Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ferian

Zamieszcza historie od: 10 listopada 2011 - 20:09
Ostatnio: 18 sierpnia 2019 - 13:09
  • Historii na głównej: 29 z 38
  • Punktów za historie: 13822
  • Komentarzy: 215
  • Punktów za komentarze: 601
 

#84930

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia jest bardzo stara, nie brałem w niej udziału, znam ją tylko ze słyszenia, a dokładniej dowiedziałem się o niej na spotkaniu rodzinnym. Historia dotyczy mojej dalszej rodziny, a dokładnie dalszej kuzynki i jej taty.

Zaczęło się na rozmowie o węglu, a zeszło na coś zupełnie innego. Kuzynka bawiła się na podwórku, chodziła jeszcze do przedszkola. Wujek był niedaleko, miał na nią oko, ale zajmował się też jakimiś rzeczami. Brama była otwarta, bo czekali na dostawcę węgla.

Wtedy nagle przez bramę wparował pies sąsiada i rzucił się na kota. Kuzynka, chcąc go bronić, wzięła zwierzaka na ręce, no i sama została lekko ugryziona przez psa, który chciał dosięgnąć kota. Właściciel się nie ruszył, to wujek musiał psa odciągnąć, zadzwonił na policję. Kuzynka nie była mocno pogryziona, prawie że draśnięcie, ale mimo wszystko psa trzeba było wziąć na obserwację, co jeszcze właściciel utrudniał, bo nie miał szczepień. Kot trafił do weterynarza, ale się wylizał.

Co jednak ciekawe, zdecydowano o uśpieniu psa. Wujek, jako wielki fan psów, nie był zadowolony z tego, że pies ma odpowiadać za kompletny brak odpowiedzialności właściciela, szczególnie, że pies na ludzi się normalnie nie rzucał, był cięty na koty. Dzieci się z nim często bawiły, wszyscy tego psa znali, kuzynkę tylko drasnął. Wujek nawet tego psa bronił, ale bezskutecznie. Właścicielowi niewiele się oberwało, psa uśpiono.

I tak niewinne zwierzę poniosło karę za nieodpowiedzialnego właściciela.

sąsiedzi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (168)

#84863

(PW) ·
| Do ulubionych
Swego czasu musieliśmy wezwać do domu FACHOWCÓW. Robota nie nie wiadomo jaka, ale jednak niewielka ekipa była potrzebna.

Ostrzegam jedzących w razie czego, jeśli jesteście wrażliwi, radzę przeczytać później.

FACHOWCY przyjechali godzinę wcześniej, niż byliśmy umówieni, więc otworzyliśmy im drzwi w piżamach, ale dobra, nic się nie stało. Od progu poprosili o kawę. No ok... I tak planowaliśmy zrobić, zawsze częstujemy kawą, mielimy też naszykowane ciasto. Narzeczona poszła się przebrać, ja poszedłem za nią po coś do sypialni na chwilkę. Nagle drzwi się otwierają i wchodzi FACHOWIEC. Moja narzeczona w spodniach i samym staniku, a ten ani przepraszam, ani nic tylko "Kibla szukam". Wyprosiłem pana z sypialni, zwróciłem mu uwagę, że się puka chociażby... I chyba przez to znalazłem w łazience jego zemstę.

Wchodzę jakiś czas później do łazienki, a tam... gó**o. Wielka, niespłukana kupa zasypana chyba połową paczki chusteczek higienicznych... Obok toalety pół roki papieru toaletowego, na pralce stały jeszcze dwie... I narzeczona tylko do mnie "nie krzycz na nich, bo jeszcze robotę specjalnie zepsują". Ok. Zwróciłem uwagę, że w razie, gdyby ktoś chciał do toalety, ta jest tu i tu, a papier toaletowy jest obok, także z zapasem na pralce...

Dobra. Kilka godzin minęło, my się nie wtrącamy, oni robią, ale po jakimś czasie przychodzi do mnie drugi FACHOWIEC i pyta "Za ile obiad będzie? Bo my już kończymy." My z miną "ALE ŻE CO?!", gdyż:
1. Nie umawialiśmy się na żaden obiad.
2. Panowie robili KUCHNIĘ!
Po naszych wyjaśnieniach, że nie było mowy o obiedzie, a nawet nie byłoby jak zrobić obiadu, bo kuchnia rozgrzebana zdenerwowany pan stwierdził, że dobra, oni sobie sami pojadą na obiad, ale doliczą nam to w koszta...

Przynajmniej robotę wykonali dobrze, nie mogę się przyczepić...

uslugi

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (129)

#84731

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, co to za cuda się dzieją i praktyki nowe w mięsnym.

Kupiłem pierś z kurczaka na obiad. Wracam z nią do domu, wygląda dobrze, pachnie dobrze. Od razu zabieram się za przygotowanie posiłku, jak zawsze myję kurczaka pod ciepłą wodą, a ten...
Po umyciu cały zsiniał i zaczął śmierdzieć.

Jak?!

mięsny

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (122)
zarchiwizowany
Ostatnio wiele słyszy się na temat karmienia psów i kotów surowym mięsem, że to niby takie zdrowe i naturalne. To przypomniało mi zdarzenie sprzed prawie 10-ciu lat.

Mieliśmy wtedy kota. Mama tłukąc kotlety zlitowała się nad nim i dała mu kawałek surowego mięsa. Kot dostał jakby jakiegoś ataku. Zaczął się trząść, nie za bardzo reagował. Zawieźliśmy go do weterynarza, ale już w gabinecie zaczął dochodzić do siebie. Prawdopodobnie dostał alergii na coś, czym mięso było spryskane (żeby się nie psuło) bądź szprycowane, słabo się na tym znam. Od tamtej pory mięso dla kota podgotowywaliśmy.
Weterynarzem nie jestem i nie znam się na tym, czy mięso surowe jest lepsze, czy nie... Ale mięso, które kupiliśmy to nie były jakieś najtańsze odżyny ze sklepu, tylko dla nas na obiad, także jeśli chodzi o znalezienie bezpiecznego mięsa na surowo dla kota, to już może być problem.

Spokojnie, kot żył jeszcze parę dobrych lat.

weterynarz

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -3 (23)

#84458

(PW) ·
| Do ulubionych
Nienawidzę pseudo-znawców i pseudo-obrońców praw zwierząt.

Mam psa, duża rasa, ale już stare bydlę. W przeliczniku na ludzkie ma już prawie 90 lat. Jakiś czas temu (kilka miesięcy) zobaczyłem, że coś mu rośnie na brzuchu. Byłem z tym u weterynarza, bardzo dobrego swoją drogą, bardzo mu ufam, już raz mi tego psa uratował. Weterynarz jednak uznał, że nie może tego wyciąć, bo pies jest tak stary, że prędzej nie przeżyje operacji, a okazuje się, że zmiana jest niegroźna.

Stosuję się więc do zaleceń i dodatkowo obserwuję co z tego będzie, jeżdżę na kontrole itp.

Głupi ja napomknąłem o tym koleżance na imprezie. Rozmawialiśmy o psach i dodałem też, że więcej już nie wezmę tak dużego psa, bo to kłopotliwe. Całą rozmowę usłyszał jej znajomy, którego praktycznie nie znam. Okazało się, że to jakiś pseudo-obrońca praw zwierząt. Wtrącił się, że jeśli ten weterynarz nie chce tego wyciąć, to powinienem szukać innego tak długo, aż znajdę takiego, który to wytnie. Argumenty, że np. starszym ludziom też nie wykonuje się za bardzo operacji, ani w sumie żadne inne argumenty nie docierały. Gościu zdecydował, że jeżeli nie będę "walczył o psa", to mnie zgłosi do obrońców praw zwierząt, że zaniedbuję psa i odmawiam jego leczenia.

Szczerze wątpię, żeby mi psa zabrali, skoro jeżdżę z nim regularnie do weterynarza, nie chodzi głodny, ani nic z tych rzeczy... Tyle, że gość mi po prostu nie daje spokoju. Poza zablokowaniu go wszędzie, wykorzystuje wspólnych znajomych do przekazywania mi wiadomości i pytania o psa. Ludzie, ja zwariuję.

PS. Pies jak na razie ma się bardzo dobrze, mimo wieku nadal żywy, wesoły i regularnie badany przez weterynarza.

impreza

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (181)

#84178

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś tłusty czwartek. Idę rano do jednego z większych sklepów, widzę pana, który wykłada pączki, pewnie dostawca. Gołymi rękami, co jakiś czas zlizując lukier z palców i dalej tymi oblizanymi rękami wykłada pączki...
Jakoś mi się odechciało.

sklepy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (123)

#83291

(PW) ·
| Do ulubionych
Właściwie miał być komentarz pod historią o braniu kota z fundacji, ale zastanawia mnie, czy tylko ja uważam zasady oddawania zwierząt przez fundacje za przesadne, a i nieraz piekielne. Jak tak dalej pójdzie, to łatwiej będzie dziecko adoptować niż kota.

Ja wychowałem się na wsi, za młodu miałem dwa koty (i psa). Może dlatego podejdę do tego mało profesjonalnie, ale:

- Nasze koty były wychodzące
- Nikt nigdy nie pomyślał o osiatkowaniu balkonu (żaden nie zginął, po prostu nie miały tam wstępu)
- Koty nauczone życia nie były sierotkami marysiami, co im się zaraz coś stało. Łaziły po drzewach, dachach i ogólnie po całej wsi. Zawsze wróciły. (A i sąsiadom nie przeszkadzało to, że koty u nich łażą, wręcz przeciwnie, przynajmniej myszy z szopy wyłapią...)
- Każdy kot radził sobie z mało uczęszczaną ulicą
- Koty BYŁY zaszczepione i odrobaczone. Wielu sąsiadów nie szczepiło, ale u nas to jednak była podstawa.
- Nie były kastrowane (mieliśmy tylko kocury, bo babcia nie chciała kotki, a mawiała, że kot cyt. "bez jaj" myszy łapać nie będzie)
- Koty nie raz przyszły ze szramą na pysku po walce. Jak coś było poważniejszego to się jechało do weta, jak nie to się wylizał.
- Koty jadły myszy + resztki mięsa z obiadu. Poza tym w misce była zawsze sucha karma i woda. Żadnych saszetek, pasztecików i innych tego typu rzeczy
- Koty spały w słomie w garażu, miały tam ciepło, a obok stała miska z wodą. Wśród paszy miały istny bufet myszy (po to były, miały łapać myszy). Czasem spały na piecu, a w większe mrozy w domu.
- Koty były zadbane i żyły długo i szczęśliwie.

Dlatego nie rozumiem o co aż tyle hałasu w tych fundacjach. Koty, które były u nas miały ciepły kąt, miały zawsze co jeść i miały zapewnioną opiekę weterynarza w razie potrzeby. Były też szczepione, wygłaskane i kochane. Oczywiście, były to inne czasy. Obecnie żadna fundacja nie dałaby nam kota. Czy nasze miały źle? Ja uważam, że nie.

PS. Szczególnie dziwi mnie ten wymóg, że kot musi być niewychodzący. U nas na wsi miały istny raj, same pola, samochodów tyle, co... Kot napłakał. Mnóstwo miejsca do biegania, polowania i leniuchowania w słońcu. Rozumiem, że nie trzyma się kota wychodzącego mieszkając przy ruchliwej ulicy, ale na wsi lub spokojnym osiedlu, dlaczego nie?

koty fundacje

Skomentuj (104) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (296)

#80334

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej szkole była sobie uczennica, która zapragnęła zrobić sobie kolczyk w nosie. Szkoła ta miała jednak sztywne zasady i statut groził, że za jakikolwiek zrobienie kolczyka poza uszami, farbowanie włosów itp. grozi obniżenie oceny z zachowania o jeden stopień. Dziewczyna jednak pogodziła się z taką karą, zaakceptowała ową karę, nawet matka dziewczyny, za której zgodą, młoda zrobiła sobie wymarzony kolczyk w nosie.

Gdy tylko pojawiła się z tym kolczykiem, wywołała burzę, szkoła natychmiast wezwała matkę, której powiedziano, że za złamanie regulaminu, córka zostanie wydalona ze szkoły. Ale zaraz, hola hola! Miało być obniżone zachowanie! Ponoć pani matka była nieugięta, szkoła oczywiście, tak jak było w zapisie, natychmiast dziewczynie zachowanie o stopień obniżyła. O sprawie zapomniano, do czasu...

Wyobraźcie sobie, że szkoła natychmiast zmieniła zapis (który zanim przeszedł trochę potrwało) na wydalenie ze szkoły w w/w przypadku i znów wezwała panią matkę, której powiedziano, że jeśli córka nie usunie kolczyka, zostanie wyrzucona... Dziewczynę zawieszono i tu po dłuższej batalii, matka w końcu wygrała, ponieważ prawo nie może działać wstecz, a córka już została przecież raz ukarana. Nie karze się dwa razy, za to samo. I tak oto w tej "niesowicie prestiżowej szkole" pośród wielu grzecznych i ułożonych uczniów, chodziła też jedna uczennica z kolczykiem w nosie psująca dobre imię szkoły.

Nie, nie jestem tą dziewczyną, historię usłyszałem od znajomej tej dziewczyny, która chodziła razem z nią do klasy. Tu się na szczęście udało, ale załatwienie sprawy zajęło tygodnie. Tylko po co tak ludziom życie uprzykrzać?

szkoła

Skomentuj (89) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (242)

#79904

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej dalszej rodzinie jest trójka rodzeństwa, kolejno 8, 9 i 12 lat. Cała trójka otyła.
Na każdej imprezie rodzinnej wieczne szydzenie z ich wagi, ostatnio na imieninach matki tychże dzieci podane zostały ciasta i słodycze, które wszyscy jedli, ale tylko ta trójka nie mogła. Niby dobrze, prawda? No niezupełnie. Jestem pewien, że słodycze by im nie zaszkodziły, gdyby nie to, co musiały zjeść wcześniej. Codziennie u nich w domu są dwa dania, zupa i drugie danie.

Każde z dzieci jest zmuszone do zjedzenia wszystkiego, są pilnowane i nie wolno im odejść od stołu dopóki nie zjedzą. Wyobraźcie sobie teraz 8-mio latkę, która musi zjeść pełen talerz zupy i drugie danie o porcji jak dla dorosłej osoby. Dodam, że ja jako dwudziestokilkuletni facet nie byłem w stanie zjeść takiej porcji (czym uraziłem panią domu, bo mi, a raczej wszystkim pozostałym gościom "nie smakuje", bo nie zjedliśmy wszystkiego), przy czym rodzice tychże dzieci nakładali sobie jedzenia dużo mniej. Śniadania i kolacje wyglądają podobnie, ja nie byłem w stanie podczas kolacji u nich zjeść czterech dużych kromek chleba... A co dopiero dzieci.
I wytłumaczcie mi, gdzie tu logika?

PS. Na nasze próby wytłumaczenia im, że porcje są za duże reagują mniej więcej czymś takim:
"Od obiadu się nie tyje, tylko od słodyczy! One rosną i muszą porządne rzeczy jeść!".
"Pewnie słodycze w szkole podjadają, na W-fie się obijają".

rodzina

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (196)

#79321

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako, że mam latem urodziny, przypomniała mi się pewna lekko piekielna historia z udziałem ciotki.

Otóż wiele lat temu ciotka przyjechała zza granicy na wakacje do Polski, akurat w okresie mniej więcej moich urodzin. Postanowiła nas przy okazji odwiedzić. I ja rozumiem, że ciotka jest biedna, nie musiała mi dawać nic, albo chociaż, żeby z pustą ręką nie przyjeżdżać jakąś czekoladę kupić... Ale kto normalny daje chłopakowi na któreś naste urodziny krem na zmarszczki dla kobiet 40+?

Przynajmniej do dziś mamy z tego w domu ubaw...

Rodzina

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (161)