Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Daro7777

Zamieszcza historie od: 17 lipca 2016 - 18:48
Ostatnio: 26 listopada 2021 - 6:12
  • Historii na głównej: 6 z 6
  • Punktów za historie: 992
  • Komentarzy: 288
  • Punktów za komentarze: 2415
 

#88515

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w sklepie z różnościami, w którym zakupić można również zabawki. Ostatnio jedna z pracownic zwróciła moją uwagę na pewne małżeństwo z dwójką dzieci około 6-7 lat, które dosyć często zagląda do nas na zakupy. Spędzają średnio dwie godziny, po których sklep wygląda, jakby przeszło przez niego tornado.

Niedawno mamusia wzięła jakieś produkty i w okolicach kasy wrzuciła na półkę z całkiem innymi rzeczami stwierdzając, że jednak tego nie bierze. Na co dzieciak zaoponował zdaniem: "mamo, ale przecież tutaj tego nie wolno wrzucać!". Czyli jednak jest dla nich jeszcze szansa.

Notorycznie też dzieci brały zabawki i bawiły się nimi na sklepie. Głównie były to duże ciężarówki do piaskownicy w cenie 140 zł.
Dzieciaki siadały na nie i jeździły po alejkach sklepowych.

Parę dni temu sprzątam dział z zabawkami i słyszę szuranie ciężarówek po panelach sklepowych. Zaglądam, a tam oczywiście dzieciaczki radośnie sobie jeżdżą, a tatuś z rękami na biodrach z uśmiechem i dumą na nie patrzy. Serio! Ten cymbał był autentycznie dumny ze swoich dzieciaków.

Łagodnie, naprawdę bardzo łagodnie, poprosiłem żeby dzieci zeszły, ponieważ chcemy te ciężarówki sprzedać, i że nie nadają się one do siadania na nich.
Na co tatuś posmutniał i do dzieci: "zejdźcie bo pan krzyczy". Szanowna małżonka natomiast z fochem w głosie stwierdziła: "idziemy z tego sklepu"! Poszli ładnie do kasy, zapłacili za parę bibelotów i więcej ich nie widziałem.
A taki premium Klient był.

Za parę miesięcy święta. Czuję, że będzie się działo :)

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (178)

#88221

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia jeszcze bez zakończenia, a mnie już gotuje w środku.

Wystawiłem żony zegarek. Sportowy (do biegania, tudzież innych sportowych dyscyplin). Cena niemała, ale konkurencyjna. Wyceniliśmy go na około 1/3 wartości zakupu.

Wszystko ładnie opisane, obfotografowane. Od razu rozpoczął się ruch w interesie.

Pierwsza pisze pani: chce go na 100%, ale właśnie idzie do pracy i przelew zrobi wieczorem.
Odpisuję: ok, nie ma problemu. Podam dane żony bo to jej własność.
Pani: o to ja mam do żony kilka pytań.

W międzyczasie dwa pytania czy przedmiot jest dostępny. Odpowiadam, że zarezerwowany do wieczora. Klienci rezygnują.

Przekierowałem, żona odpowiedziała wszystko gra. Czekamy na wieczór.

Godzina 22:00 pisze kolejna zainteresowana osoba. Więc zapytuję panią "Na 100% biorę", czy finalizujemy sprzedaż. Odczytała, cisza. Do dzisiaj.

Rano kolejne oferty kupna.
Tym razem pan z mojego miasta.
"Bierę na 100 %. Gdzie podjechać?".
Przekierowuję do żony, gość dzwoni. Pierwsze pytanie: ile spuścimy?
Wreszcie dogadują się, pan uprzejmie mówi, że jak się będzie do nas zbliżał, zadzwoni.

W międzyczasie znów dwa zapytania i znowu odpisuję, że rezerwacja. A od kontrahenta cisza w eterze.

Mija parę godzin, wysyłam zapytanie, kiedy możemy się pana szanownego spodziewać, bo fajnie byłoby coś zaplanować. Gość odpisuje: jednak rezygnuję.

Oczywiście napisałem do kolejnego, ale na razie cisza.

Zastanawiam się, czy naprawdę tak ciężko odpisać. Sami introwertycy?

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (149)

#87466

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zapewne wiecie, od 30 listopada mamy otwarte sklepy dla klientów, ale na pewnych zasadach. Jedną z nich jest ograniczona liczba kupujących.

Pracuję w wielkopowierzchniowym sklepie z artykułami świątecznymi, pakunkowymi, zabawkami itp. Jak zapewne się domyślacie, na brak klientów nie musimy teraz narzekać.
Na nasz sklep limit klientów wynosi powiedzmy 50 osób.
Tyle mamy koszyków na zakupy, które stoją przy wejściu na specjalnym stojaku. Na stojaku tym, w strefie wejścia, wiszą informacje o tym, że każdy Klient musi zabrać koszyk oraz o limicie wchodzących.

Jednak większość nas odwiedzających notorycznie ignoruje nakaz wejścia na sklep z koszykiem, a także nasze prośby. Doszło do tego, że przez większość część czasu, przy wejściu musi stać jedna osoba z personelu aby upominała Klientów o zasadzie. Jest to oczywiście kosztem pracy na sklepie, gdyż stojąc przy wejściu, nie ma nas na sali sprzedaży, gdzie moglibyśmy poprawiać ułożenie asortymentu, dokładać towar, pomagać Klientom, pilnować złodziei itd.

To jeszcze nie największa piekielność.
Podobne ograniczenia i rozwiązania z koszykami są w innych sklepach. Jednak niemal każdy, kto wychodzi na sklep z osobą albo osobami towarzyszącymi oponują albo wręcz reagują agresją, że oni przyszli razem.
I co z tego?!? Nie mamy limitu rodzin tylko limit klientów. Jeśli wychodzisz do sklepu z żoną lub mężem to jest Was dwoje, a więc musicie zabrać dwa koszyki. To wiedza na poziomie pierwszej klasy szkoły podstawowej.

Miałem przypadek gdzie klient wszedł z synem około 8 lat. Proszę go aby dobrał koszyk, bo każdy musi mieć, a ten do mnie "no przecież jestem sam". Trzymając syna za rękę.
Nie zliczę ilu było buców (bo inaczej ich nazwać nie można), którzy nas ignorowali albo wyzywali. Bywały ucieczki na sklep, żeby tylko nie wziąć koszyka. Parodia. Dorośli ludzie.
Jedna kobieta, po tym jak jej wytłumaczyłem, czemu musi mieć koszyk, stwierdziła "popier**ne zasady". Możliwe, ale nie my je ustalamy. Dostaliśmy takie wytyczne z firmy, a jeśli będę miał kontrolę z Sanepidu, która wykaże przekroczone limity, karę administracyjną otrzyma osoba zarządzająca zmianą.

I proszę, nie piszcie tekstów typu: "jak się nie podoba, zmień pracę". Mam taką, jaką mam. Bardzo ją lubię, tak jak i kontakt z normalnymi klientami. Ale to, że pracuję w takiej branży nie oznacza, że muszę tolerować takie zachowania.

Pozostaje mi mieć nadzieję, że może ta historia uświadomi chociaż parę osób i będzie trochę spokojniej.

Sklepy święta pandemiczna rzeczywistość

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (194)

#79160

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w sklepie odzieżowym, mającym w swojej ofercie też artykuły do domu, zabawki, słodycze etc.

Piekielne sytuacje są powodowane głównie przez klientów, którzy nagminnie śmiecą, brudzą i niszczą towar.

1) Zostawienie po sobie "pamiątek". Ulotki, stare paragony, skórki po owocach, brudne chusteczki higieniczne, podpaski upchane w kosze z towarem to norma. Hitem było znalezienie przez nas zamkniętego kubka termicznego z melisą w koszu z majtkami. Ok. Zdajemy sobie sprawę, że to raczej zapomniany fant, pozostawiony przez pomyłkę. Albo ktoś dba o nasze nerwy.

2) Gumy do żucia. Na panelach, w przymierzalni, na meblach, pod meblami. No i oczywiście w koszach z towarem. Na części sklepu mamy wykładzinę. Nagminnie znajdujemy wdeptane gumy, które oczywiście już nie mamy szans wyczyścić.

3) Przymierzanie towaru. Pod przymierzalnią jest metalowa rama z informacją, aby tam odkładać ubrania. Notorycznie ludzie zostawiają naręcza ubrań w przymierzalni, zwinięte w kulkę na taborecie lub leżące na ziemi. Bez wieszaków, wywrócone na lewą stronę, czasami pobrudzone podkładem do twarzy albo jakąś trudną do zidentyfikowania substancją.

Nie dość, że niszczy to odzież, ale też powoduje, że klienci nie chcą wchodzić do przymierzalni, gdyż zastanawiają się, czy to ktoś zostawił i „na chwilę” wyszedł po inny rozmiar. A nam dodaje dodatkowej pracy, gdyż musimy wszystko poodwracać, rozplątać (bardzo często poplątane jest z wieszakami i innymi częściami odzieży) i odwiesić na swoje miejsce.

4) Otwieranie opakowań. Coś, co najbardziej nas denerwuje. I czego naprawdę nie zrozumiem nigdy. Rozrywanie opakowań, żeby pomacać, co jest w środku. Pościeli, rajstop, pudełek z perfumami, świeczek i z reguły wszystkiego, co ma jakiekolwiek opakowanie. Żeby to jeszcze było otwieranie. Opakowania są perfidnie rozrywane, towar wyjęty i pozostawiony rozpakowany, narażony na zniszczenie albo już zniszczony.

Kiedyś mieliśmy rajstopy marki Gatta w bardzo ładnych kartonowych kopertach z przezroczystym okienkiem, przez które widać kolor. Były notorycznie rozrywane, wyciągane na siłę kawałek przez naddarte miejsce i już tak zostawione.

Oczywiście do kasy klienci biorą nowiutkie i nieotwarte. Ciężko było przyłapać kogokolwiek, gdyż każdy klient robił to w momencie, jak nie patrzyliśmy. Dostaliśmy polecenie od centrali aby oznaczyć mebel ekspozytorami z prośbą o nieotwieranie opakowań i oczywiście klientki miały to w nosie.

Przyłapałem raz jedną dziewczynę jak otwierała nowe rajstopy (przypomnę: już kilka opakowań jest otwartych i podniszczonych) i poprosiłem stanowczo aby tego nie robiła. Odpowiedź: „Aaaa nie można? Nie wiedziałam”.

Innym razem mieliśmy pościel na promocji w foliowych przezroczystych torbach na zatrzaski. Jedna klientka nawet się nie chowając zaczęła otwierać je przez rozdarcie opakowania na szwie. Zanim do niej dobiegłem, załatwiła tak trzy.
Naprawdę ciężko jest coś takiego potem sprzedać.

5) Używanie produktów, nie kupując ich. No tutaj cała gama buractwa. Od używania perfum, przez zjadanie słodyczy itd. Jednak mam na myśli jeszcze jedną sytuację. Dzieci puszczone samopas i niepilnowane łapią za zabawki i się nimi bawią. Wiadomo: ciężko się czymś bawić, jak jest w blistrze albo innym opakowaniu. Więc rozrywają opakowania. Rodzice swoje, dzieci swoje. Albo po prostu niszczą, bo kładą na brudną podłogę czy łamią daną zabawkę.

Oczywiście żadna mama czy tatuś nie poczuwa się aby za to zapłacić. Rośnie nam więc kolejna fala ludzi, którzy nie szanują czyjejś własności. Piekielne jest też to, że musimy też uważać, jak zwracamy uwagę takim klientom, gdyż mogą złożyć na nas skargę. Nie spowodują naszego zwolnienia, ale mogą nam lekko nabruździć.

Praca w sklepie nie jest łatwa ale nie utrudniajmy jej sobie. Pozdrawiam wszystkich miłych i życzliwych klientów. Tych na szczęście też nie brakuje. Jeszcze.

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (154)

#75476

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, o której chcę wspomnieć zaczęła się kilka dni temu, kiedy to portal informacyjny TOPR (Tatrzańskie Ochotnicze Pogotowie Ratunkowe) podał informację o zaginięciu gdzieś w Tatrach biegacza. Wyszedł na trening biegowy i nie zgłosił się w schronisku, a w dniu tym doszło do drastycznego załamania pogody.

Informacja została powielona przez wszystkie popularne serwisy informacyjne kraju, jak: interia.pl, gazeta.pl, onet.pl etc.
W komentarzach na tych portalach od razu zaczęła się nagonka na gościa. Pojawiały się wpisy typu: "Po co go szukać, skoro nie dzwonił z prośbą o pomoc", "Kto za to zapłaci?", "Na co to komu i po co to komu?", "Po co biegać w górach?", "Ma na co zasłużył" itd., itd.

O ile tego typu wpisy na takich portalach mnie już nie dziwią (dawno już zauważyłem, że poziom opinii jest tam drastycznie niski, a komentujący są anonimowi, co tylko zwiększa ilość "hejtu"), o tyle zaszokowała mnie ilość ataków i oceniania zaginionego w komentarzach na fanpejdżu TOPR-u. Tam większość komentujących nie jest już anonimowa (poza paroma przypadkami fałszywych kont).

Ponadto TOPR uzyskał zgodę na upublicznienie zaginionego i wstawił zdjęcie biegacza z jakiegoś treningu w górach w spodenkach i krótkiej koszulce. Spowodowało to kilkadziesiąt komentarzy na temat jego głupoty, że wybrał się w góry w takim stroju, pomimo iż to było przykładowe zdjęcie. Ponadto komentujący, którzy nigdy nie biegali nie zdają sobie sprawy, że na treningi biegowe nie wychodzi się w "puchówce" i ciężkich buciorach trekkingowych.

Poziom "hejtu" był tak wysoki, że na stronie TOPR pojawił się oficjalny komunikat, aby nie oceniać i nie obrażać osób zaginionych, a wszystkie negatywne i obraźliwe komentarze zostały usunięte.

Przykre jest to, że w chwili tragedii ludzie reagują w taki sposób. Mi osobiście jest cholernie przykro i współczuję rodzinie oraz jego przyjaciołom, którzy go szukają (na tę chwilę mija trzeci dzień poszukiwań). Mężczyzna jest doświadczonym biegaczem górskim, nic tak naprawdę nie wiemy o okolicznościach zaginięcia, a kilkudziesięciu "znawców" musiało dodać swoje trzy grosze.
Zastanawia mnie czemu jest tak mało empatii w ludziach?

Internety

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 287 (339)

#74689

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu wybrałem się ze swoją narzeczoną do pewnego europejskiego punktu ze sprzętem RTV i AGD w miasteczku przy wschodniej granicy, w celu zakupu na raty.
Była to jedna z pierwszych sytuacji, gdzie chcieliśmy coś kupić w tym systemie.

Sprzęt wybrany. Kierujemy się do kasy, siadamy, raty wybrane (przy okazji wmówił nam, że ubezpieczenie w ratach to obowiązek), sprzedawca wprowadza dane do systemu bankowego i wysyła zapytanie kredytowe. Niestety odpowiedź odmowna. Sprzedawca odwraca się do mnie i stwierdza:
- To piszemy na pana!

Ja na siebie nie mogę wziąć kredytu, gdyż pracuję w nowym miejscu niecałe dwa miesiące, a każdy bank wymaga umowy o pracę trwającą minimum trzy miesiące. Pan stwierdza, że wyśle zapytanie do innego banku.
Decyzja kredytowa się przedłuża i to znacząco. Siedzimy już około 30 minut, więc sprzedawca sam proponuje, że zadzwoni do nas jak będzie miał odpowiedź.

Jakieś 20 minut później: decyzja pozytywna, pan zaprasza do sklepu. Akurat już nie mogliśmy wrócić, więc przez telefon, umówiliśmy się, że wrócimy za 2 dni (po drodze wyjazd do innego miasta). Cały czas nie dawało mi spokoju to obowiązkowe ubezpieczenie.

Zadzwoniliśmy do Punktu Obsługi Klienta i dowiedzieliśmy się, że oczywiście nic takiego nie ma miejsca i ubezpieczenie jest dobrowolne. Ponadto okazało się również, że raty 0% (których rzekomo nie było na sprzęt, który wybraliśmy) są w ofercie. Moja narzeczona, tknięta przeczuciem, zapytała czy pan ma możliwość sprawdzenia statusu zapytania kredytowego. I tutaj pełne zaskoczenie: konsultant z obsługi faktycznie potwierdził pozytywny wniosek, ALE: okazało się, że nasz sprzedawca znacząco powiększył dochód narzeczonej, zmienił miejsce pracy (z sektora prywatnego na służby mundurowe) i przedłużył czas trwania umowy.

Wyjaśnię, że kredyty do 10 000 zł są brane na OŚWIADCZENIE, czyli Klient oświadcza jakie posiada zarobki i gdzie oraz jak długo pracuje, a bank może ale nie musi to zweryfikować.

Oczywiście narzeczona próbowała skonfrontować się ze sprzedawcą, który nas oszukał, niestety nie zastała go. Sprawa zgłoszona została do kierownika, który jednak średnio się tym przejął, tłumacząc, że zapewne jakieś nieporozumienie.

Napisaliśmy skargę do centrali. Po jakimś czasie przyszła odpowiedź, że zapewne sprzedawca się pomylił, że został pouczony i, że przepraszają.
W międzyczasie zakupiliśmy ten sam sprzęt w tej samej firmie ale w mieście oddalonym o 30 km, do którego musieliśmy się specjalnie pofatygować, gdyż tylko on był (inny nie wchodził w grę). Dostaliśmy raty 0%, bez ubezpieczenia.

Parę lat później poznaliśmy osobę, która pracowała w feralnym sklepie. Znała tego pana i stwierdziła krótko, że to u niego normalne. Było już wiele skarg na niego ale jest "kryty" przez kierownictwo, gdyż jest najlepszym sprzedawcą z wieloletnim stażem, który wyrabia normy sprzedażowe większe niż inni sprzedawcy.

Od tamtej pory omijamy ten sklep szerokim łukiem.

RTV AGD

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 182 (204)

1