Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

CzytelniczyPepe

Zamieszcza historie od: 12 czerwca 2011 - 11:33
Ostatnio: 30 marca 2019 - 21:53
O sobie:

Cham i prostak, nieuleczalny złośliwiec, pasożyt.

  • Historii na głównej: 9 z 26
  • Punktów za historie: 2795
  • Komentarzy: 77
  • Punktów za komentarze: 165
 
zarchiwizowany
W drugiej klasie podstawówki jeden z kolegów z klasy zsikał się w majtki w czasie lekcji religii, nie pamiętam, czy był chory, czy też tak po prostu mu się zachciało to zrobił. Co na to katechetka? Kazała mu napisać w zeszycie "Nie będę sikał w majtki na lekcji religii." 100 razy.

Lekcja religii podstawówka

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (23)
zarchiwizowany
Swego rodzaju prequel do historii https://piekielni.pl/83842 w sumie powinienem to opisać najpierw.

Już pół roku przed terminem ślubu informowałem szefa, że takowe wydarzenie będzie i że będę chciał w czwartek i piątek wziąć urlop okolicznościowy, a możliwe, że jeszcze jakiś dzień wolny wezmę wcześniej.

Organizacja szła całkiem sprawnie, ale ostatecznie w poniedziałek zorientowaliśmy się, że trochę rzeczy zostało nam do zrobienia (np. wożenie wódki i napojów na salę, ustawianie winietek, dokończenie prezentacji na podziękowania dla rodziców) i sam czwartek (ślub był w piątek) nam nie wystarczy, przyda się jeszcze środa. Poszedłem więc we wtorek do szefa, wspominanego również w poprzednich historiach M. z prośbą o dzień wolny w środę. Dialog wyglądał tak:

[J]a: cześć, mam sprawę. Nie wyrobiliśmy się z przygotowaniami do ślubu, potrzebuję jutro wolne.
M.: NIE! (takim chamskim tonem)
[J]a: To ważna dla mnie sprawa, w piątek biorę ślub.
M.: Nie! Jest dużo pracy, sezon urlopowy, to zdezorganizuje pracę.

Potem się zorientował, że z tym tonem to przesadził (i przede wszystkim ludzie to mogli słyszeć, a on wszelkie takie akcje starał się załatwiać w salkach konferencyjnych) i mnie za formę odpowiedzi przeprosił, ale decyzji nie zmienił. Powiedział, że jak chcę, to mogę sobie wziąć urlop na żądanie.

To było koło 8 rano. O 14 na telekonferencji zadeklarował, że do końca dnia następnego skończę jakieś dodatkowe zadanie. Zostałem tego dnia do 20, a następny dzień wziąłem na żądanie. Prawdopodobnie gdyby szef M. był wtedy w pracy, to bym poszedł do niego na skargę, ale miał akurat urlop.
Dodam, że byłem jedną z najlepiej traktowanych osób.

Korpo

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (69)
zarchiwizowany
Historia opowiedziana mi dawno temu przez kolegę. Ów kolega był na jakichś koloniach czy zimowisku. Jeden z uczestników był we wszystkim najlepszy. A przynajmniej myślał, że był. A dodatkowo miał potrzebę udowadniania tego na każdym kroku. Kto się z nim zmierzy w ping-ponga, bo on jest najlepszy? W siłowaniu na rękę - najlepszy, kto się z nim zmierzy? Podciągnięć na drążku też zrobi najwięcej, kto się z nim zmierzy? W szachy - najlepszy, kto się z nim zmierzy? I tak dalej...

Któregoś dnia przychodzi do pokoju mojego kolegi i rzuca: "Może ktoś chce się jeszcze ze mną zmierzyć?"
A na to kolega:
-W szachy grać nie umiem, w ping-ponga też nie, na rękę jestem słaby, pompek za wiele nie zrobię, ale za to mam strasznie dużego kuta*a, możemy się zmierzyć.

Koleś się zapluł, nie wiedział, co powiedzieć. Chęć mierzenia się też mu jakoś przeszła.

Kolonie

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (215)
zarchiwizowany
Uwielbiam zdrowy rozsądek niektórych nauczycieli:
Kolega siedział w ostatniej ławce w rzędzie przy oknie, przed nim siedziała dziewczyna, która go nie lubiła, więc gdy Wojtek otworzył okno, ta złośliwie stwierdziła, że jest jej zimno. Wojtek tłumaczył z kolei, że jest mu duszno. Decyzja nauczycielki? Zamknęła okno i przesadziła Wojtka do rzędu pod ścianą.

Gimnazjum

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -6 (34)
zarchiwizowany
Po latach moje zachowanie wydaje mi się piekielne i szczeniackie, ale nie da się też ukryć, że moja piekielność nie została ukarana, a można nawet rzec, że wręcz przeciwnie.

Od mniej więcej połowy gimnazjum jestem ateistą. Można powiedzieć, że w gimnazjum mój pogląd na temat wiary dopiero się krystalizował, więc rodzice na religię kazali mi jeszcze chodzić. Stwierdzili, że jak nadal będę chciał się wypisać i spełnię pewien warunek, to w liceum mogę nie chodzić.

Historia dzieje się w starożytnych czasach, gdy religia jeszcze nie liczyła się do średniej. W pierwszej klasie gimnazjum uczyła nas zakonnica, co do drugiej klasy nie jestem pewien, w trzeciej na pewno była już [k]atechetka, dla której byłem piekielny. Katechetka ta bardzo przeżywała swój przedmiot, do tego wszelkie próby dyskusji (w sensie podważanie jedynego słusznego światopoglądu) były tożsame z obrazą majestatu (koleżanka, która w wypracowaniu o przyczynach odwracania się ludzi od KK napisała o pedofilii, dostała jedynkę albo dwójkę), co wyjątkowo mnie do jej lekcji, a także jej osoby, zniechęcało.

Nie byłem jedynym, który twierdził, że nie wierzy i nie chce iść do bierzmowania (a propos bierzmowania i mojego niepójścia - patrz gwiazdka (*). 3 kolegów miało takie samo zdanie. Ale generalnie na żadną lekcję nie byliśmy przygotowani, pracy domowej nie odrabialiśmy, zeszyt miałem "zerokartkowy w okładkę" (samą okładkę), a jak już pisałem na jakiejś kartce w kratkę, to tak, żeby nie dało się odczytać - mieściłem po 4-5 linijek w jednej kratce, twierdząc, że oszczędzam papier. Koledzy mieli podobnie. Zapytani o pracę domową odpowiadaliśmy:
-Nie mam. Ale nie zgłaszam nieprzygotowania, bo chcę dostać jedynkę.

I tak to się toczyło aż do wystawienia ocen. Dwóch kolegów stwierdziło wtedy (nie wiem, czy pod wpływem rodziców, czy sami), że ocena niedostateczna z religii nie będzie wyglądać ładnie na świadectwie składanym do nowej szkoły i poprawili się na 2. Ja i jeden z kolegów - stwierdziliśmy, że mamy to gdzieś i chcemy jedynkę, z której jesteśmy dumni.

Zakończenie jest mało wychowawcze. Koledzy, którzy się poprawiali, mieli na świadectwie 2, a my kreskę, że niby nie chodziliśmy, bo wychowawczyni nie chciała nam psuć świadectwa.

Gwiazdka (*) - Rodzice powiedzieli, żebym poszedł do bierzmowania, więc się zapisałem, ale nie chodziłem na spotkania, a rodzice nie naciskali, stwierdzając, że egzaminy gimnazjalne są ważniejsze i skoro się do nich przygotowuję, to mogę nie chodzić. Z tego też względu około grudnia na religii miał miejsce taki dialog:

[k]: Pepe, chyba skreślę Cię z listy na bierzmowanie, od dwóch miesięcy nie widziałam Cię w kościele.
Ja: To ciekawe, nie byłem już 2 lata.

No i mnie skreśliła, z czego się ucieszyłem.

Gimnazjum

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3 (37)
zarchiwizowany
Dla mnie ta historia była śmieszna, a nie piekielna, gdybym to ja był "ofiarą", to też bym się śmiał, a nie czuł dotknięty, bo mam dystans do siebie, ale bohaterka tej historii owego dystansu nie miała.

Chodziłem do gimnazjum rejonowego typu kołchoz - po 9-10 klas w roczniku, a do tego budynek dzielony z podstawówką, więc o sale było ciężko, czasem lekcje zaczynało się o 13, a kończyło o 18, normą były lekcje w tzw. szczurowni, czyli pomieszczeniach w piwnicach, na wysokości szatni. Szkoła pełna dresów i innej patologii, rotacja nauczycieli spora, bo kto by chciał tam uczyć, jeśli mógł uciec? Woźne co prawda się nie zmieniały, ale za to były mocno niesympatyczne, w sumie nic dziwnego, bo same spotykały się często z chamstwem lub wręcz agresją uczniów.

W drugiej klasie (a może w trzeciej, nie pamiętam)w szkole pojawiła się katechetka. Wcześniej uczyła nas zakonnica. Kobieta pewnie przed 30-stką, krótko obcięta, bardzo niska (nawet teraz jestem kurduplem, w gimnazjum tym bardziej nim byłem, a jednak byłem wyższy od pani katechetki).

Któregoś dnia, gdy czekałem na lekcje w jednej ze "szczurowni", byłem świadkiem takiej sytuacji: Jedna z woźnych stała przy drzwiach na korytarz prowadzący do klas i pilnowała, by nikt nie udał się w drugą stronę, czyli do szatni. Dodatkowo zwracała uwagę, gdy ktoś miał niezmienione buty. Tuż po dzwonku na lekcję przez drzwi próbowała przejść katechetka, której jako nauczycielki obowiązek zmiany obuwia nie dotyczył. Ale została zatrzymana przez warknięcie woźnej (takie w stylu Wayne′a Rooneya kłócącego się z sędzią lub Clinta Eastwooda w takich filmach jak "Brudny Harry" albo "Gran Torino):
-BUTY!!!
Na to katechetka, prawie z płaczem w głosie:
-Ale ja tu uczę.

Ja bym się z tego śmiał i cieszył, że wyglądam na młodszego niż jestem, ale widać katechetka miała inne podejście. Choć może jakiś wpływ na jej reakcję miał też szyderczy śmiech uczniów?

Gimnazjum

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 0 (30)
zarchiwizowany
Przyznam się szczerze, że o wielu piekielnych historii, które nie dotknęły mnie, lecz kogoś innego, zwyczajnie zapomniałem. Jednak od czasu do czasu jakiś impuls mi o nich przypomina. Tym razem impulsem była ta historia: http://piekielni.pl/24360#comments

Druga klasa podstawówki, lekcja religii. Kolega z niewiadomej przyczyny (raczej nie ze strachu) zsikał się w gacie. Reakcja katechetki? Kazała Łukaszowi napisać w zeszycie od religii bodajże 30 razy (nie pamiętam, to było 16 lat temu) "Nie będę sikał w majtki na lekcjach religii."

Podstawówka

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 123 (179)
zarchiwizowany
Kolejna historia z nauczycielką od chemii.

Pani zażyczyła sobie, żeby każdy miał przed sobą kartkę z imieniem i nazwiskiem. Normalne w sumie, bo przecież nas nie znała, a jakoś zwracać się do nas było trzeba. W naszej klasie była dość duża grupa tak zwanych metali. Nie wiem, kto to wymyślił i skąd to wziął, ale się przyjęło - nazywaliśmy ich "hełmofonami", a najbardziej charakterystycznego z nich - "Lord Hełmofon". Na jednej z pierwszych chemii podmieniliśmy koledze karteczkę i zamiast "Wojtek ****" miał na niej "Lord Hełmofon".

Pani prosi kolejne osoby o odpowiedź na jakieś pytanie:
-Może teraz Grzesiek... Grzesiek Iksiński... A teraz może Ania... Ania Igrekowska, a teraz może... może Lord... Lord Hełmofon.

Cała sala w śmiech, kolega czerwony, a pani nie wiedziała, o co chodzi. Podobno w innej klasie ktoś napisał sobie na kartce "Wojciech Jaruzelski" i małymi literami dopisał generał, a pani zwracała się do niego Wojtek, chciał tak na imię nie miał.

Gimnazjum

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1 (35)
zarchiwizowany
Historia raczej zabawna niż piekielna, choć gdyby trafiło na inną nauczycielkę - mógłbym mieć "piekło". Było to 6-7 lat temu na lekcji niemieckiego. Klasę mieliśmy dość zgraną, ale też złośliwą, lubiliśmy sobie robić drobne kawały, o które jednak się nie obrażaliśmy, o ile ktoś nie przesadzał. Jednym ze stałych numerów było dzwonienie do odpowiadającego w danym momencie, by sprawdzić, czy wyciszył telefon. Tym razem odpowiadałem ja, a dzwonił kolega siedzący tuż przede mną, więc doskonale to widziałem. Miałem wyciszony telefon, więc nie przejąłem się. Ale jak dzwonił dalej, po raz trzeci, piąty, dziesiąty, to się już wkurzyłem, bo mi telefon wibrował, obijał się o klucze, ciężko było się skupić na odpowiedzi, więc mówię do kolegi (może mało kulturalnie, ale gdyby nie to, nie byłoby tej historii):

-X, odpie**ol się.
Miało być szeptem, wyszło trochę głośniej i (N)auczycielka usłyszała.

N: Nieładnie Pepe, to jest lekcja niemieckiego, więc jak już musisz się tak odzywać, to po niemiecku. Przetłumacz to, co przed chwilą powiedziałeś.
Ja: X, Verpiss dich.
N: Bardzo ładnie, Pepe stawiam Ci za to szóstkę.

Przez chwilę byłem w szoku. To była chyba najprzyjemniej zdobyta szóstka w czasie całej mojej edukacji.

Liceum

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 273 (303)
zarchiwizowany
Historia śmieszna, a nie piekielna.

Sporo już lat temu, bo chyba 6, byłem na obozie tenisowym. Byłem jedynym pełnoletnim uczestnikiem (było jeszcze 2 moich rówieśników, ale brakowało im kilku miesięcy), ale zdecydowanie nie wyglądałem na 18 lat (w sumie jak się ogolę, to nadal mnie o dowód proszą). A sam się nie przyznawałem do posiadania dowodu - ja pojechałem tam trenować, a nie pić, a wolałem uniknąć nagabywania młodszych kolegów w sprawie alkoholu czy (zwłaszcza) fajek. Rok wcześniej byliśmy tam w podobnym składzie i wiadomo było, że panie w sklepie stanowczo domagają się dowodu osobistego przy kupnie alkoholu lub papierosów. Dlatego też, gdy poszliśmy do sklepu, imprezowe towarzystwo stwierdziło, że trzeba poprosić jakiegoś "pana spod sklepu".

Kolega: Mógłby nam pan kupić jakieś tanie wino.
Menelik: Byłem przed chwilą, nie ma tanich win, są tylko takie za 5,20 za litr.

Uśmiałem się strasznie.

Żul spod sklepu

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 7 (39)