Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Erick

Zamieszcza historie od: 10 lipca 2013 - 21:30
Ostatnio: 17 lutego 2019 - 22:34
O sobie:

Nastoletnie monstrum z męskim przezwiskiem, które dla niej brzmi kobieco.
Młoda jestem, głupia jestem, ale na paru rzeczach się znam

  • Historii na głównej: 12 z 19
  • Punktów za historie: 1568
  • Komentarzy: 26
  • Punktów za komentarze: 72
 

#84110

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak wraz z koleżanką ze sklepu obok, zostałyśmy nietolerancyjnymi w stosunku do osób niepełnosprawnych świniami.

W wakacje pracuję w sklepie mojego taty - nad morzem. Mieścina jest mała i na pewno bezpieczniejsza i spokojniejsza od na przykład Mielna, więc dużo tu rodzin z dzieciakami, dużo też osób niepełnosprawnych właśnie.

Pewnego dnia wchodzi [P]ani, a wraz z nią dziewczyna (córka? wnuczka?). Wyglądała na około 20 lat, ewidentnie na coś chora. Na początku było okej, dziewczę coś tam sobie patrzyło między półkami, głównie zainteresowana zabawkami. [P] przegląda ubrania. W sklepie dość sporo osób, więc tak naprawdę po zwyczajowym "dzień dobry" nie zajmowałam się nimi zbytnio.

A potem [P] stwierdziła, że chce wyjść. Woła więc dziewczynę, żeby zostawiła zabawkę, wrócą później i tak dalej. Ale ona nie chciała wyjść. Zaczęła wrzeszczeć, uciekać, chować się za innymi klientami i ostatecznie drzeć się, że nie pójdzie, bo [P] ją bije.* Ewidentnie, [P] nie mogła sobie poradzić z dziewczyną, a klienci, cóż, zaczęli wychodzić. Ja nie powiedziałam nic, pozwoliłam [P] samej się tym zająć. Ostatecznie wyszły, dziewczę się trochę uspokoiło.

Dosłownie trzy metry dalej od mojego sklepu stoi wielki biały namiot. Asortyment względnie podobny, ceny również (u nas taniej ;)), ale okazało się, że [P] wraz z dziewczyną postanowiły wejść i tam. No i rozpętało się prawdziwe piekło.

Wrzaski tej dziewczyny słyszałam nawet u siebie, ale przecież nie mogłam zostawić sobie sklepu i iść zobaczyć, co się dzieje. Jak miałam przerwę poszłam do znajomej zapytać, co się stało.

Otóż, według relacji koleżanki, dziewczyna już od początku sprawiała problemy - otwierała zabawki, wyzywała przechodzących obok niej ludzi od debili, kiedy jeden z pracowników namiotu poprosił ją, żeby nie otwierała zabawek, ta kazała mu spier*alać. Koleżanka zlokalizowała, więc [P] i kulturalnie poprosiła ją o opuszczenie sklepu, bo dziewczyna niszczy towar i zachowuje się nieodpowiednio. [P] się wręcz zapowietrzyła i oczywiście zaczęła wymyślać jak to jest niedopuszczalne, że ona to zgłosi. Koleżanka w prostych żołnierskich słowach wyjaśniła jej, że albo zabiera dziewczynę i więcej nie wraca, albo płaci za każdą otwartą przez nią zabawkę, którą trzeba było później sprzedać za niższą cenę, bo towar uszkodzony** - a było tego trochę, z tego, co znajoma mówiła dziewczę przeżarło się przez jakieś dziesięć opakowań.

[P] woła dziewczynę. Dziewczyna to samo, co przedtem - krzyczy, ucieka, chowa się, mówi, że [P] ją bije. Ostatecznie wychodzą.
Trzy dni później wracają do mnie - i akurat była u mnie znajoma z namiotu obok. [P] jak ją zobaczyła to aż poczerwieniała na twarzy, a dziewczyna spokojnie zaczęła otwierać zabawki.
[J]a: Proszę nie otwierać glutów.***
[P]: Słyszałaś panią! Zostaw!
[D]: A spier*alaj!

Poprosiłam je o wyjście. Kolejny raz ta sama scena. Pani wydziera się, że jesteśmy nietolerancyjne i wyrzucamy je ze sklepu tylko dlatego, że dziewczyna chora. Ona to zgłosi gdzieś!!

Otóż nie. Nie wygląda to tak. Ja sama nie mam nic do osób niepełnosprawnych i jestem w stosunku do nich dość przyjacielska (kiedyś przyszła pani z dziewczynką z porażeniem mózgowym - ja pomagałam pani wybrać stanik, a dziewczynka bardzo mocno mnie tuliła przez cały ten czas). Tu chodzi o to, że jeśli już się gdzieś wychodzi to powinno się zadbać, by owa osoba niepełnosprawna nie robiła kłopotów. Bo jak koleżanka ma wyjaśnić szefowi, że musi 10 opakowań glutów sprzedać niżej, bo otwierająca je dziewczyna nie reagowała na prośby? W godzinach szczytu, a w takich właśnie przychodziła [P], jeden klient potrafi narobić zakupów za 200 - 300 złotych.

Powiedzcie mi, Piekielni, kto był w błędzie? Ja i koleżanka czy [P]?

*dziewczę miało krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, żadnych siniaków widać nie było, a [P] wyglądała jakby słyszała takie teksty średnio kilka razy dziennie.
** chodzi tu o wszelkiego rodzaju gluty i slime'y bardzo popularne tamtego sezonu, ale cholerstwo łapie kurz niemal od razu po otwarciu. Lekkie zabrudzenie i klienci już targują się o niższą cenę.
*** no wiecie, takie dla dzieciaków, lepkie, kolorowe, trochę śmierdzi.

sklep osoba niepełnosprawna morze

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 37 (51)

#84013

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako uczennica technikum mam całkiem sporo przedmiotów, bo około 16. Oczywiście nie na każdy przedmiot należało zakupić podręczniki, a bo to wf, wdż, godzina wychowawcza, ale... No właśnie ale.

Przedmioty zawodowe - w moim przypadku szkolą one do zawodu technik obsługi imprez turystycznych - są jedne z najważniejszych przedmiotów, bo zdaję z nich przecież egzamin na kwalifikacje.

W pierwszej klasie sumiennie zakupiłam każdy jeden podręcznik, ze szczególnym namaszczeniem wyszukując tych do zawodowych, każdy z nich stał za około 40 złotych w internecie, bez przesyłki. Jakie więc było moje zdumienie, gdy przez cały rok z książki korzystała zaledwie jedna (!) nauczycielka. A zawodowych przedmiotów jest 6...

W drugiej klasie kupiłam już tylko jedną książkę do zawodowego, tylko u tej nauczycielki, która z niego korzystała.

W trzeciej klasie, zmieniła nam się nauczycielka od tego przedmiotu. Nikt w klasie nie kłopotał się z kupnem książek, bo po prostu z nich nie korzystamy, chociaż co wakacje są jak byk w spisie i każdy nauczyciel odgraża się, że książki mają być.

I teraz puenta. Zapytałam się raz jednej z nauczycielek dlaczego w ogóle wpisują jakiekolwiek tytuły do spisu skoro one wiedzą, że nawet nie spojrzą na te książki. Odpowiedź?
"Bo coś musimy wpisać i koniec".

Czyli... uczniowie mają wydawać po 40 złotych za podręcznik, z którego nie będą się uczyć, bo jest w nim napisane coś zupełnie innego od tego, co mówi nauczyciel, po to by ją ostatecznie odsprzedać za jakieś 15 zł w antykwariacie. Aha.

szkoła podręczniki książki

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (143)

#83740

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie ma to jak na dwa tygodnie przed świętami powiedzieć klasie pełnej pierwszaków, że Mikołaj umarł, a prezenty dają rodzice.

Tak właśnie powiedziała pani katechetka na lekcji religii w klasie mojej małej siostry. Małej było strasznie przykro.

szkoła religia

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (153)
zarchiwizowany

#83886

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ach, rodzice.

Ojciec w tym przypadku. Ojciec mój skończy 51 lat w marcu. Ja za to w lutym skończę lat 19, więc technicznie mogę spakować, co moje i powiedzieć rodzince daswidania, ale wszyscy chyba wiemy, że to nie takie łatwe.

W każdym razie. Jak mówiłam, mam prawie 19 lat i problem tkwi w tym, że tata chyba przestał liczyć jak skończyłam 12. Nie mogę chodzić na imprezy (wyjątkiem są te urodzinowe i to tylko jak są obecni rodzice solenizanta :)),nie mogę nocować u koleżanek, każdy sylwester muszę spędzać w domu, moje koleżanki muszą wyglądać i zachowywać się w określony sposób, nie wolno mi jeździć na konwenty choćbym i miała jechać za własne pieniądze. Jak próbowałam się buntować to ojciec rzekł, że jechać mogę, oczywiście, ale żebym się nie spodziewała, że mnie wpuści z powrotem.

Drodzy Piekielni, jak żyć? Jestem w błędnym kole, ojciec nigdzie mnie nie puszcza "bo nie zna moich koleżanek", a ja koleżanek mu nie chcę przedstawiać, bo zwyczajnie wstyd mi im tłumaczyć jak mają się przy nadopiekuńczym ojcu zachowywać.

rodzina

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (24)

#83522

(PW) ·
| Do ulubionych
Cholerka jasna.

W zeszłym roku, właśnie mniej więcej okolice listopada-grudnia, zaczął mnie boleć ząb. I to tak, że już wiadomo, że tylko kanałowe i bez dyskusji.

Moja dentystka na wyjeździe, a ząb boli... Idziemy do Dentystki poleconej przez sąsiadkę.

Całkowita suma za ząb wyniosła 480 złotych (moja regularna dentystka bierze 300 w sumie).

480 złotych. Prawie pół tysiąca.

Właśnie wypadło mi pół plomby, którą się mało nie zadławiłam.

We wtorek idę złożyć reklamację.

dentysta

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (114)

#83515

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnym momencie przedszkolnej edukacji mojej siostry, w jej grupie panowała wszawica.

Nigdy się nie dowiedzieliśmy kto "zanosił" choróbsko, ale za to przez pełen miesiąc siostry w przedszkolu nie było. Dlaczego?

Otóż. Młoda idzie do przedszkola po weekendzie. Po dwunastej telefon, żeby dziecko zabrać, bo wszy. Chwila zaraz jakie wszy, cały weekend cacy, żadnego drapania, przecież po drodze do przedszkola (mieszkanie-samochód-samochód-przedszkole) nie złapała. My nie wiemy, proszę przyjechać i zabrać!

Okej. Od razu do apteki po środek przeciw wszom, mama podeszła do sprawy bardzo serio, przez resztę tygodnia małej nie było, żeby się pozbyć robactwa.

Po weekendzie siostra znowu do przedszkola i znowu koło południa telefon, że dziecko ma wszy. Ojciec wściekły. Z mamą właściwie dezynfekujemy cały dom, obie również robi sobie profilaktycznie ten wątpliwej przyjemności zabieg, dziecko kolejny tydzień w domu.

Trzeci poniedziałek. Znowu to samo. Tym razem odbieram siostrę ja i zirytowana proszę panią żeby pokazała mi owe wszy. Pani istotnie pokazuje, ale na moje zapytanie skąd się one biorą i czy wszystkie dzieci mają sprawdzane głowy, pani zmieszała się i powiedziała, że tylko te z dłuższymi włosami, bo bardzo się drapią. Zabrałam małą do domu, pozostawiając słuszny gniew rodzicom.

Czwarty poniedziałek, sytuacja powtarza się... Ojciec składa skargę i odmawia zapłaty za ten miesiąc, bo przecież córki w przedszkolu nie było i za co on ma w ogóle płacić. Dyrektorka oburzona, panie przedszkolanki również, a skąd wzięły się wszy nie wiadomo do tej pory, na pewno nie od nas.

przedszkole wszy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (165)

#83477

(PW) ·
| Do ulubionych
Miejsce akcji: miejsce przesiadki z busa do busa.

Uczę się w miejscowości X. Jest to jedyne miasto ze szkołami średnimi w pobliżu. Mieszkam w naprawdę niewielkiej wsi koło miasteczka Y. Codziennie jeżdżę więc busem. Kierowców jest dwóch i zwykle koło godziny 15-16 robią sobie zamianę. Spotykają się w pół trasy i zmieniają busami, bo jeden kierowca miał na rano, więc drugi ma do wieczora.

Owe przesiadki trwają do minut trzech, plus bus, który dojedzie na miejsce zamiany pierwszy czeka jeszcze jakieś dwie. Czyli w sumie pięć minut oczekiwania dla jednej grupy pasażerów.

Wracam z praktyk, zmordowana, zmęczona, tylko do łózia. Przesiadka. Okej. Biorę co moje i wysiadam. Nagle pojawia się ON. Pan Piekielny. Z dwoma małymi Piekiełkami. Pan Piekielny stoi i wyzywa obu kierowców, bo on PŁACI ZA TO I ON CZEKAĆ NIE BĘDZIE. Bluzga, odgraża się nawet po wejściu do busa. Samochód rusza, Piekiełka w ilości: dwóch chłopców, a on dalej klnie i klnie. Słyszę go nawet przez słuchawki.

Pęka mi struna. Zwracam mu uwagę, dość kulturalnie. Rozmowa przebiegła mniej więcej tak:
[J]a: Niech Pan się wreszcie uspokoi, a nie bluzga przy dzieciach, nie każdemu się chce słuchać.
[P]an [P]iekielny: A co mi się tu będzie Pani wtrącać, ja już jeżdżę 10 lat i ja wiem, co mi wolno!I będę mówił, co mi się podoba, a nie, że ja będę ku*wa czekał!
J: Jak się Panu tak bardzo nie podoba, że musiał Pan poczekać pięć minut to niech Pan sobie samochód kupi.
PP: Pani to pewnie z Y jest! (co ma jedno do drugiego????)

Wysiadając, PP pokazał mi środkowy palec. PP był w wieku około 40stki.

Dwa dni później:

Piekiełka z matką wsiadają do busa. Starsze Piekiełko: "patrz mama, to ta Pani na tatę nakrzyczała!" Młodsze Piekiełko: "kopnęło w moje siedzenie".
Pani Piekielna wysiadając z busa zwyzywała mnie od ku*ew.

Kierowca busa powiedział jasno, że przy następnej takiej sytuacji wyrzuci Piekielnych z busa i wezwie policję.

bus komunikacja_miejska droga przesiadki

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (165)
zarchiwizowany

#83203

(PW) ·
| było | Do ulubionych
O tym jak doprowadzam moją anglistkę do szału.

Nie chodzę na jej lekcje. Niemal wcale. Ot, tyle, by nie mogła wstawić mi nieklasyfikacji, na sprawdziany i kartkówki jeżeli takowe zapowiada. Powód tej małej rebelii jest dość prosty. Jej lekcje nudzą mnie niesamowicie.

I nie, nie chodzi mi o sposób w jaki je prowadzi. Chodzi mi o to, że ja - w wieku osiemnastu lat i zamiarem pisania rozszerzenia na maturze - nie mam, cholera jasna, zamiaru przerabiać present/past simple i continous po raz x.

Ja rozumiem wszystko, to jest w książce blah blah, ale można przeznaczyć na to jedną lekcję którą bym przecierpiała, ale nie cały miesiąc na boga. Tym bardziej, gdy uczy ona klasę turystyczną z rozszerzonym angielskim!

Tak więc. Anglistka wściekła, bo mam wystarczającą ilość obecności i same piątki ze sprawdzianów i uwalić mnie nie może. Dość publicznie wyrażam się na temat jej lekcji.
Jak zechce nauczyć nas czegoś nowego, to proszę.

szkoła

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (32)

#81746

(PW) ·
| Do ulubionych
Chodzę do drugiej klasy technikum. I jestem kurde blaszka oburzona.

Szkoła to szkoła, nie pięciogwiazdkowy hotel, ale jest jakieś minimum, które placówka spełniać powinna, a ich nie spełnia.
Przykład?

W łazienkach nie ma praktycznie nic. Ręczniki papierowe? Sam papier? Mydło? Jeśli na nie trafisz, to masz serio szczęście. 90% kabin nie ma zamków w drzwiach lub posiada takie, które nie działają.

Na drugim piętrze jest aula. Na wschodniej ścianie jest pęknięcie. Duże. Możliwość pierdyknięcia wprost na uczniów?
Mała, ale jednak.

Tymczasem szanowny pan dyrektor zafundował sobie całkowity remont gabinetu, ekspres do kawy i kamery w szkole, bo PALACZE, ci sami którym całkowicie nieoficjalnie wyznaczył miejsce za szkołą, gdzie mogą sobie palić. Ale pewnie, palacze.

szkoła

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (177)
zarchiwizowany

#81355

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia koleżanki.

Koleżanka, powiedzmy na to, Kamila ma dwóch dorosłych braci. Jeden, człowiek do rany przyłóż, drugi... no niezbyt.
Otóż, drugi brat Kamili, nazwijmy go Bartek, zawsze sprawiał problemy. Ale nie o nim dziś konkretnie. O jego wybrance życia, którą ukryję pod imieniem Asia.

Asia i Kamila mają ze sobą na pieńku już od gimnazjum. Poszło o chłopaka, z którym z resztą Asia zaciążyła w wieku lat szesnastu,a który uchylił się prędziutko od odpowiedzialności i zostawił Aśkę z dzieckiem.

Wieść się rozeszła, iż Asia szuka ojca dla małej Julki i drogą okrężną dotarła właśnie do Bartka. I zaczęło się.

1)Nachodzenie
Pewnego razu Bartek i Asia pożarli się strasznie i "zerwali" ze sobą. Asia przyszła pod jego dom o trzeciej w nocy. Przystawiła sobie drabinę do okna wybranka i poczęła w nie walić. Chłopak sen ma mocny jednak, więc zakochana postanowiła zadzwonić dzwonkiem.
Otworzyła jej wściekła matka rodzeństwa, a Asia uraczyła ją smarkami i wypłakanym "B-bo m-myś-śmy się pokłóóóócillliii i ja MUSZĘ z Baaaartkiem pogadać!" Oczywiście prawie sobie nos rozbiła o zamknięte przed nim drzwi.

2)Zatrzymać go za wszelką cenę!
Należy zaznaczyć, iż Bartek nie jest za bystry.
Asia znalazła tatusia dla Julki i nauczona doświadczeniem, postanowiła go przy sobie zatrzymać. Ale jak? Otóż, złapała go na dziecko. Dosłownie. Prosiła swego wybranka, by zrezygnować z antykoncepcji, bo tak wygodniej. A Bartek, oczywiście uwierzył swej kochance i spełnił prośbę. Raz, drugi, kolejny. Chwalił się każdemu, kto chciał słuchać, że "on to swoją zalewa i nic nie zachodzi". No i zaszła.
Zmusiła Bartka by z nią zamieszkał. Kiedy skończyli im się pieniądze, kazała mu przekabacić rodziców, by mogli zamieszkać z nimi.
Ojciec Bartka to człowiek bardzo honorowy. Dał Asi na piśmie, że o ile nie będzie palić/pić/zażywać narkotyków to biorą odpowiedzialność za nią i za dziecko oraz zapewnią jej dach nad głową. I tak, księżniczka, żyła za cudze, do czynszu nie, ale łamała umowę nie raz. Na oczach Kamili i moich, ale nikt nie mógł z tym nic zrobić, bo...

3) Gra aktorska.
"Ja nie wiem, po co ona sobie robi te dzieci, jakby poszła do szkoły aktorskiej to trzepała by takie pieniądze, że szok" - Kamila.
I jest to całkowita prawda. Asia umie rozpłakać się na zawołanie, udawać bóle i kłamać tak dobrze, że naprawdę nikt się nie pozna.
Kiedy zwróci się jej uwagę, jej pierwszą reakcją jest telefon do Bartka, w którym opowiada jak to Kamila ją skrzywdziła i w ogóle wyzywa, ratunku rety. A potem Kamila wraca do domu, gdzie rozjuszony Bartek domaga się sprawiedliwości.
Odkąd Asia pojawiła się w domu Kamili, wszyscy się ze sobą kłócą. Dosłownie.

4) Pani mamo, zajmie się Pani małą?
Asia ma osiemnaście lat i dwójkę dzieci. Julka, ta starsza, w wieku lat 3 wciąż robiła w pampersy, bo Asia "nie miała czasu jej nauczyć". Młodszą zajmuje się głównie mama Bartka i Kamila, a jeśli odmówi, Asia robi awanturę na cały dom. Bo ona ma dzieci i się uczy, a chce wyjść czasem z domu!! Nie ma jej prawie cały czas i tym sposobem, matka Kamili ma trójkę dzieci na głowie, z czego dwójka nie jest jej.

5) Absolutny, kompletny brak współczucia.
Pewnego weekendowego poranka, właściwie przedpołudnia, najmłodsza córka Asi zaczyna wyć. Nie płakać, wyć. Oboje rodziców byli w domu, więc Kamila ignorowała, w końcu nie jej dziecko. Ale po dwudziestu (!) minutach trafił ją jasny szlag i weszła do ich sypialni, by zapytać co się dzieje.
Tymczasem... młodzi rodzice radośnie uprawiają seks podczas gdy dziecko drze się na cały dom. Kamila pękła. Ignorując nagość brata i jego partnerki wydarła się, że są oboje po*ebani i zadzwoniła do rodziców.
I tak oto dochodzimy do punktu ostatniego.

6)NIE BIJ MNIE!!!!!
Po sytuacji z krzyczącym dzieckiem w domu Kamili zapanowała istna wojna. Krzyki i wyzwiska. Nikt nie zauważył, że Asia wyciągnęła telefon i najprawdopodobniej włączyła nagrywanie, bo zupełnie nagle zaczęła krzyczeć, że Kamila ma jej nie bić i żeby przestała.

Młodzi rodzice wyprowadzają się i wprowadzają, a Asia żyje jak królowa z zasiłków i alimentów. Kurtyna.

koleżanka młodzi rodzice video

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 27 (115)