Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Ferian

Zamieszcza historie od: 10 listopada 2011 - 20:09
Ostatnio: 18 maja 2019 - 14:20
  • Historii na głównej: 26 z 35
  • Punktów za historie: 13405
  • Komentarzy: 210
  • Punktów za komentarze: 581
 
zarchiwizowany
Ostatnio wiele słyszy się na temat karmienia psów i kotów surowym mięsem, że to niby takie zdrowe i naturalne. To przypomniało mi zdarzenie sprzed prawie 10-ciu lat.

Mieliśmy wtedy kota. Mama tłukąc kotlety zlitowała się nad nim i dała mu kawałek surowego mięsa. Kot dostał jakby jakiegoś ataku. Zaczął się trząść, nie za bardzo reagował. Zawieźliśmy go do weterynarza, ale już w gabinecie zaczął dochodzić do siebie. Prawdopodobnie dostał alergii na coś, czym mięso było spryskane (żeby się nie psuło) bądź szprycowane, słabo się na tym znam. Od tamtej pory mięso dla kota podgotowywaliśmy.
Weterynarzem nie jestem i nie znam się na tym, czy mięso surowe jest lepsze, czy nie... Ale mięso, które kupiliśmy to nie były jakieś najtańsze odżyny ze sklepu, tylko dla nas na obiad, także jeśli chodzi o znalezienie bezpiecznego mięsa na surowo dla kota, to już może być problem.

Spokojnie, kot żył jeszcze parę dobrych lat.

weterynarz

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -5 (21)

#84458

(PW) ·
| Do ulubionych
Nienawidzę pseudo-znawców i pseudo-obrońców praw zwierząt.

Mam psa, duża rasa, ale już stare bydlę. W przeliczniku na ludzkie ma już prawie 90 lat. Jakiś czas temu (kilka miesięcy) zobaczyłem, że coś mu rośnie na brzuchu. Byłem z tym u weterynarza, bardzo dobrego swoją drogą, bardzo mu ufam, już raz mi tego psa uratował. Weterynarz jednak uznał, że nie może tego wyciąć, bo pies jest tak stary, że prędzej nie przeżyje operacji, a okazuje się, że zmiana jest niegroźna.

Stosuję się więc do zaleceń i dodatkowo obserwuję co z tego będzie, jeżdżę na kontrole itp.

Głupi ja napomknąłem o tym koleżance na imprezie. Rozmawialiśmy o psach i dodałem też, że więcej już nie wezmę tak dużego psa, bo to kłopotliwe. Całą rozmowę usłyszał jej znajomy, którego praktycznie nie znam. Okazało się, że to jakiś pseudo-obrońca praw zwierząt. Wtrącił się, że jeśli ten weterynarz nie chce tego wyciąć, to powinienem szukać innego tak długo, aż znajdę takiego, który to wytnie. Argumenty, że np. starszym ludziom też nie wykonuje się za bardzo operacji, ani w sumie żadne inne argumenty nie docierały. Gościu zdecydował, że jeżeli nie będę "walczył o psa", to mnie zgłosi do obrońców praw zwierząt, że zaniedbuję psa i odmawiam jego leczenia.

Szczerze wątpię, żeby mi psa zabrali, skoro jeżdżę z nim regularnie do weterynarza, nie chodzi głodny, ani nic z tych rzeczy... Tyle, że gość mi po prostu nie daje spokoju. Poza zablokowaniu go wszędzie, wykorzystuje wspólnych znajomych do przekazywania mi wiadomości i pytania o psa. Ludzie, ja zwariuję.

PS. Pies jak na razie ma się bardzo dobrze, mimo wieku nadal żywy, wesoły i regularnie badany przez weterynarza.

impreza

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (174)

#84178

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś tłusty czwartek. Idę rano do jednego z większych sklepów, widzę pana, który wykłada pączki, pewnie dostawca. Gołymi rękami, co jakiś czas zlizując lukier z palców i dalej tymi oblizanymi rękami wykłada pączki...
Jakoś mi się odechciało.

sklepy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (120)

#83291

(PW) ·
| Do ulubionych
Właściwie miał być komentarz pod historią o braniu kota z fundacji, ale zastanawia mnie, czy tylko ja uważam zasady oddawania zwierząt przez fundacje za przesadne, a i nieraz piekielne. Jak tak dalej pójdzie, to łatwiej będzie dziecko adoptować niż kota.

Ja wychowałem się na wsi, za młodu miałem dwa koty (i psa). Może dlatego podejdę do tego mało profesjonalnie, ale:

- Nasze koty były wychodzące
- Nikt nigdy nie pomyślał o osiatkowaniu balkonu (żaden nie zginął, po prostu nie miały tam wstępu)
- Koty nauczone życia nie były sierotkami marysiami, co im się zaraz coś stało. Łaziły po drzewach, dachach i ogólnie po całej wsi. Zawsze wróciły. (A i sąsiadom nie przeszkadzało to, że koty u nich łażą, wręcz przeciwnie, przynajmniej myszy z szopy wyłapią...)
- Każdy kot radził sobie z mało uczęszczaną ulicą
- Koty BYŁY zaszczepione i odrobaczone. Wielu sąsiadów nie szczepiło, ale u nas to jednak była podstawa.
- Nie były kastrowane (mieliśmy tylko kocury, bo babcia nie chciała kotki, a mawiała, że kot cyt. "bez jaj" myszy łapać nie będzie)
- Koty nie raz przyszły ze szramą na pysku po walce. Jak coś było poważniejszego to się jechało do weta, jak nie to się wylizał.
- Koty jadły myszy + resztki mięsa z obiadu. Poza tym w misce była zawsze sucha karma i woda. Żadnych saszetek, pasztecików i innych tego typu rzeczy
- Koty spały w słomie w garażu, miały tam ciepło, a obok stała miska z wodą. Wśród paszy miały istny bufet myszy (po to były, miały łapać myszy). Czasem spały na piecu, a w większe mrozy w domu.
- Koty były zadbane i żyły długo i szczęśliwie.

Dlatego nie rozumiem o co aż tyle hałasu w tych fundacjach. Koty, które były u nas miały ciepły kąt, miały zawsze co jeść i miały zapewnioną opiekę weterynarza w razie potrzeby. Były też szczepione, wygłaskane i kochane. Oczywiście, były to inne czasy. Obecnie żadna fundacja nie dałaby nam kota. Czy nasze miały źle? Ja uważam, że nie.

PS. Szczególnie dziwi mnie ten wymóg, że kot musi być niewychodzący. U nas na wsi miały istny raj, same pola, samochodów tyle, co... Kot napłakał. Mnóstwo miejsca do biegania, polowania i leniuchowania w słońcu. Rozumiem, że nie trzyma się kota wychodzącego mieszkając przy ruchliwej ulicy, ale na wsi lub spokojnym osiedlu, dlaczego nie?

koty fundacje

Skomentuj (104) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 212 (294)

#80334

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej szkole była sobie uczennica, która zapragnęła zrobić sobie kolczyk w nosie. Szkoła ta miała jednak sztywne zasady i statut groził, że za jakikolwiek zrobienie kolczyka poza uszami, farbowanie włosów itp. grozi obniżenie oceny z zachowania o jeden stopień. Dziewczyna jednak pogodziła się z taką karą, zaakceptowała ową karę, nawet matka dziewczyny, za której zgodą, młoda zrobiła sobie wymarzony kolczyk w nosie.

Gdy tylko pojawiła się z tym kolczykiem, wywołała burzę, szkoła natychmiast wezwała matkę, której powiedziano, że za złamanie regulaminu, córka zostanie wydalona ze szkoły. Ale zaraz, hola hola! Miało być obniżone zachowanie! Ponoć pani matka była nieugięta, szkoła oczywiście, tak jak było w zapisie, natychmiast dziewczynie zachowanie o stopień obniżyła. O sprawie zapomniano, do czasu...

Wyobraźcie sobie, że szkoła natychmiast zmieniła zapis (który zanim przeszedł trochę potrwało) na wydalenie ze szkoły w w/w przypadku i znów wezwała panią matkę, której powiedziano, że jeśli córka nie usunie kolczyka, zostanie wyrzucona... Dziewczynę zawieszono i tu po dłuższej batalii, matka w końcu wygrała, ponieważ prawo nie może działać wstecz, a córka już została przecież raz ukarana. Nie karze się dwa razy, za to samo. I tak oto w tej "niesowicie prestiżowej szkole" pośród wielu grzecznych i ułożonych uczniów, chodziła też jedna uczennica z kolczykiem w nosie psująca dobre imię szkoły.

Nie, nie jestem tą dziewczyną, historię usłyszałem od znajomej tej dziewczyny, która chodziła razem z nią do klasy. Tu się na szczęście udało, ale załatwienie sprawy zajęło tygodnie. Tylko po co tak ludziom życie uprzykrzać?

szkoła

Skomentuj (89) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (239)

#79904

(PW) ·
| Do ulubionych
W mojej dalszej rodzinie jest trójka rodzeństwa, kolejno 8, 9 i 12 lat. Cała trójka otyła.
Na każdej imprezie rodzinnej wieczne szydzenie z ich wagi, ostatnio na imieninach matki tychże dzieci podane zostały ciasta i słodycze, które wszyscy jedli, ale tylko ta trójka nie mogła. Niby dobrze, prawda? No niezupełnie. Jestem pewien, że słodycze by im nie zaszkodziły, gdyby nie to, co musiały zjeść wcześniej. Codziennie u nich w domu są dwa dania, zupa i drugie danie.

Każde z dzieci jest zmuszone do zjedzenia wszystkiego, są pilnowane i nie wolno im odejść od stołu dopóki nie zjedzą. Wyobraźcie sobie teraz 8-mio latkę, która musi zjeść pełen talerz zupy i drugie danie o porcji jak dla dorosłej osoby. Dodam, że ja jako dwudziestokilkuletni facet nie byłem w stanie zjeść takiej porcji (czym uraziłem panią domu, bo mi, a raczej wszystkim pozostałym gościom "nie smakuje", bo nie zjedliśmy wszystkiego), przy czym rodzice tychże dzieci nakładali sobie jedzenia dużo mniej. Śniadania i kolacje wyglądają podobnie, ja nie byłem w stanie podczas kolacji u nich zjeść czterech dużych kromek chleba... A co dopiero dzieci.
I wytłumaczcie mi, gdzie tu logika?

PS. Na nasze próby wytłumaczenia im, że porcje są za duże reagują mniej więcej czymś takim:
"Od obiadu się nie tyje, tylko od słodyczy! One rosną i muszą porządne rzeczy jeść!".
"Pewnie słodycze w szkole podjadają, na W-fie się obijają".

rodzina

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 176 (194)

#79321

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako, że mam latem urodziny, przypomniała mi się pewna lekko piekielna historia z udziałem ciotki.

Otóż wiele lat temu ciotka przyjechała zza granicy na wakacje do Polski, akurat w okresie mniej więcej moich urodzin. Postanowiła nas przy okazji odwiedzić. I ja rozumiem, że ciotka jest biedna, nie musiała mi dawać nic, albo chociaż, żeby z pustą ręką nie przyjeżdżać jakąś czekoladę kupić... Ale kto normalny daje chłopakowi na któreś naste urodziny krem na zmarszczki dla kobiet 40+?

Przynajmniej do dziś mamy z tego w domu ubaw...

Rodzina

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (160)

#77028

(PW) ·
| Do ulubionych
Coś na temat wojujących wegetarian. Ostrzegam, żeby osoby wrażliwe nie czytały. Nie wiem, kto był piekielny, chyba ja, bo może nie powinienem był tego mówić.

Na uczelni mamy dużo wegetarianek. W większości normalne, które nie jedzą mięsa, ale nie przeszkadza im jak inni je jedzą. Mamy też jedną wojującą. Dosiadła się do mnie pewnego dnia, wyciągnęła kanapkę, ja też wyciągnąłem... Tyle, że moja była ze smażonym boczkiem (dobrze doprawiony duży kawał boczku smażony dość długo, potem się kroi na chleb, pychota). Wtedy się zaczęło. Najpierw jak ja mogę to jeść, przecież to było żywe zwierzątko, potem, że ona się czuje urażona i obrzydzam jej jedzenie. Odpowiedziałem jej grzecznie, że jak jej się nie podoba, może iść zjeść gdzieś indziej.

Wtedy padł argument. Chyba mój ulubiony u wszystkich wegetarian. Przytaczam mniej więcej:
- Jak chcesz jeść mięso, to musisz je najpierw sam zabić! Ciekawe, czy byś to zrobił?! Ha! Na pewno nie! Bo wiesz w jakich warunkach zabija się te zwierzęta?!
- U mnie całkiem humanitarnie.
- A co ty wiesz, byłeś w tej ubojni, pracowałeś?!
- Nie. Mamy kury. Większość to nioski na jajka, ale też parę brojlerów na obiad, rosołek, smażenie...
- I... ty je zabijasz?! - Teraz tak już niepewnie.
- No, zabiłem raz... Kładziesz kurę na pieniek, bierzesz toporek...

Dziewczyna uciekła. Od tamtej pory rozpowiada, że jestem psychopatą. Ale i tak mało kto jej słucha, bo dla niej chyba każdy kto je mięso jest psychopatą, ale ostentacyjnie mnie unika, jakby się mnie bała.

Ale ja mówiłem prawdę. Mamy kury. I tak, raz jedną zabiłem. I muszę przyznać, że od tamtej pory naprawdę zacząłem doceniać mięso. Kury mają u nas naprawdę dobrze. Latem wypuszczane na podwórek, zawsze mają dużo trawki, a nawet jakieś resztki warzyw, które są dla nich nieszkodliwe. Kura, która idzie na zabicie jest oddzielana od reszty i nie może być karmiona przez jeden dzień. Ale zawsze dostaje wodę, nie chcemy przecież zwierzęcia zamęczyć. A potem szybka śmierć bez cierpień. Zabicie zwierzęcia było naprawdę trudne. Do dziś nie rozumiem, jak można zabijać ludzi, kiedy ja próbowałem zabić tę kurę przez bite pół godziny.

Ojciec był cierpliwy, bo i on za pierwszym razem modlił się nad swoją pierwszą kurą chyba też tyle samo. Jak już się to zrobi nie ma czasu się zastanawiać, trzeba odsączyć krew, a potem szybko wrzątek i pióra wyskubać. I mówicie, że jestem ciota. Ale to naprawdę było psychicznie trudne. A potem siadasz do stołu i dostajesz na obiad tą samą kurę. I trzeba ją zjeść. Ale wystarczyło spróbować. Ludzie, jakie to jest dobre! Nadal mi smakuje, tylko, że po tym mam trochę inne podejście. Do takiego mięsa nabiera się szacunku. W każdym razie argument koleżanki obalony. Zabiłem i zjadłem. I było przepyszne.

gastronomia uczelnia

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 360 (406)

#76964

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym co się dzieje z ludźmi, kiedy chodzi o pieniądze.

Pewnego roku na studiach, tuż przed wakacjami jedna moja znajoma, również studentka kupiła sobie zdrapkę. Taką za złotówkę, więc wygrane nie były jakieś nie wiadomo jakie. Prawdopodobnie była pewna, że nic nie wygra, albo z nudów zdrapywała ją sobie jak czekaliśmy w kolejce z oddaniem czegoś tam na zaliczenie... No i szok. Wygrała, nie pamiętam ile to było... Ale główną wygraną.

Też zazdrościłem. Każdy by zazdrościł, ale moja zazdrość polegała na "Szkoda, że nie ja..." i przeszła dość szybko. W końcu dziewczyna, która wygrała była samotną matką z rocznym dzieckiem, mieszkającą u swojej matki (jej ojciec już nie żył, nie wiem co z ojcem jej dziecka) dziewczyna pracowała i studiowała, ale i tak na pewno było jej ciężko. W sumie zasłużyła, niech ma.

W wakacje na facebooku pochwaliła się remontem pokoju małego, kupieniu mu nowych ciuszków, zabawek i powstawiała parę zdjęć ze swojego wyjazdu na wakacje.

Co więc piekielnego? Część ludzi z którymi studiuje... Oto wybrane komentarze, z jakimi się spotkałem na uczelni:

"- Taka puszczalska wygrała, po co jej to? I tak przepuści wszystko!"*
"- Tacy ludzie wygrywają, a porządni nie!"
"- Wszystko rozpuszcza, nic nie zainwestowała! Głupia, po co jej te pieniądze były?"
"- Na wakacje se pojechała, kase wytracić!" (Pojechała na 3. TRZY dni, w weekend.)
"- Nawet dziecka na wakacje nie zabrała, chytra jak #%^%$" (Jedźcie na wakacje z rocznym dzieckiem, na pewno odpoczniecie... Ja uważam, że jej się te trzy dni należały)
"- Kto się dzieckiem zajął, jak ona sobie na wakacje jeździ? Tym się powinna opieka zainteresować!" (Nie wiem, może jej matka? Babcia dziecka. Mogła zorganizować kogokolwiek, co to ludzi obchodzi!?)
"- Powinna kupić to to i to, a nie te badziewia co ona nakupowała!"
"- Ona nie wie, co się z takimi pieniędzmi robi, jakbym JA wygrał..."
Już nie wspomnę o chęci pożyczeń na bilet/jedzenie, stawiania kawy itp.

Po tym ludzie tak się od niej odwrócili, że gdy zachorowała i nie poszła na jakieś zajęcia nikt nie chciał jej dać notatek... (nie moja grupa, chodziłem z nią tylko na jeden wykład) Ludzie... Jak to czytacie weźcie się ogarnijcie.

* Jak mówiłem, nie wiem co z ojcem jej dziecka... Ale historie są różne i nie mnie oceniać. Może nie żyje, może ją zostawił, może się puściła. Jej sprawa.

uczelnia

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 307 (337)

#75681

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak dorobić sobie we Wrocławiu, czyli historia pewnego Pana.

Idę sobie na tramwaj, chcę kupić bilet, bo jeszcze ze dwa mam, ale wolę uzupełnić zapasy. Pani wrzuca pięciozłotówkę, ale ta nie wchodzi. Podbiega do niej Pan:

- Pani nie wrzuca, bo zepsuty jest!
- Już wrzuciłam... Kurcze, utknęło.
- Po drugiej stronie ulicy jest drugi, działający.

Na chwilę się odwróciłem, ale gdy spojrzałem z powrotem zobaczyłem, jak facet wyszarpnął jakiś drucik i zgrabnie pozbierał pięciozłotówkę z chodnika, po czym znowu zaczął majstrować przy biletomacie (nie widziałem dokładnie co).

Widząc, że podchodzi kolejna ofiara, powiedziałem szybko, że monety nie wchodzą, bo tu jednej Pani utknęło. Facet podziękował, wrzucił banknot, wydało mu drobne... Po czym wcześniejszy mistrz zarobku naszej historii podbiega do niego szybko.

- No... Będę z panem szczery! Zbieram na jedzenie...! Nie chcę dużo, widzę, że Panu jakieś drobne wyleciało... Proszę... Naprawdę nie chcę wiele...(Swoją drogą ładnie zagrane).

Niestety facet poratował naszego piekielnego złotóweczką, a gdy odszedł, nasz piekielny wyciągnął sobie papieroska czatując na kolejną ofiarę...

Przestrzegam przed panem z blizną nad okiem.

komunikacja_miejska

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 157 (169)