Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ferian

Zamieszcza historie od: 10 listopada 2011 - 20:09
Ostatnio: 4 grudnia 2019 - 17:55
  • Historii na głównej: 41 z 51
  • Punktów za historie: 15574
  • Komentarzy: 264
  • Punktów za komentarze: 789
 

#85676

(PW) ·
| Do ulubionych
Niektóre schroniska chyba nie chcą, żeby adoptować od nich zwierzaki...

Na wstępie zaznaczę, że jesteśmy dość wybredni przy wyborze psa. Sam od małego wychowywałem się z psami i kotami. Zawsze wychowywałem psa od szczeniaka i nie mam doświadczenia z psami "z drugiej ręki", mimo to postanowiliśmy z żoną adoptować jakiegoś ze schroniska. Znalezienie odpowiedniego jest jednak problematyczne. Nie chcemy dużego ani lękliwego psa, czy agresywnego, trudnego w ułożeniu. Spodziewamy się dziecka, dlatego musimy podejść do tego poważnie. Gdyby nasz kochany, stary futrzak żył, na pewno nie byłoby problemu, bo kochał dzieci, ale teraz niestety naszego malucha nie pozna... Dodatkowo pies musi zgadzać się z kotem.

Chodzimy więc po schroniskach, oglądamy psy, wypytujemy dokładnie o każdego, który nam "wpadnie w oko", jak na razie jednak nie znaleźliśmy żadnego, większość jest agresywna, nie lubi dzieci bądź kotów. Nic nie bierzemy na siłę. Jeśli nie znajdziemy odpowiedniego psa, wolimy się wstrzymać.

Szukamy w kolejnym schronisku, aż doszliśmy do pewnego, w którym pani poinformowała nas dość... niemile, wręcz obraźliwie, że chyba nas poje..., że chcemy wziąć psa, kiedy spodziewamy się dziecka. Przecież to STRASZLIWA TRAUMA DLA PSA! I zupełny brak odpowiedzialności z naszej strony, przecież dziecko może psa przestraszyć, ciągnąć za ogon i wywoływać ciągły stres, przez co pies może chorować. dodatkowo nie damy mu 100% naszej miłości, bo będziemy ją przelewać na tego bachora, a pies będzie zaniedbany. Pani stwierdziła, że dopóki dziecko nie będzie miało co najmniej 15 lat, nie powinniśmy w ogóle myśleć o psie...

Czy ma rację, nie wiem. Jak ja się urodziłem, to w domu były dwa psy i trzy koty (stara wieś), kochałem je jak diabli i nigdy nie były dla mnie złe, wręcz przeciwnie, chętnie się bawiły i mnie lizały. Mam nawet zdjęcia z tego okresu i stare filmy na VHS. Rodzice jakoś mnie nauczyli, żeby krzywdy im nie robić.

Jednak na pewno ta kobieta nie powinna ani nas obrażać, mówiąc, że nas poje..., ani mówić o naszym dziecku "bachor", bo takiego słowa właśnie użyła...

schroniska

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (211)

#85581

(PW) ·
| Do ulubionych
Opisywałem ostatnio całą serię piekielnych rodziców. Chciałbym jednak zwrócić też uwagę na niektóre przepisy. Rodzice czasem wymagają ich łamania, albo odwrotnie, nad interpretują, lub "nadmiernie przestrzegają". Są też takie przepisy, które według mnie same w sobie są piekielne, bo nie raz nie wiadomo, co w sumie zrobić.

Wspominałem o rodzicu, który kazał mi podać leki swojemu dziecku, a ja odmówiłem. Może i mógłbym „przymknąć oko”, ale jak mówiłem, jeśli coś się stanie to konsekwencje ponoszę tylko ja, a nikt nie chce ryzykować dla np. wygody rodzica, czy jego widzimisię. A co się może stać? Włączmy trochę wyobraźni. Np. Rodzic pomylił leki i dał nie ten co trzeba, dziecku coś się stanie. Inny przykład – rodzic podał lek bez konsultacji z lekarzem, a w sumie ja go podałem. Rodzic wypiera się, że kazał mi cokolwiek podawać i ja mam kłopoty, bo nic na piśmie nie mam, dziecko okazuje się być uczulone na dany lek itd...

Inny przepis. NIE WOLNO MI zawozić dzieci na olimpiady i konkursy prywatnym samochodem. Nie mogę ich też odwieźć do domu z wycieczki, nawet, jeśli jadę w tę samą stronę. Proszono mnie dziesiątki razy. Mówią o tym: ustawa z dnia 26 stycznia 1982 r. - Karta Nauczyciela, a także rozporządzenia Ministra Edukacji Narodowej i Sportu z 31 grudnia 2002 r. w sprawie bezpieczeństwa i higieny w publicznych i niepublicznych szkołach i placówkach.

Dzieci może przewozić tylko zawodowy kierowca, nauczyciel bierze wtedy odpowiedzialność za dziecko przewożone, czyli nie może jednocześnie być kierowcą. Nawet jeśli rodzice wyrażą zgodę na to, bym swoim prywatnym samochodem podwiózł ich dziecko, jeśli zdarzy się wypadek odpowiedzialność ponoszę tylko i wyłącznie ja. Do niektórych po prostu nie dociera, że nie zawiozę ich dziecka na zawody. Podwożenie do domu to trochę inna sprawa, ale osobiście nigdy się nie zgodziłem. Mam przecież prawo odmówić, poza tym zawsze może się znaleźć ktoś nawiedzony, kto jeszcze stwierdzi, że mu dziecko tam molestuję… Poza tym słyszałem, że ponoć jakieś przepisy regulują to, że nie może podwozić prywatnie po szkole, ale nie znalazłem niczego na ten temat.

Wzywanie pogotowia. Tu jest trudniej. My jako szkoła musimy zapewnić bezpieczeństwo i udzielić pierwszej pomocy w przypadku zagrożenia zdrowia lub życia… No właśnie, ale też nie jesteśmy lekarzami. Skąd ja mam niby wiedzieć, czy ból brzucha u dziecka to wynik przejedzenia, symulowania, czy atak wyrostka robaczkowego? Wiele się naczytałem w wiadomościach na forach itp. Że np. chłopiec upadł, uderzył się w głowę, okazało się, że miał krwiaka, a nauczyciel NAWET NIE WEZWAŁ KARETKI. Nie wiem, jak było tam, nie wiem, jaka była tam sytuacja, ale w przypadku mojej poprzedniej placówki miałem w dokumentach szkoły instrukcję postępowania w razie wypadków. My wtedy, jeśli wypadek jest poważny i jest wyraźne zagrożenie życia lub zdrowia wzywamy karetkę od razu.

W innych wypadkach dzwoni się do rodzica i informuje o zaistniałej sytuacji. Tylko ile razy dziecko się przewróciło, niby uderzyło, ale w sumie nic się nie stało? Zawsze, nawet jeśli nie wygląda to groźnie pytamy „boli Cię? Zrobiłeś sobie krzywdę? Chcesz iść do pielęgniarki? Mamy zadzwonić po mamę?”. Jeśli usłyszymy nie i dziecko dalej idzie się bawić, to nie zgłębiamy tematu.

Mieliśmy raz właśnie problem z dzieckiem z bólem brzucha, gdzie okazało się, że to wyrostek. My nie wiemy, jak bardzo dziecko boli, nie wejdę w jego ciało i nie poczuję. Jak mi nie powie, to nie. Matkę wezwaliśmy, w sumie myśleliśmy, że to jakieś zatrucie. Były pretensje, że nie wezwaliśmy karetki, mimo, że zapytaliśmy rodzica przez telefon czy mamy to zrobić. Wszystko skończyło się dobrze, dziecko całe i zdrowe… Ale ponawiam pytanie. Nie jestem lekarzem, skąd mam wiedzieć, czy to zagrożenie życia i zdrowia, czy nie?

Tu mamy zapis z dokumentu z sierpnia 2017 roku, mówiącego o procedurach reagowania w przypadku wystąpienia zagrożeń w szkole:

„W przypadku zagrożenia życia (stan nieprzytomny) - pielęgniarka, pedagog/psycholog lub dyrektor szkoły wzywa natychmiast karetkę pogotowia, nawet bez uzyskania zgody rodziców (opiekunów prawnych).”

„W każdym trudniejszym przypadku (widoczne obrażenia, urazy, niepokojące objawy) dyrektor lub upoważniona osoba wzywa pogotowie ratunkowe. W przypadku stwierdzenia przez lekarza potrzeby pobytu ucznia w szpitalu”

Czyli tak w sumie wszystko zależy od interpretacji. Jeśli nie ma zagrożenia zdrowia lub życia nie wolno nam wezwać karetki bez zgody rodzica (jeśli dobrze zrozumieliśmy wszystkie podstawy prawne, które męczyliśmy przez pół wakacji). Jeśli takie zagrożenie jest mamy OBOWIĄZEK wezwać karetkę. A ja nadal nie wiem, kiedy zagrożenie zdrowia i życia jest, a kiedy nie, bo nie jestem lekarzem (i nie, nie mówię tu o sytuacjach oczywistych). Za bezpodstawne wezwanie pogotowia oczywiście też są kary.

Swoją drogą ostatnio jest moda na podpisywanie zgody na wezwanie karetki. Szkoła i tak ma obowiązek zrobić to w przypadku zagrożenia zdrowia i życia dziecka (bo za nieudzielenie pomocy grozi do 3 lat więzienia). Jest to jednak pewnego rodzaju podkładka, bo… Wierzcie mi lub nie, rodzic może sobie nie życzyć, by wezwać karetkę do jego dziecka. Tak, piszę poważnie, miałem takiego… Pretensje wtedy do kogo? Ano do szkoły, bo jakże by inaczej.

Szkoły

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 82 (92)

#85556

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejne piekielne rodzaje rodziców, z którymi dane mi było spotkać się w byłej już pracy. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

1. Rodzic niekochający [NK]
Niestety, zdarza się, że rodzice naprawdę nie kochają swojego dziecka. Miałem przykład takich NK w szkole specjalnej, w której pracowałem. To taka typowa odwrotność rodziców kochających, których już zdarzyło mi się opisać. No i cóż... NK, o których tu mowa, nie stosują przemocy fizycznej (choć się zdarza, ale moim zdaniem to już jakaś osobna kategoria, więc tych tutaj nie uwzględniam), ci o których mówię okazują wyraźną niechęć do swojego dziecka, którego niejednokrotnie się wstydzą, nie wykazują jednak oznak typowej przemocy.

Zdarzały się lekkie szarpnięcia, czy nieprzyjemny ton głosu, ale za to się nie zgłasza rodziców. Np. Jeden z ojców odbierając syna od nas ze szkoły często dość mocno (ale nie robiąc krzywdy) ciągnął go za sobą niejednokrotnie komentując w stylu "no chodźże! Czemu mnie Bóg pokarał się z Tobą użerać!? Jakbym nie mógł mieć normalnego dziecka?!". Tyle, że nawet chore dzieci często doskonale to rozumieją... Nie rozumieją jedynie tego, dlaczego rodzic go nie kocha. A potem widzi taką matkę, która przytula swoje dziecko, a jego kolegę ze szkoły i wytłumacz mu, dlaczego u niego w domu nie jest tak samo? Upominani NK często twierdzą, że np. "on i tak nic nie rozumie". Co ciekawe zdarza się i tak, że jedno z rodziców jest rodzicem przesadnie kochającym, a drugie niekochającym.

Co szczególnie przykre, nie wiem czy tak jest też w innych placówkach, ale w mojej starej szkole było naprawdę wiele (w porównaniu do matek dzieci zdrowych) samotnych matek, których mężowie uznali, że nie chcą dziecka kaleki/chorego/przynoszącego wstyd, lub nie są gotowi na to, by zostać ojcem takiego dziecka ani na tak wielki obowiązek i cóż... Odchodzili. Żadne alimenty nie wynagrodzą ilości pracy, jaką trzeba poświęcić zdrowemu dziecku, nie mówiąc już o chorym.

2. Rodzic niewychowujący [NW] czyli „Zrobicie to za mnie”.
Ten typ to wręcz plaga. Ile razy słyszałem „Jak dobrze, że wakacje się już skończyły, trochę sobie od niego/niej odpocznę!” Ile razy słyszałem (nawet z ust własnej ciotki!) Czekaj, pójdzie do szkoły, to go wychowają. No nie, jest część rzeczy, które powinni zrobić rodzice! I tak jak wspominałem, pracowałem w szkole specjalnej, zdarzało się, że dzieciaki nie umiały się same podetrzeć (niektóre z przyczyn fizycznych, czy umysłowych nie były w stanie się tego nauczyć), ale no ludzie, znaczna część z nich okazała się na tyle sprawna, że u nas nauczyły podcierać się prawie od razu. Ile razy słyszałem „Pan jest nauczycielem, to PANA obowiązek go tego nauczyć”. I w ten oto sposób uczyłem dzieci np. Posługiwania się sztućcami, wiązania butów, czy nawet otwierania rzeczy zapakowanych w folie (rodzice instruowali „idź do pana/pani to Ci otworzy). Przypominam, to nie przedszkole, to szkoła.

Wielu rodziców wymagało też od nas nauczenia swoich dzieci podstawowych zasad wychowania. „Proszę pana, dzieci go nie lubią w grupie, nie mam pojęcia, dlaczego…”. Dziecko bije inne dzieci, nie potrafi się dzielić, a nawet kradnie jedzenie z talerzy dzieci obok, bo „one mają większego kotleta” (były obiady w szkole). Naprawdę dużo pracy włożyliśmy w to, by to dziecko potrafiło funkcjonować w grupie. Co gorsza próby rozmowy z rodzicem kończyły się na stwierdzeniach, że ja na pewno kłamię, bo on w domu tak nie robi, tylko inne dzieci bez powodu się na niego uwzięły (I tak, ja wierzę, że on w domu może takich rzeczy nie robić. W domu nie ma kolegów, którym trzeba zaimponować). Rodzice też często mówią swojemu dziecku, że jemu się wszystko należy i że jest ono najważniejsze na świecie. Poniekąd to rozumiem, ale nie kończy się to dobrze, gdy taki jedynak trafi do szkoły. Wtedy nagle uderza w niego, że stał się członkiem grupy, a nie „najważniejszą osobą w tej grupie” i że to on musi się dostosować do zasad, a nie zasady do niego. Nie zgadniecie ile razy spotkało się w jednej grupie dwóch czy nawet trzech takich. To dopiero była wojna!

Niekiedy nie jest to typowy „wy zrobicie to za mnie”. NW zdarza się często w przypadku „ale on jest chory…”. Innymi słowy rodzice rozpieszczając dziecko do granic możliwości próbują... wynagrodzić(?) mu chorobę. Miałem przypadek dziewczynki, rozpuszczone to to aż strach. Kompletnie niesamodzielna, niewychowana, potrafiła nakrzyczeć na matkę, opluć ją, uderzyć. Ale matka jej nie upomni, bo ona biedna jest chora... albo i czasem dodają, że nie rozumie.

Guzik prawda, większość rozumie, ona też rozumiała. Jak każde dziecko, chore czy zdrowe, coś jej się nie podoba reaguje agresją, a rodzic zamiast to przystopować i ukrócić nim będzie za późno „przyjmuje to na klatę”, bo ona biedna jest chora. Byłem opluty, pogryziony i pobity przez nią wiele razy zanim udało nam się ją chociaż częściowo z tego wyprowadzić. Niestety, nawet jeśli po czasie potrafiła zachować się wobec nas, swoich rodziców nadal biła i nadal na nich pluła. Dlaczego? Bo wiedziała, że może. No i mogła, konsekwencji przecież nie było. Ba, nikt jej nawet nie tłumaczył, że nie może, to może (Niestety nasze próby reagowania na to kończyły się protestami rodziców, nic nie mogliśmy wskórać w tej kwestii).

I pozwolę sobie tutaj przypomnieć, że szkoła jest w pierwszej kolejności od tego, by uczyć. Wychowywać powinni rodzice, szkoła może w tym ewentualnie pomóc, nie powinna jednak robić tego za rodziców.

szkoły

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (98)

#85539

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejny piekielny rodzaj rodzica. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

Zanim zacznę, chciałbym dodać dlaczego to wszystko opisuję. Mam nadzieję, że może ktoś z was zauważy, że jest takim rodzicem, że robi coś nie tak, że może przemyśli czasem odrobinę swoje zachowanie, czy wobec dziecka czy wobec nauczycieli. Być może zwrócę też waszą uwagę na osoby, które was otaczają. Jeśli to zmieni życie choć jednego dziecka na lepsze, to będzie dla mnie sukcesem. My jako nauczyciele chcieliśmy zawsze pomóc, nawet jeśli już tam nie pracuję, nadal chcę to robić.

Rodzic przesadnie kochający [PK]. Często słyszy się, że dzieci niepełnosprawne (czy umysłowo, czy fizycznie) są wyjątkowe, czy to prawda? Według mnie to zależy od dziecka. Znam dzieci chore, które są wręcz małymi aniołkami, a znam też dzieci chore rozwydrzone do granic możliwości. Sytuacja opisana poniżej trochę mną nawet wstrząsnęła, ale nic tu na to nie poradzimy. W sumie to niejedna taka sytuacja, było ich wiele z udziałem tej właśnie rodziny, najpierw trochę nakreślę, niestety nie mogę opisać wszystkich szczegółów.

Dajmy na to, że były to dwie dziewczynki, jedna z poważną chorobą utrudniającą normalne funkcjonowanie [A], druga całkiem zdrowa [B]. PK wręcz uwielbiała A! Wiele razy widziałem, jak się przytulały, pokazywała nam tonę zdjęć z A w cyrku, na basenie, w parku. Szczerze mówiąc wszyscy byliśmy w szoku, jak odkryliśmy, że PK ma drugą córkę! Nigdy nie widziałem zdjęć B, a samą B poznałem, jak matka zaczęła w pewien dzień w tygodniu odbierać ją jako pierwszą ze szkoły, bo kończyła akurat bardzo wcześnie, a nie chodziła do naszej szkoły, tylko do zwykłej podstawówki. Kiedy matka odbierała A powitanie było nieziemskie, coś w stylu „No chodź mój cukiereczku najukochańszy, dobrze się bawiłaś? B, weź jej plecak! A, mój aniołku, a co dzisiaj robiłaś? Rysowałaś? Wooow” itd.

B była bardzo odsunięta na drugi plan, ale najbardziej poruszyła mnie sytuacja, w której B raz przy mnie i jeszcze jednej pani zapytała nieśmiało mamę, czy może jechać na wycieczkę szkolną, choć raz. Odpowiedź matki? „NIE! Przecież wiesz, że potrzebujemy pieniądze dla A!”
Niby ok, prawda? Tylko, że... A bierze udział w każdej wycieczce (mama z nią jedzie), przedstawieniu, itp. Ma tonę zajęć dodatkowych, niekoniecznie niezbędnych, np. basen. Ma smartfona, tonę drogich zabawek, przepiękne ubranka, często widziałem zdjęcia jak były np. w restauracjach no i sytuacja finansowa rodziny ogólnie nie była taka zła, choć oczywiście na chore dziecko zawsze idzie mnóstwo pieniędzy.

Ta jedna sytuacja tego nie obrazuje, ale widząc przez cały rok, jak matka odnosi się do dziecka A, a do dziecka B... No czuć było różnicę. Nie mogę powiedzieć, że B była zaniedbana. Miała stary telefon (jeszcze z klapką), ubrana była, choć dość tanio, to schludnie, ale porównawszy to z A z najpiękniejszymi, drogimi ubraniami, ze smartfonem, będącą u fryzjera co rusz... I żadnych zdjęć B. Czy matka zabierając A na deser lodowy nie brała ze sobą B? Nie wiem. W sumie do dzisiaj o niej czasami myślę. Szczerze boję się, że swoją nienawiść przeleje na siostrę, która w sumie winna nie jest.

Dodatkowo często odnosiliśmy wrażenie, że A w grupie czuje się ważniejsza niż inne dzieci i przyjmuje postawę „bo mi się należy”. Co więcej A nigdy nie będzie całkowicie samodzielna, a jestem przekonany, że matka skutecznie zniechęca B do opieki nad siostrą gdy rodziców zabraknie. To naprawdę dziwna i trudna sytuacja, nie rozmawialiśmy jednak z matką na ten temat, nie mamy w sumie takiego prawa, a prywatnie nikt z nas także się nie wtrącał. Teoretycznie nic złego nie robi... Po prostu bardzo wyraźnie jedno dziecko kocha bardziej.

Uprzedzając pytania:
1. Matka nigdy otwarcie nie mówiła, że B ma się zajmować w przyszłości siostrą. Było to bardziej ignorowanie drugiej córki. B była starsza.
2. Ojciec był, owszem, ale osobiście nigdy go nie widziałem, głównie zajmował się pracą, ale ponoć zarabiał całkiem nieźle. W sumie po samym wykonywanym zawodzie (którego oczywiście nie podam) można było to wywnioskować. Nie znam jego relacji z córkami.
3. Nigdzie tego nie zgłaszaliśmy ani nic z tych rzeczy, bo z prawnego punktu widzenia znęcanie się to nie jest...

Rodzice przesadnie kochający bardzo często też uważają, że ich dziecko jest ważniejsze od innych, lub tak jak wspominałem w innych historiach „bardziej chore” niż inne dzieci i wymagają 100% uwagi nauczyciela lub robią wiele rzeczy za te dzieci, bo one są biedne, chore i nie mogą. To niestety jest złe, bo kiedy dziecko nie jest leżące albo mocno upośledzone, to naprawdę wielu niezbędnych rzeczy może się nauczyć. To jest nawet ułatwienie dla rodzica, bo dopóki dziecko ma 7 lat, to ubrać je nietrudno, ale jak ma już 17, to będzie problem, a wiek nigdy nie sprawi, że ono magicznie nauczy się wszystkiego. Często w swojej pracy widziałem dzieci w różnym wieku, które nie potrafiły się podcierać. Chodzi mi o te dzieci, które mogły się tego spokojnie nauczyć, bo były na tyle mentalnie i ruchowo sprawne. Rodzice robią to za dziecko, możliwe, że w obawie przed nieprawidłową higieną? Mimo to spokojnie mogą się tego nauczyć.

Miałem przypadek rodzica, który odmówił opuszczenia placówki i chciał być ze swoim dzieckiem na każdej lekcji. Według naszego statutu nie było takiej możliwości. Oczywiście było straszenie kuratorium, wysuwanie wniosków, że np. znęcamy się nad dziećmi kiedy nikt nie widzi itp. Ale pomyślcie co by było, gdyby niektórzy rodzice byli na lekcjach... Spodziewam się czegoś w stylu „Pan wytłumaczył, a Piotruś nadal nie rozumie, może pan wytłumaczyć Piotrusiowi jeszcze raz?” albo „Widziałam jak Bartek kopnął krzesełko, na którym siedzi Piotruś, a pan nie zareagował, co z pana za nauczyciel?!” (wszystkiego nie widzimy, jak patrzę np. na chłopca, który udziela odpowiedzi nie widzę dziewczynki, która jest za mną, logiczne). „Proszę podejść do mojego dziecka, ono nie potrafi tego wyciąć, niech panu mu to wytnie!”. To są przykłady z lekcji otwartych dla rodziców, więc cóż... Już nie mówię o wykonywaniu samosądów na innych dzieciach (przez rodziców mam na myśli oczywiście), bo zdarzało się i bez lekcji otwartych, bo „Bartuś uderzył Piotrusia, ja mu pokaże, że się mojego Piotrusia nie bije!!”. Tak. Dorosły człowiek uderzył czyjeś dziecko, żeby mu pokazać, że z jego dzieckiem się nie zadziera. Osobiście spotkałem się tylko z tym jednym przypadkiem, ale z opowieści słyszałem, że to wcale nie takie rzadkie zjawisko. Przez to mamy monitoring na korytarzach...

Był też przypadek, gdzie mimo naszych naprawdę wielkich próśb, by tego nie robił, PK notorycznie dawał dziecku tonę słodyczy „żeby głodny nie chodził”. Co z tego, że dziecko z nadwagą jak Dudley Dursley z książek o Harrym Potterze?

W tych wszystkich przypadkach najbardziej przerażające jest to, że rodzic chce dobrze. Tylko, że wytłumaczenie mu, że to co robi mimo wszystko jest złe, jest bardzo trudne, a często wręcz niemożliwe.

Szkoły

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (152)

#85577

(PW) ·
| Do ulubionych
Myślę, że ostatnia porcja piekielnych rodziców. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

Rodzic „Mi się należy!” [MSN] bądź lubiący pokazywać swoją wyższość wobec nas.

Choć zdarza się to rzadko, bywają rodzice, którzy potrafią powiedzieć nauczycielowi prosto w twarz, że „żyje z jego podatków, więc ma robić to, co on chce, bo dzięki niemu ma pensję”. Mnie to osobiście nie spotkało, lecz koleżankę z pracy już tak, dlatego nie będę opisywał tej sytuacji. Zjawisko to przybrało na sile w trakcie protestów. Mnie już zdążyły one ominąć, wtedy już w szkolnictwie nie pracowałem, ale nadal utrzymuję czasem kontakt ze starymi koleżankami z pracy. Niektóre żądania rodziców bywają… Cóż, można by zrobić z nich skecze w kabaretach. Co ciekawe, zauważyłem, że atakowane słownie były częściej moje koleżanki, ja rzadziej. Mamy tu kilka przykładów „bo mi się należy”:

Jeden z rodziców zażyczył sobie, by do jego dziecka na wycieczce (do kina) był specjalny dodatkowy opiekun, taki wiecie, tylko i wyłącznie do dyspozycji jego dziecka. Nie przyjął odmowy z entuzjazmem (dodam, że nie było ku temu żadnych powodów, a ilość opiekunów na liczbę dzieci się zgadzała).

Rodzic, który zażądał, by jej/go dziecko nie spożywało żadnych cukrów (ten sam, co od jadłospisu kilka historii temu). Tylko wiecie… Bywało to problematyczne, np. gdy jedno z dzieci na urodziny przyniosło cukierki do szkoły. Teraz mu wytłumacz, dlaczego nie może poczęstować kolegi/koleżanki… Oraz tamtemu dziecku, czemu wszystkie inne dzieci jedzą, a ono nie może. Dodam, że medycznie nie było żadnych przeciwskazań do jedzenia przez dziecko cukru, wiem że jest niezdrowy, ale przesadne odcinanie dziecka od niego wcale nie jest dobre. Jak poczuje smak wolności, to może stracić nad tym panowanie.

Rodzic, który wymagał zakupu naprawdę drogich sprzętów pod niepełnosprawność swojego dziecka. Fakt, sprzęty te zdecydowanie ułatwiłyby dziecku naukę, ale nie były niezbędne, a szkoły za nic w świecie nie byłoby na to stać. Czasem mam wrażenie, że do niektórych nie dociera, że to nie jest tak, że szkoła dostaje pieniądze na wszystko, o co poprosi, ponownie powiem, sprzęt nie był niezbędny. Ileśmy się nasłuchali od tego MSN! Że powinniśmy się dostosować do jego dziecka, że złoży na nas skargę do kuratorium, że nas opiszą w gazetach, że nas opisze w Internecie itd. Ja też naprawdę bym chciał zapewnić każdemu dziecku wszystkie najlepsze sprzęty, ale tak się zwyczajnie nie da. Tyle że pretensje oczywiście gdzie? Do nas, bo my NA PEWNO nie chcemy mu pomóc.

MSN przyniósł leki do szkoły, dał je mnie i kazał podać swojemu dziecku. Nie mam takiego prawa, więc odesłałem MSN do pielęgniarki szkolnej i stanowczo odmówiłem podawania dziecku czegokolwiek. Teoretycznie zostałem upoważniony do tego (słownie) przez rodzica, ale praktycznie na piśmie tego nie mam i jeśli coś się stanie, to robię to na własne ryzyko. Poza tym szczerze mówiąc nie wiem, czy pielęgniarka szkolna mogła podać dziecku jakiś lek bez potwierdzenia lekarza, ale te przepisy nigdy mnie nie dotyczyły, więc się nie zagłębiałem. W każdym razie MSN nie posłuchał, zostawił mi leki i wyszedł. Wykonałem do niego kilka telefonów, których nie odebrał (najczęściej nie odbierają w takich sytuacjach, ciekawe dlaczego…?). Po konsultacji z dyrekcją i kolejnych nieodebranych telefonach leku nie podałem. Żebyście widzieli te pretensje… (dziecku się nic nie stało oczywiście).

Wiele było skarg na naprawdę błahe rzeczy. Np. nie otworzyłem picia dziecku (nawet nie poprosiło, przecież nie czytam mu w myślach), nie poszedłem z dzieckiem do toalety i zdarzył się „wypadek” (zawsze pytam, czy ktoś chce do toalety, czasem wręcz namawiam, jak widzę, że ktoś dawno nie był, ale naprawdę, ja się nie domyślę; „wypadek” ogarnąłem). Dziecko zgubiło zabawkę, w sumie nadal nie wiem, czemu pretensje były do mnie. Dziecko nie ma długopisu, ktoś mu ukradł! Itd… Itd… Ja też wszystkiego nie widzę, jestem tylko człowiekiem. Nie mogę pilnować każdego z dzieci, przez cały czas wlepiając w nie wzrok, bo to jest fizycznie niemożliwe. Jeśli zauważę, że coś jest nie tak, reaguję.

Już nie wspomnę o próbach przekupstwa typu „ja znam ludzi tu i tu, wy mi MACIE to zrobić/załatwić!!!”.

I jeszcze na koniec cytat posłany do mnie „Kim ty k**** d**** jesteś, żeby mi k**** mówić, że mam dziecko odebrać? Przyjadę kiedy k**** będę chciał!" <--- Rozmowa dotyczyła dziecka pozostawionego dzień wcześniej w świetlicy GODZINĘ po jej zamknięciu. Poinformowałem, że tym razem pani zdecydowała się poczekać, bo być może coś go zatrzymało, ale następnym razem dzwonimy po odpowiednie służby, bo mamy do tego prawo, a nawet powinniśmy, jeśli nikt dziecka nie odbierze. To, że pani poczekała, to była tylko i wyłącznie jej dobra wola. Nikt jej za tę nadprogramową opiekę nie zapłacił. Jak się domyślacie, zostałem całkowicie olany. Po trzykrotnym nieodebraniu dziecka na czas ze świetlicy, pan musiał odebrać je z policji. Potem już odbierała je matka. Zawsze na czas.

I taka mała deklaracja na koniec. Ja też popełniałem błędy. Najwięcej zdarzało się na praktykach, wynikało to nieraz z nieznajomości przepisów (których uczyłem się na bieżąco, na studiach jakoś na to czasu nie było…), nieraz z głupoty, czy (głównie na początku) zwyczajnej nieznajomości specyfiki zawodu. Na studiach uczą jedynie teorii, większości rzeczy człowiek uczył się w praktyce. Za swoje błędy ponosiłem konsekwencje, nie były to jednak nigdy aż tak poważne błędy, żeby komuś coś się stało itp. Nauczyciele to też ludzie. Tylko ludzie i też popełniają błędy. Może i nie powinni, ale lekarze też popełniają błędy, a nie powinni, elektrycy też, architekci też, kierowcy też i długo by można wymieniać. Piszę to dlatego, że nie uważam się za nieomylnego i nie chciałbym, aby ktoś tutaj odniósł takie wrażenie. Bywało, że np. powiedziałem coś nie tak i rodzice mieli pretensje, no zdarza się. Przy dzieciach trzeba bardzo ostrożnie dobierać słowa. Tylko że wtedy te pretensje były uzasadnione. W przypadkach opisanych powyżej uważam osobiście, że nie były.

Szkoły

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (183)

#85571

(PW) ·
| Do ulubionych
Znów pisze do Was były nauczyciel w szkołach specjalnych i integracyjnych, pokazując piekielne rodzaje rodziców. Przypominam, że znaczna większość rodziców jest naprawdę ok, ale zdarzają się przypadki takie jak opisane tutaj. Zaznaczam ponownie, że płeć dziecka dobierana jest losowo, a szczegóły mogące doprowadzić do rozpoznania rodziny nie zostaną opisane.

1. Rodzic „zapomniałem poinformować” [ZP].

ZP to jest po prostu plaga. Rozmawiając z nauczycielami ze zwykłych szkół, nie tylko podstawowych, ale też ówczesnych gimnazjalnych i ponadgimnazjalnych, dowiedziałem się, że tam również wiele rzeczy jest tajone specjalnie (bo wstyd?) lub też rodzice „zapomnieli poinformować”. Pozwolę sobie dodać, że nam NIE WOLNO wystawić dziecku diagnozy, dlatego też często pytamy rodziców, czy dziecko jest chore na to a na to. Normalnie w szkole, w której pracowałem rodzic wypełniał ankietę, w której opisywał niektóre rzeczy, np. alergie i inne choroby dziecka (nie tylko te, przez które trafiły do szkoły specjalnej, np. Zespół Downa).

Przykład pierwszy: Dziecko jest bardzo senne. Patrzymy do karty, no nic, co mogłoby to powodować. Może się teraz jakoś rozchorował? Gorączki nie ma, obserwujemy, pytamy co mu jest, ale nie dało się dogadać (coś w stylu „spać mi sieee chceee…”), ale nas to dalej niepokoi, chyba doświadczenie robi swoje, dzwonimy do rodzica… I co? Dziecko ma cukrzycę! NIKT nam nie powiedział. Jeszcze rodzic miał pretensje, że nie wiemy, przecież to od razu widać! Tak…

Przykład drugi: Dziecko zapisane na obiady. Zjadło i nie minęło wiele czasu, jak nam puchnie i czerwone się robi. Zaglądamy do karty – nic. Znowu telefon do rodzica. „Bo on/a ma alergię na X! On/a NIE MOŻE jeść X!!!” I zgadnijcie do kogo pretensje? No do nas, nie do siebie, że nie wpisał/a nic w rubryce „alergie”. Poza tym był/a przekonany/a, że NA PEWNO nam o tym mówił/a.

2. Rodzic śpieszący się [Ś] – tj. nie mający na nic czasu.

To nie tak, że ten typ rodzica nie kocha swojego dziecka. Wszystko wokół dziecka jest zrobione. No właśnie, wszystko jest zrobione, ale przez rodzica. Zakładanie kurtki? Za dużo czasu ci zajmie, chodź, bo obiad muszę robić! I zakłada dziecku i kurtkę, i czapkę, i szalik, i buciki.

Raz mnie wręcz krew zalewała, ponieważ z pewnych dość ważnych powodów wezwałem rodzica do szkoły (nie będę przytaczał przykładu, by nie doszło do rozpoznania dziecka, dodam tylko, że chodziło o wypadek). Rodzice wysłali do szkoły…

… szesnastoletniego starszego brata, który nie mógł być w pewnych sprawach decyzyjny. Wydzwaniam więc do rodziców, jadąc z dzieckiem w karetce jako opiekun, ale rodzice mnie informują, że oni NIE MAJĄ CZASU. Noż…! Dziecko ma wypadek, nie wiadomo, czy nie będzie trzeba wyrazić zgody na jakiś zabieg, mi nie wolno, a oni NIE MAJĄ CZASU! Nasza dyrektorka, dla której dobro dziecka zawsze było najważniejsze, ładnie powiedziawszy zjechała ich od góry do dołu i w końcu jedno z nich zmieniło mnie w szpitalu. Ile się nerwów najadłem, to moje, a to były moje pierwsze tygodnie pracy.

Inny przykład:
Ja: Pani/e Ś, muszę porozmawiać o niepokojącym zachowaniu pana/i syn…-
Ś: Nie dzisiaj! Dzisiaj nie mam czasu! – i już go/jej nie ma… Czasu nie znalazł/a.

Kolejny przykład: Dziecko dostało zatrucia pokarmowego. Dzwonię do rodzica, aby odebrał dziecko ze szkoły. Oczywiście, zaraz ktoś podjedzie, tak mnie zapewniono. Mija jedna godzina… Druga… Dzwonię co jakiś czas, ale nikt nie odbiera. Po trzech godzinach siedzenia, w sumie koczowania w toalecie razem z dzieckiem, przychodzi rodzic i oczywiście „Nie miałem czasu”. A ja już się zastanawiałem, czy karetki nie wzywać... (co do wzywania karetki przez szkołę, przepisy są dość zagmatwane, może kiedyś opiszę).

Inny przykład: Wchodzę do klasy, patrzę, siedzi dziecko, wyraźna gorączka, przysypia na ławce, zakatarzone, kaszle, tona smarków powycieranych w rękawy. Krótka rozmowa z dzieckiem, dziecko wydaje Ś, że kazali mu tu przyjść NA ANTYBIOTYKU. Staram się powstrzymać, żeby tych rodziców nie op… nie nakrzyczeć na nich i dzwonię. „Panie, ja do pracy musiałem iść, z kim ja miałem dziecko zostawić?!”. Tak, świetny pomysł, dziecko, które powinno leżeć w łóżku przyprowadzić do szkoły, niech pozaraża pozostałe i przy okazji pomęczy się na ławce, zamiast odpoczywać w domu. Chciałbym tutaj też przypomnieć, że rodzicom przysługuje aż 60 dni w roku opieki nad chorym dzieckiem (do skończenia przez dziecko 14 lat). Dobrze, że była to szkoła integracyjna i było nas dwóch, to jedna pani z dzieckiem siedziała, a ja lekcje prowadziłem (pielęgniarka od 9:00). Oczywiście do czasu przyjazdu jednego z rodziców, bo dyrektorka znów zadziałała.

Swoją drogą niepoważni ludzie.

Szkoły

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (136)
poczekalnia

#85584

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Kolejny dziwny przepis szkolny, a raczej jego brak, który zatruwa życie zapewne niejednemu uczniowi i nauczycielowi.

Wypuszczanie dziecka do toalety.

Ok… Niby wszystko w porządku, prawda? Nauczyciel zawsze pozwalał wyjść, tyle że kiedyś były inne czasy. Obecnie nieco bardziej strach wypuścić takiego ucznia. Mimo wszystko robi się to. O co chodzi? Otóż nie ma teoretycznie przepisu, który zabraniałby wypuszczenia dziecka do toalety. Mówię tu nawet o młodzieży. Jest jednak inny przepis, który trochę tę kwestię blokuje – Art. 6 Karty nauczyciela.

„Art. 6.Nauczyciel obowiązany jest:
1) rzetelnie realizować zadania związane powierzonym mu stanowiskiem oraz podstawowymi funkcjami szkoły: dydaktyczną, wychowawczą i opiekuńczą, w tym zadania związane z zapewnieniem bezpieczeństwa uczniom w czasie zajęć organizowanych przez szkołę”.

Co więcej, art. 160 Kodeksu Karnego:
„§1. Kto naraża człowieka na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia albo ciężkiego uszczerbku na zdrowiu, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§2.Jeżeli na sprawcy ciąży obowiązek opieki nad osobą narażoną na niebezpieczeństwo, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§3.Jeżeli sprawca czynu określonego w §1 lub 2 działa nieumyślnie, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku”.

Oraz art. 120
„§1. Kto wbrew obowiązkowi troszczenia się o małoletniego poniżej lat 15 albo o osobę nieporadną ze względu na jej stan psychiczny lub fizyczny osobę tę porzuca, podlega karze pozbawienia wolności od 3 miesięcy do lat 5.
§2.Jeżeli następstwem czynu jest śmierć osoby określonej w §1, sprawca podlega karze pozbawienia wolności od lat 2 do 12”.

Sporo tego, jak na zwykłe wyjście do toalety. Jednak my mamy obowiązek dzieckiem się zająć, jeśli pozwolimy mu wyjść samemu, to nie sprawujemy nad nim opieki, którą sprawować powinniśmy, a dzieciaki są różne. Jeden pójdzie grzecznie do WC i wróci, a drugi wpadnie na pomysł pójścia sobie po bułkę do piekarni obok. Teraz wyobraźmy sobie, że śpieszy się, żeby nikt się nie zorientował, że nie poszedł do toalety, tylko gdzie indziej i, nieostrożnie przechodząc przez jezdnię, wpada pod samochód? Kto prawdopodobnie traci pracę, tuła się po sądach i może nawet idzie do więzienia? Nauczyciel. I co z tego, że w statucie jest zapis, że za ucznia samodzielnie opuszczającego teren szkoły nie odpowiada szkoła, skoro on był na lekcji, ma obecność, a nauczyciel pozwolił mu wyjść? Tłumacz się teraz.

Dzieci mniej na takie pomysły wpadają, nastolatkom ponoć się zdarza nawet iść wtedy na fajkę za szkołę. Przyłapie go policja/straż miejska i kto ma większe kłopoty? Tak, nauczyciel… Przecież obecność w dzienniku ma, to co tam robił? Jak tak sobie rozmawialiśmy o tym z innymi nauczycielami, doszliśmy do wniosku, że w sumie musielibyśmy brać ze sobą podczas lekcji całą klasę, żeby iść z jednym do WC. Co do przerw, to już jest inna sprawa.

Nasza szkoła była zamykana na czas trwania lekcji, co wcale nie znaczy, że jak się kogoś wypuściło na lekcji do toalety, to biegnąc po schodach, nie mógł złamać sobie nogi (nie mówiąc już o wypadku śmiertelnym, wszystko zależy od tego, jak spadnie, czy nie uderzy głową np. o schody itp., a dzieciaki biegają jak szalone). Na przerwach są dyżury i jest tam nauczyciel dyżurujący, który sprawuje opiekę i udzieli pierwszej pomocy, nawet jeśli dojdzie do wypadku (bo może do niego dojść, nie oszukujmy się, upilnowanie ponad 100 dzieci - powiedzmy, że tyle akurat jest na korytarzu, na boisku latem to mieliśmy grubo ponad 300 na 2 nauczycieli - jest zwyczajnie niemożliwe, ale ważne, że ktoś tam jest i być może zapobiegnie wypadkowi, tu upomni „nie biegaj!”, tu bójkę rozdzieli, ale co najważniejsze, jeśli coś już się stanie, to zareaguje i udzieli tej pierwszej pomocy, dodatkowo przy wypadkach sporządza się odpowiedni protokół, są procedury, wyjaśnianie itd. w zależności od zdarzenia). I niby moglibyśmy nie ryzykować, powiedzieć „była przerwa, trzeba było iść”…

Teraz wyobraźcie sobie, jak ogromny byłby hałas, gdybym nie wypuścił takiego dziecka do toalety i np. posiusiałoby się w majtki? Jego rodzice by mnie chyba… no. Wiadomo. Poza tym wstyd dla takiego dziecka i zapewne trauma.

Dodatkowo w moich szkołach (integracyjna i specjalna) było zwykle po 2 nauczycieli, to jeden z dzieckiem szedł. A w takich zwykłych? Nie wyobrażam sobie tego. Zdarzyło mi się też być samemu z dziećmi, bo jedna z pań np. była chora albo akurat odprowadziła inne dziecko do pedagoga. No i cóż mogę powiedzieć… Przyznam, pozwalałem wychodzić, toaleta była niedaleko, na tym samym piętrze, więc kazałem zostawić drzwi otwarte i zaglądałem, czy tam wszedł. Gorzej jak było dziecko, które trzeba było odprowadzić lub mu pomóc w toalecie, klasy nie zostawisz, wtedy zwykle kogoś prosiłem, zazwyczaj pedagoga. Jak pedagoga nie było, to miałem problem, bo nie mam prawa zostawić nawet na 5 minut dzieci pod opieką np. pani sprzątaczki. Za moich czasów, kiedy chodziłem do podstawówki, nie było to problemem. Przepisy się widocznie pozmieniały, bo jeśli pani sprzątaczka nie ma wykształcenia pedagogicznego, nie ma prawa przypilnować dzieci, nawet przez chwilę.

Gorzej, jak zapomniałem materiałów na lekcję z pokoju nauczycielskiego… I jak tu teraz po nie wrócić, jak dzieci są w klasie? Tyle że to już jest mój problem, a wyjście dziecka do toalety to trochę co innego…

Osobiście uważam, że przepisy powinny to w jakimś stopniu regulować, żeby potem nie dochodziło do sytuacji, w których się nauczyciel zastanawia, czy pozwolić uczniowi (nawet nastoletniemu) wyjść za potrzebą, czy nie, a z doświadczenia wiem, że dzieci, zajęte zabawą z rówieśnikami, zwyczajnie zapominają się załatwić i przypomina im się, jak wejdą do klasy.

EDIT: Historia nie ma na celu powiedzenia "co by było, gdyby". Autentycznie zdarzają się sytuacje, w których nauczyciel ponosi konsekwencje w wyniku wypuszczenia dziecka do toalety. Nie słyszałem jednak osobiście o wypadku śmiertelnym.

Szkoły

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 42 (66)

#85533

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś chciałbym wam opowiedzieć o różnych rodzajach rodziców, nie tylko w szkołach specjalnych, ale i takich i takich. Szczerze mówiąc znaczna większość rodziców to zwyczajni, normalni i zazwyczaj fajni ludzie. Ale takie przypadki jak poniżej zdarzają się niestety.

Dodam jeszcze, że historie są bardzo ogólnikowe i brakuje szczegółów. Już nie pracuję w tym zawodzie, ale dobro dziecka nadal jest dla mnie najważniejsze i nie chcę, by kiedykolwiek zostało rozpoznane, dlatego unikam pisania co dokładnie im dolegało, nie podaję nawet imion. Płeć także dobieram losowo.

1. Zaczniemy sobie od mojego ulubionego rodzaju rodzica, którego nazwałem "chory bardziej [CB]"
Szkoła specjalna, wszystkie grupy z dziećmi mniej lub bardziej chorymi. Wrzesień, pierwszy dzień, przychodzi CB z synkiem i rozpoczyna się rozmowa.
CB: Ale proszę zwrócić na mojego synka szczególną uwagę.
N(auczyciel): Oczywiście, na wszystkie dzieci zwracamy szczególną uwagę, dzięki małym grup... - przerwane przez CB
CB: Ale mi nie chodzi o wszystkie dzieci, tylko o mojego synka, bo on jest BARDZIEJ CHORY niż inne dzieci.
N: Eee... Ależ oczywiście. Proszę się o nic nie martwić, zajmiemy się nim najlepiej jak potrafimy.
Dziecko wcale nie było bardziej chore, fizycznie naprawdę ok, mentalnie choroba wcale nie taka poważna, ale... Przez matkę totalnie "zaniedbany" w sensie przesadnie zadbany. Za chłopca WSZYSTKO robiła matka. Nie umiał nawet zjeść obiadu łyżką, bo mamusia karmiła (i nam też kazała to robić), choć choroba dziecka wcale tego nie wymagała, wręcz przeciwnie, należało pracować nad samodzielnością, bo miał spore szanse na w miarę normalne funkcjonowanie w dorosłym życiu.

Inny przypadek: szkoła integracyjna, dziecko lat 9. Nie potrafi ubrać się w kurtkę, jak przychodzi robi to mamusia, jak wraca ze szkoły, mamusia już czeka, by założyć mu buciki i kurteczkę... Kanapeczki pokrajane na maleńkie kawałki, co tylko bierze w rękę i do buzi w całości, skórki oczywiście odkrojone. Chłopiec w sumie nic sam zrobić nie umie. Co najzabawniejsze dziecko CAŁKOWICIE ZDROWE. Matka zdecydowała się jednak na szkołę integracyjną, bo "on taki nieporadny jest...". Tak, tłumaczyliśmy jej, że powinna dać mu trochę samodzielności (tak samo pani powyżej), ale "on przecież nie da rady tego zrobić! Muszę mu pomóc!" i jak grochem o ścianę. Trochę się we mnie gotowało, jak mówiła o nim w taki sposób. Zdrowe dziecko, tylko przesadnie zadbane.
Dodatkowo matka często prosiła o to, by drugi nauczyciel (w szkołach integracyjnych jest 2, jeden "główny", drugi dla dzieci niepełnosprawnych itp.) pomagał jej dziecku np. wypakować plecak... (nauczyliśmy go, sam to robił, jakoś nie miał trudności...) Swoją drogą osobiście uważam, że zachowanie rodzica tutaj już podchodzi pod pewien rodzaj patologii.

2. Rodzic organizator czasu [OC].
Dziecko ze szkoły integracyjnej, ale choroba wcale nie taka zła, ogólnie sprawne, jednak... Zajęte 24/7. OC wysłali je: na basen, na każde zajęcia dodatkowe, jakie były do zaoferowania, na każde przedstawienie, żeby brało udział, na zajęcia pozaszkolne z muzyki, karate i w sumie nie pamiętam co tam jeszcze było, dodatkowo korepetycje z przedmiotów, z których miało problem a do tego dochodziły jeszcze rehabilitacje, logopeda itd. Wierzcie mi, że to dziecko to chyba kładło się od razu spać po powrocie do domu, a rano znowu do szkoły. Czy to jest dobre? To zależy. Na pewno rozwinie się dodatkowo w niektórych rzeczach, tylko że według mnie rodzice mogli troszkę przystopować i pozwolić dziecku być dzieckiem, bo mi już biedaczysko na ławce w szkole przysypiało. No i MUSIAŁO brać udział w każdych uroczystościach, dyskotekach, wycieczkach... No we wszystkim, co było organizowane dla chętnych w szkole.

3. Ostatnie na dzisiaj, bo mi wyjdzie historia za długa, choć jeszcze jest wiele typów. Rodzic pilnujący [RP].
Zdarzyło mi się poznać rodzica, który zażądał sobie, bym robił mu opis każdej lekcji prowadzonej z jego dzieckiem. Najpierw myślałem, że chodzi o tematykę co robiliśmy, żeby poćwiczył sobie z dzieckiem, np. mieszkańcy lasu (omawianie zwierząt żyjących w lesie), klasyfikacja figur geometrycznych według ich cech, wprowadzenie liczby 1, zasady bezpiecznego poruszania się na drodze itp. Ale nie... RP chciał ode mnie dokładnego opisu całej lekcji, tj. co robiłem po kolei, a nawet jakich słów używałem, w sumie kabaret. Po mojej odmowie poszedł na skargę do dyrekcji, ale nic nie wskórał. Obejrzał dokładnie salę lekcyjną i zwrócił nam uwagę na niezwykle niebezpieczne rzeczy, które mogą zrobić krzywdę jego dziecku, np. ławka! Powinna mieć miękkie krawędzie! (były zaokrąglone) Grzejnik może i osłonięty, ale ta osłonka jest... Twarda!!! Ostatecznie według RP powinniśmy zabezpieczyć całą salę, łącznie z podłogą (łomatkokochana panele! Przecież jak się wywali, to nabije sobie guza!) W centralnej części sali był wtedy jeszcze wielki dywan.

W innym przypadku zdarzył się np. RP, który prosił o cały jadłospis tygodniowy, po czym kazał (nie prosił, ma być zrobione, bo jak nie kuratorium bla bla, ja mam prawo itd.) zmienić wszystkie te pozycje, w których jest cukier. Np. naleśniki z dżemem są nie do przyjęcia, czy my nie rozumiemy, że cukier jest SZKODLIWY?! I kto to widział rybę dzieciom podawać RYBĘ!! Przecież tam są OŚCI, macie to zmienić na paluszki rybne! W sumie żal dziecka, nigdy nie jadło słodyczy. Jak kiedyś poczuje wolność to obawiam się, że nie będzie miało żadnych zahamowań. No i dodatkowo, to że chroni się dziecko przed czymś, np. przed ośćmi, zamiast uczyć je jak się je rybę nie sprawi, że mając 18 lat magicznie nauczy się ją jeść...

szkoły

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (164)

#85521

(PW) ·
| Do ulubionych
Znów pisze do was były nauczyciel szkoły specjalnej.

Chciałbym podzielić się z wami pewną piekielnością, bazując na przypadku, którego byłem świadkiem.

Mamy matkę, nałogową alkoholiczkę i imprezowiczkę. Ubezwłasnowolniona nie jest, więc robi co chce. Jej pierwsze dziecko trafiło do nas, problemy ze słuchem, musi nosić aparat słuchowy - wszystko to skutek nadużywania przez matkę alkoholu w ciąży, oraz imprezowanie. Poród był przedwczesny. U dziecka stwierdzono także dwie inne rzeczy.

Drugie dziecko urodziło się zdrowe, zapewne dlatego, że matka w czasie ciąży przebywała w zakładzie karnym (nie ważne za co).

Trzecie dziecko nie miało tyle szczęścia, typowy FAS (Płodowy zespół alkoholowy, jak ktoś ma ochotę, proszę sobie poczytać). Dziecko oczywiście trafiło do nas, sporo objawów, stany lękowe, trudności w poruszaniu się po szkole, bo ciągle się gubiło, mimo że ją oprowadzaliśmy milion razy itd.

Całą trójkę wzięła babcia, bardzo miła i dobra kobieta. Kiedyś przy rozmowie, gdy zeszliśmy na temat tego, że adoptowała naprawdę wymagające i chore dzieci powiedziała mi "Wychowałam potwora i teraz biorę za to odpowiedzialność".

A matka? Dalej chleje i dalej się rozmnaża. Chociaż w sumie już nie, bo poroniła każdą następną ciążę, co oczywiście nie oznacza, że nie urodzi kolejnego chorego dziecka.

I nic z tym nie można zrobić...

szkoła

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (183)

#85525

(PW) ·
| Do ulubionych
Równo tydzień temu miałem drobny wypadek. Doszło do urazu głowy, utrata przytomności poniżej 5 minut. Następnego dnia wypuszczono mnie do domu, kazano przykładać lód i dużo odpoczywać, tomografu nie zrobiono.

No i zrobiło się lepiej, ale jest jedna rzecz, która mnie niepokoi, a mianowicie kiedy patrzę w lustro np. myjąc zęby kręci mi się w głowie. Jeśli się nie ruszam przed lustrem, jest ok, jeśli się ruszam dostaję zawrotów głowy. To samo dzieje się, jeśli patrzę w sufit. Zacząłem się zastanawiać, czy nie doszło przypadkiem do jakiegoś uszkodzenia, nie znam się na tym, a tomografu jak wspomniałem, nie zrobiono. Wybrałem się więc do lekarza. Mojej lekarki nie było, więc jej zastępca mnie przyjął i cóż... Krótko mówiąc wyśmiał mnie. Powiedział, że większych bzdur w życiu nie słyszał i chyba przyszedłem tu by wyłudzić L4, po czym dodał, że chyba rzeczywiście powinienem się leczyć na głowę i dał mi namiary do psychiatry.

Cóż, czekam aż moja lekarka wróci z L4...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (63)