Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Frankenstein

Zamieszcza historie od: 28 września 2015 - 4:03
Ostatnio: 23 stycznia 2016 - 10:34
  • Historii na głównej: 4 z 4
  • Punktów za historie: 3025
  • Komentarzy: 84
  • Punktów za komentarze: 808
 

#69683

(PW) ·
| Do ulubionych
Bogowie, chrońcie mnie przed idiotami, bo już nie mam siły zbierać szczęki z podłogi...

Wracałam po długich i wyczerpujących badaniach do domu. Miałam jechać taksówką, ale stwierdziłam, że pogoda jest przyjemna i czuję się na tyle dobrze, by wytrzymać czterdzieści minut w autobusie.

Po kilku przystankach dosiadła się do mnie pani z kilkuletnim synkiem. Matka zajęła się rozmawianiem przez telefon, a dzieciak przyglądał mi się badawczo. Miał co oglądać, w końcu koło niego siedziała łysa, pozbawiona brwi i rzęs, śmiertelnie zmęczona dziewczyna.

Dzieci są zwyczaj niezwykle ciekawskie i bezpośrednie, więc po jakimś czasie mały zapytał, gdzie podziały się moje włosy. Nie chciałam wymyślać jakiejś bajeczki, więc powiedziałam prosto z mostu, że jestem bardzo chora i w wyniku leczenia straciłam włosy. Chłopiec dopytywał, czy inni też tak chorują, czy on może być łysy itp. Najwyraźniej pierwszy raz zobaczył kogoś, kto przechodzi chemioterapię. Spodobało mi się to, że jest taki ciekawy, że interesuje go świat dookoła, więc starałam się mu odpowiadać tak by zrozumiał cokolwiek i by jednocześnie go nie wystraszyć.

Wzruszyłam się, gdy mały powiedział, że chce mnie pogłaskać po głowie, bo jak jego babcia go głaszcze, to mu się robi miło, a on chce żeby mi też było miło. Więc pochyliłam się do niego, mały mnie głaszcze, aż tu nagle słychać ostre warknięcie jego matki:
- Nie dotykaj bo się zarazisz!

Jedyne co zdołałam odpowiedzieć:
- Ale to rak, tym nie idzie się zarazić.

Babka chwyciła synka za rękę i poszła na drugi koniec autobusu, mówiąc na odchodne:
- Jasne, już ja wiem jak wy się tym rakiem zarażacie.

Pierwszy raz w życiu poważnie rozważałam porwanie dziecka by uchronić go przed matką-idiotką.
I chyba wynajmę detektywa żeby odkryć w jaki sposób i od kogo zaraziłam się rakiem.

komunikacja_miejska piekielne_matki

Skomentuj (44) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 993 (1031)

#69023

(PW) ·
| Do ulubionych
W piątek rozpoczęłam kolejny cykl chemioterapii. W skrócie wygląda to tak, że w umówionym terminie śmigam do szpitala, robię badanie krwi i jeśli wyniki są ok, to aplikują mi paskudztwo (tzw. wlew). Niestety zajmuje to trochę czasu, niekiedy trzeba też w poczekalni odstać swoje, więc zawsze biorę książkę albo tablet by umilić sobie oczekiwanie. Obecnie znów namiętnie oglądam Star Trek'a, więc po wszelakich niezbędnych badaniach i stwierdzeniu lekarki, że mogę przyjąć chemię siedziałam w poczekalni i oglądałam kolejny odcinek.

W pewnym momencie usiadła koło mnie jakaś pani i co chwilę zerkała mi na ekran. Po chwili zagadała do mnie mówiąc, że ona też oglądała ST jak była nastolatką i że kochała się w Leonardzie McCoy'u. Zaczęłyśmy rozmawiać o serialu i całkiem miło mijał nam czas.

Nagle moja rozmówczyni zapytała, czy pożyczę jej tablet, proponując, że wymienimy się numerami telefonów i adresami i jak już będzie po wlewie, to jej mąż przywiezie mi go do domu. Odpowiedziałam, że mi przykro, ale nie mogę go jej pożyczyć, bo będę go potrzebować przez cały dzień i że nie mam w zwyczaju pożyczać swoich rzeczy obcym osobom.

Spodziewałam się zrozumienia mojej decyzji, jednak babka wybuchła złością i z prędkością karabinu wyrzuciła z siebie monolog o tym, że ona przyjmuje chemię, jest chora, umierająca, a ludziom w jej stanie powinno się ułatwiać ostatnie dni na tej planecie. I że ja mam to szczęście, że nie wiem jak to jest mieć raka, że jestem młoda i całe życie przede mną, a ona ma 40 lat i ją rak zabija, chociaż ona sobie na to nie zasłużyła, że ktoś inny powinien cierpieć zamiast niej, że to nie fair, że ma dzieci, ma męża, a ja jestem nieczuła i nawet nie chcę jej głupiej zabawki pożyczyć. Zapytała jak ja w ogóle śmiałam tak ją potraktować skoro widziałam w jakim ona jest stanie.

Zaskoczył mnie ten wybuch, ale spokojnie odpowiedziałam, że życzę jej powrotu do zdrowia i że w kwestii pożyczki zdania nie zmienię. Więc siedziałyśmy sobie dalej, tym razem już w ciszy - ja oglądająca serial, ona obrażona.

Po jakimś czasie nadeszła wyczekiwana przeze mnie chwila - zostałam zaproszona na party hard, czyli dawanie sobie w żyłę.
Babsztylowi jak usłyszał, że wzywają mnie na wlew, prawie oczy wypadły z oczodołów:
- A to pani też ma raka? Ja myślałam, że pani tu na kogoś czeka.

Co odpowiedziałam?
- Nie. Mam zaj*biste życie, ale lubię tu przychodzić by się tym ponapawać.


Wiem, że ludzie chorzy (nie tylko na raka, na wszelakie inne choroby też) są osłabieni psychicznie, nie godzą się z tym, co ich spotkało, czują się pokrzywdzeni. I mają prawo się tak czuć. Ale nie mają prawa uważać, że "ja jestem chory/a, więc wszystko mi się należy". Niestety w szpitalach, poczekalniach, przychodniach zbyt wiele razy słyszę "ale ja jestem chory, ja umieram, więc musisz... w ogóle mnie nie szanujesz".

S. King napisał, że przez choroby zmieniamy się w potwory. Miał rację, skubany...

poczekalnia słuzba_zdrowia

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 537 (581)

#68983

(PW) ·
| Do ulubionych
Dokończenie http://piekielni.pl/68915

Wreszcie odwiedziłam swój piękny wydział celem odbycia spotkań z wykładowcami - w końcu trzeba się dowiedzieć, co mnie czeka w tym semestrze. Chociaż tak naprawdę chciałam dowiedzieć się, jak zakończyła się szalona przygoda pomysłowego Dobromira i zaczarowanej pieczątki.

Otóż donoszę co następuje:
wybrałam się na wykład, a ludzie z najwspanialszego na świecie kierunku przywitali mnie owacjami na stojąco. Nawet kierowca autobusu wstał i zaczął klaskać. Nie no, żartuje. Na 24 osoby tylko jedna odpowiedziała "cześć" - była starościna. Była, bo grupa jednogłośnie ją odwołała za wspieranie mnie.

Wykład prowadził profesor, którego bardzo lubię. Jest to przemiły starszy pan, który zawsze, gdy mnie widzi pyta o moje samopoczucie. Usłyszałam dziś od niego, że wyglądam zdrowiej bo wreszcie nabrałam rumieńców. Okazało się, że mam w grupie adwokata bo zanim zdążyłam podziękować dało się słyszeć na sali wcale nie taki cichy szept "aktorka, chorą udaje". Już chyba wiadomo, kto sprzątnie następnego Oscara Leonardowi sprzed nosa. :D

Profesor zauważył, że ubyło pięknych twarzy w grupie (w poprzednim semestrze również mieliśmy z nim zajęcia), na co adwokat (ewidentny przodownik pracy) odparł, że jedna osoba sama zrezygnowała, a jedna była zmuszona odejść. Nic więcej nie chcieli powiedzieć. Profesor rozdał syllabusy, omówił program i stwierdził, że wszyscy mogą iść, a ja mam zostać by uzgodnić wstępne warunki mojego zaliczenia. Na to adwokat oświadczył, że wszyscy zostaną, ponieważ chcą usłyszeć co ustalamy. Chyba jest bardziej uczciwy niż Dubieniecki, bo stwierdził, że będą pilnować bym nie naruszała zasad regulaminu i żebym nie miała do zaliczenia mniej materiału niż reszta. Profesor aż się w głowę popukał i kazał mu wyjść.

Kiedy wreszcie wyszłam z sali zostałam otoczona niczym ostatni zdrowy człowiek podczas apokalipsy zombie (i to nawet pasuje, bo mózgi to oni najwyraźniej mają obumarłe). Przodownik pracy Dubieniecki oskarżył mnie o to, że pomysłowy Dobromir został bezceremonialnie wyrzucony z uczelni. Lekarz nie chciał wnosić sprawy do sądu mimo, że policjanci go namawiali. Natomiast pieczątka została skonfiskowana, ale nie wiem przez kogo. Dziekan stwierdził, że takie cyrki pod jego rządami dziać się nie będą, więc kolega został relegowany.

Według samego Dobromira oraz reszty grupy winę za to ponoszę ja, bo "gdybym nie udawała chorej i była uczciwa, to by do tej sytuacji nie doszło".

Na odchodne, zanim zaczęliśmy załzawieni machać sobie chusteczkami, usłyszałam jeszcze "a ten post na piekielnych to lepiej skasuj, kretynko!".

Więc z tego miejsca chciałabym serdecznie pozdrowić całą moja grupę. Ślę buziaczki.

Człowiek sądzi, że idzie na studia a dziwnym trafem ląduje w przedszkolu...

P.S. Chciałabym też podziękować Wam za życzenia zdrowia w komentarzach pod poprzednią historią. :)

uczelnia

Skomentuj (52) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 702 (758)

#68915

(PW) ·
| Do ulubionych
Dorobiłam się przyjaciela. Rok temu przypałętał się nieproszony i zamieszkał w moim organizmie. Ma na imię Rak, zdrobniale Sku*wiel. Ogólnie to co zrobić, łamać się ponownie nie będę bo jeszcze sporo życia mam w planach. Jednak stwierdzam czasami, że od choroby gorsi są ludzie, chwilami aż chce się ich potraktować glanem prosto między oczy...

Staram się dalej studiować, za rok skończę kolejny kierunek. Mam przyznany tryb indywidualny a i wykładowcy idą mi bardzo na rękę. To, co inni zaliczają w ciągu semestru (kolokwia, wejściówki, egzaminy), ja muszę zaliczyć w jeden/dwa tygodnie, często obiecując, że poniżej oceny 4,5 nie spadnę. Z ludźmi z kierunku prawie w ogóle się nie znamy i nie widujemy, bo nawet nie mamy okazji. Później dochodzą do mnie słuchy, że mój kierunek się bulwersuje bo za co ja mam te dobre oceny skoro na zajęcia nie chodzę? Że nepotyzm, że pewnie pod stół włażę w zamian za dobre oceny (rajuśku, w takim przypadku muszę być mistrzynią lodzików), że płacę za wpisy, a już na pewno zapłaciłam za przyznanie trybu indywidualnego.

Gdy starościna (jedyna osoba z kierunku poinformowana o mojej sytuacji) stanęła raz w mojej obronie i jej się wymsknęło, że mam raka, więc mam prawo do indywidualnego i pracuję równie ciężko, co oni to stwierdzili, że kłamię, że jak to bo przecież mam włosy! Obecnie rzeczywiście moje odrosły, ale był taki okres, że nosiłam perukę. Ale pamiętacie: każdy, kto ma włosy nie ma absolutnego prawa mieć raka! No ani się ważcie chorować! Nie i już!

Sama się utrzymuję. Mieszkanie kosztuje, jedzenie kosztuje, o lekach nawet nie wspomnę. Mam rentę, ale to trochę mało, więc płakać nie będę, tylko rękawy podwinąć i do roboty. Ktoś z kierunku dowiedział się, że pracuję i od razu wielkie halo! Bo jak to tak! Powinnam w szpitalu zdychać, skoro taka wielce chora jestem, a ja jeszcze śmiem pracować!

Nie wytrzymali i poleźli do wszystkich naszych wykładowców z pretensjami o moje oceny i z kategorycznym wymogiem, by mi je obniżyć a później do dziekana naskarżyć, że indywidualny wykorzystuję po to by pracować, że mój wniosek to jedna wielka ściema, a zaświadczenie od onkologa podrobiłam.

Najlepsze na koniec: na dowód tego przynieśli pieczątkę lekarską, którą na własną rękę zamówili z alledrogo. Dane do pieczątki skopiowali ze zwolnienia lekarskiego, które jakiś lekarz komuś tam wcześniej wystawił.
Co zrobił dziekan? Złożył zawiadomienie na policję i do lekarza, którego pieczątka była skopiowana.

Zaczął się nowy rok akademicki. Ach, aż mi się Sku*wiel raduje na myśl o nowych przygodach!

uczelnia

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 690 (756)

1