Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ferian

Zamieszcza historie od: 10 listopada 2011 - 20:09
Ostatnio: 15 października 2019 - 5:25
  • Historii na głównej: 31 z 40
  • Punktów za historie: 14133
  • Komentarzy: 222
  • Punktów za komentarze: 629
 

#85441

(PW) ·
| Do ulubionych
Znów spotkanie w rodzinnym gronie, rozmowa z kuzynką, a ja się nagle dowiaduję, że ta już w przedszkolu nie pracuje. Zdziwiłem się, bo zawsze kochała dzieci, marzyła o tym i w ogóle.

Kuzynka pracowała w sumie jako pomoc przedszkolna, robiąc w międzyczasie studia. Pracowała rok, zrezygnowała i z tego i ze studiów (tzn z magistra, bo licencjat skończyła, szkoda jej było), przebranżawia się na kierunek również związany z dziećmi. Co więc było nie tak? Rodzice. Było wiele sytuacji, zgodziła się, żebym opisał jedną.

Dwójka dzieci pokłóciła się na zajęciach, pobili się, kuzynka szybko ich rozdzieliła. Porozmawiała, dowiedziała się o co poszło, wyjaśniła, że bić się nie wolno, że rozmowa jest lepszym pomysłem itd. Jedno z dzieci wzięło autko drugiego i nie zapytało o zgodę, często się zdarza. Dzieciaki się przeprosiły, a nawet przytuliły, potem cały dzień razem się bawiły. Następnego dnia ledwo jedno z dzieci przyszło, to od razu uderzyło porządnie drugie z pięści w twarz. Nikt nie zdążył nawet zareagować (bo nikt się tego nawet nie spodziewał). Tata mu tak kazał i on się nie będzie z nim przyjaźnił, ani nawet rozmawiał i ma zostawić jego rzeczy w spokoju, a jak nie, to znowu ma mu przyłożyć.

Ojciec przyszedł odebrać dziecko i jeszcze z pyskiem na kuzynkę i główną nauczycielkę przedszkolną, że mają z jego dziecka c**y nie robić (dosłownie użył tego słowa) i mu (więcej wulgaryzmów, ale sparafrazuje) takich głupot nie opowiadać, bo jak ktoś mu coś zabiera, to ma się obronić, a nie jakieś przytulanki "jak jakieś ****" (Gdzie **** było brzydkim określeniem osób homoseksualnych). Później groził, że się z nimi "policzy" jak będą tak się z jego synem obchodzić, bo on ma na mężczyznę wyrosnąć, a nie na c**ę.

I całe dobre podejście do dziecka, cała praca, wyjaśnianie itd. poszły się kochać, bo ojciec jest taki jest. Tylko dziecka szkoda, bo potem wyrośnie na jakiegoś kryminalistę i już nikt nie powie "to wina rodzica" tylko "jaki z niego zły człowiek", chyba, że jakoś sam się opamięta.

Kuzynkę bolało to, że mimo świetnego podejścia do dzieci, nie może nic zmienić. Poszła teraz na psychologię, chce zostać psychologiem specjalizującym się w dzieciach. Liczy na to, że jakiemuś uda jej się pomóc, bo ludzie po to właśnie tam chodzą. Po pomoc.

Przedszkole

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 113 (129)

#85283

(PW) ·
| Do ulubionych
Bardzo długo zastanawiałem się, czy to pisać. Wstrzymałem się na czas strajków i liczę na obiektywną ocenę sytuacji.

Pracowałem przez kilka lat w szkołach specjalnych z dziećmi chorymi umysłowo i/lub fizycznie, o tych pierwszych będzie tu głównie mowa.

Praca z takimi dziećmi zdecydowanie do łatwych nie należy. Słyszeliście pewnie, bądź też nie o sytuacji, gdzie 8-mio latek pobił dwie nauczycielki, było to mówione jakiś czas temu (można poszukać na Googlach). Cóż, w tego typu szkole, jak specjalna takie rzeczy zdarzają się często. Nie raz nie dwa dziecko wpadnie w szał, trzeba je uspokoić i zrobić wszystko, żeby nie skrzywdziło ani siebie, ani innych. Przytoczę jedną z sytuacji.

Dziecko ze schizofrenią (o ile dobrze pamiętam była to schizofrenia,) dostało ataku paniki, wiek 9 lat. Był to dość korpulentny chłopiec, w dodatku bardzo silny, dlatego nauczycielka zawołała mnie do pomocy, gdyż zwyczajnie nie umiała sobie z nim poradzić, a ten robił sobie krzywdę. Ja, jako jedyny mężczyzna w tej szkolne poza woźnym, dałem sobie radę, wziąłem go bezpiecznie lekko przez ramię i mocno trzymając, zaniosłem do kącika z materacami, gdzie rozpoczęliśmy uspokajanie go. Nie mogę tutaj dodać zdjęcia, ale gdzieś jeszcze je mam. Całe plecy przez to dziecko podrapane, tam, gdzie sięgnął. Do krwi.

W większości przypadków są to naprawdę fajne dzieci, z którymi można się mniej lub bardziej dogadać. Wyżej wymieniony chłopiec przeprosił mnie po fakcie. W tym momencie muszę dodać, że zaciskałem zawsze zęby i jakoś wytrzymywałem pogryzienia, podrapania i siniaki, ponieważ zdawałem sobie sprawę, że są to dzieci chore i nie mogą w pełni odpowiadać za swoje czyny. Idąc do szkoły specjalnej wiedziałem, na co się piszę, ale i tak niektóre sytuacje mnie zaskoczyły.

Było u nas w sumie dwoje dzieci, które można by nazwać "ciężkimi przypadkami", mimo że była to szkoła specjalna. Jeden miał bardzo poważny zespół downa i jeszcze jakieś choroby (ogólnie przy zespole downa jest bardzo wiele chorób), chłopak prawie wcale nie kontaktował, ale matka chciała, by przebywał z dziećmi. Głownie siedział, uderzał pięściami w biurko, coś porysował, nie mówił... Drugi za to był bardzo inteligentny. Również miał kilka chorób, nie będę przytaczał. Dziecko ostatecznie skończyło w zakładzie psychiatrycznym. Matka poddała się po tym, jak w napadzie szału próbował... (tego nie napiszę, uznałem, że rodzina mogłaby zostać rozpoznana, a tego nie chcę). Był wielkim kombinatorem. W szkole opowiadał, że matka się nad nim znęca i chce go zabić, w domu opowiadał to samo o nas matce, okradał dzieciaki i bardzo często używał przemocy.

Ale jak już mówiłem, wiedziałem, na co się piszę. Choć może nie spodziewałem się, że będzie aż tak... Mimo to wytrwałem kilka lat. Odszedłem dwa lata temu dla własnego zdrowia psychicznego. Jednak w zwykłej szkole publicznej nauczycielki nie spodziewają się czegoś takiego, a jednak takie dzieci się zdarzają. Dlaczego? Tu cytat dosłowny rodzica: "Bo nie będzie chodził do szkoły dla debili!" Tego typu piekielni rodzice posyłają do szkoły publicznej (i mają do tego prawo) często bardzo chore i powiedzmy sobie szczerze, niebezpieczne dzieci. Niestety także zdarza się, że rodzice celowo nie posyłają dziecka do specjalisty w celu wyrobienia orzeczenia, żeby w szkole nie robili problemów.

To jednak dla takiego nauczyciela tym gorzej, bo z orzeczeniem to by chociaż wiedział, jak ma pracować z danym dzieckiem. Taki nauczyciel w szkole podstawowej ma wykształcenie odpowiadające swojemu kierunkowi. Zazwyczaj nie ma typowych studiów dających uprawnienia do zajmowania się dziećmi chorymi. Większość z nich nie jest np. po oligofrenopedagogice i nie wie jak zajmować się dzieckiem z autyzmem, a żadne kursy nie zastąpią studiów.

Dodatkowo nie wiem, czy wiecie, ale np. autysta nie czuje się dobrze w pomieszczeniu, w którym jest dużo bodźców. Rodzice posiadający dzieci w wieku szkolnym na pewno wiedzą, jak wyglądają sale lekcyjne np. w klasach 1-3... Masa kolorów, obrazków, łańcuszków i innych takich, przez co autysta zwyczajnie się denerwuje. I teraz co, mając 25 dzieci w klasie, mamy zakazać dekorowania klasy, bo jeden się denerwuje? To co, pozostałe dzieci są teraz gorsze? I teraz powiedzmy sobie mamy autystę bez orzeczenia, bo "on jest przecież normalny!", więc nauczyciela wspomagającego też nie ma. Chłopiec ten wpada w szał, nauczycielka ma 25 dzieci do pilnowania, oraz jednego do uspokojenia, a że nigdy autysty wcześniej nie widziała, nie wie jak go uspokoić ani jak zareagować. Co teraz? Jak ona ma zapewnić niby bezpieczeństwo reszcie klasy, oraz temu jednemu? Nie może go wyprowadzić, bo nie może klasy zostawić samej. Pedagog nie zawsze jest w szkole, dyrektor nie zawsze jest w szkole, jak ma zadzwonić po kogokolwiek, kiedy musi dziecko w napadzie szału przytrzymać? Ale żeby broń Boże nie przytrzymała go za mocno! Bo niech tylko ślad zostanie, to jeszcze powiedzą, że biedny jest w szkole bity!

Ba, takiego to często inne dzieci nie lubią, ale jak to?! MOJEGO DZIECKA!? I przychodzi taki rodzic z pretensją, że inne dzieci się z nim nie bawią i nauczyciel ma z tym coś zrobić. Ale nawet najlepszy pedagog nie jest w stanie zmusić dzieci, żeby lubiły kogoś, kto je bije, kradnie im rzeczy, albo weźmie sobie ich gumkę do mazania, włoży do ust i wypluje do ich piórnika... (autentyk, często się dzieje u dzieci z zespołem downa).

Tak to moi drodzy wygląda. Szkoły specjalne są naprawdę wspaniale przystosowane do dzieci chorych. Są tam wykwalifikowane osoby, są nauczyciele wspomagający, którzy zajmą się dzieckiem, kiedy ma ono właśnie jakiś problem, a drugi nauczyciel nadal prowadzi resztę klasy. Ba, często jest więcej atrakcji, konkursów, ciekawych ludzi się zaprasza, jest masa zabawek, mniejsze grupy... Długo można by wymieniać.

Na koniec, jeśli ktoś dotrwał to z mojego doświadczenia dodam taką rzecz... Gdybym sam miał dziecko chore umysłowo, skonsultowałbym się ze specjalistą, czy moje dziecko poradzi sobie w zwykłej szkole i w zależności od tego wybrałbym odpowiednią placówkę. Jeśli miałbym dziecko chore fizycznie (tj. np. na wózku), posłałbym je do odpowiednio przystosowanej zwykłej podstawówki. Z doświadczenia wiem, że zdrowe dzieciaki chętnie opiekują się kolegami i koleżankami niepełnosprawnymi ruchowo.

szkoły

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (186)

#84930

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia jest bardzo stara, nie brałem w niej udziału, znam ją tylko ze słyszenia, a dokładniej dowiedziałem się o niej na spotkaniu rodzinnym. Historia dotyczy mojej dalszej rodziny, a dokładnie dalszej kuzynki i jej taty.

Zaczęło się na rozmowie o węglu, a zeszło na coś zupełnie innego. Kuzynka bawiła się na podwórku, chodziła jeszcze do przedszkola. Wujek był niedaleko, miał na nią oko, ale zajmował się też jakimiś rzeczami. Brama była otwarta, bo czekali na dostawcę węgla.

Wtedy nagle przez bramę wparował pies sąsiada i rzucił się na kota. Kuzynka, chcąc go bronić, wzięła zwierzaka na ręce, no i sama została lekko ugryziona przez psa, który chciał dosięgnąć kota. Właściciel się nie ruszył, to wujek musiał psa odciągnąć, zadzwonił na policję. Kuzynka nie była mocno pogryziona, prawie że draśnięcie, ale mimo wszystko psa trzeba było wziąć na obserwację, co jeszcze właściciel utrudniał, bo nie miał szczepień. Kot trafił do weterynarza, ale się wylizał.

Co jednak ciekawe, zdecydowano o uśpieniu psa. Wujek, jako wielki fan psów, nie był zadowolony z tego, że pies ma odpowiadać za kompletny brak odpowiedzialności właściciela, szczególnie, że pies na ludzi się normalnie nie rzucał, był cięty na koty. Dzieci się z nim często bawiły, wszyscy tego psa znali, kuzynkę tylko drasnął. Wujek nawet tego psa bronił, ale bezskutecznie. Właścicielowi niewiele się oberwało, psa uśpiono.

I tak niewinne zwierzę poniosło karę za nieodpowiedzialnego właściciela.

sąsiedzi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (168)

#84863

(PW) ·
| Do ulubionych
Swego czasu musieliśmy wezwać do domu FACHOWCÓW. Robota nie nie wiadomo jaka, ale jednak niewielka ekipa była potrzebna.

Ostrzegam jedzących w razie czego, jeśli jesteście wrażliwi, radzę przeczytać później.

FACHOWCY przyjechali godzinę wcześniej, niż byliśmy umówieni, więc otworzyliśmy im drzwi w piżamach, ale dobra, nic się nie stało. Od progu poprosili o kawę. No ok... I tak planowaliśmy zrobić, zawsze częstujemy kawą, mielimy też naszykowane ciasto. Narzeczona poszła się przebrać, ja poszedłem za nią po coś do sypialni na chwilkę. Nagle drzwi się otwierają i wchodzi FACHOWIEC. Moja narzeczona w spodniach i samym staniku, a ten ani przepraszam, ani nic tylko "Kibla szukam". Wyprosiłem pana z sypialni, zwróciłem mu uwagę, że się puka chociażby... I chyba przez to znalazłem w łazience jego zemstę.

Wchodzę jakiś czas później do łazienki, a tam... gó**o. Wielka, niespłukana kupa zasypana chyba połową paczki chusteczek higienicznych... Obok toalety pół roki papieru toaletowego, na pralce stały jeszcze dwie... I narzeczona tylko do mnie "nie krzycz na nich, bo jeszcze robotę specjalnie zepsują". Ok. Zwróciłem uwagę, że w razie, gdyby ktoś chciał do toalety, ta jest tu i tu, a papier toaletowy jest obok, także z zapasem na pralce...

Dobra. Kilka godzin minęło, my się nie wtrącamy, oni robią, ale po jakimś czasie przychodzi do mnie drugi FACHOWIEC i pyta "Za ile obiad będzie? Bo my już kończymy." My z miną "ALE ŻE CO?!", gdyż:
1. Nie umawialiśmy się na żaden obiad.
2. Panowie robili KUCHNIĘ!
Po naszych wyjaśnieniach, że nie było mowy o obiedzie, a nawet nie byłoby jak zrobić obiadu, bo kuchnia rozgrzebana zdenerwowany pan stwierdził, że dobra, oni sobie sami pojadą na obiad, ale doliczą nam to w koszta...

Przynajmniej robotę wykonali dobrze, nie mogę się przyczepić...

uslugi

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 122 (130)

#84731

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, co to za cuda się dzieją i praktyki nowe w mięsnym.

Kupiłem pierś z kurczaka na obiad. Wracam z nią do domu, wygląda dobrze, pachnie dobrze. Od razu zabieram się za przygotowanie posiłku, jak zawsze myję kurczaka pod ciepłą wodą, a ten...
Po umyciu cały zsiniał i zaczął śmierdzieć.

Jak?!

mięsny

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (124)
zarchiwizowany
Ostatnio wiele słyszy się na temat karmienia psów i kotów surowym mięsem, że to niby takie zdrowe i naturalne. To przypomniało mi zdarzenie sprzed prawie 10-ciu lat.

Mieliśmy wtedy kota. Mama tłukąc kotlety zlitowała się nad nim i dała mu kawałek surowego mięsa. Kot dostał jakby jakiegoś ataku. Zaczął się trząść, nie za bardzo reagował. Zawieźliśmy go do weterynarza, ale już w gabinecie zaczął dochodzić do siebie. Prawdopodobnie dostał alergii na coś, czym mięso było spryskane (żeby się nie psuło) bądź szprycowane, słabo się na tym znam. Od tamtej pory mięso dla kota podgotowywaliśmy.
Weterynarzem nie jestem i nie znam się na tym, czy mięso surowe jest lepsze, czy nie... Ale mięso, które kupiliśmy to nie były jakieś najtańsze odżyny ze sklepu, tylko dla nas na obiad, także jeśli chodzi o znalezienie bezpiecznego mięsa na surowo dla kota, to już może być problem.

Spokojnie, kot żył jeszcze parę dobrych lat.

weterynarz

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (23)

#84458

(PW) ·
| Do ulubionych
Nienawidzę pseudo-znawców i pseudo-obrońców praw zwierząt.

Mam psa, duża rasa, ale już stare bydlę. W przeliczniku na ludzkie ma już prawie 90 lat. Jakiś czas temu (kilka miesięcy) zobaczyłem, że coś mu rośnie na brzuchu. Byłem z tym u weterynarza, bardzo dobrego swoją drogą, bardzo mu ufam, już raz mi tego psa uratował. Weterynarz jednak uznał, że nie może tego wyciąć, bo pies jest tak stary, że prędzej nie przeżyje operacji, a okazuje się, że zmiana jest niegroźna.

Stosuję się więc do zaleceń i dodatkowo obserwuję co z tego będzie, jeżdżę na kontrole itp.

Głupi ja napomknąłem o tym koleżance na imprezie. Rozmawialiśmy o psach i dodałem też, że więcej już nie wezmę tak dużego psa, bo to kłopotliwe. Całą rozmowę usłyszał jej znajomy, którego praktycznie nie znam. Okazało się, że to jakiś pseudo-obrońca praw zwierząt. Wtrącił się, że jeśli ten weterynarz nie chce tego wyciąć, to powinienem szukać innego tak długo, aż znajdę takiego, który to wytnie. Argumenty, że np. starszym ludziom też nie wykonuje się za bardzo operacji, ani w sumie żadne inne argumenty nie docierały. Gościu zdecydował, że jeżeli nie będę "walczył o psa", to mnie zgłosi do obrońców praw zwierząt, że zaniedbuję psa i odmawiam jego leczenia.

Szczerze wątpię, żeby mi psa zabrali, skoro jeżdżę z nim regularnie do weterynarza, nie chodzi głodny, ani nic z tych rzeczy... Tyle, że gość mi po prostu nie daje spokoju. Poza zablokowaniu go wszędzie, wykorzystuje wspólnych znajomych do przekazywania mi wiadomości i pytania o psa. Ludzie, ja zwariuję.

PS. Pies jak na razie ma się bardzo dobrze, mimo wieku nadal żywy, wesoły i regularnie badany przez weterynarza.

impreza

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (183)

#84178

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś tłusty czwartek. Idę rano do jednego z większych sklepów, widzę pana, który wykłada pączki, pewnie dostawca. Gołymi rękami, co jakiś czas zlizując lukier z palców i dalej tymi oblizanymi rękami wykłada pączki...
Jakoś mi się odechciało.

sklepy

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (125)

#83291

(PW) ·
| Do ulubionych
Właściwie miał być komentarz pod historią o braniu kota z fundacji, ale zastanawia mnie, czy tylko ja uważam zasady oddawania zwierząt przez fundacje za przesadne, a i nieraz piekielne. Jak tak dalej pójdzie, to łatwiej będzie dziecko adoptować niż kota.

Ja wychowałem się na wsi, za młodu miałem dwa koty (i psa). Może dlatego podejdę do tego mało profesjonalnie, ale:

- Nasze koty były wychodzące
- Nikt nigdy nie pomyślał o osiatkowaniu balkonu (żaden nie zginął, po prostu nie miały tam wstępu)
- Koty nauczone życia nie były sierotkami marysiami, co im się zaraz coś stało. Łaziły po drzewach, dachach i ogólnie po całej wsi. Zawsze wróciły. (A i sąsiadom nie przeszkadzało to, że koty u nich łażą, wręcz przeciwnie, przynajmniej myszy z szopy wyłapią...)
- Każdy kot radził sobie z mało uczęszczaną ulicą
- Koty BYŁY zaszczepione i odrobaczone. Wielu sąsiadów nie szczepiło, ale u nas to jednak była podstawa.
- Nie były kastrowane (mieliśmy tylko kocury, bo babcia nie chciała kotki, a mawiała, że kot cyt. "bez jaj" myszy łapać nie będzie)
- Koty nie raz przyszły ze szramą na pysku po walce. Jak coś było poważniejszego to się jechało do weta, jak nie to się wylizał.
- Koty jadły myszy + resztki mięsa z obiadu. Poza tym w misce była zawsze sucha karma i woda. Żadnych saszetek, pasztecików i innych tego typu rzeczy
- Koty spały w słomie w garażu, miały tam ciepło, a obok stała miska z wodą. Wśród paszy miały istny bufet myszy (po to były, miały łapać myszy). Czasem spały na piecu, a w większe mrozy w domu.
- Koty były zadbane i żyły długo i szczęśliwie.

Dlatego nie rozumiem o co aż tyle hałasu w tych fundacjach. Koty, które były u nas miały ciepły kąt, miały zawsze co jeść i miały zapewnioną opiekę weterynarza w razie potrzeby. Były też szczepione, wygłaskane i kochane. Oczywiście, były to inne czasy. Obecnie żadna fundacja nie dałaby nam kota. Czy nasze miały źle? Ja uważam, że nie.

PS. Szczególnie dziwi mnie ten wymóg, że kot musi być niewychodzący. U nas na wsi miały istny raj, same pola, samochodów tyle, co... Kot napłakał. Mnóstwo miejsca do biegania, polowania i leniuchowania w słońcu. Rozumiem, że nie trzyma się kota wychodzącego mieszkając przy ruchliwej ulicy, ale na wsi lub spokojnym osiedlu, dlaczego nie?

koty fundacje

Skomentuj (104) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (298)

#80334

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej szkole była sobie uczennica, która zapragnęła zrobić sobie kolczyk w nosie. Szkoła ta miała jednak sztywne zasady i statut groził, że za jakikolwiek zrobienie kolczyka poza uszami, farbowanie włosów itp. grozi obniżenie oceny z zachowania o jeden stopień. Dziewczyna jednak pogodziła się z taką karą, zaakceptowała ową karę, nawet matka dziewczyny, za której zgodą, młoda zrobiła sobie wymarzony kolczyk w nosie.

Gdy tylko pojawiła się z tym kolczykiem, wywołała burzę, szkoła natychmiast wezwała matkę, której powiedziano, że za złamanie regulaminu, córka zostanie wydalona ze szkoły. Ale zaraz, hola hola! Miało być obniżone zachowanie! Ponoć pani matka była nieugięta, szkoła oczywiście, tak jak było w zapisie, natychmiast dziewczynie zachowanie o stopień obniżyła. O sprawie zapomniano, do czasu...

Wyobraźcie sobie, że szkoła natychmiast zmieniła zapis (który zanim przeszedł trochę potrwało) na wydalenie ze szkoły w w/w przypadku i znów wezwała panią matkę, której powiedziano, że jeśli córka nie usunie kolczyka, zostanie wyrzucona... Dziewczynę zawieszono i tu po dłuższej batalii, matka w końcu wygrała, ponieważ prawo nie może działać wstecz, a córka już została przecież raz ukarana. Nie karze się dwa razy, za to samo. I tak oto w tej "niesowicie prestiżowej szkole" pośród wielu grzecznych i ułożonych uczniów, chodziła też jedna uczennica z kolczykiem w nosie psująca dobre imię szkoły.

Nie, nie jestem tą dziewczyną, historię usłyszałem od znajomej tej dziewczyny, która chodziła razem z nią do klasy. Tu się na szczęście udało, ale załatwienie sprawy zajęło tygodnie. Tylko po co tak ludziom życie uprzykrzać?

szkoła

Skomentuj (89) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (245)