodzi") Pojechał na święta.
- Kiedy wyjechał?
- W sobotę
- A dlaczego sam?
- Ja dojadę do niego pojutrze
- Dlaczego nie pojechała pani razem z nim?
- Bo muszę jeszcze w tym tygodniu pracować
- No dobrze, to proszę jeszcze na badanie alkomatem.

Wydmuchałam okrągłe zero, pan funkcjonariusz życzył mi miłego wieczoru i kazał jechać prosto do domu. Przyznam, że mnie wkurzył. Jak już wspomniałam, nie ma w tej chwili żadnych obostrzeń, które ograniczałyby prawo do swobodnego przemieszczania się. Gdybym miała ochotę, mogłabym wyjść o 3 rano pojeździć sobie bez celu po ulicach i miałabym do tego pełne prawo. Do tego miałam poczucie, że pytania, nie dość, że były zupełnie od czapy, to pan policjant, korzystając z poczucia władzy, naruszył moją prywatność. Żadna ze spraw, o które wypytywał, nie powinna go obchodzić.

Ponieważ była to moja pierwsza kontrola w Niemczech, popytałam wśród znajomych, czy takie "grillowanie" jest normalne, czy też trafiłam na nadgorliwca, który nadużył uprawnień. I okazuje się, że ponoć tak właśnie w Niemczech wygląda "rutynowa kontrola". Sto pytań "z dupy", na które musisz bardzo grzecznie i szczegółowo odpowiadać, a jeśli okażesz zniecierpliwienie, zabiorą cię na komisariat, bo "masz problemy z agresją" i "możesz być pod wpływem narkotyków". Ponoć tak muszą, bo muszą sprawdzić twoje reakcje. Koleżanka (sporo młodsza ode mnie singielka) została kiedyś wypytana o życie osobiste i kontakty z płcią przeciwną. Ja i tak miałam ponoć szczęście, że mi dodatkowo nie trzepali samochodu.

Najlepsze jest to, że kiedy wzywa się policję np. do wypadku, trzeba na wolny radiowóz czekać 40 min do godziny. Teraz widzę, czym są tak zajęci.

Niemcy kontrola drogowa

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (232)

#88992

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Sprzed chwili.

Wydawnictwo, z którym współpracujemy, przysłało nam prezentację (w formacie PDF) na temat suplementu wydawanego z majowym numerem, którą mieliśmy rozesłać do klientów biżuteryjno-zegarkowych.

Szef przysłał mi mail, w którym poprosił mnie o:
- Przygotowanie listy mailingowej;
- Usunięcie z PDFu slajdu nr 2 i wykorzystanie znajdującego się na nim tekstu w treści maila, który zostanie rozesłany do klientów.

Przygotowałam wszystko tak jak chciał i odesłałam mu draft maila z załączoną lista adresów i edytowaną prezentacją (której nadałam nową nazwę, żeby Janusz niechcący nie pomylił jej z oryginałem). Za chwilę przychodzi odpowiedź:

"Źle mnie zrozumiałaś. Prosiłem, żebyś wykorzystała tekst ze slajdu 2 w treści maila i usunęła ten slajd z prezentacji".

Przeczytałam odpowiedź jeszcze raz, zastanawiając się, jak działa umysł Janusza i o co może mu chodzić. Zwłaszcza, że polecenie było tak proste, że nie było tam czego źle zrozumieć. Odpisałam:

"I dokładnie to zrobiłam. W czym leży problem?"

"Źle zrozumiałaś. Miałaś usunąć slajd 2, a on nadal jest w prezentacji".

Nadal nie wiem, o co mu chodzi, oraz na którą prezentację on patrzy. Moją, czy tę oryginalną z wydawnictwa. Spróbowałam zadzwonić i wyjaśnić problem, ale nie odebrał. Próbuję zatem jeszcze raz mailowo:

"W oryginalnej prezentacji (tytuł XXX) było 10 slajdów. W tej, którą dostałeś ode mnie (tytuł YYY) jest 9, ponieważ, tak jak prosiłeś, usunęłam slajd nr 2 (z tekstem "The watches and jewellery channel").
Slajd, który teraz ma nr 2 (z tekstem "To celebrate the return"), w oryginalnej prezentacji miał nr 3. Czy też może chciałbyś, żeby ten slajd również został usunięty z prezentacji, a jego tekst użyty w mailu?"

Za chwilę Janusz oddzwania:
- Nie wiem, dlaczego ty mnie źle zrozumiałaś.
- Ale o co ci chodzi? Chciałeś, żebym usunęła slajd 2, to go usunęłam. A tekst wykorzystałam w treści maila. Ten o "watches and jewellery channel".
- To nie o ten mi chodziło.
- A o który? Ten miał nr 2.
- O ten drugi.
- Mówisz o slajdzie nr 3? Tym "celebrate the return"?
- No tak, o slajdzie nr 2.
- Ten slajd miał nr 3, a nie 2.
- A co to za różnica?
- Taka, że cały czas mówiłeś o innym slajdzie. Skąd miałam wiedzieć, o który naprawdę ci chodzi?
- Mogłaś się przecież domyślić. (no tak, że też nie przyszło mi do głowy, że kiedy 3 razy pisze jedno, ma na myśli zupełnie coś innego).
- Dobra, to już wiem o co chodzi. Przywrócę slajd nr 2, a usunę nr 3.
- A wiesz co, w sumie jak tak patrzę, to slajd 3 ma ładną grafikę. Czy mogłabyś usunąć z prezentacji sam tekst, a grafikę zostawić, i może trochę ją powiększyć, żeby zajęła cały slajd?
- No niestety nie, bo to PDF. Do edycji potrzebna jest płatna wersja softu. W tej, co mamy, mogę tylko usunąć cały slajd. Ale mogę zrobić coś innego. Jeśli zależy ci na tej grafice, to mogę jej użyć w treści maila obok tekstu.
- Fantastycznie, tak zrób. Czyli usuń slajd 3 z prezentacji, a tekst wykorzystaj w treści maila.
- Oczywiście, zaraz to zrobię.
- I mam jeszcze pomysł. Czy mogłabyś spróbować jakoś wyciąć grafikę z tego slajdu i użyć jej w mailu?
- Tak, przed chwilą sama to przecież zaproponowałam.
- Nie, to ja to teraz wymyśliłem.

I tak dalej...

Idę zaparzyć melisę...

Praca

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (185)

#88858

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Święta spędziliśmy u rodziców męża na południu Szwecji. Najbliższe międzynarodowe lotnisko jest w Kopenhadze i stamtąd mamy lecieć z powrotem do domu. Na kopenhaskie lotnisko przyjeżdża się pociągiem, który po przejechaniu mostu nad Sundem zatrzymuje się w podziemiach terminala. Stamtąd jedzie się ruchomymi schodami do strefy odpraw, nadaje bagaż i przechodzi przez kontrolę bezpieczeństwa. Przy braku kolejek cały pobyt w Królestwie Danii trwa około 15 min.

24 godziny przed wylotem próbowaliśmy odprawić się online i... niestety zonk. Jako, że Niemcy postanowiły uznać Danię za obszar ryzyka i wprowadzić obowiązek elektronicznej rejestracji wjazdu do kraju, wyświetla się komunikat o błędzie „zakończenie odprawy online nie jest możliwe” i aplikacja przekierowuje nas do „centrum bezpieczeństwa zdrowotnego”, gdzie musimy wypełnić elektroniczny formularz wjazdu do Niemiec, a następnie wgrać wygenerowany kod QR. Dopiero wykonanie tej operacji umożliwi nam odprawienie się.

No nie ma sprawy. Otwieramy formularz, wpisujemy swoje dane, następnie jako kraj, w którym przebywaliśmy, wpisujemy Szwecję. W tym momencie formularz się zamyka i wyświetla się informacja, że Szwecja nie jest uznana za obszar ryzyka, w związku z czym nie trzeba wypełniać deklaracji wjazdu. No fajnie, ale bez tego nie możemy się odprawić.

Podejście nr 2, zamiast Szwecji wpisujemy Danię. Pojawia się następne pole, w którym musimy podać długość pobytu - czy był dłuższy, czy krótszy niż 24 godziny. Jako, że w Danii spędzimy tylko chwilę na lotnisku, wybieramy drugą opcję. Formularz się zamyka i wyświetla się informacja, że przy pobycie krótszym niż 24 godziny nie ma potrzeby wypełniania deklaracji. Miło z ich strony, ale bynajmniej nam to nie pomaga.

Podejście nr 3 - tym razem stwierdzamy, że musimy nakłamać i udawać, że w Danii, a.k.a strefie ryzyka, spędziliśmy całe święta. Po wybraniu tej opcji pojawia się jednak następne pole, gdzie musimy podać duński adres, pod którym przebywaliśmy oraz w przypadku hotelu lub mieszkania wakacyjnego być w posiadaniu potwierdzenia rezerwacji. Czyli znowu zonk, odprawa nie jest możliwa.

I teraz przez inteligenta, który zaprojektował to, nie biorąc pod uwagę czegoś takiego jak tranzyt, ani że w 21 wieku w strefie Schengen jest od groma lotnisk, które obsługują tabuny pasażerów z przygranicznych regionów sąsiednich krajów, musieliśmy skrócić pobyt u rodziców i na ostatnią chwilę szukać noclegu w Malmö po to, żeby od rana móc się ustawić w gigantycznej kolejce do odprawy na lotnisku, gdzie pracownik będzie musiał wpaść na pomysł, jak obejść system, który jego linia stworzyła i umożliwić nam powrót do domu.

SAS

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (198)

#88806

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Już dawno nie dawał o sobie znać mój były (ten z historii 85602). Kontakt z nim urwał się ponad rok temu, kiedy się przeprowadziliśmy (wcześniej wprowadził się prawie że po sąsiedzku i byliśmy skazani na natykanie się na niego za każdym razem, kiedy wybraliśmy się na spacer czy na zakupy. On za każdym razem korzystał z okazji i zagadywał, my reagowaliśmy uprzejmie, ale na dystans - nie wdając się w żadne zażyłości, ale też nie prowokując go do wchodzenia na wojenną ścieżkę, bo nikt nie ma ochoty się z nim znowu szarpać, ani odpowiadać na pisma od jego prawnika o jakieś bzdury). Po naszej wyprowadzce poszukiwanie kontaktu się skończyło i był spokój.

Właśnie, ni stąd ni zowąd, dostałam od niego wiadomość. "Ponieważ on nadal się o mnie troszczy i tak dalej, i chce dla mnie jak najlepiej, jest coś, o czym powinnam wiedzieć i jest mu bardzo przykro, że dowiaduję się o tym od niego". Że podobnież w zeszłym tygodniu był w centrum miasta i spotkał tam mojego męża, który wysiadał z naszego białego Volvo, obejmując inną kobietę. W dodatku w ogóle się z tym nie krył i nawet jak go zobaczył, to z szerokim uśmiechem bezczelnie się z nim przywitał. Jest mu bardzo przykro i w ogóle, że dowiaduję się tego od niego i to w taki sposób, ale byłoby nie w porządku to przede mną ukrywać i że gdybym czegoś potrzebowała, to zawsze mogę na niego liczyć.

Odpowiedziałam, że bardzo dziękuję za tę "troskę" i "wiele wnoszącą do mojego życia wiadomość". Jest tylko jeden problem. A nawet dwa. Po pierwsze, oboje pracujemy zdalnie i w zeszłym tygodniu nigdzie nie wychodziliśmy (a jak już, to razem), więc nie wiem, kogo widział. Po drugie, nie mamy Volvo. Owszem, mamy biały samochód, ale innej marki.

Jaka reakcja? Czyżby wycofał się rakiem, tłumacząc, że widocznie go z kimś pomylił? Ależ skąd! Zaczął mi wmawiać, że jako typowa kobieta nie znam się na samochodach i nawet nie wiem, czym jeżdżę. I że kobietom powinno się odbierać prawo jazdy, bo się nadają tylko do garów i tak dalej. Nie wiem, czy jeszcze chciał coś dodać, bo zablokowałam. Nowego adresu na szczęście nie zna, więc listu od prawnika nie powinnam otrzymać.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (188)

#88774

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niemiecka obsługa klienta, odcinek nie wiem który.

Końcem września kupiliśmy bilety na wydarzenie kulturalne (teatr, opera, filharmonia). Spektakl planowo miał się odbyć w piątek, 26 listopada. Na biletach drobnym druczkiem było napisane, że są one bezzwrotne, jednak nie stanowiło to problemu, gdyż nie zamierzaliśmy rezygnować z udziału w imprezie.

Jako że od dzisiaj wprowadzono obostrzenia, które dotyczą również tego typu wydarzeń, weszłam na stronę organizatora, żeby zobaczyć, co dokładnie będzie wymagane - czy wystarczy samo szczepienie, czy wymagany jest również test, a jeśli tak, to który. Przeglądając różne zakładki, trafiłam między innymi na program, w którym ku swojemu zaskoczeniu znalazłam informację, że nasz spektakl został przeniesiony na 23 grudnia o godz. 20. Przejrzałam jeszcze skrzynkę mailową, żeby zobaczyć, czy może przeoczyłam powiadomienie o tej zmianie, ale nie, nigdzie ani śladu informacji. Tak więc dobrze, że akurat zajrzałam na stronę, bo inaczej w piątek pocałowalibyśmy klamkę.

Problem jednak polegał na tym, że 23 grudnia nie będzie nas w kraju. A nawet gdybyśmy byli, to spędzając święta w domu, dzień przed wigilią ma się wystarczająco dużo zajęć i na chodzenie do teatru czy opery nie bardzo ma się czas. Dzwonię więc do organizatora. Włącza się automatyczna sekretarka, która informuje, że w związku z obecną sytuacją, obsługa klienta pracuje w bardzo ograniczonym zakresie i proszą o telefon w innym terminie. Innych możliwości kontaktu brak. No świetnie.

Parę godzin później próbuje ponownie i tym razem sukces. Ktoś podnosi słuchawkę. Przedstawiam się i wyłuszczam problem. Zaczynam od pytania, dlaczego nie byli uprzejmi poinformować o zmianie terminu. Mają mój email, nr telefonu i adres pocztowy, więc mieli mnóstwo możliwości, żeby to zrobić.
- Ależ oczywiście, że informowaliśmy. Proszę sprawdzić skrzynkę mailową.
- Sprawdzałam, spam również i nic nie przyszło.
- Bo proszę pani, my tu mamy za dużo pracy i nie mamy czasu na takie bzdury.

Aha, czyli zmiana wersji, a do tego informowanie o zmianie terminu klientów, którzy zapłacili trzycyfrowe kwoty za bilety, pani uważa za bzdurę. Miło wiedzieć. Pytam w takim razie, co możemy zrobić z biletami, gdyż nowy termin wybitnie nam nie pasuje. Rozumiem, że bilety bezzwrotne, ale w tej sytuacji, skoro to oni zmienili warunki umowy, powinni jakoś wyjść klientom naprzeciw (jak to robią chociażby linie lotnicze). Nie oczekuję zwrotu gotówki, ale może chociaż voucher, który mogłabym wykorzystać w innym terminie lub przebukowanie biletów na inny spektakl. Pani się upiera, że nie ma opcji. Bilety są bezzwrotne i koniec, jeśli nowy termin nie pasuje, to nasz pech. Jej nie obchodzi, co robią linie lotnicze, regulamin jej instytucji stanowi inaczej. Bilety przepadają i już. Jedyne, co pani może zaproponować "w geście dobrej woli", to że wyśle nam bilety na nowy termin bez dodatkowych opłat. No to już byłby szczyt wszystkiego, żeby jeszcze pobierali dodatkowe opłaty za fakt, że sami przesunęli spektakl.

Znalezienie potencjalnego kupca na bilety nie wchodziło w grę, gdyż zostały wydane na konkretne nazwiska, a w tej chwili z powodu obostrzeń covidowych tożsamość klientów jest przy wejściu weryfikowana z dowodem osobistym. Ponieważ kwota była zbyt duża, żeby odpuścić, skorzystałam z ubezpieczenia prawnego, w ramach którego mam darmowe telefoniczne porady adwokackie. Dyżurujący adwokat potwierdził, że z prawnego punktu widzenia racja jest po mojej stronie. Jeżeli jedna strona zmienia warunki umowy, druga strona może bez ponoszenia dodatkowych kosztów od niej odstąpić. Instytucje mogą sobie pisać w regulaminach, co im się podoba, ale są to klauzule niedozwolone i jako takie nie mają żadnej mocy prawnej. Oprócz tego podał mi jeszcze paragrafy kodeksu cywilnego, na które mam się powołać.

Zadzwoniłam jeszcze raz do organizatora, odebrała ta sama pani, której powiedziałam, że po rozmowie z adwokatem pragnę poinformować, że na mocy paragrafu a b i c, i tak dalej, i czy się dogadamy, czy prawnik ma im to przysłać na piśmie. W tym momencie pani zmieniła ton i próbowała mnie przekonać, że na pewno ją źle zrozumiałam, ona nigdy nie mówiła, że bilety są bezzwrotne, tylko że nie są w stanie przebukować ich ze swojej strony na inny spektakl, ale anulować tamte bilety i odzyskać pieniądze jak najbardziej mogę, ależ oczywiście, nie ma żadnego problemu, ona już wysyła anulację i puszcza przelew.

I tak jest w większości przypadków. Bez uruchamiania prawnika, straszenia sądem, pozwami i kij wie czym jeszcze, w tym kraju nie da się wyegzekwować najprostszej rzeczy, która powinna być załatwiona "z automatu". Najpierw człowiek odbija się od ściany, dopiero po użyciu magicznego słowa "adwokat", dowiaduje się, że na pewno źle zrozumiał, a jeśli wcześniej dostał odpowiedź na piśmie, to wysłał ją "początkujący stażysta przez pomyłkę".

Monachium

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (139)

#88752

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zachowanie, z którym może nie spotkałam się jakoś wybitnie wiele razy, ale wystarczająco, żeby mi się czknęło. Niektóre kobiety maja tendencje do usprawiedliwiania i wybielania różnych niefajnych zachowań płci przeciwnej, od nieładnych nawyków, po zwykłe sk..syństwo, w imię trudno powiedzieć czego. Bo on tak ma, bo tacy są mężczyźni, bo różnice kulturowe, bo nie wiadomo co jeszcze.

1. Kiedy po ponadrocznym związku na odległość mój obecny partner się do mnie wprowadził, potrzebowaliśmy trochę czasu na dotarcie się, zwłaszcza że oboje mieliśmy dłuższa przerwę od związków i mieszkania z kimś.

W dodatku u niego wykształciło (ujawniło) się coś w rodzaju fobii społecznej, objawiającej się tym, że kiedy spotykaliśmy się z jakimiś znajomymi, potrafił przez cały wieczór nie odezwać się ani słowem, tylko siedzieć wpatrzony ekran telefonu W domu wymyślił sobie, że "potrzebuje samotności", zwłaszcza podczas posiłków - wtedy szczególnie przeszkadza mu psychiczna świadomość, że ktoś inny przebywa w mieszkaniu, więc czy mogłabym gdzieś wychodzić, kiedy on je? Na takie dictum popukałam się w czoło i uświadomiłam mu, że jednak są jakieś granice kompromisów, a on nie ma trzech lat, tylko 40, do tego żyje w społeczeństwie, gdzie obowiązują jakieś normy zachowań.

Ja na pewno nie mam zamiaru błąkać się w środku zimy po ulicach, bo panicz się przyzwyczaił do spożywania posiłków w samotności, ani świecić za niego oczami, bo jak się idzie do kogoś z wizytą albo zaprasza gości, to się z nimi rozmawia, a nie gapi w telefon, więc ma się albo ogarnąć (czy sam, czy z pomocą terapeuty), albo wyprowadzić i mieszkać sam, skoro tak pragnie izolacji. Zadziałało. Oczywiście nie od razu, ale stopniowo następowała poprawa i po paru miesiącach zachowywał się zupełnie normalnie.

Ale w tym czasie, kiedy próbowałam zwalczać te zachowania, czego nasłuchałam się od koleżanek? Że tak nie można, to jest w końcu Szwed, a przecież wiadomo, że Skandynawowie to introwertycy, różnice kulturowe i w ogóle, muszę to zrozumieć i zaakceptować, i co mi w końcu szkodzi wychodzić z domu w czasie jego posiłków? No w ogóle hetera ze mnie straszna i one nigdy by tak nie zrobiły.

2. Jakieś 2 lata temu koleżanka przeszła operację nosa. Po zabiegu wyglądała tak, jak się zwykle wtedy wygląda, czyli sina i opuchnięta twarz, lima pod oczami, opatrunki itd. Jej partner, Włoch, z którym mieszkała od kilku lat, po odebraniu jej ze szpitala wyprowadził się do kolegi. "Bo się wystraszył jej wyglądu, a on jest estetą i nie może na to patrzeć, brzydzi się, więc na razie zniknie, zadzwoni do niej za jakiś czas i jak ona znowu będzie wyglądać normalnie, to wróci".

Dziewczyna chciała się wyżalić i poradzić, co ma w tej sytuacji zrobić. Owszem, pojawiły się odpowiedzi "spakować resztę jego rzeczy do worków na śmieci i krzyżyk na drogę", ale większość brzmiała w stylu "musisz go zrozumieć, Włosi są wrażliwi na piękno, powinnaś była sama na ten czas się gdzieś wyprowadzić i nie narażać go na takie widoki. Zmuszając go do oglądania ciebie po operacji, sama niszczysz ten związek".

3. Sytuacja sprzed 10 lat. Koleżanka z czasów szkolnych rodzi dziecko przez cesarskie cięcie (ciąża planowana). Kiedy wypisują ją i dziecko ze szpitala, dzwoni po męża, żeby ich odebrał i przywiózł do domu. Mąż informuje ją, że nie przyjedzie, bo właśnie pojechał na dwutygodniowe wczasy. "Bo on sobie przemyślał i w sumie to on się chyba nie nadaje do opieki nad noworodkiem, nie wie, czy jest gotowy być ojcem, poza tym się trochę brzydzi, bo on to jednak wrażliwy jest, wróci za 2 tygodnie i wtedy zobaczy".

Dziewczyna wściekła dzwoni po swoich rodziców. Ciska gromy pod adresem męża, odgraża się, że po czymś takim, to on już nie ma po co wracać do domu, po czym co słyszy od własnej matki? Że musi go zrozumieć, że mężczyźni tak już mają, że od wieków to kobiety zajmowały się dziećmi, może to nawet lepiej, że nie będzie jej oglądał tuż po porodzie, bo jeszcze się nabawi urazu i w ogóle tak już musi być, i niepotrzebnie się czepia.

4. Świeża sprawa. Inna koleżanka ze szkoły razem z mężem po latach wynajmu w końcu uzbierali na wkład własny, wzięli kredyt i kupili swoje własne mieszkanie. Była to ich wspólna decyzja, nikt na nikogo nie naciskał, własne M było ich marzeniem od lat. Tylko że odkąd je kupili, w związku zaczął się kryzys.

Zawsze kiedy przychodzi termin spłaty kredytu, facet zaczyna się z nią awanturować i mieć do niej pretensje, że kredyt trzeba spłacać. To znaczy, on bynajmniej nie żałuje kupna, bardzo się cieszy ze swojego lokum, tylko nie chce spłacać rat kredytu. I obwinia o to ją. Dlaczego, nie wiadomo. Dziewczyna się skarży, że już ma dość i zaczyna żałować, że się na ten zakup zdecydowali ("Czy on nie wiedział, że kredyt trzeba spłacać?").

Ku mojemu zdziwieniu, koleżanka z historii powyżej (o mężu na wczasach) mówi jej, mniej więcej: "Ale ty masz złe podejście. Tobie się wydaje, że on myśli tak jak ty. A mężczyźni rozumują zupełnie inaczej. Oni nie myślą przyszłościowo, tylko tu i teraz. On skupił się na tym, że będzie miał swoje mieszkanie, ale nie myślał o tym, że będzie musiał spłacać raty, bo tak już jest zaprogramowany. To twoim zadaniem było mu uświadomić, że to nie są darmowe pieniądze, tylko kredyt, który będzie musiał spłacić, jeśli tego nie zrobiłaś, to jest to twoja wina i on ma słuszne pretensje".

Ręce opadają. Skąd w nas, kobietach, takie myślenie? Model zachowania wyniesiony z domu, wychowanie w kulcie Matki-Polki-Męczennicy? Czy obecny trend "pick me girl", udowadnianie wszystkim naokoło, że jest się bardziej wyrozumiałą, "lepszą partią", która "bardziej zasługuje" na danego mężczyznę?

Usprawiedliwiając zachowania, zwłaszcza te, których usprawiedliwić się nie da, robimy krzywdę nie tylko sobie samym, ale również mężczyznom, z których robimy przygłupie, nadwrażliwe mimozy, niezdolne do prostego kojarzenia faktów, czy brania odpowiedzialności za swoje decyzje.

Skomentuj (58) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (276)