Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Daro7777

Zamieszcza historie od: 17 lipca 2016 - 18:48
Ostatnio: 28 grudnia 2025 - 23:12
  • Historii na głównej: 17 z 17
  • Punktów za historie: 2095
  • Komentarzy: 459
  • Punktów za komentarze: 3680
 

#74542

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do poprzedniej mojej historii ale było by trochę za długo, więc będzie jako osobna historia i jednocześnie jako ostrzeżenie żeby zawsze przed wyjściem z domu wyłączać sprzęt elektroniczny.

Przywiózł mi kiedyś znajomy swojego laptopa do naprawy. Jak zobaczyłem co wyciąga z reklamówki to aż w pierwszej chwili odebrało mi mowę. Komputer wyglądał jakby uczestniczył w pożarze. Obudowa dolna i górna potopiona totalnie, zaczynała już powoli spływać, to samo z klawiaturą, a same klawisze stopiły się w małe kuleczki plastiku.

Kiedy w końcu wyszedłem ze stanu szoku i zapytałem co się stało i czy wszyscy w domu cali odpowiedział, że nie wie jak do tego doszło i żadnego pożaru nie było, po prostu wyszli z domu w niedzielę zostawiając komputer włączony a jak wrócili to w pokoju unosił się dym a sam komputer był w takim właśnie stanie, poprosił aby spróbować to coś reanimować a w najgorszym przypadku odzyskać dane z dysku twardego.

Po rozebraniu, a ciężko było rozebrać tak potopiony komputer gdzie plastiki pozlewały się ze sobą, wiedziałem już jak do tego nieszczęścia doszło. Zostawili komputer włączony, wyłączone były tryby oszczędzania energii w postaci uśpienia czy hibernacji i komputer sobie wesoło mielił powietrze. W pewnym momencie wentylator powiedział, że ma dość mielenia powietrza i zatarł się.

Temperatura na procesorze zaczęła powoli rosnąć a z nieobracającym się wiatrakiem szybko osiągnęła poziom krytyczny (dla tego modelu procesora). Przy temperaturze tej powinno dojść do awaryjnego wyłączenia sprzętu, jednak tak się nie stało i komputer pracował dalej. Najprawdopodobniej zawiódł czujnik temperatury. W końcu osiągnął tak wysoką temperaturę, że plastiki zaczęły się topić, wręcz dosłownie upłynniać, nie wiele mu już pewnie brakowało do temperatury zapłonu tworzywa. Przed pożarem domu uratował ludzi kondensator umieszczony niedaleko procesora, nie wytrzymał temperatury i dostał zwarcia. Tym razem zadziałały zabezpieczenia przeciwzwarciowe i komputer szczęśliwie się wyłączył, ale aż strach pomyśleć co by było gdyby nie dostał zwarcia.

Główną przyczyną było niedbalstwo właścicieli, wiedzieli że z wiatrakiem jest nieciekawie bo przy kręceniu się "wył" okrutnie i nic z tym nie zrobili aż w końcu się zatarł, pech chciał, że akurat jak ich w domu nie było. Dostali lekcję życia i od tamtej pory nikt nie zostawia włączonego sprzętu jak wychodzą z domu

serwis

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (203)

#31682

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Siedzę sobie w Rzeszowie na PKP w pociągu czekając na odjazd...
Przechodzi gość - młody, dobrze ubrany - kładzie mi na ławce naprzeciw długopis z karteczką... i idzie dalej. Ja zdziwiony czytam - "Daję ci długopis za 9 PLN w prezencie. Jestem głuchoniemy. Jeśli chcesz pomóc - wspomóż mnie" + długopis za 50 gr hurtem.

Trochę się wkurzyłem - znam 2 głuchonieme osoby - jeden jest informatykiem, druga pracuje w księgowości. Fakt - mają trochę problemów z komunikacją - ale nie traktują tego jako jakiś praco-stoper ani nie uważają się za osoby pokrzywdzone/niezdolne do samodzielnej egzystencji. Taki los. Radzą sobie jak mogą, pracują - zarabiają - jakoś im to idzie i nie próbują wyciągnąć pieniędzy od innych.

Ale szlag mnie trafił chwile później - gość przeszedł z powrotem - zabrał długopis - i wysiadł. I w tym momencie słyszę:
- Ku..a, tylko dychę mam... No ja pier...

Patrzę przez okno - głuchoniemy ozdrowiał i gada z jakimś innym gościem.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 572 (640)

#91882

przez ~Speedy76 ·
| Do ulubionych
Trzy lata temu postanowiłam definitywnie zakończyć fatalne małżeństwo. Były mąż był wojskowym, mieszkaliśmy w jego służbowym mieszkaniu, polityka była taka że oszczędzamy każdy grosz, żeby po przejściu na emeryturę kupić mieszkanie albo dom za gotówkę.

Obydwoje pracowaliśmy, jednak nigdy nie mieliśmy wspólnego konta, wymusił żeby wszystkie pieniądze były na jego kontach. Odeszłam bo już bardzo źle działo się z jego głową, czułam się zagrożona i bałam się o córkę. Wynajęłam mieszkanie, kosztuje mnie to połowę pensji.

Po naszym odejściu wyrzucili go też z wojska, psycholog go negatywnie zaopiniował. Skontaktował się ze mną z prośbą o złożenie podpisu pod wnioskiem o odprawę mieszkaniową obiecując że odda mi część "za mnie". Zgodziłam się, bo zostałam w wieku 46 lat bez niczego. Obietnicy nie dotrzymał.

Po półtora roku kiedy było już blisko sprawy rozwodowej, ponowił propozycję abym zgodziła się na porozumienie na jego warunkach (alimenty i prawa). Ponownie się zgodziłam, ponownie nie dotrzymał.

Cóż...

Obecnie jest mu założona sprawa o eksmisję z lokalu służbowego bo się nie wyprowadził w ciągu 30 dni od otrzymania odprawy (termin minął dwa lata temu). Pieniądze z odprawy wydał w ciągu tych dwóch lat, nie ma nic poza emeryturą, nie stać go na kupno mieszkania, nawet na wynajem go nie stać w tym mieście.
Ja już po rozwodzie nie mam obowiązku go przyjąć pod dach.
Ponadto przy eksmisji z lokalu służbowego nie obowiązuje ochrona lokatora więc idzie na bruk.

Karma jednak szybko wraca.

mąż pieniądze

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 153 (179)

#91407

przez ~Opiekunkapiastunka ·
| Do ulubionych
Na grupie osiedlowej pojawiło się ogłoszenie o poszukiwaniu niani dla 2 dzieci w wieku 2 i 4 lat.

Co w tym piekielnego? Zakres obowiązków i stawka - poniżej najniższej krajowej, szalone 12 zł/h.

W zakresie obowiązków pojawiło się:
- zabawa z dziećmi (normalne)
- nakarmienie dzieci (normalne)
-sprzątanie po zakończonej zabawie (tu już pół na pół, dlaczego niania ma np. sprzątać zabawki, które do zabawy przyniosło dziecko?)
- przygotowywanie gier edukacyjnych (to już chyba raczej rola rodzica, aby je zapewnić, a niania może je wykorzystać)
- sprzątanie mieszkania (niania to już też sprzątaczka?)
- gotowanie obiadu dzieciom (i kucharka?)
- dbanie o dobrostan psychiczny dzieci (cokolwiek to znaczy)
- zabieranie dzieci na plac zabaw przy ul. XXX, bo jest ulubionym placem dzieci (plac oddalony od naszej ulicy o ok. 3 km)
- dostępność w godzinach 8-18 oraz na żądanie
- okazyjne zawiezienie dzieci do babci do sąsiedniej miejscowości, najlepiej samochodem.

Pani, która opublikowała ogłoszenie słusznie dostała reakcje HAHA albo trzymaj się. Zaczęła się jednak bronić, że ona nie wymaga żadnego doświadczenia w pracy z dziećmi, więc może to być też praca dla nastolatki. Ona pozwoli nabrać takim osobom doświadczenia, więc uważa stawkę za zasadną. Admin post usunął ze względu na regulamin grupy osiedlowej (zakaz ofert kupna/sprzedaży etc), na co Pani dodała kolejnego posta, że... osoby z osiedla są niepoważne i usuwają jej posty.


A czy wy skusilibyście się na taką ofertę?

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 108 (120)

#90892

przez ~los ·
| Do ulubionych
To ja też z cyklu Bareja wiecznie żywy, inaczej absurdy PKP.

Pojechałam z dziatwą, sztuk dwie, do kuzynki. Choć trasa nie za długa, brak bezpośredniego połączenia. Przesiadka na węźle kolejowym, 45 min czekania.

Dworzec widać, że niedawno remontowany, ładny, nie powiem. Jest automat z kawką, z przekąskami, jest prawdziwa gratka dla najmłodszych, konkretnie kącik zabawowy. No, no, niezły wypas jak na PKP. Kącik znajdował się za szkłem, podejrzewam dźwiękoszczelnym. Drzwi okazują się zamknięte na klucz, szukam więc jakiegoś pracownika, co by zagadać, jak się do kącika dostać. Kasy zamknięte, ale dostrzegam pana ochroniarza. Wywiązuje się taki o to dialog, którego jak sądzą mistrz Bareja by się nie powstydził.

- Dzień dobry, czy mogę dostać od pana kluczyk do kącika dla dzieci?
- Ode mnie? Nieeeee...
- A wie pan, gdzie go dostanę?
- No w kasie.
- Ale kasy są zamknięte.
- Wiem.
- ...?
- No zamknięte, bo teraz to wszyscy w internecie, te, no bilety kupują albo tu o automat stoi, a i u konduktora pani kupi, bo stacja bez kas, to bez tej, no, opłaty konduktorskiej, nie? To po co tu człowieka trzymać? Pozwalniali, pani.
- Ok... czyli teraz, skoro kasy są zamknięte, to gdzie dostanę ten kluczyk?
- No w kasie... To znaczy jakby była otwarta to tam.
- A to te kasy jednak są czasem otwarte?
- Nie.

Chciałam już odejść zrezygnowana, ale pan chyba nie dokończył myśli.

- Wie pani, my to tu na ochronie chcieliśmy ten kluczyk tu mieć o, ze sobą. Ale tu o kierownik powiedział, że nie, bo to duża odpowiedzialność duża i nie powierzą nam. O, kluczyka nie powierzą, ale postawić takiego dziadka na ochronę samego na dworzec, gdzie tu ciągle po nocy pijaki się zbierają, a to już nie ryzyko i nie odpowiedzialność. Otworzyć, nie otworzą, żeby otwarty był, bo tam kto poniszczy. Ja pani powiem, że tam to się chyba jeszcze żadne dziecko nie bawiło. A telefon z tymi, no, guglami pani ma? To pani sobie wygugluje Paweł X i Marcin Z. Jeden to jest, wie pani, urzędnik tu u nas w urzędzie. A drugi, to jest proszę pani, właścicielem firmy co tu ten niby kącik tam stawiała i wyposażała. Pani sobie wygugluje i jak pani poczyta, to pani będzie wiedziała, że to to tak wcale bez sensu nie było. Dla tych panów miało sens, bo wie pani ile na to poszło? Pół miliona, pani.

Czyli u nas bez zmian.

pkp

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (174)

#69023

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W piątek rozpoczęłam kolejny cykl chemioterapii. W skrócie wygląda to tak, że w umówionym terminie śmigam do szpitala, robię badanie krwi i jeśli wyniki są ok, to aplikują mi paskudztwo (tzw. wlew). Niestety zajmuje to trochę czasu, niekiedy trzeba też w poczekalni odstać swoje, więc zawsze biorę książkę albo tablet by umilić sobie oczekiwanie. Obecnie znów namiętnie oglądam Star Trek'a, więc po wszelakich niezbędnych badaniach i stwierdzeniu lekarki, że mogę przyjąć chemię siedziałam w poczekalni i oglądałam kolejny odcinek.

W pewnym momencie usiadła koło mnie jakaś pani i co chwilę zerkała mi na ekran. Po chwili zagadała do mnie mówiąc, że ona też oglądała ST jak była nastolatką i że kochała się w Leonardzie McCoy'u. Zaczęłyśmy rozmawiać o serialu i całkiem miło mijał nam czas.

Nagle moja rozmówczyni zapytała, czy pożyczę jej tablet, proponując, że wymienimy się numerami telefonów i adresami i jak już będzie po wlewie, to jej mąż przywiezie mi go do domu. Odpowiedziałam, że mi przykro, ale nie mogę go jej pożyczyć, bo będę go potrzebować przez cały dzień i że nie mam w zwyczaju pożyczać swoich rzeczy obcym osobom.

Spodziewałam się zrozumienia mojej decyzji, jednak babka wybuchła złością i z prędkością karabinu wyrzuciła z siebie monolog o tym, że ona przyjmuje chemię, jest chora, umierająca, a ludziom w jej stanie powinno się ułatwiać ostatnie dni na tej planecie. I że ja mam to szczęście, że nie wiem jak to jest mieć raka, że jestem młoda i całe życie przede mną, a ona ma 40 lat i ją rak zabija, chociaż ona sobie na to nie zasłużyła, że ktoś inny powinien cierpieć zamiast niej, że to nie fair, że ma dzieci, ma męża, a ja jestem nieczuła i nawet nie chcę jej głupiej zabawki pożyczyć. Zapytała jak ja w ogóle śmiałam tak ją potraktować skoro widziałam w jakim ona jest stanie.

Zaskoczył mnie ten wybuch, ale spokojnie odpowiedziałam, że życzę jej powrotu do zdrowia i że w kwestii pożyczki zdania nie zmienię. Więc siedziałyśmy sobie dalej, tym razem już w ciszy - ja oglądająca serial, ona obrażona.

Po jakimś czasie nadeszła wyczekiwana przeze mnie chwila - zostałam zaproszona na party hard, czyli dawanie sobie w żyłę.
Babsztylowi jak usłyszał, że wzywają mnie na wlew, prawie oczy wypadły z oczodołów:
- A to pani też ma raka? Ja myślałam, że pani tu na kogoś czeka.

Co odpowiedziałam?
- Nie. Mam zaj*biste życie, ale lubię tu przychodzić by się tym ponapawać.


Wiem, że ludzie chorzy (nie tylko na raka, na wszelakie inne choroby też) są osłabieni psychicznie, nie godzą się z tym, co ich spotkało, czują się pokrzywdzeni. I mają prawo się tak czuć. Ale nie mają prawa uważać, że "ja jestem chory/a, więc wszystko mi się należy". Niestety w szpitalach, poczekalniach, przychodniach zbyt wiele razy słyszę "ale ja jestem chory, ja umieram, więc musisz... w ogóle mnie nie szanujesz".

S. King napisał, że przez choroby zmieniamy się w potwory. Miał rację, skubany...

poczekalnia słuzba_zdrowia

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 548 (592)

#88825

przez ~Gerwazy ·
| Do ulubionych
Święta idą! Zaczyna się żebranina, ale nie o złotówkę czy dwie, ale o coś grubszego.

Dzwoni do mnie kuzynka. Hmm, ciekawe skąd ma numer?
- Cześć Gerwazy, dawno nie rozmawialiśmy.
- No, dawno, chyba od czasów kiedy się obraziłaś na mnie, że czterech biletów na samolot nie chcę ci kupić abyście u nas sobie lato przesiedzieli - strzelam na chybił trafił.
- Ach, po co to przypominasz, a ja do ciebie po chrześcijańsku dzwonię. Pamiętasz, że prawie jesteś chrzestnym mojego syna?
- Nie prawie, ale w ogóle. Przecież wiesz, według mnie kościół katolicki należy zaliczyć do organizacji przestępczych, przywódców osądzić i powiesić.
- No dobrze, ale święta idą. Mój syn chciałby mieć PS5, takiego jak ma twój syn.
- Ale wiesz, że mój syn całe wakacje pracował i go sobie kupił za własne pieniądze?
- Ale u was za granicą to wszystko łatwiej!!!
- No, nie sądzę, że jest łatwiej kraść, bo podobno na sprawę jakąś czekacie?
- Kto ci to powiedział??? A ja chciałam się pogodzić z tobą!!! NIGDY JUŻ NIE ODEZWĘ SIĘ DO CIEBIE!!! Tut-tut-tut-tut-tut.

Jak myślicie, dotrzyma słowa?

Zagranica

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (189)
zarchiwizowany

#86007

przez Konto usunięte ·
| było | Do ulubionych
W związku z moją ostatnią historią #85987 i dość napastliwym komentarzem użytkownika Euferyt postanowiłam wyjaśnić kilka kwestii, ponieważ z odpowiedzi na jego pytania w komentarzu wyjdzie cały elaborat.

1) Na dyżurze najczęściej są dwie salowe, pracujące w systemie 12 godzinnym. Ich obowiązkiem jest nie tylko przygotowywanie posiłków ( przygotowują tylko śniadania i kolacje - obiady są zamawiane). Panie zajmują się również pralnią i innymi pomniejszymi obowiązkami. Nie zmuszają nikogo do zbierania śmieci i nie wysługują się nikim. Zwykle po zakończeniu mszy, która jest odprawiana o 15:00, któraś z pań pytała "Beatko czy mogłabym poprosić o zebranie śmieci?". Żadnych rozkazów czy zmuszania, nic na siłę.

2) Nie mam kija gdzie plecy kończą swą szanowną nazwę. Sytuacja, w której Beatka słownie poniżała odpracowującą rozgrywała się na moich oczach. Było to świeżo po zwiezieniu brudnych naczyń w porze kolacji. Dziewczyna, która miała umyć naczynia, wyparzyć je i odłożyć na specjalny wózek, została obwarczana, że na pewno nie będzie umiała tego zrobić i ma się trzymać od zmywalni z daleka, bo jest tępą tapeciarą (!). Ze mną Beatka nie zaczyna, bo wie, że nie wygra - raz, że nie daję się sprowokować, dwa, olewam jej dziamgolenia.

3) Beatka nosi swoją torebkę niemalże 24/7 przy sobie. Tamtego dnia odstawiła ją na chwilę w kąciku telewizyjnym i poszła do toalety. Po powrocie zrobiła regularną jazdę, że któraś z odpracowujących dziewczyn zwinęła jej dowód. Gdy dowód znalazł się zawinięty w podszewkę torby, oskarżana nie usłyszała nawet głupiego "przepraszam". Poza tym, na prace społeczne ludzie trafiają czasem za totalne głupoty - niezapłacona grzywna za jakieś drobne wykroczenie, etc, więc to nie jest tak, że są tu same zakapiorki.

4) Byłam tego świadkiem. Jedna z pań salowych zażartowała, że przełoży Beatkę przez kolano za jakieś tam pyskowanie, a kilka dni później Beatka rozpowiadała, że salowa groziła jej że jej da oklep.

5) Słyszałam na własne uszy jak Beata mówi o niektórych pensjonariuszach za ich plecami i bezpośrednio do nich. Niedawno pyskowała też starszemu panu, mężowi jednej z pensjonariuszek.

Ta kobieta ma 45 lat, a zachowuje się jak dziecko w przedszkolu, jest chronicznie zazdrosna o innych. Nie wiem, może czuje się pokrzywdzona przez los z racji swojej niepełnosprawności - w dzieciństwie miała pewien wypadek.

Ostatnio ( wczoraj i dzisiaj) po prostu zaczęła nas wszystkich unikać - przychodząc do hospicjum nie odzywa się do nikogo, odgrzewa sobie obiad przyniesiony z domu i znika gdzieś w jakimś ciemnym kącie.

Myślę iż jej czas "wolontariuszowania" jest już policzony, bo wiem, że ksiądz przełożony podejmie stanowcze kroki w jej sprawie.

Hospicjum Oksywie

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (69)

#84722

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję sobie na budowie na terenie zamkniętym.
Ostatnia historia o gościu z popękanym dowodem zaowocowała moim bieganiem przez prawie godzinę po wszystkich świętych Instytucji, która używa terenu na którym pracujemy. W wyniku tego mój Szef się... poirytował.

Okazało się, że to była bardzo kluczowa godzina kiedy coś potrzebował się ode mnie dowiedzieć, a nie mógł, co spowodowało u niego... pewne napięcie emocjonalne.
Kiedy ta fala uderzeniowa irytacji przeszła, co usłyszało chyba pół budowy, Szef uznał, że jest to problem głównie systemu w jakim wydawane są przepustki. I że nie będę ich teraz robić na bieżąco, tylko na zaś.
Tzn. dostanę listę pracowników, ich numery dowodów, zdjęcia i będę wyrabiać im przepustki wcześniej.

(Nie żeby tak można było od samego początku i żebym nie mówiła, że tak będzie mi łatwiej...)

(...i nie żebym o to nie prosiła każdego po kolei szefa brygady, a i tak zawsze przyjechali na żywioł i trzeba im było wydawać na bieżąco...)

W każdym razie Szef zarządził. Dostałam więc na maila ładny spis pracowników z numerami dowodów i zdjęciami, którym miałam wyrobić przepustki na dzień następny. Co też zrobiłam. Cała szczęśliwa podałam je do bazy przez kierowcę, żeby sobie na następny dzień pracownicy mogli wejść bez najmniejszej mojej interwencji.

Następnego dnia stoję sobie obok rusztowania i patrzę jak budynek rośnie, gdy przychodzi jeden z moich chłopaków i mówi:
-Kierowniczko, problem je na bromie.
Z rusztowania gdzieś na wysokościach rozległ się pełen mściwej satysfakcji rechot.
Ech...
Ponieważ cały ten system przepustek wychrzania się na pracownikach w bardzo dziwnych i trudnych do przewidzenia miejscach, postanowiłam nie zgadywać, tylko spytałam się w czym problem.
-Mówio, że oni niepodobni.
Im bliżej byłam bramy, tym bardziej widać było sedno problemu.

Otóż na bramie stało pięciu pracowników koło sześćdziesiątki.
-Oni mówio, że to nie jo - poskarżył się od razu jeden z panów.
Patrzę na przepustkę - zawadiaka w kwiecie wieku, z czarnymi puklami włosów opadającymi na ramiona i złotym kolczykiem na odsłoniętym do zdjęcia uchu.
Patrzę w naturze: łysy facet w okularach 30 kilo i lat później.
I tak każdy jeden.

No tak. Kazałam wysłać zdjęcia. Nie powiedziałam, że aktualne. To mi ich kadrowa wysłała te z podań o pracę. Z lat 90.

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 230 (234)

#76058

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia randkowa, tym razem krótka, a trochę śmieszna.

Ważne: mam imię trochę kojarzące się ze wschodem (nic jednoznacznego jak Nadieżda czy Oksana, raczej z zestawu Nadia, Olga czy Lena). Co jakiś czas trafiają się mi wiadomości jak dzisiejsza:

"Wracaj na Ukrainę!"

"Wyp... z Polski, ty ruska (wstaw jakiś obraźliwy epitet)".

I ja się zastanawiam - odpisywać im, że nigdy nawet na Ukrainie nie byłam, czy wystarczy, że poradzę wszystkim obcokrajowcom, aby znaleźli sobie jakieś milsze miejsce do życia, bo skoro mi się obrywa za "nieprawilne" imię, to nie chcę nawet myśleć, co mają prawdziwe Ukrainki...

adult

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (286)