Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Fahren

Zamieszcza historie od: 19 listopada 2011 - 0:00
Ostatnio: 24 września 2020 - 12:13
O sobie:

"Mniej więcej", to są dwa palce w d**. Jeden mniej, drugi więcej.

  • Historii na głównej: 46 z 105
  • Punktów za historie: 24031
  • Komentarzy: 1841
  • Punktów za komentarze: 10185
 

#26331

(PW) ·
| Do ulubionych
Takich historii jeszcze tu nie było (chyba).

Wstęp wprowadzający (długi):
Otóż, proszę ja Was, jak przystało na studenta mieszkającego w akademiku, poznałem tajniki produkcji cytrynówki. Z racji, że temat mnie zainteresował, po wielu eksperymentach doszedłem do kilku własnych receptur oraz "trików" w wytwarzaniu tegoż trunku. Dorobiłem się nawet własnej "marki", grona stałych "zamawiających" oraz od niedawna strony na fb.

Uprzedzę ostatnio aktywnych poprawnych prawnie, politycznie i obyczajowo: wszystko jest w 100% legalne, wszelkie składniki są kupowane w normalnych sklepach, a ja sam nie sprzedaję alkoholu, ot ktoś przychodzi ze składnikami lub daje mi pieniądze na nie, a ja jedynie zajmuje się "obróbką" (tak samo jakby ktoś robił dla Was ciasto z alkoholem, Wy dajecie składniki, on/ona gotuje i piecze albo przygotowywał drinki na domówce), zasięgnąłem języka u prawników (obecnych i przyszłych) i potwierdzili legalność takiego zachowania. Czasami ktoś rzuci groszem za fatygę, czasami odwdzięczy się przysługą lub dobrym obiadem (ponownie: NIE HANDLUJĘ!).

Moja cytrynówka ma kilka wersji, ale najważniejsze będą tu trzy: Light, Standard i Miazga.
Light - zwykły drink, prawie nie "tryka", ot delikatny poprawiacz humoru.
Standard - Zdradziecka, nie jest odczuwalna sama w sobie (słaba głowa-0,5, mocna-1l), ale cały alkohol uwalnia się dopiero po wypiciu dowolnego innego po lub w trakcie konsumpcji wspomnianej. (np.: butelka pusta, nic nie czujesz-> kieliszek czystej wódki -> "Skąd ja się wziąłem w swoim łóżku?!")
Miazga - Szatan, Loki, Cthulhu, Hades, etc. Sam spróbowałem jej tylko raz, znam tylko jedną osobę zdolną samodzielnie wypić 0,5l butelkę i nadal utrzymać się na nogach.
Koniec wprowadzenia. Historia właściwa, czyli skargi i zażalenia z całych 3 lat, więc wiele przypadków niczym z Eerie Indiana się skumulowało.

Light:
1)-Nie rusza mnie!
-Wiesz, że to Light i ma być bardzo słabe?
-Ale ja po Reds′ie się rozbieram a tu nic! (Wypowiedziane z podłogi, z której nie mogła wstać).

2)-To był czysty sok!
-Skąd ten pomysł?
-Bo wiedziałem, że jak ma być słabe, to zamiast pić, to alkoholem wyczyściłem obudowę lapka z farby olejnej i się teraz klei, więc to sok, a nie alko!

3)-Stary, jeśli moja dziewczyna znowu będzie chciała, rób jej tylko taką!
-WTF?
-Chłopie, myśmy tą mocną pili (Miazga) i padliśmy, a laski nic, ale gdybyś ty zobaczył tą dumę i szczęście w jej oczach na drugi dzień, że mnie przepiła!

Standard:
1)-Coś nie rusza...
-Mówiłem jak to pić. Czymś popijałeś?
-Noooo...
-Czyli?
-Herbatą ze starym sokiem malinowym, więc prawie wino, nie?

2)-Mocna jest?
-Zależy od głowy i jak pijesz.
-No, a taka średnia głowa?
-Bo ja wiem? Różnie, zależy od osoby.
-No a taka średnia osoba?
-Nie wiem, każdy inaczej ma.
-No a taka średnia laska?
-Mówię, nie wiem! Jedna da radę 1,5, inna 0,5 nie dopije, różnie.
-No a taka średnia? (Nosz %$#@*&%!!!)
-K***A! 1l i 3 piwa i każda twoja!
-STARY! To ja jutro ci wszystko przyniosę i mi narobisz na 12 sucz, ok? Tylko na ten sam wieczór! Będę pierwszy, który wszystkie panny z grupy zaliczy! (Temu panu podziękowałem za współpracę).

3)-Ziomek, co to za szatan był?
-Co?
-No normalnie nawet połówki nie dopiłem z bratem i współlokatorem.
-O.o Co wy z tym zrobiliście?
-Wiesz jak soczek smakowało, to po co się szczypać i popijaliśmy tym spiryt.
-Dżizas fu***ng krajst! Wiesz jaka to dawka alkoholu etylowego na raz?! Nic się Wam nie stało?
-Spoko, brachol z zatruciem w szpitalu, ale jak wyjdzie to powtarzamy. Na kiedy byś dał radę znowu zrobić?

Miazga (jedna póki co):
(Wpada koleś i wręcza mi dwie duże whisky z górnej półki)
-Dziękuję, dziękuję, dziękuję, DZIĘKUJĘ!
-Ale za co?
-Ta s**a zawsze jak się napiła to "muszę ci powiedzieć, ale nie mogę", "muszę, ale nie mogę" i tak w kółko. Próbowałem ja spić, żeby się wygadała i nic, Wino, piwo, wódka, drinki, NIC! Zasypiała zanim powiedziała! A tu bach! Trzy kieliszki i od razu zaśpiewała!
-Ale nadal nie wiem "o co kaman"?
-Młody, nie dość, że dzieciak nie jest mój, to jeszcze mnie zdradzała, a ja mam nagrane jak się przyznaje! Mało tego! S**a podpisała w końcu zgodę na badania genetyczne smarkacza! Rozumiesz?
-Niezbyt...
-MŁODY, ŻENIĆ SIĘ NIE MUSZĘ!!! Moje zdrowie wypij! Ja twoje przez tydzień będę pił!

Mam też trochę innych z cytrynówką związanych, jak ta się przyjmie to podrzucę i pozostałe.

gastronomia

Skomentuj (59) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1535 (1659)

#43578

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Wiele się słyszy o kierowcach ciężarówek. Jakiś czas temu zwanych tirowcami.
Chyba każdy z nas spotkał się na drodze z sytuacją, w której "władcy szos" wyprzedzają się kilometrami, blokując jedyny na długiej trasie odcinek dwupasmówki.
Ja, wracając ze stolicy, byłem świadkiem, jak potężna kupa złomu na litewskich blachach, pomimo nocy i marnej widoczności, na zakrętach wyprzedzała jadącego prawidłowo fiaciora.
Ale podczas długiej pracy w ratownictwie, wielokrotnie widywałem, co zostaje z samochodu i zawartości, po kontakcie z trzydziestotonowym kolosem, na pokładzie którego zazwyczaj siedzi nabuzowany kofeiną burak, przeświadczony o własnej wszechmocy.
Dwie sytuacje zapadły mi w pamięć szczególnie.

Pierwsza, ze względu na wyjątkowo niskie kwalifikacje woźnicy.
Na drodze regionalnej, niezbyt szerokiej, w środku miejscowości, dwudziestolatek próbował wrócić do domu.
Wracał ze zlecenia - pracował we własnej firmie, jednoosobowej, montując jakieś użyteczne rzeczy w domach obywateli.
Jechał swoim starym Transitem, ciesząc się na spotkanie z rodziną, po męczącym dniu pracy.
W wymienionej miejscowości musiał skręcić w lewo z drogi głównej. Toteż stanął i czekał na wolną nitkę z naprzeciwka.
Nie zauważył śmierci, która nadjechała z tyłu.
W postaci tira, którego kierowca zaczął hamowanie w momencie uderzenia w tył Forda...
Strzał jak z armaty, dostawczak wylatuje na przeciwległy pas ruchu, bo ma skręcone do manewru w lewo koła.
I trafia pod kolejne wielotonowe monstrum podążające w jego kierunku. W efekcie, ze starego Transita zostaje tylko część środkowa. Kierowca zdezintegrowany, nie ma co robić...
I komentarz sprawcy masakry: "A kto by mógł wyliczyć, kiedy hamować? Toć to trzydzieści ton jest..."
No właśnie, kto? Może gość, który przejmuje odpowiedzialność za prowadzenie auta wielkości pociągu? Może gość, który chwali się zawodowymi uprawnieniami i certyfikatem?

Drugi wypadek utwierdził mnie w przekonaniu, że rodzimi szoferzy ciężarówek mają tyle wspólnego z elitarnymi truckerami z USA, co ja z primabaleriną.
Starsze małżeństwo jechało krajową siódemką na ślub wnuka.
Wypucowanym Matizem, zgodnie z przepisami.
Gawędzili o różnych sprawach, cieszyli się drogą i czekającą uroczystością.
Zza zakrętu, ich pasem wyjechało bydlę z naczepą długości własnego ego...
Starszy pan zdążył tylko odbić w prawo.
Uratował tym samym małżonkę, która, choć połamana, uszła z życiem.
Natomiast jego połowa samochodu została po prostu odcięta wzdłuż. Razem z nim.
W sumie wypadek, jakich wiele.
Tyle, że kierowca ciężarówki, zapytany przez policjantów o przyczynę czołówki, odparł z dużą swobodą:
- Ale o co chodzi? Przecież mnie widział, nie? To mógł zjechać. Ale stary, to nie zdążył... takim to prawko powinni zabierać...
Rozumiecie coś z tego? Bo ja ni cholery...
Zero absolutne wyrzutów sumienia! Tylko zdziwienie, że ktoś nie spodziewał się jego mastodonta na swoim pasie ruchu...
I że nie uciekł, ramol jeden...
Bezczelność, chamstwo, nieludzki brak uczuć wyższych...
Nie da się tego opisać.
I zrozumieć.

Toteż, ilekroć słyszę w cudzym CB (swojego nie posiadam, bo wywołuje reakcję anafilaktyczną) rozmowy krajowych i wschodnich furmanów, telepie mną coś niedobrego. Bo takie sytuacje zdarzają się co dzień, w całym kraju.
A Policja gania w nowych nieoznakowanych za piratami, co przekroczyli durny limit o 10 kilometrów, nie widząc zabójców na drogach...

służba_zdrowia

Skomentuj (161) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1329 (1455)

#70929

(PW) ·
| Do ulubionych
Po lekturze komentarzy do poprzedniej historii mi się przypomniało...

Znajoma moja - zestresowaną kobietą będąc - spytała się naszej wspólnej koleżanki, czy może spędzić kilka dni na jej RODOS (Rodzinnym Ogródku Działkowym Ogrodzonym Siatką) w błogiej ciszy i spokoju.
Leżała więc opalając się w sielankowym odosobnieniu, gdy nagle- PIERDUT!!!

Zerwała się na równe nogi i jej oczom ukazała się chmura pyłu rozwiewająca się powoli jakieś trzy działki dalej. Gdy dotarła na miejsce, zobaczyła na miejscu działki sąsiada krater zabarwiony centralnie na czarno- czerwono.

Zadzwoniła więc czym prędzej na 112 i mówi - że wybuch, że krater, że w kraterze chyba sąsiad i olaboga. I tu historia mogłaby się skończyć. Gdyby nie szlaban.
Szlaban postawili działkowcy, żeby im dzika młodzież nie rozjeżdżała drogi. Znajoma przyjechała rowerem, więc nie miała klucza, właścicielka działki pojechała gdzieś w Polskę po coś tam, a administrator nie odbierał, bo podał numer domowy, a była piękna pogoda.

Pierwsze na miejscu było pogotowie, które zatrzymało się za szlabanem. Załoga karetki dotarła na miejsce pieszo i przez siatkę stwierdziła zgon. Potem przyjechała policja. Przywieźli ze sobą sekator, żeby przeciąć kłódkę od szlabanu, ale nie docenili działkowców. Kłódka znajdowała się w metalowym pudełku zrobionym z prętów zbrojeniowych. Można było między nie włożyć palce z kluczem i "ucho" szlabanu, ale już nie sekator do cięcia metalu.

Policjanci udali się na miejsce zdarzenia pieszo i przez siatkę ocenili, że po okolicy rozrzuciło mnóstwo podejrzanego żelastwa, wiec trzeba wszystkich natychmiast ewakuować - w tym nieszczęsną znajomą w bikini, która absolutnie nie może wrócić po swoje rzeczy i najlepiej, żeby się z nimi tak jak stoi udała na komisariat składać zeznania.

Potem pojawiła się straż pożarna, która forsowała szlaban 20 minut. Co ciekawe nie sforsowali zamknięcia tylko zawias. Działkowcy powinni być z siebie dumni. Na samym końcu przyjechali saperzy.

Co się okazało. Sąsiad miał skalniak a na skalniaku co najmniej kilkanaście niewybuchów. Prawdopodobnie zmarł podczas uzupełniania kolekcji. Okoliczne działki zostały całkowicie stratowane przez saperów, szukających szczątków z tejże ekspozycji.

To tak a propos komentarza Mściwego Frustrata: "Jeśli granat przywieziony przez babcię na komendę policji nie wybuchł w tramwaju, to i na komendzie nie wybuchnie. Jeśli łuska artyleryjska zamówiona pocztą przez syna nie wybuchła po drodze, to i w jego pokoju, na półce nie wybuchnie i nie ma potrzeby donosić na policję że syn bombę kupił!"

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 441 (453)

#68229

(PW) ·
| Do ulubionych
W jednym z polskich muzeów, kilku Niemców miało problemy z dogadaniem się z Polakami. Pewien starszy Pan (Polak), który się temu przysłuchiwał, podszedł do nich i zaczął płynnie po niemiecku objaśniać co i jak. Nawet trochę im o eksponatach poopowiadał.

W pewnym momencie jeden z Niemców zapytał się, skąd tak dobrze zna język niemiecki. Starszy Pan w odpowiedzi podwinął rękaw, ukazując wytatuowany numer.

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 544 (772)

#31349

(PW) ·
| Do ulubionych
Powinienem mieć wyrzuty sumienia. Choćby dlatego, że ich nie mam. Ale nie mam i już, co mnie dość dziwi. I drażni.

Jakiś czas temu (dialogi przytoczone w miarę dokładnie).
Zakupy w hipermarkecie. Wyłożyłem już zakupy do bagażnika, a za mną zmaterializował się pan w ubraniu dość zużytym i twarzą owiniętego w folię tostera.
- Mogę odprowadzić wózek? – Zapytał bez zbytecznych konwenansów w stylu „potrzebuję na bułkę”.
Przyjrzałem mu się uważnie i obdarzyłem najszczerszym uśmiechem zarezerwowanym tylko dla najbliższych.
- Nie.
Zatchnął się. Na krótką chwilę włączył mu się tryb stanby, ale szybko się zresetował i popatrzył na mnie jakbym był Marsjaninem.
Popatrzyłem na niego jakbym Marsjaninem nie był. Tak przez kilka sekund trwała nasza „bez słów rozmowa”.
Poszedł. Pojechałem.

Kilka dni później sytuacja się powtórzyła.
- Mogę odprowadzić wózek?
- Nie.
Chyba mnie poznał. Marsjanin w jego wzroku wyjrzał nieśmiało ale zaraz powrócił do własnych spraw. Poszedł. Pojechałem.

Kilka dni później.
- Mogę odprowadzić wózek? – jego wzrok świadczył o tym, że zdecydowanie mnie poznał.
- Nie. – mój wzrok świadczył, o lekkim zainteresowaniu.
- Ale dlaczego?
Ożeż, oznaki procesów myślowych i upór godny pochwały!
- Lubię odprowadzać wózki.
Poszedł. Pojechałem.

Następne kilka dni później.
- Mogę..?
- Nie!
- Ale pan odprowadzi wózek. Ja tylko chciałbym monetę z niego.
Trzeba przyznać - nie spodziewałem się.
- Lubię tę monetę.
- To może dałby mi pan inną...
Prawie się złamałem.
- Nie...
Poszedł. Pojechałem.

Czasy obecne.
- Mogę..?
- Nie!
- Bardzo potrzebuję.
- Ja też.
- Ale ja, wie pan, chyba bardziej.
To akurat nie ulegało wątpliwości.
- A na co?
- Piwo.
- Aha... ale nie.
Posze... zaraz.
- Proszę pana, pan odprowadzi wózek i przyniesie mi tę piątkę, która jest w środku.
Odprowadził, wrócił z piątką w wyciągniętej ręce. Dostał dychę.

Jutro jadę na zakupy. Boję się.

przed hipermarketem

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1202 (1308)

#23482

(PW) ·
| Do ulubionych
Szpital, oddział patologii noworodka.

Karmię malucha leżącego w cieplarce. W jednej ręce dziecię, w drugiej butelka na zmianę z przewodem tlenowym zakończonym maseczką, bo malec męczy się przy piciu i saturacja spada na łeb na szyję. W czasie jednej z przerw ′na dotlenienie′ czytam nadrukowany na wężu tlenowym napis i mnie zamurowuje:

′Przewód do oleju i benzyny firmy motoxxx.′

No tak, co tam normy jakościowe, co tam toksyczne paskudztwa - wąż jest wąż, a że paliwowe były najtańsze w przetargu...

Rękoopad.

′I′m a destruction machine, breathing gasoline...′

szpital

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 719 (835)

#19787

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka lat temu, podczas mroźnej zimy, Zaszczurzony odpoczywał sobie w trakcie jakże ciężkiej służby na SORze. Chwycił kanapkę i poczłapał dzielnie w stronę gabinetu lekarskiego gdzie mógł w końcu otworzyć do kogoś gębę i porozmawiać z ratowniczką Zosią.

Niestety nie za dużo czasu było do rozmowy bo wezwali Zosieńkę na izbę przyjęć. No więc siedzę sam... Ale Zośka wraca, prowadzi za sobą pana w wieku 41 lat. Pan wyglądał na człeka typowo wyciągniętego z dworu o tej porze roku. Spod czapki, dwóch szalików i niezliczonej ilości swetrów można było dostrzec gdzieś człowieka z wielkim, czerwonym nosem. Panu wyraźnie głupio było zacząć.

P-Widzą państwo... Ja pracuję, no właściwie nie pracuję, śmietniki sobie przeglądałem... A nie ustawili nam w tym roku nic na ogrzanie na ulicy...

W tym momencie wchodzi lekarz, człowiek całkiem miły, ale działający pod wpływem chwili i nie mający nigdy czasu tłumaczyć pacjentom co robi i dlaczego (i w tym objawia się jego piekielność...). Ja biernie przyglądam się pochłaniając kolację.

L-Co jest?
Z-No pan przyszedł, z dworu pielęgniarki mi kazały go ściągnąć.
L-Co panu dolega?
P-Bo jak tam sobie przeglądam to ściągam rękawiczki żeby nie pobrudzić... No i mrozi w palce, mrozi...
Z-Chce pan powiedzieć, że odmroził sobie dłonie?
P-No właściwie tak chcę powiedzieć...

Po chwili trochę żałowałem kęsa, którego wziąłem przed sekundą. Pan ściągnął rękawiczki, co spowodowało u mnie mimowolne i lekkie cofnięcie się przełykanej kanapki... Razem z Zosią i lekarzem tylko wymieniliśmy się spojrzeniami. Dlaczego? Ponieważ spod rękawiczek radośnie przywitały nas odmrożone palce do samych paliczków, czarne bo tkanki dawno obumarły... Gdzieniegdzie pod martwymi tkankami można było dostrzec wesoło spoglądającą na nas kość. Każdy palec trzymał się dosłownie na jednym, martwym ścięgnie. Tak by się chciało zachować profesjonalnie, ale cały profesjonalizm prysnął razem z cofająca się kanapką i otwartą ze zdziwienia gębą.

W końcu panu udało się przerwać zmowę milczenia.

P-Da się coś z tym zrobić?
L-Zosiu, podaj nożyczki.

Doktor chwycił dłonie pacjenta, podciągnął sobie pod sam nos i... Jednym, sprawnym ruchem odciął martwe palce za pomocą nożyczek chirurgicznych.

Zanim się skrzywicie, pana to nie bolało, jego nerwy były kompletnie martwe, nie było możliwości, aby cokolwiek poczuł. Jednak oczy wyszły mu na wierzch.

P-Ale co pan zrobił!?
L-Z tego by już nic nie było...
P-ALE JA LUBIE SWOJE PALCE!

Pan chwycił tym co mu zostało, to co mu odcięto i uciekł z gabinetu.

Jeśli nie jest to dla Was piekielne, to pomyślcie sobie, że ktoś Wam właśnie amputuje dziesięć palców bez ostrzeżenia... Przecież ten człowiek się tego nie spodziewał. Ale ani ja ani Zosia nie zareagowaliśmy bo... My w sumie też nie spodziewaliśmy się takiego obrotu zdarzeń. Lekarz całość skwitował:
- Pff, panikarz. - I wyszedł zostawiając mnie i Zośkę w pełnym osłupieniu.

Pogotowie

Skomentuj (66) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1292 (1364)

#85376

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka (mam nadzieję) historia z czasów, kiedy pracowałam w KFC.

W "restauracjach" tej sieci normą było "wypożyczanie" sobie nawzajem pracowników. W ramach takiej akcji kolega pracujący "na kuchni" został poproszony (tak, poproszony, to nie było obowiązkowe) by kilka zmian zamiast u nas przepracował w innej lokalizacji.

Jakoś tak niedługo po jego powrocie, wypadało comiesięczne zebranie pracownicze. Ku naszemu zdziwieniu na tym konkretnym był obecny kierownik regionalny. Na samym początku wyszedł na środek i mówi, że ma tylko jedną sprawę do przedstawienia, a potem znika by nas nie krępować. I do wyżej wymienionego kolegi: "W sumie, K. pochwal się sam, co zrobiłeś."

K., lekko zażenowany (nieśmiały trochę chłopak, poza tym nie uważał, żeby miał czym się chwalić) zaczyna:

- Jak byłem w tamtej knajpie, kazali mi kurę zamarynować*. Schodzę na dół, otwieram paczki, a kura śmierdzi. Idę do kierownika (akurat był obecny główny kierownik lokalu) i mówię mu, że na moje oko kura jest do wyrzucenia. A on mi na to "do..dol da razy więcej marynaty i nikt nie poczuje".

- I co zrobiłeś? - trzeba było chłopaka pociągnąć za język, bo on serio uważał, że nie ma o czym mówić.

- No odmówiłem, a jak się upierał, to się na niego wydarłem. A potem pie...ołem daszkiem o ziemię, wyszedłem i więcej tam nie wrócę, póki ten (...) tam jest. No i do T. zadzwoniłem - wskazał na regionalnego.

Regionalny zabrał głos.

- Tamten kierownik już w firmie nie pracuje, a ty K. dostaniesz premię, 200 zł, już centrala klepnęła, przyjdzie z przelewem.

A ja się zastanawiam - jak można postępować tak, jak ten kierownik? Mięso zepsute, to doprawię mocniej i będzie? Sam by to zjadł? Własnym dzieciom dał?

*Marynowanie kury (czyli kawałków kurczaka) polegało na wrzuceniu mięsa do maszyny z obrotowym bębnem, w towarzystwie marynaty w saszetkach. Każdy rodzaj marynowało się inaczej, dłużej lub krócej, tajników nie znam, bo nigdy na tym stanowisku nie pracowałam.

gastronomia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (137)

#6403

(PW) ·
| Do ulubionych
Niecały rok temu w Świdniku obok Lublina, jedna ze stacji Orlen była obiektem interwencji straży pożarnej. Wozów strażackich różnej wielkości i kształtów krążyło wówczas pełno, a że ognia i dymu nie było widać wcale, to wraz ze znajomymi zachodziliśmy w głowę zastanawiając się co się wydarzyło. Wyjaśnienia doczekałem się dopiero po paru tygodniach, w oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów stacji LPG (widocznie w branży wieści rozchodzą się szybko), gdzie podczas tankowania gazu pracownik stacji opowiedział mi o zajściu.

Na Orlenie dzień jak co dzień. Ruch o tej godzinie raczej niewielki. Podjeżdża [K]lient i prosi [P]racownika o zatankowanie gazu do pełna. Pracownik podpina "kabel" i tankuje. Mija sporo czasu, toteż wzbudza to zaciekawienie ze strony pracownika:
[P]: Jaką ma pan pojemność tej butli?
[K]: A nie wiem, samochód pożyczyłem od kolegi.
Mija jeszcze chwila, w końcu i kierowca zauważa ponadnormatywny upływ czasu i coraz większą cenę na dystrybutorze:
[K]: To może ja zadzwonię i spytam.
I tak też robi:
[K]: No cześć, słuchaj, powiedz mi ile ci do tej butli gazu wchodzi, bo na stacji jestem.
W tym momencie klient wyraźnie blednie, w oczach pojawia się strach. Odkłada telefon.
[P]: Dowiedział się pan?
[K]: ...Mówi że wymontował butlę...
W tym momencie zarówno pracownik jak i cała stacja w dalszej kolejności zdała sobie sprawę, że obok nich stoi samochód z gazem zatankowanym do bagażnika, który pod wpływem jednej iskry całą stację zmiecie z powierzchni ziemi.
Chciałbym wtedy zobaczyć twarze tych ludzi.

Orlen

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1843 (2055)

#41995

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś o tym, jak Straż Miejska chciała mnie przekonać, iż okradam własny samochód (chyba, że intencje wielmożnych panów były inne, a ja po prostu nie pojąłem ich swoim małym rozumkiem).

Pewnego dnia MIAŁEM KAPRYS. Kaprys objawił się chęcią wymiany kołpaków w samochodzie. Kołpaki kupiłem już dość dawno, ale jakoś nie mogłem się zabrać do ich wymiany. Korzystając z przypływu entuzjazmu, udałem się do samochodu i zacząłem operację. Muszę chyba działać jak magnes na strażników, bo znów nadciągnęła kawaleria w ślicznych mundurkach. Aby tradycji stało się zadość, ponownie określę ich jako Wcielenie Cnót Wszelakich (WCW).

WCW1: Dzień dobry (tu się nawet przedstawił).
Ja: Dzień dobry.
WCW1: To pana samochód?
Ja: No tak.
WCW1: Możemy zobaczyć jakieś dokumenty?

Małe wyjaśnienie - musiałem doznać jakiegoś zaćmienia umysłowego, przyjąłem bowiem, iż WCW mają dobre intencje i usiłują zrobić coś pożytecznego. Nieco mi teraz wstyd ale na swoje usprawiedliwienie dodam, że faktycznie zdarzały się na osiedlu przypadki wandalizmu, kradzieży kołpaków, itp. Zamiast zatem odesłać panów na drzewo, okazałem im dowód osobisty. Moja dobra wola nie została doceniona.

WCW1: Nie interesuje mnie pański dowód. Proszę o dokumenty samochodu.
Ja: Nie mam przy sobie.
WCW1: Jak to?

Niezwykle inteligentne pytanie, prawda? Kojak mógłby się od panów uczyć technik przesłuchiwania podejrzanych... A może miał to być "styl Columbo"?

Ja: Normalnie, nigdzie nie jadę, wyszedłem bez kurtki, mam tylko dowód osobisty. Mam kluczyki, samochód jest otwarty, mogę go uruchomić jeśli panowie sobie życzą. Naprawdę uważacie panowie, że w takiej sytuacji kradłbym kołpaki zamiast odjechać całym samochodem?
WCW2: Jak pan jest przy samochodzie to powinien pan mieć dokumenty!
(Ciekawe od kiedy?)

Nie wytrzymałem.

Ja: A pan może ma dokumenty?
WC2: Oczywiście.
Ja: Ale do mojego samochodu?

..............

Ja: Skoro nie, to czemu pan PRZY NIM stoi? A może wyjaśni mi pan, na jaką odległość mogę podejść do samochodu bez dokumentów?

Groźne, rozzłoszczone miny panów sprawiły, że trudno mi było zachować powagę.

WCW1: Czyli nie ma pan dokumentów?
Ja: Ano nie.
WCW (obydwaj, chórkiem): No to mamy problem!
Ja: No to współczuję i życzę, żeby udało się panom go jakoś rozwiązać.

Uznałem tę humorystyczną dyskusję za zakończoną i wróciłem do swoich zajęć. Panowie chyba jednak mieli inne zdanie, bo stali nade mną jak dwa sępy naradzając się po cichu. Nie powiem, zaczynało mnie to irytować ale postanowiłem być konsekwentny i robić swoje. Po chwili:

WCW1: Będziemy musieli wezwać Policję.

Nie uznałem za stosowne odpowiadać. Skąd miałem wiedzieć czy mówi do mnie czy może głośno myśli (przepraszam za niekoniecznie adekwatne określenie).

WCW1: Słyszy mnie?

To już chyba było do mnie...

Ja: Słyszę, ale czego PAN ode mnie w związku z tym oczekuje? Mam PANU pożyczyć telefon?
WCW1: Policja zaraz tu będzie.
Ja: A czemu ma mnie to interesować?
WCW1: Zobaczysz pan.

Ano zobaczyłem. Panowie wsiedli do swojego pojazdu, pogadali przez radio i odjechali. Czyżby ktoś mądrzejszy po drugiej stronie "gruszki" wytłumaczył im, że groźny bandyta PODCHODZĄCY do samochodu bez dokumentów
niekoniecznie zainteresuje Policję w stopniu niezbędnym do wysłania na miejsce jednostki AT?

straz_miejska

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1209 (1255)