Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Erick

Zamieszcza historie od: 10 lipca 2013 - 21:30
Ostatnio: 18 kwietnia 2019 - 13:13
O sobie:

Nastoletnie monstrum z męskim przezwiskiem, które dla niej brzmi kobieco.
Młoda jestem, głupia jestem, ale na paru rzeczach się znam

  • Historii na głównej: 15 z 23
  • Punktów za historie: 1807
  • Komentarzy: 31
  • Punktów za komentarze: 96
 
zarchiwizowany

#84355

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ze względu na pewien proceder szerzący się wśród uczniów mojego technikum - tzw. "spizganie jak nieboskie stworzenie" dyrektor zamknął szkolną palarnię.

Dla mnie okej, rozumiem, ostatnio nawet kryminał był, trzepanie robił, ale nie znaleźli nic u nikogo, więc sobie poszli. Tak czy siak, dzisiaj tylne drzwi zamknięto na amen i koniec.

Uczniowie jednak, znajcie moje słowa, zawsze znajdą jakąś drogę, ja też znalazłam i zapalić poszłam. Ale nie zapaliłam. Dlaczego? Ponieważ jakże ważna członkini samorządu uczniowskiego stała i dosłownie darła mordę na każdego nadchodzącego, każąc mu się wynosić. No i zrozumiałabym to nawet, jak zamykają to zamykają. Ale! Wiece Ważna Członkini drąc mordę na wszystkich dokoła, między jednym zdaniem a drugim, konkretnie zaciągała się własnym papierosem.

Swoim koleżankom zapalić pozwoliła. Resztę wyrzuciła. Mało nie pobiła się z dziewczyną, która jej wytknęła, że przecież sama pali. Ot, reprezentantka uczniów.

szkoła

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -2 (86)
zarchiwizowany

#84223

(PW) ·
| było | Do ulubionych
No słuchajcie, aż się ku*wa ciśnie na usta.

Jestem gruba. No jestem, trochę to uciążliwe jak próbuję kupić spodnie albo sukienkę, która pasuje w biuście, ale poza tym raczej nie mam z tym problemu.

Ale mój ojciec ma. Z resztą opowiadałam tu już o nim kiedyś, ale w dużym uogólnieniu - człowiek trudny, dość apodyktyczny, ale nigdy nie sądziłam, że głupi. I za nim naskoczycie na mnie o tym jak się odzywam do ojca - doczytajcie.

Robię sobie kanapkę, czajnik na gazie - taka mała przekąska do herbaty. I nagle wpada ojciec. I drze się. Że co ja robię, że jeszcze bardziej utyję, co będzie ze mną, kto mnie będzie chciał. Poczekałam aż skończy i pytam o co chodzi.

Ojciec: Czemu ty nie możesz jak normalny człowiek jeść z masłem tych kanapek! Tylko z tym gównem (margaryną)?!
Ja: Bo masła nie lubię. A co jest nie tak z margaryną?
Ojciec: Przecież ten syf z resztek świni robią! Co ty jesz! Wyrzuć to natychmiast!

I tak się nakręcił, że darł się o tą przeklętą margarynę dobre dziesięć minut. Pokazałam mu skład. A on?
Ojciec: Napisać to ja też sobie mogę! Wywal to natychmiast!

I tak się darł. Aż wywaliłam całe opakowanie.

ojciec rodzina jedzenie

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -7 (23)

#84155

(PW) ·
| Do ulubionych
O faworyzacji uczniów ze względu na ich pozycję.

Słowem wstępu - dziewczyna w mojej klasie, nazwijmy ją Marta - jest w samorządzie uczniowskim. Ponadto, jest od nas wszystkich rok młodsza, bo w podstawówce przeskoczyła klasę. Taki młody geniusz. Znają ją wszyscy i wszyscy, łącznie ze mną, lubią. Rzecz w tym, że Marta jakoś tak średnio radzi sobie z przychodzeniem na pierwsze lekcje.

Mamy taki przedmiot, od którego nauczycielka to prawdziwa [K]osa - wejdziesz minutę po dzwonku i albo się wydrze i wstawi spóźnienie, albo z marszu nieobecność. Mamy z nią dwie pierwsze lekcje w piątek. Większość woli przychodzić, bo kobieta serio nie pobłaża.

Zdarzyło mi się raz (1) zaspać. Spóźniłam się na busa, następny o 8, ominie mnie pierwsza lekcja z K. Trudno, usprawiedliwię. Dojechałam na drugą lekcję. K zatrzymała mnie przy wchodzeniu do klasy i przy całej klasie zaczęła dość głośno wyrażać swoje zdanie na temat tego, co sądzi o omijaniu jej lekcji. Brzmiało to mniej więcej tak:
K: Co ty sobie wyobrażasz?! Od września ani razu nie przyszłaś na moją lekcję (kłamstwo)! Ja ci wstawię niekwalifikowanie na semestr! Siadaj!

Na tym przedmiocie korzystamy z komputerów, a groźba nieklasyfikacji oraz fałszywe oskarżenie podniosły mi ciśnienie. Zalogowałam się na dziennik elektroniczny i poprosiłam K do siebie, gdzie pokazałam jej, czarno na białym, że się myli, bo chodzę na wszystkie jej lekcje i to moja pierwsza nieobecność. K aż się zaczerwieniła, nawrzeszczała na mnie mocniej, mówiąc coś o tym, że nie mam prawa się nigdzie logować na szkolnych komputerach i następnym razem wyśle mnie do dyrekcji. Ok.

Gdzie piekielność oprócz ogólnego jej zachowania? Marta przez cały semestr pojawiła się na jej lekcji dosłownie 3-4 razy. Została tylko upomniana, napisała ze dwie kartkówki i semestr zakończyła z czwórką. Bo ma gadane i osobie z samorządu nie wypada mieć buta tudzież kreseczki w dzienniku.

szkoła faworyzacja

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (121)

#84136

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historię #84130 aż mi się coś przypomniało.

W trzeciej klasie gimnazjum ja również odwiedziłam Auschwitz. Było to naprawdę ciężkie przeżycie i w pewnym momencie po prostu się rozpłakałam - bezgłośnie i tylko łzy mi leciały ciurkiem. Szeptem, by nie przeszkadzać przewodnikowi, zapytałam najbliższej koleżanki czy nie ma może chusteczki, gdy nagle poczułam jak ktoś łapie mnie za ramię.

Była to moja wychowawczyni, o której zresztą wspominałam już we wcześniejszych historiach. Spojrzała na mnie z surowością i kazała przestać "robić sceny". Roztrzęsionym głosem zapytałam o co jej chodzi na co kochana pani odparła: "aż tak ci ciężko, że musisz wyć?". Normalnie zamilkłam z wrażenia.

wycieczka auschwitz

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (124)

#84110

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak wraz z koleżanką ze sklepu obok, zostałyśmy nietolerancyjnymi w stosunku do osób niepełnosprawnych świniami.

W wakacje pracuję w sklepie mojego taty - nad morzem. Mieścina jest mała i na pewno bezpieczniejsza i spokojniejsza od na przykład Mielna, więc dużo tu rodzin z dzieciakami, dużo też osób niepełnosprawnych właśnie.

Pewnego dnia wchodzi [P]ani, a wraz z nią dziewczyna (córka? wnuczka?). Wyglądała na około 20 lat, ewidentnie na coś chora. Na początku było okej, dziewczę coś tam sobie patrzyło między półkami, głównie zainteresowana zabawkami. [P] przegląda ubrania. W sklepie dość sporo osób, więc tak naprawdę po zwyczajowym "dzień dobry" nie zajmowałam się nimi zbytnio.

A potem [P] stwierdziła, że chce wyjść. Woła więc dziewczynę, żeby zostawiła zabawkę, wrócą później i tak dalej. Ale ona nie chciała wyjść. Zaczęła wrzeszczeć, uciekać, chować się za innymi klientami i ostatecznie drzeć się, że nie pójdzie, bo [P] ją bije.* Ewidentnie, [P] nie mogła sobie poradzić z dziewczyną, a klienci, cóż, zaczęli wychodzić. Ja nie powiedziałam nic, pozwoliłam [P] samej się tym zająć. Ostatecznie wyszły, dziewczę się trochę uspokoiło.

Dosłownie trzy metry dalej od mojego sklepu stoi wielki biały namiot. Asortyment względnie podobny, ceny również (u nas taniej ;)), ale okazało się, że [P] wraz z dziewczyną postanowiły wejść i tam. No i rozpętało się prawdziwe piekło.

Wrzaski tej dziewczyny słyszałam nawet u siebie, ale przecież nie mogłam zostawić sobie sklepu i iść zobaczyć, co się dzieje. Jak miałam przerwę poszłam do znajomej zapytać, co się stało.

Otóż, według relacji koleżanki, dziewczyna już od początku sprawiała problemy - otwierała zabawki, wyzywała przechodzących obok niej ludzi od debili, kiedy jeden z pracowników namiotu poprosił ją, żeby nie otwierała zabawek, ta kazała mu spier*alać. Koleżanka zlokalizowała, więc [P] i kulturalnie poprosiła ją o opuszczenie sklepu, bo dziewczyna niszczy towar i zachowuje się nieodpowiednio. [P] się wręcz zapowietrzyła i oczywiście zaczęła wymyślać jak to jest niedopuszczalne, że ona to zgłosi. Koleżanka w prostych żołnierskich słowach wyjaśniła jej, że albo zabiera dziewczynę i więcej nie wraca, albo płaci za każdą otwartą przez nią zabawkę, którą trzeba było później sprzedać za niższą cenę, bo towar uszkodzony** - a było tego trochę, z tego, co znajoma mówiła dziewczę przeżarło się przez jakieś dziesięć opakowań.

[P] woła dziewczynę. Dziewczyna to samo, co przedtem - krzyczy, ucieka, chowa się, mówi, że [P] ją bije. Ostatecznie wychodzą.
Trzy dni później wracają do mnie - i akurat była u mnie znajoma z namiotu obok. [P] jak ją zobaczyła to aż poczerwieniała na twarzy, a dziewczyna spokojnie zaczęła otwierać zabawki.
[J]a: Proszę nie otwierać glutów.***
[P]: Słyszałaś panią! Zostaw!
[D]: A spier*alaj!

Poprosiłam je o wyjście. Kolejny raz ta sama scena. Pani wydziera się, że jesteśmy nietolerancyjne i wyrzucamy je ze sklepu tylko dlatego, że dziewczyna chora. Ona to zgłosi gdzieś!!

Otóż nie. Nie wygląda to tak. Ja sama nie mam nic do osób niepełnosprawnych i jestem w stosunku do nich dość przyjacielska (kiedyś przyszła pani z dziewczynką z porażeniem mózgowym - ja pomagałam pani wybrać stanik, a dziewczynka bardzo mocno mnie tuliła przez cały ten czas). Tu chodzi o to, że jeśli już się gdzieś wychodzi to powinno się zadbać, by owa osoba niepełnosprawna nie robiła kłopotów. Bo jak koleżanka ma wyjaśnić szefowi, że musi 10 opakowań glutów sprzedać niżej, bo otwierająca je dziewczyna nie reagowała na prośby? W godzinach szczytu, a w takich właśnie przychodziła [P], jeden klient potrafi narobić zakupów za 200 - 300 złotych.

Powiedzcie mi, Piekielni, kto był w błędzie? Ja i koleżanka czy [P]?

*dziewczę miało krótkie spodenki i koszulkę na ramiączkach, żadnych siniaków widać nie było, a [P] wyglądała jakby słyszała takie teksty średnio kilka razy dziennie.
** chodzi tu o wszelkiego rodzaju gluty i slime'y bardzo popularne tamtego sezonu, ale cholerstwo łapie kurz niemal od razu po otwarciu. Lekkie zabrudzenie i klienci już targują się o niższą cenę.
*** no wiecie, takie dla dzieciaków, lepkie, kolorowe, trochę śmierdzi.

sklep osoba niepełnosprawna morze

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (100)

#84013

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako uczennica technikum mam całkiem sporo przedmiotów, bo około 16. Oczywiście nie na każdy przedmiot należało zakupić podręczniki, a bo to wf, wdż, godzina wychowawcza, ale... No właśnie ale.

Przedmioty zawodowe - w moim przypadku szkolą one do zawodu technik obsługi imprez turystycznych - są jedne z najważniejszych przedmiotów, bo zdaję z nich przecież egzamin na kwalifikacje.

W pierwszej klasie sumiennie zakupiłam każdy jeden podręcznik, ze szczególnym namaszczeniem wyszukując tych do zawodowych, każdy z nich stał za około 40 złotych w internecie, bez przesyłki. Jakie więc było moje zdumienie, gdy przez cały rok z książki korzystała zaledwie jedna (!) nauczycielka. A zawodowych przedmiotów jest 6...

W drugiej klasie kupiłam już tylko jedną książkę do zawodowego, tylko u tej nauczycielki, która z niego korzystała.

W trzeciej klasie, zmieniła nam się nauczycielka od tego przedmiotu. Nikt w klasie nie kłopotał się z kupnem książek, bo po prostu z nich nie korzystamy, chociaż co wakacje są jak byk w spisie i każdy nauczyciel odgraża się, że książki mają być.

I teraz puenta. Zapytałam się raz jednej z nauczycielek dlaczego w ogóle wpisują jakiekolwiek tytuły do spisu skoro one wiedzą, że nawet nie spojrzą na te książki. Odpowiedź?
"Bo coś musimy wpisać i koniec".

Czyli... uczniowie mają wydawać po 40 złotych za podręcznik, z którego nie będą się uczyć, bo jest w nim napisane coś zupełnie innego od tego, co mówi nauczyciel, po to by ją ostatecznie odsprzedać za jakieś 15 zł w antykwariacie. Aha.

szkoła podręczniki książki

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (143)

#83740

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie ma to jak na dwa tygodnie przed świętami powiedzieć klasie pełnej pierwszaków, że Mikołaj umarł, a prezenty dają rodzice.

Tak właśnie powiedziała pani katechetka na lekcji religii w klasie mojej małej siostry. Małej było strasznie przykro.

szkoła religia

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 60 (154)
zarchiwizowany

#83886

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ach, rodzice.

Ojciec w tym przypadku. Ojciec mój skończy 51 lat w marcu. Ja za to w lutym skończę lat 19, więc technicznie mogę spakować, co moje i powiedzieć rodzince daswidania, ale wszyscy chyba wiemy, że to nie takie łatwe.

W każdym razie. Jak mówiłam, mam prawie 19 lat i problem tkwi w tym, że tata chyba przestał liczyć jak skończyłam 12. Nie mogę chodzić na imprezy (wyjątkiem są te urodzinowe i to tylko jak są obecni rodzice solenizanta :)),nie mogę nocować u koleżanek, każdy sylwester muszę spędzać w domu, moje koleżanki muszą wyglądać i zachowywać się w określony sposób, nie wolno mi jeździć na konwenty choćbym i miała jechać za własne pieniądze. Jak próbowałam się buntować to ojciec rzekł, że jechać mogę, oczywiście, ale żebym się nie spodziewała, że mnie wpuści z powrotem.

Drodzy Piekielni, jak żyć? Jestem w błędnym kole, ojciec nigdzie mnie nie puszcza "bo nie zna moich koleżanek", a ja koleżanek mu nie chcę przedstawiać, bo zwyczajnie wstyd mi im tłumaczyć jak mają się przy nadopiekuńczym ojcu zachowywać.

rodzina

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (24)

#83522

(PW) ·
| Do ulubionych
Cholerka jasna.

W zeszłym roku, właśnie mniej więcej okolice listopada-grudnia, zaczął mnie boleć ząb. I to tak, że już wiadomo, że tylko kanałowe i bez dyskusji.

Moja dentystka na wyjeździe, a ząb boli... Idziemy do Dentystki poleconej przez sąsiadkę.

Całkowita suma za ząb wyniosła 480 złotych (moja regularna dentystka bierze 300 w sumie).

480 złotych. Prawie pół tysiąca.

Właśnie wypadło mi pół plomby, którą się mało nie zadławiłam.

We wtorek idę złożyć reklamację.

dentysta

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (115)

#83515

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnym momencie przedszkolnej edukacji mojej siostry, w jej grupie panowała wszawica.

Nigdy się nie dowiedzieliśmy kto "zanosił" choróbsko, ale za to przez pełen miesiąc siostry w przedszkolu nie było. Dlaczego?

Otóż. Młoda idzie do przedszkola po weekendzie. Po dwunastej telefon, żeby dziecko zabrać, bo wszy. Chwila zaraz jakie wszy, cały weekend cacy, żadnego drapania, przecież po drodze do przedszkola (mieszkanie-samochód-samochód-przedszkole) nie złapała. My nie wiemy, proszę przyjechać i zabrać!

Okej. Od razu do apteki po środek przeciw wszom, mama podeszła do sprawy bardzo serio, przez resztę tygodnia małej nie było, żeby się pozbyć robactwa.

Po weekendzie siostra znowu do przedszkola i znowu koło południa telefon, że dziecko ma wszy. Ojciec wściekły. Z mamą właściwie dezynfekujemy cały dom, obie również robi sobie profilaktycznie ten wątpliwej przyjemności zabieg, dziecko kolejny tydzień w domu.

Trzeci poniedziałek. Znowu to samo. Tym razem odbieram siostrę ja i zirytowana proszę panią żeby pokazała mi owe wszy. Pani istotnie pokazuje, ale na moje zapytanie skąd się one biorą i czy wszystkie dzieci mają sprawdzane głowy, pani zmieszała się i powiedziała, że tylko te z dłuższymi włosami, bo bardzo się drapią. Zabrałam małą do domu, pozostawiając słuszny gniew rodzicom.

Czwarty poniedziałek, sytuacja powtarza się... Ojciec składa skargę i odmawia zapłaty za ten miesiąc, bo przecież córki w przedszkolu nie było i za co on ma w ogóle płacić. Dyrektorka oburzona, panie przedszkolanki również, a skąd wzięły się wszy nie wiadomo do tej pory, na pewno nie od nas.

przedszkole wszy

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (166)