Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Crannberry

Zamieszcza historie od: 21 czerwca 2018 - 18:11
Ostatnio: 24 stycznia 2021 - 20:04
  • Historii na głównej: 46 z 48
  • Punktów za historie: 8689
  • Komentarzy: 951
  • Punktów za komentarze: 6897
 

#86076

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do historii 86070, ale wyszła mi nowa historia.
Przypomniało mi się, jak sama miałam przeboje z konsulatem i widzę, że problem z umówieniem terminu jest międzynarodowy.

Placówka w Monachium. Jakieś trzy lata temu z kawałkiem musiałam potwierdzić profil zaufany, żeby złożyć wniosek online o wymianę dowodu osobistego (nowy odebrałabym przy najbliższej wizycie w Polsce). Wtedy mniej więcej wprowadzili system elektronicznej rejestracji (wcześniej jechało się po prostu do konsulatu, i po odstaniu w kolejce załatwiało sprawę).

Na głównej stronie konsulatu była informacja, że od któregoś tam dnia wizyty tylko po elektronicznym umówieniu terminu, jednak bez żadnej informacji, jak tej rejestracji dokonać. Przejrzałam całą stronę, klikając w każdy możliwy link, jednak nigdzie nie było opcji umówienia wizyty. Telefonu też nikt nie odbierał.

Wybrałam się zatem osobiście. Nie było w ogóle ludzi, więc ucieszyłam się, że załatwię sprawę od ręki. Radość była jednak przedwczesna. Pan w okienku poinformował mnie, że nic nie załatwię bez wcześniejszego umówienia terminu. Pytam się go, jak umówić ten termin, bo przejrzałam całą stronę konsulatu i nie było takiej opcji. Pan na to, że tego się nie robi na stronie konsulatu, tylko na innej stronie, adres której napisał mi na karteczce. Pytam jeszcze, dlaczego nigdzie nie ma tej informacji z adresem tej strony. Ależ jak to nie ma, przecież mi ją właśnie podał. Można przyjechać albo zadzwonić i oni podadzą adres strony. A czy skoro już tu jestem, mogę załatwić moją sprawę? Nie mogę - najpierw rejestracja. To czy mogę się teraz przez internet w telefonie zarejestrować na najbliższą możliwą godzinę i poczekać? Też nie, nie rejestrują na ten sam dzień.

No nic, wracam do domu, odpalam stronę do rejestracji, umawiam się na pasujący mi dzień. Muszę jeszcze wybrać opcję, czy jest to sprawa prawna, czy obywatelska. Na mój rozum, wymiana dowodu to zdecydowanie sprawa obywatelska, ale na wszelki wypadek wolę jeszcze skonsultować, żeby mieć pewność, że nie popełnię błędu. Dzwonię do konsulatu, tym razem odbiera jakaś pani i potwierdza moje przypuszczenia - zdecydowanie sprawa obywatelska.

Dzień wizyty w konsulacie. W środku mnóstwo ludzi umówionych na tę samą godzinę. Nadchodzi moja kolej, daję dokumenty pani w okienku i... zonk. Nic z tego, bo umówiłam się na wizytę w sprawie obywatelskiej, a przychodzę ze sprawą prawną. Ale jak to, przecież dzwoniłam, pytałam, powiedziano mi, że sprawa obywatelska. A no tak to. Ona wie, że normalnie profil zaufany i wymiana dowodu to sprawa obywatelska, ale w ich placówce jest inaczej i zalicza się do spraw prawnych. A że koleżanka powiedziała inaczej? Ona nie wie, ona nie ponosi odpowiedzialności za to, co mówią koleżanki. Do koleżanek mieć pretensje, a nie do niej. Pytam jeszcze, dlaczego nie może przyjąć mojego wniosku, skoro obydwie sprawy i tak załatwia się przy tym samym okienku u tej samej osoby. Nie może, bo takie procedury. Czyli powrót do domu, ponowna rejestracja i trzecia wizyta w konsulacie. Za trzecim razem na szczęście się udało.

A więc emigrancie, jeśli chcesz coś załatwić, to najpierw musisz wybrać się osobiście, żeby zdobyć adres strony, na której możesz umówić się na wizytę, zarejestrować się, wybrać się ponownie, odstać swoje w kolejce, jak to było przed wprowadzeniem systemu rejestracji, bo wszystkich i tak umawiają na tę samą godzinę i dopiero wtedy załatwisz swoją sprawę. Albo nie załatwisz, jeśli nie opanowałeś sztuki wróżenia z fusów i nie domyśliłeś się, pod jaką przypadkową kategorię podpada u nich twoja sprawa.

Nie wiem, czy był to tylko chwilowy chaos na krótko po wprowadzeniu systemu rejestracji, czy też utrzymuje się do tej pory. Od tamtego czasu nie miałam na szczęście potrzeby korzystania z konsulatu i nie musiałam się o tym przekonywać.

konsulat

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (131)

#85995

(PW) ·
| Do ulubionych
Po korporacyjnych przebojach z szefem furiatem (opiszę za jakiś czas) i piekielnościach szukania nowej pracy (opisanych w jednej z moich pierwszych historii) w ramach detoksu od korpo zatrudniłam się w małej niemieckiej firemce, takim trochę januszeksie, z tym że bardzo cywilizowanym (dobra pensja, jasny zakres obowiązków, atmosfera niemalże rodzinna, praca ciekawa i praktycznie bezstresowa), gdzie pracuję już ponad 2 lata.

Praca w januszeksie ma swoje plusy i minusy, sam Janusz też ma swoje dziwactwa, mniej lub bardziej wkurzające, ale bilans "zysków i strat" wychodzi jednak zdecydowanie na plus. Jednym z dziwactw Janusza jest mnóstwo pomysłow naraz i częste zmiany zdania. Nauczona doświadczeniem, kiedy prosi mnie o zrobienie czegoś, robię to dopiero po drugiej lub trzeciej prośbie, gdyż wówczas wiem, że naprawdę jest mu to potrzebne i nie wkopię się więcej w sytuację, że spędzam pół dnia nad jakimś zadaniem, po czym okazuje się, że zupełnie niepotrzebnie, gdyż Janusz w międzyczasie zmienił zdanie, tylko zapomniał mnie o tym poinformować. Tyle tytułem wstępu.

Firma, w której pracuję współpracuje z kilkoma magazynami, wydawanymi w Wielkiej Brytanii i w krajach Beneluxu (coś w stylu Elle czy GQ) oraz magazynem modowym wydawanym przez jedną z gwiazd rocka. Raz w miesiącu trzeba kopie magazynów w w liczbie 200-250 sztuk rozesłać do naszych klientów, co oznacza 3 do 4 godzin pakowania ich do kopert i przyklejania naklejek z adresami. Zajęcie nieskomplikowane i stanowiące odskocznię od codziennych obowiązków, ale monotonne i czasochłonne. Jeżeli mam akurat pod opieką praktykanta, wówczas on dostępuje tego zaszczytu, a ja zajmuję się czyms bardziej produktywnym, jeśli nie, robię to sama.

Sytuacja z tego tygodnia. W zeszły piątek przyszła dostawa magazynów, w tym tygodniu trzeba je rozesłać. W poniedziałek rano Janusza po dwóch latach oświeciło, że angażowanie mnie do zadana, które mogłaby w sumie wykonać przeszkolona małpa, to przy mojej stawce godzinowej wyrzucanie pieniędzy i o wiele bardziej opłaci mu się zaangażować do tego jedno z jego nastoletnich dzieci (ma ich dwójkę) w zamian za ekstra dodatek do kieszonkowego, a ja niech się lepiej zajmę moją "normalną" pracą. Bardzo dobry pomysł, jestem jak najbardziej za. Pytam, w który dzień latorośl mogłaby przyjść, to zamówię na kolejny dzień kuriera. On nie wie, musi porozmawiać z dziećmi, ale na pewno najpóźniej do środy, bo to bardzo ważne, żeby przesyłki wyszły przed końcem tygodnia, bo klienci czekają. Ja mam ich w każdym razie sama nie dotykać, są pilniejsze sprawy. No dobra, to nie dotykam.

We wtorek rano zdenerwowany Janusz wpada do mojego biura, żołądkując się od progu, że co to ma być, dlaczego te magazyny jeszcze nie są wysłane, przecież on wyraźnie mówił, że to pilne, toż to skandal, żeby klienci musieli czekać. Pytam, kiedy w takim razie, zgodnie z tym, co uzgodniliśmy wczoraj, któreś z jego dzieci może wpaść pomóc z pakowaniem, to ja zamówię na odpowiedni dzień kuriera. Janusz na to, że o czym ja w ogóle mówię, jak to jego dzieci. Jego dzieci mają szkołę, zajęcia dodatkowe, życie towarzyskie, do tego syn ma w tym roku maturę i musi się uczyć, co mi w ogóle przyszło do głowy, wysługiwać się w pracy jego dziećmi (że niby on to zaproponował? A skądże, on sobie nie przypomina). Magazyny mam spakować sama i to na-ten-tychmiast. Nie ma sprawy, Janusz, mówisz i masz. Skończyłam, co miałam pilnego do zrobienia, zamówiłam kuriera na środę rano, a po lanczu włączyłam sobie muzykę i zabrałam się za pakowanie, ciesząc się "czilowym" popołudniem.

W pewnym momencie, kiedy już prawie skończyłam, do biura znowu wchodzi Janusz i pyta, co ja u diabła robię. Dlaczego marnuję swój czas i jego pieniądze, pakując te magazyny sama. Przecież on wyraźnie mówił, że mam tego sama nie robić i że zrobi to któreś z jego dzieci. Moja dusza wykonała w tym momencie majestatycznego facepalma. Policzyłam w myślach do dziesięciu i przypomniałam mu poranną rozmowę. Janusz na to, że no być może tak, że chyba coś tam takiego mówił, ale to było rano, a potem sobie przemyślał i zmienił zdanie. Przecież mi o tym mówił. A, nie mówił? No może zapomniał. Teraz już, co prawda, "po ptokach", ale w przyszłym miesiącu prosiłby, żebym nie robiła tego sama, tylko dała mu znać, a on wyśle któreś z dzieci, no bo przecież nie ma sensu tak marnowac jego pieniędzy.

Już jestem ciekawa, jak to się potoczy za miesiąc…

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (179)

#85943

(PW) ·
| Do ulubionych
W porównaniu z moimi poprzednimi historiami będzie to raczej bardzo drobna piekielność i problemik pierwszego świata, jednak pewne zachowanie mnie zirytowało.

Podczas studiów (a było to już ponad 20 lat temu) mój facet zaprzyjaźnił się z kolegą z akademika. Razem balowali, wyjeżdżali na wakacje oraz stawiali pierwsze kroki w polityce, należąc do młodzieżówki pewnej partii. Po studiach drogi im się rozeszły, mój facet zajął się karierą naukową, politykę traktując raczej jako hobby, natomiast kolega poświęcił się jej w pełnym wymiarze. Notabene z dużym sukcesem, gdyż obecnie jest szefem partii, która stanowi trzecią siłę polityczną w jego kraju. Bliskie kontakty nadal jednak utrzymują, na tyle, na ile pozwalają obowiązki, tryb życia, rodzina, odległość itd.

Od paru lat kolega ze swoją partnerką organizują coroczny bal karnawałowy. Szmery bajery, festiwal lansu i bansu. Mojemu facetowi bardzo zależy, żeby tam bywać, ja oczywiście też nie pogardzę (za kolegą, co prawda, specjalnie nie przepadam, gdyż jest strasznie zakochany w sobie, ale sama impreza jest przednia, poza tym zawsze jakiś pretekst do sprawienia sobie nowej sukienki), a że w tym roku akurat planowaliśmy być w okolicy dokładnie w weekend imprezy, więc kiedy przyszło zaproszenie, natychmiast padła decyzja, że idziemy.

Gdzie piekielność? Zawsze odbywało się to tak, że zaproszenia były wysyłane przez Facebooka, ludzie klikali "przyjdę" lub "nie przyjdę", organizator miał listę gości. Prosto i nieskomplikowanie. W tym roku jednak kolega zrobił inaczej. Impreza w lokalu na max 70 osób, zaproszonych prawie 3 razy tyle, a rejestracja, czy tam potwierdzanie obecności przewidziana na zasadzie kto pierwszy ten lepszy. Pierwsze 70 osób się załapie, reszta ma pecha. Obecność należało potwierdzić rejestrując się na stronie internetowej, przy pomocy kodu otrzymanego w zaproszeniu. Kod wszyscy otrzymali ten sam, a można było z niego skorzystać tylko raz na 15 minut. Czyli jak pierwsza osoba wpisała kod, pozostałych 199 musiało czekać 15 minut, zanim mogła się zarejestrować kolejna. Do tego za każdym razem można było potwierdzić obecność tylko jednej osoby, więc jeśli ktoś był zaproszony z osobą towarzyszącą, procedurę musiał przejść dwa razy.

Po dwóch godzinach bezskutecznego odświeżania strony i oglądania tego samego komunikatu "Kod wykorzystany. Spróbuj ponownie za 15 minut", mój facet napisał do kolegi, pytając, czy to jest może jakiś błąd na stronie i kod nie działa jak powinien, czy też faktycznie miało to tak przebiegać, bo on od dłuższego czasu próbuje potwierdzić obecność i mu się nie udaje. Kolega odpowiedział, że owszem, takie było zamierzenie, więc wszyscy, którym zależy na uczestnictwie, mają cierpliwie próbować, a jeśli się nie uda, to no cóż, będą inne okazje.

W tym momencie ja byłam zdecydowanie za tym, żeby zrezygnować, bo bal balem, ale raz, że są jednak jakieś granice, dwa, mam ciekawsze zajęcia niż ślepienie w telefon i odświeżanie strony, a trzy, średnio mam ochotę przebywać w towarzystwie osób, które tak traktują innych ludzi. Mój partner się jednak uparł, że koniecznie chce iść, to odpuściłam, niech mu będzie, nie będę się dorosłemu facetowi wcinać w kontakty towarzyskie. W końcu udało mu się zarejestrować - o 3:30 i drugi raz o 5 rano.

Zastanawiam się tylko, co kierowało kolegą, żeby zorganizować to w ten sposób (i która opcja jest gorsza). Totalny brak organizacyjnego pomyślunku u człowieka, który ma ambicje zostać premierem swojego kraju? Czy może aż taka sodówa, że facet musi uprawiać towarzyską masturbację pod tytułem "patrzcie, jak się zabijają, ależ jestem popularny"?

zagranica

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (203)

#85905

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak wpakowałam się na minę podnajmując pokój. W myśl tego, że każdy dobry uczynek zostanie prędzej czy później ukarany, wyświadczywszy pewnej osobie przysługę, zetknęłam się chyba z największą w moim życiu dozą, nie wiem… cwaniactwa? Tupetu? Bezczelności? Chyba wszystkiego naraz, w dodatku połączonego z głupim uporem. Wszystko na szczęście skończyło się dobrze, ale kosztowało mnie sporo nerwów i trochę wyleczyło z pomagania "biedactwom w potrzebie". Uprzedzam, że będzie bardzo długo, trochę absurdalnie i "malinowo".

W czasie, kiedy po rozstaniu z byłym znalazłam się w tarapatach finansowych i szukałam dodatkowego źródła dochodu, podsuwano mi pomysł, żeby podnająć jeden pokój w mieszkaniu. Bo mieszkanie spore, jeden pokój stoi praktycznie nieużywany, a odciążyłoby mnie to finansowo. Ale że miałam opory przed przyjmowaniem pod dach zupełnie obcej osoby, a wszyscy znajomi mieli gdzie mieszkać, do tego podłapałam fuchę z lekcjami języka, temat upadł. Wrócił jednak jakiś czas później.

Wiosną 2016 do firmy, w której pracowałam doszła nowa dziewczyna. Ze względu na spore wizualne podobieństwo (z twarzy) do pewnej gwiazdki filmów dla dorosłych, nazwę ją Mia. Mia urodziła się w kraju leżącym na terytorium Azji, jednak już od wczesnego dzieciństwa mieszkała w Niemczech. Miała niemieckie obywatelstwo, znała perfekcyjnie język i była bardzo "zeuropeizowana".

Na kraj pochodzenia wskazywało w zasadzie tylko nazwisko i egzotyczna uroda. Przydzielono jej stanowisko w moim dziale, miałyśmy ze sobą blisko współpracować. Dziewczyna okazała się mądra, pracowita, ogarnięta, a przy tym sympatyczna i szybko zaskarbiła sobie sympatię reszty działu.

Mnie również bardzo dobrze się z nią pracowało. Trochę gadałyśmy prywatnie, opowiadała mi o sobie, jak jej rodzina znalazła się w Niemczech, co robi obecnie i takie tam. Opowiadała również, że jest w związku z jakimś facetem, mieszkają w jego domu, nawet nie tak daleko ode mnie, ale że nie wie, czy coś z tego będzie, bo coś tam im się nie układa.

W sierpniu tego samego roku wybierałam się na 2 tygodnie na urlop i potrzebowałam, żeby ktoś pod moją nieobecność podlał mi kwiatki, wyjął pocztę ze skrzynki, przewietrzył mieszkanie i tak dalej. Ponieważ moja zaufana sąsiadka Polka też w tym czasie wyjeżdżała, a pozostałym sąsiadom w życiu nie zostawię kluczy do mojego domu (moi sąsiedzi są zresztą tematem na osobną historię), spytałam koleżankę, czy nie stanowiłoby dla niej problemu raz na parę dni podjechać do mojego mieszkania i podlać kwiatki.

Odpowiedziała, że nie ma sprawy, nawet się cieszy, bo będzie mogła pobyć z dala od swojego faceta, bo się kłócą i ogólnie źle się dzieje. Zaproponowałam jej, że jeśli potrzebowałaby przenocować, zostawię jej czystą pościel w pokoju gościnnym. Bardzo serdeczne podziękowała, wyrażając nadzieję, że nie będzie to potrzebne.

Kiedy wracałam z urlopu, Mia napisała do mnie, o której będę, bo jest problem i chce pogadać. Po przybyciu na miejsce zastałam ją u mnie w mieszkaniu zapłakaną. Okazało się, że między nią i jej facetem doszło do jakiejś grubszej inby, w efekcie której rozstali się i ponieważ dom był jego własnością, z dnia na dzień znalazła się bez dachu nad głową. Spytała, czy może kilka dni przenocować, dopóki sobie nie znajdzie jakiegoś tymczasowego lokum. Nie wyrzucę jej przecież na ulicę, powiedziałam, że nie ma sprawy.

Od poniedziałku zaczęła intensywne poszukiwania, ale póki co bezowocnie, co było zresztą do przewidzenia. Problem z mieszkaniami w Monachium polega na tym, że nie dość, że są bardzo bardzo drogie, to jest ich za mało (w przypadku wolnego mieszkania organizowany jest kasting, na który przychodzi kilkunastu kandydatów, z których właściciel wybiera tego, który mu najbardziej odpowiada.

Tańszą opcją jest wynajęciu pokoju, ale tam z różnych względów nie zawsze jest możliwość zameldowania się, co z kolei powoduje problem, skąd wziąć meldunek), co powoduje, że dachu nad głową można szukać od kilku tygodni do kilku miesięcy. Przemyślałam sprawę i stwierdziłam, że w sumie, jeden pokój stoi prawie nieużywany, dodatkowy grosz mi się przyda, obie mamy taki styl życia, że więcej nas w domu nie ma niż jesteśmy, więc w drogę sobie nie będziemy przesadnie wchodzić, do tego dziewczynę już w miarę znam, wrażenie robi dobre, poza tym jeśli będzie się chciało pogadać, będzie do kogo "gębe otworzyć".

Zaproponowałam jej, że może się na jakiś czas u mnie zatrzymać. Oczywiście z zastrzeżeniem, że nie jest to opcja na stałe, ma sobie cały czas szukać czegoś nowego, z tym że bez ciśnienia, nie musi brać na siłę czegoś bez sensu, typu podnajęcie pokoju w czyimś mieszkaniu socjalnym i konieczność kupowania na lewo meldunku.

Ona bardzo się ucieszyła i obiecała że oczywiście, jak tylko znajdzie coś sensownego, już jej nie ma. Dogadałyśmy się co do czynszu. Ponieważ warunki w pokoju do luksusowych raczej nie należały (10m2, do tego zagracony moimi rzeczami), oprócz tego nie chciałam przekroczyć kwoty wolnej od podatku, zaproponowałam jej kwotę wynoszącą mniej więcej 1/4 wszystkich opłat, jakie ponoszę za mieszkanie (już z mediami, kablówką, internetem itd.), na którą ona ochoczo przystała.

Na koniec zrobiłam trochę miejsca na jej rzeczy. W pokoju była rozkładana kanapa, czterodrzwiowa szafa, w której trzymałam rzeczy, w których aktualnie nie chodziłam, typu zimowe kurtki latem, biurko, regał z książkami, które nie mieściły mi się w dużym pokoju oraz narożna szafa, w której trzymałam m.in. odkurzacz, deskę do prasowania, suszarkę do ubrań i tym podobne rzeczy. Powynosiłam zimowe ciuchy do piwnicy, robiąc jej miejsce w szafie i opróżniłam te szafkę narożną, żeby miała gdzie trzymać inne swoje rzeczy. Zaproponowałam jeszcze powynoszenie książek do innych pokoi, ale nie chciała. Stwierdziła, że jest lepiej niż dobrze, swoich rzeczy nie ma dużo, więc miejsca jej wystarczy i w zasadzie jedynym "mankamentem" mojego mieszkania jest spora odległość do centrum, ale to ją przynajmniej zmotywuje, żeby szybko znaleźć coś swojego.

Przy okazji rozmowy z właścicielką mieszkania poinformowałam ją, że na jakiś czas zatrzymała się u mnie znajoma, dopóki nie znajdzie sobie mieszkania. Właścicielka nie miała z tym problemu, nawet pomogła Mii się zameldować. Jedyna wątpliwość, którą miałam ja, to czy w sytuacji, że pracowałyśmy biurko w biurko, a teraz miałyśmy jeszcze razem mieszkać nie zdarzy się, że prędzej czy później pokłócimy się o jakąś bzdurę i cały układ szlag trafi. Ale już na jesieni dostałam propozycję przejścia do innej firmy, więc problem rozwiązał się jakby sam.

Mieszkało nam się dobrze. Ona miała dach nad głową, ja dodatkowy dochód. Nie było między nami jakiejś wielkiej przyjaźni w stylu psiapsiółeczek, które malują sobie nawzajem paznokietki, oglądając komedie romantyczne. Oczywiście, czasem obejrzałyśmy razem film, poszłyśmy na imprezę czy pogadały, co u której słychać, ale poza tym każda z nas miała raczej swoje życie, swoje sprawy i swoich znajomych. Ja w tygodniu albo pracowałam do późna, albo byłam w delegacji, część weekendów spędzałam u mojego faceta w Szwecji, ona z kolei po pracy chodziła na te kastingi mieszkaniowe albo wychodziła gdzieś ze swoimi znajomymi, a weekendy też często jej nie było (zaczęła spotykać się z facetem, który mieszkał w Danii i regularnie go odwiedzała), więc w sumie mało się widywałyśmy. Ona nie miała specjalnie motywacji, żeby intensywnie szukać nowego lokum, ja jej też przesadnie nie wyganiałam.

I tak zleciało do końca lutego 2017. Któregoś dnia Mia wróciła uradowana do domu i oznajmiła, że w końcu udało jej się znaleźć lokum. Jej znajomi wyjeżdżają na 2 lata do UK i mogą podnająć jej mieszkanie. Mieszkanie jest ładne, bliżej centrum i ma w miarę niski czynsz, bo znajomi wynajmują je już od wielu lat. Może się tam wprowadzić 1 czerwca.

W połowie kwietnia zadzwoniła do mnie właścicielka mieszkania, mówiąc, że sąsiedzi donieśli jej, że koleżanka nadal u mnie mieszka i że chyba się źle zrozumiałyśmy. Ona nie miała nic przeciwko temu, żeby zatrzymała się u mnie na jakiś czas, ale mówią co jakimś czasie, miała na myśli kilka tygodni, a nie miesięcy i życzyłaby sobie, żeby jednak jak najszybciej się wyprowadziła. Mieszkanie z partnerem to co innego, ale na "komunę" ona się nie zgadza. Przeprosiłam i powiedziałam, że koleżanka znalazła już mieszkanie i zostaje jeszcze tylko do końca maja. Ok, właścicielka zadowolona. Opowiedziałam koleżance o rozmowie, potwierdziła, że od czerwca jej nie będzie i mam się nie stresować.

W maju nie było mnie w domu przez większość czasu (3 długie weekendy, na które wyjeżdżałam, a pomiędzy nimi kilka wyjazdów służbowych), ale pod koniec miesiąca z zaskoczeniem zauważyłam, że Mia wcale nie zaczęła się pakować. Nie miała, co prawda, wielu rzeczy, ale kiedy 30 maja nadal nie zabrała się za temat, zaniepokoiłam się. Napisałam do niej, na który dzień planuje wyprowadzkę, ale nie otrzymałam odpowiedzi.

Na noc nie wróciła. 31 maja musiałam wyjechać, wróciłam 1 czerwca, jej rzeczy nadal były w mieszkaniu. Dzwonię do niej, odrzuca połączenie. Napisałam jej wiadomość, że bez żartów, byłyśmy umówione, że miała się do dzisiaj wyprowadzić, co ona odstawia. Jej odpowiedź ścięła mnie z nóg. Poinformowała mnie, że z tamtego mieszkania już dawno temu zrezygnowała i zostaje u mnie tak długo jak będzie chciała, że rozmawiała z adwokatem, zna swoje prawa i mogę ją cmoknąć. Po czym zablokowała mój numer.

Koło 22 wróciła do domu z jakimś kolesiem i mówi, że musimy pogadać. No raczej na pewno musimy. Koleś przedstawia się, że ma na imię Dennis (nazwiska nie podał) i jest jej pełnomocnikiem. Spytałam ją, co to ma być. Od lutego opowiadała, jak to się końcem maja wyprowadza, nic nie wspomniała na temat zmiany planów, a teraz nagle odstawia coś takiego. Ona na to, że w ogóle nie przypomina sobie takiej rozmowy, nigdy nic nie wspominała na temat innego mieszkania i nie wie, o czym ja mówię.

Na to dość agresywnie odezwał się Dennis, że jeśli nie mam nic na piśmie, to niczego jego klientce nie udowodnię, on ją uświadomił na temat niemieckiego prawa najmu i przysługujących jej praw w ramach ochrony najemcy. Wypowiedzenia umowy najmu ode mnie oni nawet nie przyjmą, jedynie od właścicielki mieszkania, z co najmniej trzymiesięcznym okresem wypowiedzenia, ale to tylko w sytuacji, jeśli do tego mieszkania ona wprowadzałaby się sama, ale nawet wtedy on znajdzie odpowiednie paragrafy, żeby wypowiedzenie odrzucić, ergo jego klientka zostanie tu tak długo jak będzie chciała, nawet na zawsze.

Poza tym, mam kategoryczny zakaz podejmowania jakichkolwiek rozmów bezpośrednio z jego klientką, cała komunikacja ma odbywać się pisemnie przez prawników. Mia wtórowała mu, powtarzając raz po raz jak to "zna swoje prawa".

Kiedy otrząsnęłam się z pierwszego szoku i pozbierałam szczękę z podłogi, przerwałam Dennisowi wywód, zażądałam od niego kopii pełnomocnictwa, bo bez tego jest dla mnie wyłącznie przydupasem mojej lokatorki i nie widzę najmniejszego powodu, dla którego mam z nim cokolwiek uzgadniać oraz poprosiłam o wyjaśnienie, jak etyka zawodu ma się do nachodzenia kogoś w domu po godz. 22 i krzyczenia na niego. Dennis nic nie odpowiedział, zamknęli się z Mią w jej pokoju i sądząc po odgłosach dochodzących zza ściany, przez resztę wieczoru odbierał honorarium. Rano znalazłam na stole jego wizytówkę - doradca finansowy.

Noc oczywiście spędziłam bezsennie, nie mogąc się doczekać poranka. Z samego rana zadzwoniłam do prawnika z prośbą o radę (mam ubezpieczenie prawne, w ramach którego mam m.in. darmowe telefoniczne porady prawne od dyżurującego adwokata). Pani przekazała mi bardzo dobrą informację, że to wcale tak nie działa, jak się Dennisowi wydaje. Jedyne, co się zgadza, to faktycznie, umowa ustna o użyczenie komuś miejsca do spania również jest prawnie obowiązującą umową najmu, od której obowiązuje pisemne wypowiedzenie. Reszta wygląda całkiem inaczej.

Po pierwsze, umowa została nawiązana między mną a nią, więc wypowiedzenie musi wyjść ode mnie. Właściciel mieszkania nie jest stroną w umowie i nie ma nic do tego. A po drugie, ochrona lokatora, o której mówił Dennis, dotyczy wynajmu całego mieszkania oraz bodajże nieumeblowanego pokoju. Wówczas faktycznie, wynajmujący musi dać najemcy co najmniej trzymiesięczne wypowiedzenie oraz podać konkretną przyczynę rozwiązania umowy. W przypadku umeblowanego pokoju (pokój liczy się jako umeblowany, jeśli znajduje się w nim, coś do spania, szafa, lampa, stolik lub biurko i krzesło), ta ochrona nie obowiązuje. Okres wypowiedzenia wynosi 2 tygodnie (najemca musi je dostać 14 dni przed końcem miesiąca) oraz nie trzeba podawać żadnej przyczyny.

Pani podyktowała mi tekst wypowiedzenia, podparty odpowiednimi paragrafami i doradziła, żeby wysłać je listem poleconym za potwierdzeniem wrzucenia do skrzynki (od "normalnego" listu poleconego różni się on tym, że nie wymaga podpisu odbiorcy, jako dowód dostarczenia wystarczy powiedzenie, że został wrzucony do skrzynki. Ta opcja wykorzystywana jest zwykle m.in. w korespondencji sądowej, żeby uniknąć sytuacji, że ktoś specjalnie nie będzie odbierał poleconych). Przestrzegła mnie jeszcze, żeby mi przypadkiem nie przyszło do głowy wyrzucić jej rzeczy z mieszkania i zmienić zamki, bo to jest nielegalne i mogę sobie narobić problemów. Gdyby lokatorka odmówiła opuszczenia mieszkania, pani kazała mi znaleźć sobie adwokata na miejscu, gdyż możliwe, że konieczne będzie postępowanie eksmisyjne. Licząc, że do tego nie dojdzie, napisałam wypowiedzenie i wysłałam list.

6 czerwca Mia wyjęła list ze skrzynki. Wieczorem spytała, czy możemy porozmawiać. Ze łzami w oczach przeprosiła za swoje zachowanie, tłumacząc, że ostatnio sobie nie radzi, bo stres w pracy, bo rozstała się z Duńczykiem, gdyż okazało się, że ma kilkuletnie dziecko, a ona przecież nie będzie się dzielić jego pieniędzmi z jakimś bachorem, w związku z czym ma złamane serce i tym podobne pierdu pierdu, i wszystko ja przerasta. Ale do rzeczy. Dostała wypowiedzenie i oczywiście ma zamiar się do niego zastosować, ma tylko jedną prośbę. Ona rozumie, że umeblowany pokój i tak dalej, ale czy nie mogłabym w drodze wyjątku zgodzić się na przedłużenie okresu wypowiedzenia do końca sierpnia i dać jej te "ustawowe 3 miesiące". Obiecuje, że 31 sierpnia na 200% się wyprowadzi. Ja na to, że chyba sobie żartuje. Bardzo brzydko mnie oszukała i jej nie wierzę. W dodatku zamiast porozmawiać jak normalny człowiek, nasłała na mnie jakiegoś dziwnego typa. Jeżeli ma prośbę o przedłużenie okresu wypowiedzenia, niech mi ją da na piśmie, zobowiąże się pisemnie do bezwarunkowej wyprowadzki do 31 sierpnia, a ja się wtedy ewentualnie zastanowię ("zastanowię" to znaczy pogadam z prawnikiem, co ma większy sens - pójść jej na ręke czy bawić się w eksmisję). Żadnych umów "na gębę" nie będę już z nią zawierać, bo się do nich nie stosuje. Pokiwała głową, zgodziła się i powiedziała, że w najbliższych dniach da mi swoją prośbę na piśmie.

Tydzień później dała mi dwa pisma. Żadne z nich nie było jednak prośbą o przedłużenie okresu wypowiedzenia. W pierwszym odrzuciła wypowiedzenie jako bezpodstawne, motywując to tym, że pokój absolutnie nie może zaliczać się jako umeblowany, gdyż (uwaga!) znajdująca się w nim rozkładana kanapa jest niewygodna, a reszta mebli się jej nie podoba. W drugim piśmie poinformowała mnie o zmniejszeniu sobie czynszu o połowę, ponieważ:
- Mieszkanie jest zbyt daleko od centrum, co stanowi dla niej poważny dyskomfort
- Pokój jest zdecydowanie za mały i przez to ma ograniczoną przestrzeń życiową.
Łóżko jest niewygodne, co już zresztą poruszyła w pierwszym piśmie.
- Moja obecność w mieszkaniu ją stresuje, ogranicza jej wolność i sprawia, że czuje się szykanowana
Nasunęłoby się pytanie, że skoro jej aż tak źle, to co tu jeszcze robi. Wie, gdzie są drzwi.

Stwierdziłam, że nie dam rady sama "kopać się z koniem" i potrzebny będzie prawnik. Umówiłam się na rozmowę w kancelarii, opowiedziałam prawnikowi sytuację, pokazałam pisma i pytam, co teraz. Przeczytawszy pisma, adwokat zrobił efektownego facepalma i mówi, że widać, że ktoś jej doradza, bo sama sobie dziewczyna tego nie wymyśla, ale raczej nie jest to profesjonalny adwokat, tylko prędzej jakiś kolejny Dennis, bo doradza jej bez sensu. A więc, on zacznie od tego, że napisze jej przypomnienie o wypowiedzeniu. Może jak dziewczyna dostanie oficjalne pismo z kancelarii, to zmięknie. Jeśli nie, pozostaje nam pozew do sądu w sprawie eksmisji. Dwie dobre wiadomości są takie, że raz, ponieważ pobierany przeze mnie czynsz jest symboliczny, wartość sporu jest niewielka, więc honorarium adwokata wyszło całkiem tanio, a dwa, sprawa do wygrania "w cuglach", więc i tak na koniec mam bardzo duże szanse odzyskać wszystkie koszty. Tylko trzeba się uzbroić w cierpliwość. W razie ewentualnych pretensji właścicielki mieszkania również jestem kryta, gdyż jestem w stanie udowodnić podjęcie wszystkich dozwolonych prawem kroków w celu rozwiązania sytuacji. Jedyna zła wiadomość, to że dopóki tam mieszka, nie wolno mi jej zabronić przyjmowania gości, co było trochę niekomfortowe, gdyż od czasu Dennisa, prawie co noc spał u niej inny facet.

Adwokat, zgodnie z zapowiedzią wysłał pismo, na co Mia odpowiedziała mu, że, w skrócie, może jej nagwizdać, ona nie ma zamiaru się wyprowadzać i nikt jej nie zmusi. Ewentualnie może najwcześniej jakoś na jesieni, ale jeszcze nie wie, zresztą jest to wyłącznie jej dobra wola. Czyli mamy koniec czerwca, ona nadal u mnie mieszka i nie zanosi się, żeby miało się to zmienić. Adwokat podjął decyzję, że trzeba iść do sądu, gdyż dalsza komunikacja z nią jest bezcelowa. Poza tym dziewczyna zachowuje się tak irracjonalnie, że nie da się zrozumieć jej sposobu myślenia ani przewidzieć jej kolejnych kroków. Sami nic nie wskóramy. Pozew napisany, korespondencja dołączona, wszystko wysłane. Teraz sąd musi wysłać pozew do Mii, ona musi odpowiedzieć i zapadnie decyzja o wszczęciu postępowania.

Początkiem lipca Mię odwiedził jakiś facet, John, Amerykanin, wiek 55 plus. Podobno mężczyzna jej życia, z którym była kiedyś w związku, potem urwał im się kontakt przez dzielącą ich odległość, ale ona nie przestała go kochać i teraz mogą do siebie wrócić, ona jest taka szczęśliwa i żebym ja na 2 tygodnie opuściła mieszkanie i nie zakłócała swoja obecnością ich sielanki. Popukałam się w głowę i odpowiedziałam, że co prawda zgodnie z prawem nie mogę jej zabronić odwiedzin, ale jedyną osobą, która to mieszkanie opuści jest ona i to szybciej niż jej się wydaje.

Facet przyjechał w czwartek wieczorem. W piątek rano Mia poszła do pracy, ja miałam pracować z domu. Wchodzę do dużego pokoju, a przy stole siedzi John, obłożony trzema laptopami. Zwracam mu uwagę, żeby z łaski swojej zmienił pomieszczenie, gdyż ja tu teraz chciałam pracować. On, wpatrzony w ekran laptopa, ucisza mnie machnięciem ręki. Nie, tak się nie będziemy bawić. Pytam, czy mówię niewyraźnie, bo prosiłam go o opuszczenie pokoju, bo będzie mi przeszkadzał w pracy. On na to, że on też pracuje, czy ja sobie w ogóle zdaję sprawę z kim mam do czynienia, on jest dyrektorem generalnym jakiejś tam firmy "w samej Hameryce" i jego praca jest na pewno ważniejsza od mojej, więc powinien mieć pierwszeństwo, i co ja sobie w ogóle wyobrażam wydając mu polecenia. Zresztą mieszkanie przecież należy do jego dziewczyny, ja tam tylko tymczasowo pomieszkuję i on jako jej potencjalny partner ma większe prawo w nim przebywać niż ja. Odpowiedziałam, że muszę go niestety rozczarować, ale mieszkanie bynajmniej nie należy do jego dziewczyny, a do kogoś zupełnie innego, wynajmuję je ja (tu pokazałam mu swoja umowę najmu), a jego dziewczyna podnajmuje w nim tylko pokój, zresztą na obecną chwile robi to nielegalnie i toczy się przeciwko niej postępowanie eksmisyjne. Poza tym, skoro jest bardzo ważnym panem dyrektorem z Ameryki, to chyba stać go na hotel i nie musi nieproszony zwalać się na głowę obcym ludziom, którzy jego obecności sobie nie życzą i wycierać się na kanapie wśród kilkunastu innych Dennisów, Mikkelów, Mustafów, Makumbów i innych kochasiów we wszystkich kolorach tęczy, których "jego dziewczyna" obficie sobie tutaj sprowadza. John przeprosił, powiedział, że nie zdawał sobie sprawy, co złego to nie on, spakował się i wyszedł. Z tego jak wściekła Mia była po powrocie do domu, wywnioskowałam, że chyba niechcący zakończyłam jej związek z miłością jej życia i bardzo mi było z tego powodu wszystko jedno.

W pierwszej połowie lipca wyjechałam na dwutygodniowy urlop. W drodze powrotnej odebrałam mail od adwokata, który mnie bardzo zaskoczył. List z sądu do Mii wrócił do nadawcy z adnotacją, że odbiorca nie mieszka pod tym adresem. Mój facet ucieszył się, że laska wyprowadziła się sama i problem się zakończył, ale ja nie byłam tak optymistyczna i węszyłam jakiś wałek. I miałam rację. Kiedy wróciłam do domu, lokatorka nadal tam przebywała i nic nie wskazywało na plany wyprowadzki.

W poniedziałek rano udałam się na pocztę. Trafiłam na pracownika, z którym dość często miałam kontakt i kojarzył mnie z nazwiska. Spytałam go, jak mogło dojść do tego, że list polecony z sądu wysłany na adres c/o*, gdzie moje nazwisko widnieje i na domofonie, i na skrzynce, mógł wrócić z adnotacją, że nikt taki tam nie mieszka. Pan na to, że kojarzy sytuację, bo kilka dni temu jakaś pani przyniosła list z sądu, wysłany na adres c/o z moim nazwiskiem, mówiąc, że znalazła go u siebie w skrzynce. Pokazałam mu zdjęcie Mii i spytałam, czy była to może ta pani. Tak, dokładnie ta. No to wszystko jasne. Przekazałam informacje adwokatowi, on powiedział, że powiadomi sąd. Sąd podejmie kolejną próbę dostarczenia pozwu, jeśli znowu będzie bezskuteczna, następnym krokiem będzie dostarczenie osobiście przez komornika w domu lub w miejscu pracy.

Początkiem sierpnia zobaczyłam w skrzynce kolejny list z sądu adresowany do koleżanki. Zrobiłam zdjęcie i wysłałam do adwokata na dowód, że został dostarczony pod dobry adres. Poinformowałam również Mię, że w skrzynce czeka na nią list i jeśli ten też odeśle, to komornik narobi jej wstydu w pracy, więc osobiście nie radzę. Kilka dni później wyjechałam na tydzień do Polski. Tam zastał mnie mail od adwokata, że Mia znalazła sobie tymczasowe lokum i wyprowadziła się, a klucze oddała jemu w kancelarii. Dołączona była jej odpowiedź na pozew, w której informowała, że znalazła dach nad głową od połowy sierpnia u innej znajomej z pracy, o czym podobnież mnie informowała na piśmie już od czerwca a ja podobnież wyraziłam zgodę na jej pobyt u mnie od tego czasu (tu załączone było pisemko niby ode mnie, z podrobionym moim podpisem, tzn. nawet nie zadała sobie trudu żeby mój podpis umiejętnie sfałszować, podpisała się po prostu moim nazwiskiem, swoim charakterem pisma), pozew jest w związku z tym bezpodstawny i stanowi atak na tle rasowym oraz próbę zaszczucia jej osoby. Przez moje szykany ona w ogóle przeszła załamanie nerwowe i musiała spędzic kilka tygodni w szpitalu (nie wiem niby kiedy???). Pytam adwokata, co teraz, czy w związku z tym, że się wyprowadziła wycofujemy pozew. On na to, że nie, postępowanie się toczy, raz że na wypadek, gdyby jej strzeliło do głowy z powrotem się wprowadzić, powinnam mieć wyrok na piśmie, a dwa, chodzi o zwrot moich kosztów, który będzie mi przysługiwał po wygranej. Adwokat wysłał jeszcze do sądu krótkie wyjaśnienie, w którym poinformował o fałszowaniu mojego podpisu.

Za jakiś czas przychodzi pismo z sądu, termin rozprawy wyznaczony na koniec września. Tydzień przed rozprawą dostaję informacje, że Mia poprosiła o przesunięcie terminu, z powodu niewystarczającej ilości czasu na znalezienie sobie adwokata. Rozprawa przesunięta na koniec października. Końcem października przychodzi pismo, że rozprawa przesunięta na koniec listopada, gdyż Mia przysłała zwolnienie lekarskie.

Końcem listopada dochodzi do rozprawy. Stawiamy się ja z adwokatem oraz adwokatka Mii. Samej Mii nie ma, adwokatka informuje, że przysłała zwolnienie lekarskie i prosi o kolejne przesunięcie rozprawy. Sędzia nie wyraża zgody, stwierdza, że obecność pełnomocnika wystarczy. Najpierw ja opowiadam swoją wersję, a potem sędzia oddaje głos adwokatce Mii. Ta zaczyna tłumaczyć, że doszło do jakiegoś nieporozumienia, gdyż jej klientka od początku zgodziła się z wypowiedzeniem, prosząc tylko o przedłużenie wypowiedzenia do końca sierpnia. Sędzia jej przerywa, mówiąc, że ma przed sobą odpowiedź jej klientki, w której wyraźnie jest napisane, że wypowiedzenie odrzuca, z powodu niewygodnego łózka. Oraz kolejne pismo, w którym informuje mojego adwokata, że może jej nagwizdać, bo ona nie zamierza się wyprowadzać. Pani adwokat tłumaczy dalej, że jej klientka co prawda jest obywatelką Niemiec, ale jest obcego pochodzenia, niemiecki nie jest jej językiem ojczystym i z powodu bariery językowej być może trochę się niefortunnie wyraziła i pisząc o odrzuceniu wypowiedzenia (dwukrotnie), tak naprawdę miała na myśli jego przyjęcie i prośbę o przedłużenie.

W tym momencie sędzia zachował się chyba bardzo nieprofesjonalnie i niezgodnie z powagą urzędu, gdyż parsknął śmiechem. Poinformował panią, że on rozumie, że rolą adwokata jest bronienie interesów klienta, ale nawet wciskanie kitu ma jakieś granice, a to, co ona opowiada w tej chwili, obraża jego inteligencję. I w ogóle kończmy ten cyrk. Wyrok przyjdzie pocztą w ciągu 2-3 tygodni, a on składa zawiadomienie do prokuratury w sprawie fałszowania podpisu. Rozprawa zakończyła się po 20 minutach.

Przyszedł wyrok, sprawę oczywiście wygrałam. Dziewczyna dostała oficjalny nakaz natychmiastowej eksmisji oraz musiała zwrócić mi wszystkie poniesione przeze mnie koszty (koszty sądowe plus honorarium adwokata).

Epilog. Kilka tygodni temu widziałam się z paroma koleżankami z tamtej firmy. Dowiedziałam się, że w tamtym czasie Mia oczywiście obrobiła mi tyłek, opowiadając, jak to ją z dnia na dzień wyrzuciłam na ulicę i prosiła inne osoby o możliwość noclegu. Wszyscy jej współczuli, ktoś się zlitował i ją przygarnął. Wycięła mu ten sam numer. A potem kolejnej osobie i kolejnej. Ponieważ w firmie była duża rotacja pracowników i ciągle dochodził ktoś nowy, a dziewczyna umiała robić dobre wrażenie i była ogólnie lubiana, nie miała większych problemów z urobieniem kolejnych osób, żeby udzieliły jej dachu nad głową. Kiedy ludzie w końcu zaczęli się nawzajem przed nią ostrzegać, odeszła z firmy.


*adres c/o - w Niemczech nie ma numerów mieszkań, a na skrzynce i dzwonku znajduje się nazwisko głównego najemcy (lub właściciela mieszkania), więc by móc wysłać list do kogoś, kto podnajmuje mieszkanie/pokój, dodaje się przy nazwisku głównego najemcy „c/o”. Czyli na przykład:
Mia bin Piekieladen
c/o Crann Berry
Piekielstrasse 10
66666 Piekielstadt

mieszkanie

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (247)

#85847

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedługo po przeprowadzce do Niemiec (prawie 10 lat temu) podjęłam prace w dużym korpo IT, w dziale zajmującym się rynkiem Europy Środkowo-Wschodniej. Mój szef w ramach swoich obowiązków regularnie odbywał wizyty do wszystkich krajów naszego rynku, między innymi do Polski. Niedługo po rozpoczęciu przeze mnie pracy, miał odbyć tę właśnie wizytę, a do moich obowiązków należało zorganizowanie jej.

Pracę nad tym rozpoczęła moja poprzedniczka, ja przejęłam w trakcie. Ponieważ oficjalnym językiem komunikacji w firmie był angielski, a na samym początku nie wiedziałam jeszcze, czy wolno mi używać języka ojczystego, pisałam do biura w Warszawie po angielsku (zresztą mój szef, Francuz, był w wielu mailach w cc, więc i tak musiałam pisać po angielsku). Do tego mam brytyjskie nazwisko oraz bardzo neutralne językowo imię, więc na pierwszy rzut oka nic nie zdradzało mojego pochodzenia.

A więc wysyłam maile do Warszawy, uzgadniam z lokalnymi dyrektorami co i jak, informuję ich, że oprócz mojego szefa przyjedzie jeszcze jeden pan, taki ważniejszy, z głównego oddziału firmy w Stanach, zwanego Corpem.

Przychodzi odpowiedź po angielsku (mój szef w cc), pełna ochów i achów, że wszystko potwierdzają, bardzo się cieszą na tak ważną wizytę, taki zaszczyt ich kopnął, i tak dalej i tak dalej, pełna profeska. A pod spodem długi "ogon" wewnętrznej korespondencji panów dyrektorów, którego najwyraźniej ktoś zapomniał usunąć przed wysłaniem, po polsku, napisany bardzo "nieparlamentarnym" językiem, na temat, że znowu ten durny uj się im zwala na głowę i zawraca cztery litery, do tego przywozi jeszcze jakiegoś drugiego debila z Corpu, po co, niech się od nich odp… i tak dalej w tym stylu.

Treść tych maili zachowałam dla siebie, nie będę kolegom robić koło tyłka. Na ich mail odpisałam jakąś kurtuazyjną formułką. Tym razem jednak po polsku. W P.S. dziękując za ciekawą lekturę.

korpo

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 235 (249)

#85746

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia bardzo świeża, o sytuacji dowiedziałam się wczoraj wieczorem. Będzie niezgodnie z obowiązującym obecnie nurtem politycznej poprawności.

Rys sytuacyjny. Mój facet pochodzi ze Szwecji, dokładnie ze Smålandii. Jest to region na południowym wschodzie kraju, kojarzy się z książkami Astrid Lindgren, które zapewne pamiętamy z dzieciństwa, gdyż tam usytuowana jest akcja wielu z nich. Jego rodzice mieszkają w takiej małej wioseczce, coś wlaśnie w stylu Bullerbyn czy Lönnebergi, czyli kilka domków, sklep, kościół, las, jezioro. Pięknie, malowniczo, idyllicznie. Do tego tak sielsko i spokojnie, że przez wiele lat mieszkańcy nie mieli nawet potrzeby zakładania zamków w drzwiach. Nie mieli. W czasie przeszłym. Bo potem nastąpił kryzys migracyjny, pobliski hotelik został przekształcony w schronisko dla "uchodźców", czy może raczej "nachodźców", bo z prawdziwymi uchodźcami wojennymi ta dzicz ma tyle wspólnego, co episkopat z epidiaskopem, i nagle zrobiło się zdecydowanie mniej sielsko i idyllicznie.

Sytuacja właściwa. W niedzielę rodzice wrócili z dwutygodniowego urlopu. Po powrocie zastali splądrowany dom. Wszystko, co, zdaniem włamywaczy, miało jakąś wartość materialną, zostało skradzione, nie odpuścili nawet prezentów gwiazdkowych dla dzieciaków, to, czego nie dało się wynieść lub nie wyglądało wystarczająco interesująco - zdewastowane. Powybijane okna, zniszczone meble, porozbijane lustra i talerze, i tak dalej. Oraz chyba najgorsze: kolekcja 19-wiecznej porcelany, która była w rodzinie od pokoleń i stanowiła największy obiekt dumy jego mamy - wytłuczona w drobny mak.

Owszem, ubezpieczalnia wypłaci pewnie pieniądze, dom się wyremontuje, zainstaluje się alarm, meble, sprzęt RTV, talerze i inne rzeczy odkupi. Jednak pamiątki, przedmioty o wartości sentymentalnej oraz, co najważniejsze, poczucie bezpieczeństwa we własnym domu już są nie do odzyskania.

Wezwana policja nie ma wątpliwości - włamania dokonał dobrze im znany gang, który w ostatnich miesiącach dokonał kilku innych włamań w okolicy. Są to mieszkańcy tego lokalnego schroniska. I co chyba najbardziej piekielne w tej całej sytuacji, jest to gang, który policja za każdym razem zamyka, a sąd za każdym razem wypuszcza. "Bo to biedni chłopcy, na pewno maja za sobą ciężkie przeżycia, może nie są nauczeni, że tu są inne zasady, trzeba im dać szansę i ciepło przyjąć w społeczeństwie, nie możemy być przecież rasistami".

Tak więc bandyci są absolutnie bezkarni, a ty obywatelu płać na ich utrzymanie. A jeśli masz z tym problem i życzyłbyś sobie, żeby chociaż przestrzegali obowiązującego w kraju prawa, bo niespecjalnie masz ochotę tracić dorobek życia (lub nawet życie, jeśli masz pecha i trafisz na małpoluda, który postanowił sobie postrzelać), to jesteś rasistą, faszystą, czy co tam jeszcze.

Szwecja

Skomentuj (64) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 285 (325)

#85724

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnego razu naszło mnie, żeby wymienić meble. Ale zanim kupi się nowe, trzeba pozbyć się starych. Ponieważ były w bardzo dobrym stanie, postanowiłam spróbować szczęścia ze sprzedażą. Na pierwszy ogień poszła sypialnia. Wrzuciłam ogłoszenie na grupę polonijną na fejsbuniu i czekałam na wysyp turystów "oni tylko pooglądać", "horych curek", tudzież próśb o wysłanie na mój koszt na drugi koniec Niemiec lub do Polski. Ku mojemu wielkiemu zaskoczeniu nic takiego nie nastąpiło, nie było najmniejszych problemów, każdy klient przyjechał, zapłacił, nawet nie targując się o cenę, zabrał pasujący mu mebel, i w ciągu trzech, czterech dni wszystko się rozeszło.

Kilka miesięcy później przyszła kolej na duży pokój. Ponownie, meble wystawione na grupie polonijnej, ja tym razem pełna optymizmu. Stół z krzesłami, komoda i stolik do kawy faktycznie sprzedały się od ręki, ale została meblościanka i przylegający do niej regał na książki. Tymi nikt nie był zainteresowany. Wrzuciłam w takim razie ogłoszenie jeszcze na Facebook Marketplace i na coś w rodzaju niemieckiego OLXa (eBay Kleinanzeigen). I się zaczęło…

Poniedziałek. Dzwoni para z Rumunii, zainteresowani, chcieliby przyjechać wieczorem zobaczyć. Zapraszam. Para przyjechała, obejrzała, podobają im się, biorą. Tylko nie dzisiaj, bo duży samochód mają w warsztacie, odbiorą go w środę i przyjadą. A żebym ja im te meble do środy przytrzymała. Mówię, że nie ma sprawy, przytrzymam, usunę ogłoszenie, ale proszę o zadatek i zaznaczam, że w razie ich rezygnacji, zadatek przepada. Zgadzają się. Później dzwonią jeszcze dwie osoby, ale mówię im, że ogłoszenie nieaktualne.

Środa. W południe dzwoni pani Rumunka, że nie mają jednak pieniędzy. Ja, że no trudno, szkoda. Ona kontynuuje, że nie mają pieniędzy, ale meble im się bardzo podobają i bardzo by się przydały. I czy nie można by tak za darmo. No nie można by. Ale czy na pewno nie można? Na pewno nie można. Ale im się podobają. No mnie też się wiele rzeczy podoba, ale mnie na nie nie stać, więc muszę się obyć bez nich. Do widzenia.

Wstawiam ogłoszenie ponownie. Dzwoni pan Chorwat, że on by wieczorem przyszedł obejrzeć.

Pan przyszedł, pooglądał, pochrząkał, pocmokał, pomacał meble i mówi, że telewizor i kanapę to on bierze od ręki, nad resztą musiałby się zastanowić. Uprzejmie informuję pana, że telewizor (kupiony miesiąc wcześniej) i kanapa nie są na sprzedaż. Tylko meblościanka i regał. Jak to nie są? No nie są, czytał pan ogłoszenie? Nie, bo za dużo tekstu. Ale jego zdaniem, skoro coś nie jest na sprzedaż, to na czas jego wizyty powinnam wynieść to z pokoju, bo wprowadzam potencjalnych klientów w błąd. Liczę w myślach do dziesięciu, hamuję ripostę na temat uczenia się czytać i pytam pana, jaka jest jego decyzja. Bierze czy nie. On nie wie, bo te meble to w sumie nie dla niego, tylko dla znajomej, która jest w Chorwacji, on ma na dniach do niej jechać i jej opowie, i ona zdecyduje. A ja żebym mu te meble przez dwa, może trzy tygodnie przytrzymała, on wróci i da znać czy bierze. I żebym sobie przemyślała, czy na pewno nie chcę w gratisie dorzucić telewizora. Pohamowuję kolejną ripostę, tym razem o zamienianiu się na głowy z różnymi częściami ciała, mówię, że niestety nie ma takiej opcji i żegnam się z panem.

W międzyczasie na tym niby OLXie dostaję mnóstwo zapytań, czy nie sprzedam za połowę ceny (wystawiłam naprawdę niedrogo, więc bez przesady), a na FB Marketplace nastąpił wysyp "pokemonów". Trzy najciekawsze:
- Amerykanka. Meble całkiem fajnie wyglądają na zdjęciach, ale chciałaby zobaczyć na żywo. Problem tylko, bo nie ma samochodu, a komunikacją nie chce jeździć, bo jest przeziębiona, to czy mogłabym je może jej przywieźć, ona zobaczy na żywo i zdecyduje, czy bierze. No raczej nie.
- Student z Francji. Właśnie urządza sobie mieszkanie, meble mu się podobają, wziąłby. Tylko, że nie ma samochodu, więc przyjechałby metrem. Czy mogłabym mu powiedzieć, czy ta meblościanka zmieści mu się do metra (w ogłoszeniu podane łączne wymiary 420x220x50 cm). Obawiam się, że raczej zdecydowanie się nie zmieści.
- Jakiś Niemiec. Czy mogłabym mu przysłać dodatkowe zdjęcia. No dobrze. Porobiłam jeszcze kilka zdjęć mebli i mu wysłałam. Yyyy, jemu nie o to chodziło. A o co? O inne zdjęcia. Ale jakie inne zdjęcia? Moje, takie nooo… bez ubrań. Gościu, pomyliłeś portale…

Piątek. Dzwoni jakiś pan, Niemiec mieszkający w sąsiedztwie, że on by wpadł w sobotę obejrzeć meble. Dobrze, umawiamy się na 16.

Sobota. Godzina 11:00, dzwonek do drzwi. Pan przyszedł obejrzeć meble. Mówię, że trochę mnie zaskoczył, bo o ile pamiętam umawialiśmy się na inną godzinę. Pan na to, że wie, ale akurat teraz mu pasowało, to przyszedł. Poza tym jest klientem, więc ja powinnam się do niego dostosować. Oho, miło się zapowiada. Ale jak już pan jest, to pan wejdzie. Obejrzał meble, podobają się, bierze. Cena też pasuje. Tylko czy żona mogłaby jeszcze rzucić okiem. Czeka na dole, bo są właśnie z dzieckiem na spacerze, nie chcieli się tarabanić po schodach z wózkiem z niemowlakiem, więc najpierw poszedł on, a ona czeka. Faktycznie, pod blokiem stoi jakaś babka z wózkiem. To on zejdzie na dół, da jej znać i ona zaraz przyjdzie sama zobaczyć. Ale on jest zdecydowany, zaraz po wizycie żony dogadamy się odnośnie odbioru itd. Wyszedł. Czekam, czekam, czekam, nikt nie przychodzi. Patrzę za okno, poszli sobie.

Zaczęłam tracić nadzieję, że te meble w ogóle sprzedam.

Wieczorem zadzwonił jakiś Albańczyk, czy mogę je mu przytrzymać do poniedziałku, on by po pracy przyjechał. Pytam, czy przyjedzie kupić czy pooglądać. Kupić. Przyjedzie dostawczakiem i bierze. Dlatego dopiero w poniedziałek, bo musi auto zorganizować. I faktycznie. Przyjechał, nie targował się, kupił, zabrał. I jeszcze w podziękowaniu za przytrzymanie mebli dał mi butelkę wina.

Dwa tygodnie później, kiedy zdążyłam zapomnieć o całej sprawie, dzwoni jakiś nieznany numer. Obieram. Pan Chorwat. Właśnie wrócił z odwiedzin u tej znajomej. Znajoma chce te meble, ale za pół ceny. Albo za całą, jeśli dorzucę telewizor. Pan bardzo się zdziwił, ze nieaktualne, no jak to, przecież wyraźnie powiedział, że mam mu te meble zarezerwować, aż się zdecyduje. Stwierdził, że jestem niepoważna i się rozłączył.

zagranica

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 232 (252)

#85667

(PW) ·
| Do ulubionych
O locie samolotem i słynnym niemieckim Ordnungu. Po różnych toksycznych relacjach, zmiana tematu.

Historia dość stara, przypominała mi się przy okazji opisywania związku z toksycznym misiem. Wspomniałam tam, że Hansowi zamarzył się bajkowy ślub. Wymyślił sobie rejs po Morzu Śródziemnym razem z naszymi rodzicami i ceremonię ślubną na statku. Udało mu się mnie przekonać, brzmiało to bardzo atrakcyjnie, cenowo wyszło też do przeżycia (na pewno mniej niż organizacja wesela), zapadła decyzja, że jedziemy. Rodzice też zachwyceni pomysłem. Jego rodzice co prawda po początkowym entuzjazmie jednak zrezygnowali z wyjazdu ze względu na stan zdrowia mamy, ale moi chętnie się wybrali. Ponieważ statek miał wypływać z Barcelony, kupiliśmy również stosowne bilety na samolot.

Lecieliśmy wszyscy razem z monachijskiego lotniska. Wylot w jakąś sobotę o 9:30 rano. Planowy przylot do Barcelony około 11:30, okrętować można było się od 12:00 do 15:30, o 17 statek wypływa. Czyli wszystko na spokojnie, mamy mnóstwo czasu. Jedziemy skoro świt na lotnisko (rodzice się stresowali podróżą i chcieli być jak najwcześniej), idziemy zdać bagaże. I tu mały zonk. Dotychczas w przypadku podróży na jednym numerze rezerwacji obowiązywał limit sumy bagażu, czyli podróżując w 4 osoby, mogliśmy zabrać ze sobą łącznie 80 kg bagażu rejestrowanego w dowolnej konfiguracji (z zastrzeżeniem, że walizka nie może być cięższa niż 32 kg). I tak się też spakowaliśmy. Teraz okazało się jednak, że przepisy właśnie się zmieniły i żadna walizka nie może przekroczyć 20 kg (nasze miały 18, 19, 21 i 22). I nie było dyskusji, trzeba było przepakować (później chyba wrócili do pierwotnych przepisów, bo już nigdy więcej mnie taka sytuacja nie spotkała).

Zdaliśmy bagaże, sprawdzamy bramkę - dajmy na to G20. Mimo że do wylotu pozostały jeszcze prawie 2 godziny, rodzice bardzo chcieli już tam czekać, "żeby nam samolot nie uciekł". Siadamy przy gejcie, po jakimś czasie wyświetlono nasz samolot z informacją "oczekiwanie na boarding". I tak sobie siedzimy. Zbierają się kolejni ludzie, jest nas około 20-30 osób. Chcieliśmy się z Hansem przejść do Duty Free, ale rodzice panikowali, że na pewno w tym czasie zacznie się boarding, oni nie będą wiedzieli, gdzie nas szukać i samolot nam ucieknie. To siedzimy. Nadeszła godzina, kiedy miał się zacząć boarding, ale informacja na ekranie nadal wskazuje, że trzeba czekać. W międzyczasie zapowiadane są przez głośniki loty do innych miejsc. O naszym cisza. Nadeszła godzina wylotu, nadal nic. Proponuję, że może się przejdę i zapytam gdzieś o status. Nie, siedź, samolot ci ucieknie, nie będziemy cię szukać. To siedzimy, inni pasażerowie również siedzą.

Minęło kolejnych kilkanaście minut, po czym Barcelona zniknęła z ekranu i pojawił się inny lot. Trochę nas zmroziło. Zerwałam się z miejsca i pobiegłam szukać jakiegoś pracownika. Złapałam jakąś panią przy najbliższej bramce i pytam, co z naszym lotem. Pani mówi, że no jak to, właśnie odleciał. Ale jak to odleciał? Normalnie, z innej bramki, bo bramkę zmienili. Dlaczego nie było informacji? Ona nie wie, ona tu nie jest od tego. A co z naszymi bagażami? Poleciały bez nas. Na pewno? Przecież to jest wbrew procedurom. Ona nie wie, ona tu nie jest od tego. Mamy iść do jakiejś innej Frau i się dowiadywać.

Wracam pod bramkę, zgarniam towarzystwo, mówię, co się stało. Inni pasażerowie też zrywają się z miejsc i wszyscy idą do tej Frau. Znajdujemy ją i pytamy, o co chodzi, jak to się mogło stać, że samolot odleciał, pozostawiono około 30 odprawionych pasażerów i pies z kulawą nogą nie zainteresował się, co się z nimi stało oraz gdzie są teraz nasze bagaże. Pani mówi, że godzinę przed odlotem zmieniono bramkę, co jest przecież normalną sprawą, zdarza się cały czas i mogliśmy sobie pilnować, a bagaże wyładowano z samolotu, przez to musieli opóźnić lot, same problemy przez nas mieli, i są do odebrania w hali przylotów. Dlaczego nie wyświetlono zmiany bramki? Ależ wyświetlono, na ogólnym ekranie znajdującym się kikaset metrów dalej, przy bramkach security. Mogliśmy sobie pójść sprawdzić, sami jesteśmy sobie winni. Dlaczego wyświetlono błędną informację na ekranie przy bramce? Ona nie wie, pewnie jakiś błąd techniczny. Dlaczego w ogóle nie zapowiedziano tego lotu (przeniesiono go 3 bramki dalej, słyszelibyśmy)? Bo ponoć nie mają takiego obowiązku (sprawdziłam później, owszem, mają). Dlaczego ktoś zadał sobie trud, żeby opóźnić lot i wyładować bagaże brakującej grupy, zamiast ich po prostu wywołać? Ona nie wie, to nie jej problem. Co możemy zrobić teraz? Iść do ticket desku i przebukować bilety, najbliższy lot do Barcelony będzie o 12:20.

Wysłaliśmy rodziców po bagaże, a sami szybko pobiegliśmy do ticket desku, żeby być pierwsi w kolejce. Mówimy, jaka sytuacja i że chcemy przebukować bilety na ten lot o 12:20. Pani mówi, że owszem, jest jeszcze kilka biletów. Przebukowanie będzie nas kosztowało 470 euro: po stówce za różnicę w cenie każdego biletu plus 70 opłaty za zmianę rezerwacji. Hans z nią dyskutuje, że on nic nie będzie płacił, samolot nam uciekł przez szereg błędów linii lotniczej, zmiana rezerwacji powinna nastąpić bezkosztowo. Ludzie w kolejce mu wtórują, bo co to ma być. Pani za ladą niewzruszona, taka procedura, sami jesteśmy sobie winni, mogliśmy się dowiadywać. Ona jedyne co może, to nam opuścić te 70 euro opłaty dodatkowej, bierzemy czy nie. Jak mamy problem, możemy iść do sądu. Ponieważ bardziej niż na mieniu racji, zależy nam na tym, żeby polecieć, bierzemy.

Na statek zdążyliśmy. Po powrocie napisaliśmy skargę do Lufthansy, opisując sytuację oraz zachowanie pracowników i prosząc o zwrot pieniędzy za nowe bilety. Po jakimś miesiącu przyszła odpowiedź. Przyznali nam rację, błąd po ich stronie, taka sytuacja nie powinna była się wydarzyć. Jako rekompensatę proponują nam swoje najszczersze przeprosiny. Pieniędzy nie oddadzą, "bo procedury". Jak chcemy, możemy iść do sądu. Oczywiście doskonale zdawali sobie sprawę, że o taką kwotę nikt do sądu nie pójdzie (żaden adwokat nie podejmie się pracy za 40 euro, a z kolei płacenie stawki godzinowej przekroczyłoby wartość sporu).

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (138)

#85661

(PW) ·
| Do ulubionych
O przyjaźni damsko-męskiej. Historia rozpoczęła się kilka lat temu, podczas separacji z troskliwym misiem (historia #85632), jakoś niedługo po mojej drugiej operacji i rozprawie sądowej. Na jakiejś fejsbukowej grupie polonijnej poznałam Mareczka. Mareczek był właśnie w separacji z żoną, w trakcie walki o opiekę nad dzieckiem i chciał zasięgnąć informacji na temat procedur rozwodowych w Polsce i w Niemczech.

Jako że siedziałam w temacie, napisałam do niego, "powiedziałam, co wiedziałam" i wywiązała się rozmowa, która przebiegała tak miło i sympatycznie, że postanowiliśmy kontynuować ją osobiście. Popisaliśmy do siebie jeszcze przez kilka dni, aż doszłam w pełni do siebie i mogłam swobodnie wychodzić z domu, i umówiliśmy się na kolację.

Był to najlepszy wieczór, jaki spędziłam już od bardzo długiego czasu. Rozmawiało nam się świetnie, zresztą super było pogadać z kimś po polsku, Mareczek okazał się bardzo inteligentnym, przesympatycznym i bardzo zabawnym facetem. Od razu złapaliśmy wspólny język i zagadaliśmy się tak, że kiedy zamknięto restaurację, przenieśliśmy się do baru, a kiedy o 2 w nocy zamknięto bar, a my zorientowaliśmy się, że każdemu z nas uciekł ostatni pociąg do domu i musimy przesiedzieć do 5 rano na dworcu, nie przeszkadzało nam to w niczym, kontynuowaliśmy rozmowę.

Od tego wieczoru zaczęliśmy spędzać w swoim towarzystwie mnóstwo czasu. Oprócz aktualnie podobnej sytuacji życiowej łączyło nas podobne poczucie humoru, spojrzenie na życie, zainteresowania, graliśmy nawet na tych samych instrumentach, do tego on uwielbiał gotować, ja uwielbiam jeść, jednym słowem pełna sielanka. Była tylko jedna różnica. O ile ja traktowałam naszą znajomość w kategoriach wyłącznie koleżeńskich, on wydawał się liczyć na coś więcej. Tutaj hamowałam jego zapędy, jako że dla żadnego z nas naprawdę nie był to dobry moment na wchodzenie w nowy związek.

Za jakiś czas w przyszłości dlaczego nie, ale nie teraz. Nie, dopóki obydwoje nie uporamy się ze swoimi sprawami i nie pozamykamy poprzednich relacji. Do tego nie podobało mi się, w jaki sposób wypowiadał się o swojej (prawie) byłej żonie. Ok, czuł się skrzywdzony, toczyli wojnę, ja o swoim też się nie zawsze cenzuralnie wypowiadałam (złamane męskie przyrodzenia latały dość często), ale coś mi nie grało. Tych szmat i k…w było na mój gust za dużo. Albo musi dać sobie czas i uporać się z uczuciami, albo jest facetem, z którym można się przyjaźnić, ale lepiej nie wiązać, żeby uniknąć takich określeń pod moim adresem. Na obecną chwilę trudno powiedzieć, poczekamy, zobaczymy.

Mniej więcej w tym czasie podjęłam decyzję o rezygnacji z walki o wyrównanie dochodów oraz musiałam zacząć spłacać adwokata, na co nie starczało mi pensji, więc musiałam podjąć się dodatkowego zajęcia. Dostałam propozycję prowadzenia indywidualnych lekcji niemieckiego dla amerykańskich expatów (poziom podstawowy), z której chętnie skorzystałam. Ponieważ pierwszy raz udzielałam lekcji języka w tej konfiguracji, do każdych zajęć musiałam się przygotować, wyszukać materiały, napisać prezentację, wybrać ćwiczenia itd. Generalnie 2-3 godziny przygotowań do każdej lekcji. Dodatkowe zajęcie sprawiało mi przyjemność, pomagało domknąć budżet, ale znacznie ograniczało wolny czas.

W którąś niedzielę byłam umówiona z Mareczkiem. Mareczek miał pracować do 15, potem miał zadzwonić i mieliśmy się umówić na wieczór: zrobimy kolację, pogadamy, obejrzymy jakiś film. Około 14 zabrałam się za przygotowania do zajęć, mając plan popracowania do 18 i spotkania z Mareczkiem o tej godzinie. Ledwo usiadłam do komputera, dzwonek do drzwi. Mareczek. Dlaczego o tej porze, skoro byliśmy umówieni dopiero na wieczór? Bo się stęsknił i tak się nie mógł doczekać, że urwał się wcześniej z pracy i co sił w kołach przyjechał. A dlaczego się nie zapowiedział? Bo mi chciał niespodziankę zrobić, poza tym, on nie lubi tych pseudonowoczesnych zwyczajów, tego całego dzwonienia, anonsowania się i tak dalej, on to by chciał tak jak za dzieciaka, kiedy to się spontanicznie wsiadało na rower i jechało do kolegi.


Skomentowałam, że no cóż, czasy się od dzieciaka trochę zmieniły, mamy również jakby więcej na głowie oraz po to istnieją telefony, żeby z nich korzystać. No ale jak już jesteś, to wejdź. Usiedliśmy i doszło do wymiany zdań. Zaczęłam mu tłumaczyć, że miałam już w określony sposób zaplanowany dzień, przed spotkaniem z nim chciałam ogarnąć rzeczy do pracy, więc tak szczerze, ta jego niezapowiedziana wizyta trochę mi rozwaliła plany. Owszem, skoro już przyjechał, to spędzę z nim czas, ale plan musimy zmienić w ten sposób, że posiedzimy sobie teraz 2-3 godzinki, a potem on wróci do domu, a ja zabiorę do pracy. A na przyszłość prosiłabym jednak bez takich niespodzianek.

Mogę nie mieć czasu, może mnie nie być w domu, mogę mieć gości, a mogę też leżeć w wannie z maseczką na twarzy i zwyczajnie nie życzyć sobie odwiedzin. On, bardzo niezadowolony odparł, że nie widzi problemu. Jeśli nie będzie mnie w domu, to zadzwoni, że przyjechał i żebym wróciła, jeśli będę mieć gości, to się przyłączy i posiedzi z moimi gośćmi, jeśli nie będę mieć czasu, to go znajdę, ale jeśli będę siedzieć w wannie, to on tam "chętnie do mnie wskoczy hue hue". A poza tym to on uważa, że nie powinnam tyle pracować, bo on nie może patrzeć jak się zamęczam, mam sobie odpuścić te lekcje, po co mi tyle pieniędzy, jeśli będzie brakować na życie, to przecież mogę jeść u niego. On się chętnie mną zaopiekuje.

Może miał dobre zamiary, może faktycznie się stęsknił i chciał zrobić niespodziankę, może faktycznie się martwił, chciał pomóc, próbował znaleźć wyjście z sytuacji, ogólnie chciał dobrze, ale moje doświadczenia z poprzedniego związku spowodowały, że w głowie zaświeciły mi się czerwone światła i zaczęły głośno wyć syreny alarmowe.


Facet "zwala mi się niezapowiedziany na chatę", nie chce wyjść, nie przyjmuje do wiadomości słowa "nie" i próbuje mi narzucić, ile mi wolno pracować, zarabiać i jeść. A ja oczywiście po to się uwolniłam od jednego troskliwego misia, żeby się uzależnić finansowo od drugiego… Grzecznie, ale stanowczo wyjaśniłam, że nic z tego nie będzie.

Nie powiedziałam mu oczywiście, że wewnętrzna paranoja podpowiada mi, że istnieje teoretyczne prawdopodobieństwo, że może być psycholem, użyłam drugiego argumentu, że naprawdę nie czas na wchodzenie w związek, dla żadnego z nas. Nawet jeśli on uważa, że czuje się na to gotowy, to ja się nie czuję, a już szczególnie nie pod presją. Jedyne, co mogę mu na obecną chwilę zaoferować to przyjaźń, na nic więcej ma nie liczyć. A to i tak pod warunkiem, że będzie szanował moją przestrzeń i nie będzie mi narzucał swojej wizji, jak ma wyglądać moje życie. Więcej nie mogę mu w tej chwili zaoferować, bierze albo nie.

Mareczek najpierw spytał, ile jeszcze dokładnie tygodni, dni, godzin oraz minut potrzebuję, żeby być gotowa na związek z nim, a następnie użył mojego ulubionego argumentu, czyli, że gdyby był bogatym Niemcem, to na pewno nie miałabym takich oporów i że będąc Polakiem "nie jest wystarczająco dobrą partią dla księżniczki". Odpowiedziałam tylko, że albo rozmawiamy jak dorośli, albo drzwi są tam. Obraził się i wyszedł.

Przez tydzień się nie odzywał, po tygodniu zadzwonił i przeprosił za swoje zachowanie. Poniosło go, chyba od rozstania z żoną nie radzi sobie z emocjami, faktycznie, miałam rację, on też musi na razie dać sobie czas i pobyć sam ze sobą. Jeśli moja oferta nadal jest aktualna, on ją bardzo chętnie przyjmie. Oferta była aktualna. I muszę powiedzieć, że staliśmy się chodzącym dowodem na to, że bliska przyjaźń damsko-męska jest jak najbardziej możliwa. Spędzaliśmy ze sobą wolny czas, pomagaliśmy sobie we wszystkim, w każdej sytuacji mogliśmy na siebie liczyć, wspieraliśmy się w ciężkich chwilach, ale też jeździliśmy na wycieczki, chodziliśmy na koncerty i robili inne fajne rzeczy.

Nawet kiedy nadszedł czas, że każde z nas zaczęło chodzić na randki, opowiadaliśmy sobie wrażenia i udzielali nawzajem rad. I tak to trwało jakiś rok, półtora. Jedyną denerwującą cechą, którą u niego zauważyłam, było to, że był dość przewrażliwiony na swoim punkcie i czasami zdarzało mu się o coś obrazić, bez wyjaśnienia uciąć kontakt, po czym za jakiś tydzień-dwa zachowywać się, jakby nic się nie stało. Nie zdarzało się to często (góra 3 razy w ciągu półtora roku), więc nie przeszkadzało to jakoś specjalnie.

Nadszedł moment, kiedy obydwoje poznaliśmy "te jedyne" osoby i weszliśmy w związki. Tak się złożyło, że obydwa nasze związki na odległość. Mój facet mieszkał wówczas w swojej rodzinnej Szwecji, natomiast Edyta, dziewczyna Mareczka, mieszkała na północy Niemiec, pod duńską granicą i pracowała w Danii. Jako że w prawie każdy weekend albo odwiedzaliśmy swoich partnerów, albo oni odwiedzali nas, do tego każde z nas przechodziło ekscytację nowym związkiem, mieliśmy mniej czasu dla siebie nawzajem i relacja trochę się rozluźniła. Staraliśmy się jednak utrzymywać w miarę regularny kontakt.

Trzy miesiące później Mareczek zaskoczył mnie informacją, że Edyta się do niego wprowadza. Na moje pytanie, czy to aby trochę nie za szybko, odpowiedział, że ona też ponoć miała takie wątpliwości, ale on nie uznaje takiego "pie*dolenia się w tańcu", jakichś dojazdów, srazdów i dał jej wybór: albo się do niego przeprowadza i zamieszkują razem (on się nie przeprowadzi ze względu na dziecko), albo do widzenia (tu miałam deja vu, zupełnie jak mój były ze ślubem). Dziewczyna nie była pewna, jak sobie da radę ze znalezieniem pracy, bo co prawda zna biegle angielski i duński, ale niemieckiego ni huhu, a w jej pracy (wcześniej pracowała jako recepcjonistka oraz w obsłudze klienta) bez języka nie da rady.

Mareczek roztoczył przed nią wizję, jak to w Monachium praca leży na ulicy, wystarczy się tylko schylić, niemieckiego tez nie trzeb znać, z samym angielskim da radę, będzie dobrze. A w razie czego, on przecież zarabia i nie da jej zginąć, od tego przecież są partnerzy. Zasugerowałam mu jeszcze, że to jest poważna decyzja i nie powinien takich rzeczy na nikim wymuszać, ale stwierdził, że nic nie wymusił, ostateczną decyzję podjęli wspólnie. No i Edyta się przeprowadziła.

Po jej przeprowadzce okazało się, że rzeczywistość wcale nie była taka różowa, jak to Mareczek opowiadał. Pracy w zawodzie oczywiście nie znalazła, na sprzątanie czy wykładanie towaru na półki nie bardzo miała ochotę, ale za to urząd pracy przyznał jej zasiłek na rok oraz wysłał na intensywny kurs języka. Do tego dziewczyna zajmowała się hobbystycznie stylizacją paznokci (nie mogła się tym zająć "na pełny etat" ze względu na jakieś problemy zdrowotne), więc podłapała kilka klientek, żeby zarobić na swoje wydatki (większość kosztów życia wziął na siebie on) i jakoś im się to kręciło.

Za każdym razem, jak rozmawiałam z Mareczkiem, opowiadał, jaki jest szczęśliwy i że znalazł kobietę życia, że ma o kogo dbać, kogo rozpieszczać. Tylko przez długi czas nas sobie nie przedstawił. Nie wiem dlaczego. Poznałyśmy się dopiero pół roku po jej przeprowadzce. I szczerze mówiąc nie wiedziałam, co o niej myśleć. Nie odzywała się ani słowem, nie dało się z nią nawiązać kontaktu. Kiedy spotykaliśmy się w trójkę lub w czwórkę, potrafiła przesiedzieć cały wieczór w milczeniu.

Na zdane pytania odpowiadała półsłówkami. Mareczek jej z każdej strony nadskakiwał, ona siedziała jak głaz. Zaczęłam korzystać z jej usług "paznokciowych", stwierdziwszy, że dobry manicure nie jest zły (miała faktycznie talent), a niech sobie dziewczyna dorobi, ale nasze spotkania też ograniczały się do patrzenia na siebie w milczeniu lub monologów z mojej strony.

Ponieważ, mimo przyjaźni z Mareczkiem, cały czas miałam z tyłu głowy jego "wyskok" z początku znajomości, zastanawiałam się, na ile to milczenie wynika z charakteru i czy dziewczyna nie jest przypadkiem zastraszona. Próbowałam ją nawet wypytywać, kiedy byłyśmy same, czy wszystko na pewno jest w porządku, gdyby coś było nie tak, może mi śmiało powiedzieć, spróbuję pomóc, ale mnie zbywała, mówiąc, że nie rozumie o co mi chodzi, wszystko jest ok, Mareczek jest super facetem, a ona jest z nim bardzo szczęśliwa. No dobrze, chowam swoja paranoję do kieszeni, skoro jest ok, to nie będę się nieproszona wcinać w cudzy związek i doszukiwać w nim problemów, bo tylko namieszam i narobię sobie wrogów.

Po kilku miesiącach mój facet dostał ofertę bardzo dobrej pracy w Monachium i jako że byliśmy już razem dobrze ponad rok, podjęliśmy decyzję o wspólnym zamieszkaniu. On złożył wypowiedzeniem w pracy i zajęliśmy się tematem jego przeprowadzki (sprzedaż jego mieszkania, zorganizowanie miejsca u mnie na jego rzeczy, niekończące się dyskusje, co ma sprzedać, co zabrać, a co oddać/wyrzucić).

W ramach przygotowania mojego mieszkania, trzeba było odmalować pokój gościnny oraz kupić nowe meble, pasujące do tych, które on zabierał ze sobą. Opowiadaliśmy Mareczkowi o postępach, padło tez hasło, że kupujemy w IKEI tę dużą szafę PAX i będziemy musieli zamówić ekipę, która ją zmontuje, gdyż o ile z komodami poradzę sobie sama, to do szafy są potrzebne dwie osoby, a Gustav nie może przyjechać, gdyż będzie w tym czasie zajęty pakowaniem i sprzedażą mieszkania. Na to Mareczek zareagował słowami, że mamy nie wydawać bez sensu kasy, on nam to chętnie poskręca, pomaluje pokój, w ogóle wszystkim się zajmie, w końcu od tego są przyjaciele. My na to, że bardzo się oczywiście cieszymy, jesteśmy bardzo wdzięczni, ale czy jest pewien, bo to będzie naprawdę kupa roboty. Ależ oczywiście, nie ma żadnego problemu.

Ponieważ bardzo chcieliśmy się zrewanżować za przysługę, Mareczek zaproponował, żeby Gustav zaprosił go na kolację do pewnej restauracji, za którą on już od dawna wodził oczami, a zawsze miał pilniejsze wydatki. No nie ma sprawy. Stanęło na tym, że w najbliższą sobotę Mareczek i ja odwalamy robotę, a Gustav po przeprowadzce zaprasza nas na steki z wołowiny wagyu i dobre wino.

W sobotę, kiedy mieliśmy zająć się pokojem i szafą, Mareczek przyjechał dopiero o 15, bo coś tam. Jako że czas naglił, wzięliśmy się od razu do pracy, uwinęliśmy się z malowaniem, po czym zabraliśmy się za szafę. Przez półtorej godziny powyciągał części i śrubki z paczek, przestudiował instrukcję, wkręcił kilka śrubek i stwierdził, że musi iść, bo jest umówiony. Jak to? A co szafą? Przecież mieliśmy to dzisiaj zrobić, przecież byliśmy umówieni, przecież obiecał. On nie zdawał sobie sprawy, że to tyle roboty, wk…a go wkręcanie tych śrubek, ma dość, weźcie sobie ekipę z Ikei zamiast się nim wysługiwać.

No chwila kolego. Po pierwsze, do rozgrzebanej szafy już nam żadna ekipa nie przyjedzie, bo to się załatwia w momencie kupna, poza tym mieliśmy taki zamiar, to nas wyśmiałeś i uparłeś się, że zrobisz to sam. Zadeklarowałeś się, to dotrzymaj słowa i rób. No dobra, dzisiaj już co prawda musi jechać, ale ok, przyjedzie jutro i skończy. W niedzielę przyjechał sfochowany, nie odezwał się do mnie ani słowem, podłubał przy szafie, po czym stwierdził, że to pie*doli i wyszedł. Na szczęście korpus był postawiony, środek zrobiłam już sama, drzwi pomógł mi zawiesić sąsiad.

Mareczek przestał się odzywać. W międzyczasie widziałam się z Edytą (po skręcaniu mebli paznokcie wymagały reanimacji). Wydawała się być w bardziej towarzyskim nastroju niż dotychczas, pochwaliła się, że w końcu, po roku bezrobocia, udało jej się dostać pracę i to taką, jaka chciała. Wspomniała też, że Mareczek ma żal, że go wykorzystałam i potraktowałam jak darmową siłę roboczą. Do tego twierdzi, że on nic takiego nie proponował, wszyscy źle słyszeli, wymusiliśmy to na nim. Podsumowała to słowami: "sama wiesz, on ma trochę trudny charakter".

Tuż po przeprowadzce Gustava, Mareczkowi foch widocznie przeszedł, bo uradowany do nas zadzwonił, no jak tam po przeprowadzce, jak się szafa spisuje, kiedy na te kolację idziemy, jak to się nie odzywał, nie no zabiegany po prostu był, wcale nie był obrażony, wydaje się nam. Gustav stwierdził, że obiecał mu tę kolację, to chodźmy. Spotkaliśmy się, atmosfera jak dawniej, tzn. Mareczek tryska humorem, błyszczy elokwencją, zabawia towarzystwo, Edyta się nie odzywa.

Przez następny miesiąc-dwa widzieliśmy się w czwórkę jeszcze ze dwa razy, aż któregoś dnia zadzwonił do mnie Mareczek, zanosząc się płaczem. Czy możemy się spotkać, bardzo mnie w tej chwili potrzebuje. Miałam akurat wolne, więc pojechałam do niego. Wyglądał jak kupa nieszczęścia. Rozstali się z Edytą, wyprowadziła się. Powód? Zdradziła go, w dodatku wybrała tego drugiego, jakiegoś głupiego kundla. A on ją tak kochał, złamała mu życie. Tu popłynął stek wyzwisk pod jej adresem, że szmata, suka, on jej tak ufał, a ona tak się skundliła i tak dalej.

Trudno mi było tutaj zabrać stanowisko, nie znałam dziewczyny, nie nawiązałyśmy za bardzo kontaktu, nie wiem, co nią kierowało, czy szukała wrażeń, czy była nieszczęśliwa, czy w ogóle przyczyna rozstania nie była zupełnie inna, a Mareczek ściemnia. Kilka dni później Edyta w ogóle przysłała mi swoje nagie zdjęcia bez żadnego komentarza, co też mnie skołowało. Czy szukała atencji, czy wysyłała do kogoś innego i przez pomyłkę poszły do mnie, o co chodzi. Było mi zbyt niezręcznie ją na ten temat zagadać, ona tematu też nigdy nie poruszyła. Jedyne, co na razie mogłam zrobić, to pocieszać Mareczka i spróbować zorganizować mu czas, żeby zajął czymś myśli. Strasznie cierpiał i był mi go bardzo żal.

Po jakimś czasie Edyta napisała do mnie i spytała, czy nadal chciałabym przyjść do niej na manicure. Zgodziłam się, raz, że była w tym dobra, a dwa, może uda mi się poznać jej wersję, co tam się stało. Spotkałyśmy się i stanęła przede mną zupełnie inna dziewczyna.

Uśmiechnięta, rozgadana, szczęśliwa, jak nie ten człowiek. Wyglądała pięknie, rozkwitła. Usta się jej nie zamykały, jedyne, o czym nie chciała mówić, to o Mareczku. Zamknęła temat i nie chce do tego wracać. Parę rzeczy zaczęło mi się układać w całość, ale dziewczyna nie chce nic mówić, to nie będę cisnąć. Od tej pory spotykałyśmy się raz w miesiącu, robiła mi paznokcie, gadałyśmy o pupie Maryni. Głębszej więzi między nami jednak nie było, temat Mareczka też nie był poruszany.

Za to Mareczek powoli zaczynał się robić nie do wytrzymania. "Radykalizował się w poglądach" i zaczynał bić od niego coraz silniejszy incel vibe. Może nie do końca incel, bo powodzenie u kobiet jak najbardziej miał, ale zaczął pałać nienawiścią do całej płci przeciwnej i każdą jej przedstawicielkę karać za swoje życiowe niepowodzenia. Na przykład, umawiał się z dziewczynami, takimi naprawdę 9 lub 10/10 (a wybredny był bardzo), uwodził je, po jakimś czasie randkowania zapraszał do siebie, tam: kolacyjka, świece, wino, muzyka, lądowali w łóżku, po czym jak tylko pozbawił dziewczynę ubrań, wynajdywał jej szybko jakiś defekt (za mały biust, zbyt płaski tyłek, blizna po wyrostku, krzywy mały palec u nogi), po czym z obrzydzeniem w głosie je o tym informował i kazał natychmiast opuścić jego mieszkanie.

Na moje pytanie, "co ty odpier…", czym to tłumaczył? Bo szmaty musza znać swoje miejsce w hierarchii. Do tego zaczął toczyć jakąś wojenkę z byłą żoną, polegającą na tym że np.. Kiedy kupiła dziecku nowe buty, na co on nie wyraził zgody, próbował podać ją do sądu. Nas z kolei próbował przekonywać, że toksycznie na siebie oddziałujemy i powinniśmy się natychmiast rozstać, a w ogóle to związki są przereklamowane. Ponieważ próby przemówienia mu do rozsądku skutkowały jedynie fochem, ograniczyłam kontakt i zaczęłam wycofywać się z tej znajomości.

Jakoś przed zeszłorocznymi świętami (bodajże na początku grudnia), Mareczek zamówił sobie coś przez internet, jakiś śpiwór, taki z górnej półki. Ponieważ zamawiał z polskiego sklepu, musiał podać polski adres do wysyłki. Jako że sam nie wybierał się do Polski na święta, a ja tak, poinformował mnie, że wysłał na adres mojej mamy i czy ja byłabym tak miła i mu go przywiozła. Nie mógł spytać w momencie zamawiania, bo był środek nocy, dlatego informuje po fakcie. Skoro już zamówił, to mu przywiozę. Powiadomiłam mamę, paczka doszła.

W połowie grudnia dostałam od Mareczka wiadomość głosową, w której z dumą opowiadał, jak to Finanzamt (urząd podatkowy) niechcący przysłał list do Edyty na jego adres. "I jemu się ten list tak niechcący otworzył i niechcący przeczytał, że Edyta ma niedopłacony podatek za zeszły rok, po czym niechcący mu się podarł i wyrzucił na śmietnik. Ups, taka z niego niezdara, i przez to głupia suka nie zareaguje w terminie na pismo i będzie mieć na głowie komornika. Taki prezent gwiazdkowy od niego hue hue hue chrum".

Zagotowało się we mnie. Można mieć do kogoś żal z powodu złamanego serca, ale pewnych rzeczy się nie robi. Zadzwoniłam do Edyty i mówię, czego się dowiedziałam i żeby się szybko kontaktowała z Finanzamtem, a przede wszystkim dała im swój nowy adres. Ona na to, że o wszystkim wie, Finanzamt nowy adres ma od dawna, szybko zdał sobie sprawę z pomyłki i już się z nią skontaktował. A skoro widzi, że może mi zaufać, to czy możemy się spotkać, coś mi opowie.

I opowiedziała. I wyszło na to, że moje początkowe obawy względem Mareczka nie były jednak paranoją. Miałam pełną rację. Kiedy tylko przeprowadziła się do niego i okazało się, że jest bezrobotna i zależna od niego finansowo, zaczął ją gnoić. To, co zostawało jej z zasiłku po opłaceniu kursu językowego, musiała oddawać jemu w ramach dokładania się do czynszu i rachunków. Z tym że kwota, którą od niej pobierał, połowę czynszu i rachunków znacznie przewyższała (o czym dowiedziała się dopiero teraz ode mnie).

Paznokciami zaczęła sobie dorabiać, żeby w ogóle mieć co jeść, bo produktów Mareczka nie wolno jej było dotknąć. Podczas spotkań towarzyskich milczała, gdyż Mareczek kategorycznie zabronił jej rozmawiać z jego znajomymi, bo to "nie jej liga". Oprócz tego regularne wyzwiska, poniżanie, odcinanie internetu, zabieranie telefonu i ogólnie cały pakiet "psychol plus". Przechodziła mniej więcej to, co ja z moim byłym, z tym że była z znacznie gorszej sytuacji, gdyż była w obcym miejscu, bez pracy, bez znajomości języka, bez rodziny (rodziców już nie miała, a jej siostra mieszkała w Danii i miała swoje problemy), bez znajomych i jakiejkolwiek nadziei na wyrwanie się z tej sytuacji. Wtedy, kiedy ja wypytywałam ją, czy wszystko na pewno jest w porządku, nawet zbierała się w sobie, żeby mi opowiedzieć, co przechodzi, i poprosić o pomoc, ale doszła do wniosku, że ja w końcu jestem jego koleżanką, a nie jej i za bardzo się bała, że ja mu wszystko powiem, a on będzie się mścił, więc zdecydowała się udawać, że wszystko jest dobrze. Trochę więcej odwagi nabrała, kiedy dostała pracę i miała perspektywę niezależności finansowej.

A o co chodziło z ta zdradą i jak to Mareczek nazywał "skundleniem się"? O kundla właśnie, w dosłownym znaczeniu. Edyta miała psa. Takiego małego, słodkiego kundelka, miała go już ponad 10 lat i świata poza nim nie widziała. I Mareczek był zazdrosny. Do tego stopnia, że któregoś wieczoru, a właściwie nocy zażądał, że jako "dowód miłości" ona ma się tego psa pozbyć. I to nie oddać komuś czy do schroniska, ale teraz natychmiast wyrzucić na ulicę. Bo jaśnie pan żąda.

Tego było dla nie za dużo. Pierwszy raz w życiu mu odmówiła. On nie mógł tego przeżyć i w środku nocy na ulicę wyrzucił ją. Noc spędziła w samochodzie, potem udało jej się podnająć pokój u jakiegoś dawnego znajomego jej siostry, który przypadkiem okazał się mieszkać w okolicach Monachium i mieć spore mieszkanie. Mareczek z zemsty najpierw nie chciał oddać jej rzeczy, a potem włamał się jej na różne konta (poczta, Facebook itd.), pozmieniał hasła i porozsyłał do jej znajomych jej nagie fotki, które kiedyś (jeszcze w dobrych czasach) jej zrobił (no to już wszystko jasne, dlaczego je dostałam).

Na policję tego nie zgłaszała. Bo się wstydziła, poza tym chciała uniknąć potencjalnych kontaktów z Mareczkiem z sądzie. Przechwycenia jej listu też nie chce zgłaszać, zależy jej tylko na świętym spokoju i żeby zapomnieć o tym człowieku. Zresztą niedługo wyprowadza się z Monachium, nie chce tu mieszkać, nic jej tu dobrego nie spotkało, wraca do Danii i zaczyna nowe życie.

Kilka dni później musiałam podjechać do Mareczka zwrócić mu jakąś wkrętarkę czy coś (nie pamiętam już, co to było, w każdym razie było zbyt duże i ciężkie, żeby odesłać pocztą). Z obawy, że mogę stracić panowanie nad sobą, nie chciałam się z nim wdawać w dyskusję, chciałam oddać mu tylko to coś i wyjść. Jednak mnie ubiegł, pytając: "i jak, dostałaś moje nagranie? Fajnie ją załatwiłem, szmatę jedną hue hue". W tym momencie, jak to mówią, strzelił mnie jasny c…j.

Nastąpił wybuch w stylu Gesslerowej rzucającej garnkiem z okrzykiem "Czy ty jesteś k…a normalny?!!!" Wygarnęłam mu, ze rozmawiałam z Edytą, że o wszystkim wiem, jakie jej piekło urządził, że jest skończonym przyrodzeniem, a na koniec, że muszę go rozczarować, ale z jego nikczemnego planu nic nie wyjdzie, bo Finanzamt od razu zorientował się z pomyłką. On patrzył na mnie z coraz większym niedowierzaniem, w końcu wydusił, że jeszcze nikt go nigdy tak nie rozczarował. Myślał że się przyjaźnimy, a tu taka zdrada, taki nóż w plecy. Jak ja mogłam, taki doskonały plan mu zepsuć. Czyli nic do niego nie dociera, taki jest przekonany o swojej zaje*istości.

Dodałam jeszcze, że powinien się mocno stuknąć w czoło i zamiast się martwić niewyjściem planu, powinien się raczej modlić, żeby dziewczyna na policje nie poszła, bo to co jej zrobił jest nie tylko czystym sk…wysyństwem, ale również złamał kilka paragrafów (m.in. nielegalna eksmisja, włamanie się na konta, rozsyłanie nagich zdjęć, przechwycenie korespondencji urzędowej) i jak będzie miał sprawę karną, do tego była żona pozbawi go praw do dziecka, to mu dopiero plan nie wyjdzie. Jako że on tylko uparcie powtarzał, jak to go zdradziłam, wbiłam nóż na przemian w plecy lub w serce i ze nigdy mi tego nie wybaczy, stwierdziłam, że dalsza dyskusja nie ma sensu i wyszłam.

Minęły święta i Nowy Rok, nadszedł czas zbierać się z Polski z powrotem do Niemiec. Z Mareczkiem od ostatniej rozmowy nie mieliśmy kontaktu, i dobrze. Pakujemy się do samochodu, w tym momencie moja mama przypomina nam, że leży u niej pudło z tym nieszczęsnym śpiworem. Hehe, no tak, zapominałam… Szczerze mówiąc, miałam największą ochotę go tam po prostu zostawić i niech się Mareczek sam martwi, jak go odebrać i robi sobie wycieczkę.

Mój facet jednak mnie przekonał, żebyśmy po pierwsze nie wciągali mojej mamy w ten cały konflikt, bo on będzie jeszcze jej tyłek zawracał, a poza tym, może mu przyjść do głowy oskarżyć nas o kradzież, i po co nam to. Weźmy, dajmy mu i niech znika z naszego życia. Z tym że nie będziemy mu się narzucać, poczekamy, aż sam się skontaktuje.

Na kontakt od Mareczka nie trzeba było długo czekać. Ledwo wróciliśmy, przyszedł sms: "masz mi przywieźć moja własność do domu jutro punktualnie o 13". Na pewno, już biegnę. Może jeszcze frytki do tego. Nie odpowiedziałam. Następnego dnia o 13:30 przyszedł kolejny sms: "Nie rozumiesz po polsku? Wyraźnie zażądałem przywiezienia mi śpiwora o 13. Masz już pół godziny spóźnienia". Tym tonem nie będziemy rozmawiać, nie odpowiedziałam. Wieczorem Gustav zaproponował, że on mu odpisze. Napisał mniej więcej, że udało mu się mnie przekonać, żeby zabrać ten jego śpiwór z Polski i oszczędzić mu niepotrzebnych wyjazdów, ale widząc w jaki sposób on się z nami komunikuje i jak okazuje swoją wdzięczność za wyświadczoną mu grzeczność, bardzo żałuje swojej decyzji.

My nie mamy obowiązku niczego mu przywozić do domu, śpiwór może odebrać od nas z mieszkania. W najbliższy weekend proponujemy niedzielę po 17. Mareczek odpisał, że nie ma pojęcia, za co miałby okazywać jakąkolwiek wdzięczność "zdrajcom i kapusiom", ale przyjedzie w niedzielę po odbiór. Przyjechał, ja nawet nie wychodziłam z pokoju, bo nie miałam ochoty go oglądać, Gustav dał mu śpiwór i tak na wszelki wypadek kazał pokwitować odbiór.

Następnego dnia, kiedy wróciłam z pracy, Gustav z uśmiechem na ustach powiedział, że nie uwierzę, jaką wiadomość dostał właśnie od Mareczka. Pokaż. Wiadomość była po niemiecku, którym Gustav posługuje się słabo, więc może była to jakaś próba dowartościowania się, a brzmiała mniej więcej: "Drogi Gustavie, mówiłeś coś o okazywaniu wdzięczności. Pozwól zatem, że swoją wdzięczność okażę ci w ten sposób, że nie powiem ci, do czego twojej dziewczynie potrzebny jest związek z tobą. Podpowiem ci tylko, że nie mam tutaj mowy o żadnych uczuciach, a jedynie o cwaniactwie i wyrachowaniu.

Nie powiem ci również, że osoba, którą uważasz za partnerkę, jest naprawdę zwykłą k…ą, zresztą jak wszystkie Polki, której celem życia jest wyrwanie bogatego frajera, którego może wrobić w dziecko, a potem rzucić pracę i wieść wygodne życie na jego koszt. Ze swojej strony mogę tylko życzyć ci szczęścia, bo będzie ci bardzo potrzebne, a może raczej zdrowego rozsądku, bo widzę, że kompletnie go nie masz. Pozdrawiam, Mareczek". Wow, popłynął, naprawdę popłynął…

Patrzyłam z niedowierzaniem i spytałam Gustava, czy coś mu na to odpowiedział. On na to z jeszcze większym uśmiechem: "tak, zobacz co. Napisałem po szwedzku, niech teraz on się pomęczy z tłumaczeniem". Odpowiedź brzmiała: "Drogi Mareczku, żyję na tym świecie parę lat dłużej niż ty i myślę, że skoro do tej pory doskonale dawałem sobie radę bez twoich światłych rad, to będę sobie nadal świetnie radził bez nich. A jeśli chodzi o szczęście, to biorąc pod uwagę, co który z nas w życiu osiągnął, to raczej ja powinienem życzyć go tobie. Pozdrawiam serdecznie, Gustav". Mareczek chyba poradził sobie z tłumaczeniem, bo zaraz zablokował nas oboje. I tak zakończyła się nasza przyjaźń.

Postscriptum. Kilka miesięcy później, jadąc z pracy, zobaczyłam Mareczka idącego chodnikiem (mieszka niedaleko mojej pracy). Po eleganckim stroju i róży trzymanej w dłoni domyśliłam się, że idzie na randkę (czyt. polować na kolejną ofiarę).

Wcześniej tego dnia lał bardzo intensywny deszcz, a że jezdnia była z tym miejscu dość nierówna, powstały dość głębokie kałuże. I kiedy mijałam Mareczka, tak samo jak jemu niechcący otworzył się, przeczytał i podarł list, mnie się tak zupełnie niechcący wjechało z dużym impetem w kałużę, obryzgując go od stóp do głów brudną wodą. Ups, niezdara ze mnie…

zagranica

Skomentuj (85) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 369 (437)

#85692

(PW) ·
| Do ulubionych
Kurierzy, kurierzy… Sytuacja przypomniała mi się po przeczytaniu wczorajszej historii Pedrillo.

Ludzie denerwują się, kiedy kurier zamiast dostarczyć przesyłkę zostawia awizo. W mojej okolicy występuje jakby odwrotny proceder, równie, jeśli nie bardziej irytujący. DHL, będący częścią niemieckiej poczty, płaci kurierom od dostarczonej przesyłki (tak przynajmniej słyszałam od pracownicy poczty).

Paczka musi być dostarczona odbiorcy lub, w przypadku jego nieobecności, zostawiona u sąsiadów. Czyli jeśli kurier nie zastanie odbiorcy i zostawi awizo, a paczkę odstawi z powrotem na pocztę, nic z tego nie ma poza straconym czasem. Eliminuje to, co prawda, problem zostawiania awiz bez sprawdzania, czy odbiorca jest w domu, ale prowadzi niestety do patologii w drugą stronę. W przypadku niezastania adresata, kurier pokwitowanie odbioru podpisuje sam (nazwiskiem własnym lub adresata), a paczkę zostawia pod drzwiami.

W domkach pewnie się to sprawdza, w blokach już nie koniecznie. Bo jeszcze pół biedy, jeśli kurier zada sobie trud, wyniesie paczkę na twoje piętro i zostawi ci ją pod drzwiami do mieszkania, wówczas masz szansę, że kiedy wrócisz do domu, twoja paczka jeszcze tam będzie. Gorzej, jeśli kurier zostawi ją na ulicy przed drzwiami wejściowymi do budynku (bo tak robią, sama niejednokrotnie wnosiłam z ulicy do budynku paczki adresowane do sąsiadów), a ty po powrocie do domu już jej nie zastaniesz, bo się akurat jakiemuś przechodniowi spodobała. Śledzenie przesyłki online pokazuje, że doręczona do rąk własnych z pokwitowaniem odbioru i weź się teraz człowieku z nimi chandrycz i udowadniaj, że to nie twój podpis i że paczki naprawdę nie masz.

Taka sytuacja przydarzyła mi się kilka miesięcy po przeprowadzce do Niemiec. Razem z byłym coś zamówiliśmy, nie pamiętam już co. Widzę na stronie DHLu, że paczka dostarczona, ale ponieważ nie było nikogo w domu, zostawiona u sąsiadów. Tylko że nazwisko tego sąsiada nic mi nie mówiło. Po powrocie z pracy "przelecieliśmy" cały budynek, ale nigdzie nie widniało takie nazwisko (w Niemczech nie ma numerów mieszkań, nazwiska lokatorów są na domofonie).

Sprawdzamy w pobliskich punktach usługowych, paczki nigdzie nie ma. Idziemy na pocztę i zgłaszamy sytuację, Pracownica opowiedziała nam wówczas o "manewrze" z samodzielnym podpisywaniem pokwitowań, tłumacząc, że kurierzy słabo zarabiają, są przepracowani i tak dalej. Rozumiemy, ale nie zmienia to sytuacji, że miała nam być dostarczona paczka i jej nie ma. Wypełniliśmy formularz, złożyliśmy skargę. Po kilku miesiącach bezowocnego dopytywania o status reklamacji, w końcu machnęliśmy ręką i zapomnieliśmy o sprawie. Od tej pory wszystkie zakupy online robiłam z wysyłką do pracy.

Na przełomie 2016 i 2017, przez kilka miesięcy pracowałam w firmie, gdzie otrzymywanie prywatnych przesyłek na służbowy adres było zabronione, trzeba więc było zamawiać na domowy. Akurat tak się stało, że musiałam coś sobie zamówić (jakiś kosmetyk, bo mi się właśnie się kończył), a nie miałam w tym czasie możliwości pracy z domu. Ale nie ma przecież problemu, odbiorę sobie od sąsiadów czy z poczty. W piątek pojawia się informacja na stronie DHLu, że przesyłka dostarczona i zostawiona u sąsiadów. Podpisano: Backstuber. Nie mam takiego sąsiada, więc domyślam się, co się stało. Wracam do domu, paczki oczywiście nie ma. Idę na pocztę i proszę o nazwisko kuriera, który dzisiaj obsługiwał ten rejon. Pan Backstuber.

Mówię pani, że zgodnie z podpisanym kwitem odbioru, Pan Backstuber jest w posiadaniu mojej przesyłki i ja bardzo stanowczo domagam się od niego jej zwrotu w ciągu najbliższych 24 godzin. Proszę mu przekazać, że w przeciwnym razie, jako że składanie skarg u nich nie daje rezultatu, będę zmuszona zgłosić na policji kradzież/ przywłaszczenie (nie wiem pod jaki paragraf to podpada). Pani na to, że oczywiście, przekaże mu. Na pewno ktoś się będzie kontaktował.

W drodze do domu spotkałam moją polską sąsiadkę, która razem ze swoim partnerem przez kilka lat pracowała w DHL jako kurier. Opowiadam jej sytuację, ona na to, że tak, to samodzielne podpisywanie i rzucanie paczek gdzie bądź to jest plaga, jest to nielegalne, firma z tym walczy, ale kurierzy i tak to robią, bo nie chcą być stratni odnosząc niedostarczone paczki na pocztę.

Składanie skarg na poczcie jest bez sensu, bo nikt nic z nimi nie robi, ona mi radzi coś innego. Takim "szefem wszystkich szefów" dla kurierów z naszego rejonu jest niejaki pan Brzozowski. Nie jestem pewna, ale chyba nawet Polak z pochodzenia. Straszny uj i postach firmy. Ona mi da jego bezpośredni numer i jeśli chcę, żeby kuriera wylali z roboty, mogę do niego zadzwonić.

Następnego dnia obudził mnie dzwonek do drzwi. Otwieram, odwiedził mnie pan Backstuber z pytaniem, co ja za dziwne akcje odstawiam z jakąś paczką, którą on mi wczoraj osobiście zostawił przed domem. Ja na to, że już pomijając fakt, że nie miał prawa czegoś takiego zrobić, to są tyko jego słowa, według pokwitowania odbioru paczkę ma on i ja proszę o zwrot. Jeśli faktycznie gdzieś ją zostawił, to mógł mi ją chociaż pod drzwi zanieść, a nie zostawiać na ulicy. On najpierw zaczął się tłumaczyć, że dzwonił domofonem do różnych sąsiadów, nikt go rzekomo nie chciał wpuścić do budynku, to co on miał biedny zrobić.

Hmmm… Może na przykład zanieść na pocztę zgodnie z procedurą? On dalej, że na pocztę nie chciał nosić, bo raz, że nic by z tego nie miał, a dwa, potem na pewno miałabym do niego pretensje, że muszę po paczkę chodzić na pocztę. Mówię, że nie miałabym pretensji o konieczność chodzenia na pocztę, bo przebywają poza domem, liczę się z tym, że przesyłkę trzeba będzie stamtąd odebrać, natomiast, mam owszem pretensje i to chyba całkiem uzasadnione, że mojej paczki nie ma. Pan zrobił się dość agresywny, zaczął na mnie krzyczeć i wyzywać od oszustek i złodziejek, twierdząc, że paczkę na pewno mam, a teraz próbuję wyłudzić od niego jego ciężko zarobione pieniądze. Przerwałam mu, mówiąc, że tym tonem nie będziemy rozmawiać i jeżeli mnie natychmiast nie przeprosi i nie zaproponuje rozwiązania sytuacji, nie tylko zgłaszam na policji kradzież mojej własności, ale również dzwonię do Brzozowskiego i składam na niego skargę.

Na dźwięk nazwiska Brzozowski, pan przestał krzyczeć i spytał, skąd go znam. Odpowiedziałam, że to moja sprawa i ponowiłam pytanie, co proponuje w temacie mojej przesyłki. On spytał, ile kosztowała. Mówię, że akurat niedużo, około 30 euro, ale jako że nie jest to pierwsza taka sytuacja, tym razem nie odpuszczę, choćby dla zasady. Pan wyjął z portfela 30 euro, rzucił we mnie banknotami, burknął, że ma nadzieję, że jestem zadowolona i poszedł. Do Brzozowskiego nie dzwoniłam, nie będę chłopu niszczyć kariery, może jak wyskoczył z kasy, czegoś się nauczył.

Towar zamówiłam jeszcze raz, z dostawa w kolejny piątek. Tym razem byłam w domu i czekałam na przesyłkę. Czekam, czekam, kuriera nie ma. Schodzę po coś na dół, widzę, że przed blokiem leży moja paczka. Zanoszę ją do domu i sprawdzam śledzenie online. "Zostawione u sąsiadów", podpisano: Backstuber.

Żeby nie było. W pełni rozumiem, ze kurierzy pracują za minimalna stawkę, że maja normy niemożliwe do wyrobienia i że praca jest ciężka i niewdzięczna. Bardzo serdecznie im współczuję i nie zamieniłabym się z nimi nawet na 5 minut. Ale z drugiej strony...

Po pierwsze, ja te 30 euro, czy ile tam kosztowała przesyłka też muszę zarobić, samo mi z nieba nie spadło i nie widzę powodu, dla którego mam ponieść stratę, bo ktoś postanowił ułatwić sobie pracę idąc na skróty. Po drugie, wynagrodzenie i warunki pracy są sprawą między pracownikiem i pracodawcą. Pracownik zgodził się na nie, podpisując umowę o pracę.

Nie są one winą klienta, który zapłacił za usługę wg obowiązującego taryfikatora, ani nie powinny być jego problemem. I po trzecie, może jest to tendencyjny argument, ale naprawdę czasy robót przymusowych dawno się skończyły, nikt nie ma obowiązku pracować w konkretnym miejscu na konkretnym stanowisku, można poszukać pracy gdzie indziej. A może wówczas faktycznie, gdyby np. wszyscy pracownicy zagrozili odejściem z pracy, pracodawca wyciągnąłby wnioski.

P.S. Gdyby był tu ktoś z Monachium, kto miałby problemy z DHLem i chciał numer do tego "szefa", mogę podać jego prawdziwe nazwisko i nr telefonu na priv. Sama z nim co prawda nigdy nie rozmawiałam, ale skoro samo wspomnienie jego nazwiska przyniosło efekt, może się komuś przyda.

kurierzy

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (181)