Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GoshC

Zamieszcza historie od: 18 maja 2012 - 17:04
Ostatnio: 16 maja 2024 - 18:24
  • Historii na głównej: 52 z 60
  • Punktów za historie: 7839
  • Komentarzy: 528
  • Punktów za komentarze: 4781
 

#90262

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Nikt nie lubi jeździć drogami ozdobionymi żółtymi pudełkami radarów co kilka mil. Niestety, czasami trzeba.

I sama jazda nie byłaby denerwująca - ot, nastawiam sobie tempomat albo limiter i spoko jadę.

I byłoby spoko, ale sporą część kierowców czuje potrzebę nadmiernego zwalniania.
Autostrada, limit 70mph - zbliżamy się do kamery i na wszelki wypadek dajemy gwałtownie po hamulcach - tak do 65, czasem 60.

Droga do 60mph - Waze daje znać o kamerze - no to hamulec i 50.

Droga w mieście - standardowo 30mph - no to nagle okazuje się, że samochód przede mną, który jechał sobie spokojnie 32 - 33mph nagle jedzie 25.

I jeździj tu człowieku płynnie, jak kierowca przed tobą woli dać po hamulcach na wszelki wypadek.
Pół biedy, jak jest to stopniowe delikatne wytracanie prędkości - ale ile razy jeden z drugim się zagapi i urządza prawie że hamowanie awaryjne tuż przed kamerą.

Dodam jeszcze, że tuż za kamerą jeden z drugim - gaz do dechy - odrabia stracone 10 sekund.

Dobrze, że lubię swoje autko i zniżki i zawsze trzymam sensowny odstęp :-)

radar prędkość hamowanie

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (157)
zarchiwizowany

#89912

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Przypomniałam sobie historię z mojego, raczej wczesnego dzieciństwa.

W latach osiemdziesiątych moi rodzice jeździli na wczasy do Bułgarii.

Jechało się pociągiem, około dwóch dni i na ogół nie zatrzymywało.

Tym razem jednak zatrzymaliśmy się na jakiejś stacji kolejowej, nie wiem gdzie i powiedziano nam, że mamy ileś tam czasu.

Pamiętam, że były tam sklepy, w tym sklep z zabawkami, do którego zabrała mnie mama.
Upatrzyłam tam sobie lalkę, a mama zgodziła się mi ją kupić. Była to jedna jedyna taka lala, więc żeby nie było wątpliwości trzymałam ją już w rękach, kiedy mama oglądała inne rzeczy, ale za zakupy jeszcze nie zapłaciła.

W pewnym momencie podszedł do nas mężczyzna
i zażądał wydania lalki, bo właśnie ją kupił. Okazało się, że sprzedawczyni faktycznie sprzedała mu lalkę, myśląc, że to mój ojciec i jest z nami.

Zaczęłam płakać - ale oczywiście gość miał to gdzieś. Nie dało się z tym nic zrobić i lalkę musiałam oddać. Z tego co pamiętam to mama kupiła mi dwie inne żeby mnie uspokoić :-)
Czterdzieści lat minęło (z hakiem!), a ja nadal to pamiętam...

Może mało piekielne, ale z punktu widzenia pięciolatki czy sześciolatki - bardzo zaburzające postrzeganie świata...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 4 (30)

#89277

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wkurzyłam się (delikatnie mówiąc) parę tygodni temu.

Chciałam sobie pojechać do parku (ten akurat jest dosyć daleko ode mnie – ok. 20 mil, więc oczywiście samochodem.
W pewnym momencie, zgodnie z przewidywaniem zresztą, autko zaczęło wołać jeść.

Zajechałam więc na najbliższą stację i ustawiłam się w kolejce.
10 stanowisk, ale tylko 8 z benzyną (na pozostałych dwóch tylko ropa dla HGV). 4 zajęte, ale pech chciał że wszystkie zajęte z wlewem po prawej (czyli mojej stronie). Wiem, że teoretycznie mogłabym chyba przeciągnąć rurę i zatankować z drugiej strony, ale bardzo tego robić nie lubię i jest to bardzo niewygodne i niezręczne, nie wiem czy wszystkie pompy na Shellu mają taką możliwość, więc zdecydowałam się poczekać, tym bardziej, że kolejki jako takiej nie było – tylko samochody tankowane już przy stanowiskach.

W pewnym momencie podjechała na stację grupa ok ośmiu, może dziesięciu motocyklistów, kilkoro z nich także by zatankować, a reszta chyba dla towarzystwa. Dwóch podjechało do lewego wlewu tam gdzie stałam – spoko, nie ma problemu, i tak czekam na prawy.

Problem pojawił się kiedy kierowca tankujący po prawej uiścił zapłatę, wrócił do samochodu i odjechał – wtedy momentalnie motocyklista czekający na kumpla zajął miejsce po prawej – ja zdążyłam tylko przekręcić kluczyk w stacyjce.

Rzadko mi się zdarza, bo tego nie lubię, ale zatrąbiłam.
Raczył się zapytać jaki mam problem, na moją odpowiedź, że się wpakował bez kolejki usłyszałam tylko znienawidzone „Sorry, mate” i wrócił do tankowania. Owszem, długo mu to nie zajęło, ale zawsze. Żeby było śmieszniej – miał inne lewe pompy wolne, z których mógł skorzystać, więc już totalne chamstwo z jego strony.

Nie zrobiłam nic więcej - obsługa stacji nie zareagowała, a poza tym, ich była cała grupa. Nie wiem co mogłabym zrobić w takiej sytuacji? Trąbić do upadłego? Podjechać bliżej i próbować onieśmielić?

Pierwszy raz odkąd jestem w Anglii zdarzyło mi się być świadkiem takiej bezczelności u tubylca.

Mam nadzieję, że ostatni

stacja paliw

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (170)

#89278

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowana historią #89273 @xMiuSx przytoczę parę wspominek z dzieciństwa i wczesnej młodości, kiedy jeszcze miałam ‘rodzinę’. To znaczy, część z nich jeszcze żyje, ale kontaktu nie utrzymuję żadnego, z powodów które kiedyś tutaj opiszę.

Ale dziś czas na wspominki.
Tło takie samo więc nie będę się powtarzać: zawsze są to imieniny któregoś z rodziców, ja mam na nich od około pięciu, do może 10 czy dwunastu lat. Typowa impreza lat osiemdziesiątych. Dorośli w jednym pokoju przy jedzeniu i alko (obydwa w dużych ilościach), dzieci w drugim pokoju, z boku stolik z jedzeniem i napojami (oczywiście bezalkoholowymi).

Sytuacja pierwsza:
Jakiś czas wcześniej dostałam od znajomej rodziców bęben. Piękny, z białej, prawdziwej skóry, z czerwonymi dodatkami i ozdobami. Po imprezie mama znajduje go pociętego nożem przez któregoś z moich kuzynów.

Sytuacja druga:
Miałam zwyczaj kamuflować słodycze, które dostawałam od znajomych czy rodziców w starej plastikowej formie do układania kompozycji kwiatowych (do właściwego celu nigdy używana nie była – chyba nieudany prezent dla któregoś z rodziców, z tych co to „nie wypada wyrzucić”). Nie wiem, jak znaleźli i po co w ogóle tam zaglądali – ale z cukierków nie zostało nic, jakby szarańcza przeszła, a miałam całkiem sporo, zwłaszcza moich ukochanych kasztanków. Od tamtej pory nie chomikuję – co dostaję zjadam od razu :-)

Sytuacja trzecia:
Mama wchodzi do pokoju, zastaje mnie zaryczaną w kącie, na podłodze talerzyki i filiżanki dla lalek, a po nich skaczą i jeżdżą rowerkiem moi kuzyni.

Sytuacja czwarta:
Młodsza kuzynka, M, zakłada wszystkie moje i moich lalek korale i naszyjniki i nie chce zdjąć, na próbę zabrania ich ryczy i wyje. Jej i moja mama tłumaczą: „-Pójdziemy do domu, tam M się uspokoi i zaśnie, to zdejmiemy i odłożymy na bok, jak do nas wpadniecie to oddamy, jesteś starsza, powinnaś zrozumieć.”
Jak można się domyśleć, mojej dziecięcej biżuterii nie zobaczyłam już nigdy – przy najbliższej wizycie w domu M, po zadaniu pytania o korale usłyszałam, że P i C (starsi bracia M) chcieli jej dokuczyć więc spalili wszystkie jej dziecięce ”precjoza”.

Dzisiaj myślę, że rzeczy te wcale nie uległy zniszczeniu, tylko G (matka wyżej wymienionej trójki) miała problem z oddawaniem. „Uszkodzeniu” lub „zagubieniu” i, idącym za tym nieoddaniu, uległo na przestrzeni lat z tego co pamiętam paręnaście kaset z filmami i książek, głównie lektur szkolnych, oraz Encyklopedia Wychowania Seksualnego dla Nastolatków, którą dostałam od kumpla na osiemnastkę (G była nauczycielką polskiego i Wychowania do Życia w Rodzinie, czy jak się to tam zwie). A nie pożyczyć się nie dało, żeby się rodzina nie obraziła (słowa mamy).

Było tego więcej, nie ma co roztrząsać – przecież nie wypomnę M – A bo czterdzieści lat temu zaiwaniłaś mi korale dla lalek, czy jej bratu, że mi pociął bębenek...

Wiecie co boli?
To, że moja mama nigdy nie stanęła po mojej stronie. Słyszałam jedynie teksty typu:
„Jesteś starsza, musisz zrozumieć”,
„Jesteś gospodarzem, a oni gośćmi, to im więcej wolno”,
„Już nie rób afery o głupią książkę, i tak już przeczytałaś, tylko miejsce zajmuje, tylko nas skłócisz z rodziną taty”

Przez lata nabierasz poczucia, że nic nie znaczysz i można się z tobą zupełnie nie liczyć, bo ktoś inny jest zawsze ważniejszy

rodzina

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 242 (252)

#89158

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ludzie to idioci. Oczywiście nie wszyscy, ale ci, którzy stają na mojej drodze w sobotnie popołudnia to na ogół przypadki nieprzeciętnie wręcz bezmyślne…

Ale przejdźmy do opisu sytuacji :-)

Trenuję łucznictwo. Klub, do którego należę spotyka się w kilku różnych miejscach, w tym, w sobotnie popołudnia – w lokalnym parku (żeby nie było – za zgodą lokalnej rady miejskiej).
Każdą sobotnią sesję zaczynamy od odgrodzenia naszego kącika w najdalszym rogu parku, za pomocą taśmy i umieszczenia w strategicznych miejscach tabliczek: ‘Nie przekraczać linii – trwa łucznictwo’.

I co sobotę musimy przynajmniej raz przerywać strzelanie, bo ktoś nie umie lub nie chce zrozumieć ostrzeżenia.

Pół biedy – pies. Rozumiemy, pies czytać nie umie, wbiegnie czasem na odgrodzony teren, my przerywamy strzelanie i czekamy aż właściciel odwoła zwierza. I dzieje się tak w większości przypadków. Ale zawsze będzie jakiś problematyczny, gdzie właściciel przejdzie pod taśmą razem z psem i nie będzie się przejmować naszymi prośbami o opuszczenie terenu: “Bo ja tu zawsze przychodzę z psem na spacer”. Park ogromny – mnóstwo alejek, ścieżek, polanek, krzaczków i drzewek, ale pies się akurat musi wysiusiać/wykupkać pod tym, które rośnie na odgrodzonym przez nasz klub terenie.

Młodzież to przypadek zupełnie osobny.
Grupka pięciu czy sześciu chłopaków na rowerach, którzy najwidoczniej chcą przejechać przez park by dostać się za okoliczne pola. Podjechali pod taśmę i zatrzymali się. Wygląda, że studiują tabliczkę z ostrzeżeniem i naradzają się pomiędzy sobą. W końcu jeden podnosi taśmę i wchodzi na odgrodzony teren. John, główny trener krzyczy Stop! I używa gwizdka, gówniarz zatrzymuje się, ale zaraz dołącza do niego drugi, trzeci i cała reszta. Johnowi jakoś udaje się ich zatrzymać i zawrócić. Jak niepyszni przejeżdżają ścieżką za naszymi plecami. Ot, stała się im wielka krzywda – musieli nadrobić pięćdziesiąt metrów.

Młoda parka – przekraczają taśmę i siadają pod jednym z drzew. Na zwrócenie uwagi mówią, że przecież nie są na linii łucznicy – tarcza. Po wytłumaczeniu, że czasami się chybia, że strzała może się odbić od drewnianego rantu tarczy i kompletnie zmienić trajektorię lotu – niechętnie odchodzą.

Biegacze: ‘bo ja zawsze biegam tą trasą, nie chcę jej skracać, nie będę wiedział ile przebiegłem...’

Piłkarze – ulubiona rozgrzewka – slalom pomiędzy drzewami. Mają pachołki rozstawione ładnie na boisku – ale pomiędzy drzewami ciekawiej, a ich sport ważniejszy... Drzewa po drugiej stronie boiska - nie, bo za mało cienia...

Mamusie z dziećmi – ‘bo mój synek chciał zobaczyć z bliska’ – proszę bardzo, ale najbliżej to można zza taśmy, albo zza niebieskiej linii, na której ustawiają się łucznicy...
No i nie dotykać cudzego sprzętu – mój to używka, kupiona za grosze, ale niektóre łuki kosztują po kilka tysięcy funtów. A uszkodzić można – zwłaszcza bloczkowe – naciągnięcie i strzelenie na sucho może się skończyć rozpadnięciem łuku w drzazgi.

Każdemu z osobna trzeba tłumaczyć – strzała może polecieć w nieprzewidzianym kierunku, jest ostro zakończona, a niektóre łuki, zwłaszcza te należące do bardziej doświadczonych zawodników, to potężne maszyny o naciągu 40 – 45 funtów. Ale nawet te słabsze, treningowe, mogą zrobić krzywdę.

Czasami to aż ma się ochotę jednemu z drugim zasadzić strzałę w cztery litery. Taka lekcja ostateczna.

park łucznictwo

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (184)

#88779

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Spotkaliście się kiedyś z syndromem nieomylności?

To znaczy: "ja wiem lepiej", "ja się nie mogę mylić", "co ty tam wiesz".
Syndrom nieomylności łączy się czasem z syndromem "lepszości" (wiem, wiem, nie ma takiego słowa): "mam lepszy samochód, lepiej wyposażony, bardziej markowe ciuchy, o takich markach to ty nawet nie słyszałeś, a już na pewno cię na nie nie stać, a jak tanio kupiłem, bo się dowiedziałem o promocji, widzisz sam, jak się wie to się ma..."

Syndrom taki dotyczy głównie, panów, aczkolwiek znam kilka takich pań...

Mam wrażenie, że potęguje się wraz z wiekiem :-)

No to do przykładów.
Wszystkie z poprzedniej pracy.

Zdarzyło mi się, jeszcze przed poprzednią pracą, wziąć udział w teleturnieju z wiedzy ogólnej. Odcinek wygrałam, aczkolwiek z kiepskim wynikiem (mieszkam w Anglii, na nagranie przyjechałam specjalnie do Polski).

Jakoś tak się złożyło, że parę osób, w tym T. odcinek zobaczyli na jakiś powtórkach. Większość osób zareagowała bardzo pozytywnie - gratulacje, pytania o nagrodę, o nagranie, czy i jak się uczyłam i takie tam ...

Ale nie T. Od T usłyszałam: "No całkiem ładnie, ale tak mi się wydaje, że można było jeszcze powalczyć".
Moja odpowiedź: Za tydzień eliminacje w Warszawie, jedź i mi pokaż jak się wygrywa...

Inny pan wszechwiedzący, R. zareagował inaczej. Przy każdej okazji zadawał jakieś szczegółowe pytania z różnych dziedzin nauki, które co dopiero sam sprawdził w Google i kręcił z politowaniem głową gdy niezmiennie odpowiadałam "nie wiem". Innymi słowy dowartościował się tym, że on wie coś, czego nie wie zwycięzca teleturnieju.

Świeżo po zrobieniu prawka, wiadomo, że człowiekowi parkowanie na zatłoczonym biurowym parkingu może jeszcze nie iść. I tak zdarzyło mi się parkować na dwa czy trzy zanim równo się zmieściłam w liniach. I znowu kolega T: "ja tu widzę materiał do poprawy". "A ja, kolego nie widzę twojego prawka, bo go jeszcze nie masz..."

Kupiłam nowe auto, czteroletnią corsę.
Rozmawiam z kolegą (L), a R siedzi z tyłu i słucha. Trochę się chwalę: - Podgrzewane siedzenia...
R (wcina się nieproszony) - Też mi atrakcja, ja już w poprzednim samochodzie miałem...
- Podgrzewana przednia szyba...
R: To takie gówno jak corsa ma podgrzewaną przednią szybę? Niemożliwe... Co innego moje Mitsubishi...
- Podgrzewana kierownica...
L: Tego to ci zazdroszczę, bo mi tak palce marzną w mojej vectrze...
R: Taka tam nic nie warta duperela, komu to nawet potrzebne, pewnie się nawet nie rozgrzeje w czasie podróży.
Ja: Czyli co? Akurat tego w twojej cytrynie nie ma?

Miesiąc później R zostaje przyłapany na próbie znalezienia na Wish podgrzewającej nakładki na kierownicę...

Na pewno rzuciło się Wam w oczy, że R opisał swoje auto jako Mitsubishi, a ja określiłam go Citroenem.
To był czuły punkt R.
Te modele są podobno identyczne, równią się tylko znaczkiem i paroma pierdółkami. R posiada Citroena, ale z uporem wartym lepszej sprawy twierdzi, że ma Mitsubishi. Tu R zgaszony został przez kolegę:
- Może i to jest to samo co Mitsubishi, ale jak będziesz sprzedawał, to zapłacą Ci za cytrynę...

Co w tym piekielnego:

Otóż takie osobniki nie dają się na ogół zamknąć, ani uciszyć. Pomyślcie sobie: 12 godzin przy kompie, przy wyszukiwaniu informacji na niezbyt czytelnych mikrofilmach, a tu ci taki jeden z drugim trajkoczą nad uchem... Im bardziej starasz się ignorować, tym głośniej mówią. I nie ma, że nie chcesz z nimi rozmawiać. Oni i tak będą gadać...
Nie da rady pogadać z nikim innym na tematy, które ciebie interesują, bo się wetną, zmienią temat i po pogawędce...
Że byli na takich i siakich wakacjach (a ty nie), że kupili sobie takie cuda, że telefon najnowocześniejszy, komputer to NASA się chowa...

I słuchaj tego człowieku, bo oni muszą mieć publiczność, a ty masz pecha, bo akurat koło nich cię posadzili na grafiku...

Dobrze, że projekt się skończył, i większość ludzi musiała znaleźć sobie inną robotę...

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (156)

#88372

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zmieniłam pracę, a co za tym idzie - drogę dojazdu. Już nie 12 minut i jeden zjazd na autostradzie, a pół godziny, trzy autostrady i 10 zjazdów :-)

Dla przypomnienia - Anglia, więc wszystko na odwrót :-)

Że rano są korki i duży ruch - idzie się przyzwyczaić.

Do czego nie idzie się przyzwyczaić, to cwaniactwo i głupota niektórych kierowców którzy te korki zwiększają i utrudniają przywrócenie płynności ruchu.

Autostrada czteropasmowa, rozdzielająca się w pewnym momencie na trzy różne.
Informacja o tym, że skrajny lewy pas się zamyka i prośba o przesunięcie się na pas drugi - trzy zjazdy wcześniej.

Większość kierowców posłusznie zmienia pas, zasada suwaka działa jak malowanie. :-) ruch trochę zwalnia, ale na razie jest nadal 40 mil na godzinę - innymi słowy - do przeżycia.

Ale zawsze się znajdzie kilku cwaniaków, którzy będą pruć lewym pasem, tym do zamknięcia, ile fabryka dała (bo pas już w zasadzie puste, a na tym odcinku kamer nie ma), aż do końca i wtedy zwolnią do zera, jednocześnie próbując się wcisnąć na drugi pa, skutecznie tamując cały ruch. Następuje błyskanie długimi, klakson (bo kierowcy, którzy od początku posłusznie jechali drugim pasem wcale nie mają ochoty cwaniaków wpuszczać)...

I zamiast spokojnego, cywilizowanego ruchu mamy chaos, który rozwiązuje dopiero przybycie policji drogowej...

I po co? Dla tej pół minuty, którą mogli zyskać jadąc pustym pasem?

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (150)

#88211

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Z drogi do pracy :-)

Zjeżdżałam już z autostrady, na zjeździe zatrzymały mnie światła. Mój samochód był chyba trzeci za światłami, za mną też sporo ich już stoi - typowe popołudnie w parku przemysłowym.

Czekając na zmianę świateł obserwuję sobie świat do koła. Moją uwagę przykuło białe BMW stojące bezpośrednio za mną. Dokładniej, moją uwagę przykuła dziewczyna za kierownicą.
Nagle zaczęła przeglądać się w lusterku wstecznym, wyciągnęła mascarę i zaczęła poprawiać rzęsy.

Zapaliło się zielone, ruszyłam do przodu (pięć minut do początku zmiany!), dziewczyna zajęta poprawianiem urody nawet nie zauważyła zmiany świateł, bo za kilka sekund usłyszałam jeszcze klaksony innych kierowców, którzy stali za nią...

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (128)

#88208

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Podczas przerwy losowałam sobie historie i natrafiłam na jedną o kradzieżach w pracy. To przypomniało mi moją. Szczegóły mogły zatrzeć się w pamięci, ale sama historia wydarzyła się naprawdę :-)

Pracowałam wtedy w domu opieki. Pewnego razu szefowa kuchni zaczęła zgłaszać zwiększone zapotrzebowanie na niektóre artykuły spożywcze. Po jakimś czasie stalo się to regułą – zaczęło być zużywane więcej jedzenia, pomimo że stan ososbowy domu wcale się nie zmienił.

Pierwsze podejrzenia padły na nocną zmianę – że niby sobie podjadamy z zapasów przeznaczonych dla rezydentów. Ale kawę czy herbatę zawsze mogliśmy sobie zrobić (ja i tak nosiłam własną kawę, bo firmowa wykrzywiała gębę), a od jednego czy dwóch tostów nie ginie zawartość lodówki i zamrażarki.

Jakiś czas to trwało, wszyscy po kolei byli podejrzani, szef rozważał założenie kamer w pomieszczeniach ogólnie dostępnych, aż pewnego dnia, jedną z przełożonych na dniówce zastanowiło dlaczego jedna z pomocy kuchennych, wyrzucając worki ze śmieciami, zostawia niektóre obok kontenerów, a nie wrzuca do środka. Wyrzucała śmieci zawsze na krótko przed pójściem do domu.
Linda poszła sprawdzić worki i zamiast śmieci znalazła w nich pełnowartościowe produkty: pieczywo, paczki wędlin, warzywa, dżemy, puszki, mrożone frytki czy rybę.

Okazało się, że pomoc kuchenna (imienia nie pamiętam) wynosiła worki, stawiała pod koszami, a później, wychodząc do domu wrzucała do samochodu, który stał zaparkowany obok śmietników.
Proceder trwał kilka tygodni, i nigdy nie ustalono dokładnie, jak długo oraz ile dokładnie jadzenia wyniosła tamta dziewczyna.
Z tego co pamiętam, to po prostu wyrzucono ją z pracy, a policji nie wzywano.

Szef przeprosił nas wszystkich za podejrzenia, a tosty z dżemem wróciły do jadłospisu nocnej zmiany, ale już nikt się o nie nie czepiał…

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (175)

#88070

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Nie lubię poezji współczesnej. No nie lubię i już. Mogę się zaczytywać wierszami Mickiewicza, Asnyka, Leśmiana, Gałczyńskiego czy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ale poezji współczesnej, jeszcze dodatkowo upolitycznionej, nie trawię.

A piszę to dlatego, bo historia #82240 przypomniała mi moją własną :-)
Też nauczycielka języka polskiego i też liceum, czwarta klasa.

Omawialiśmy wiersze Herberta. Nauczycielka, pani "profesor" B, zachwycała się nimi w sposób wręcz niezdrowy, a ja, jak i większość klasy (profil biologiczno-chemiczny), z większym lub mniejszym trudem ukrywaliśmy nudę.
Ja chyba szczególnie, bo za panią B, bardzo oględnie rzecz ujmując, nie przepadałam (z wzajemnością zresztą).

Omawiany wiersz to "Potęga smaku" (przyznaję szczerze, musiałam sprawdzić, bo po ponad dwudziestu latach takie szczegóły zacierają się jednak w pamięci).

Pani B pyta się klasy o poszczególne szczegóły, co autor miał na myśli, do czego nawiązywał.
I w pewnej chwili pada pytanie:
- Do jakiego wydarzenia nawiązywał autor słowami "wnuczęta Aurory".
Klasa milczy.
Pani B rozgląda się po klasie szukając ofiary, ale w końcu pyta największej kujonki:
- Aniu, może ty wiesz?
Ania posłusznie wstaje, ale milczy...
Bazyliszkowy wzrok przeszukuje klasę i wyłapuje kujonkę nr 2:
- Gosiu, a może ty kojarzysz?
Gosia wstaje, ale zamiast odpowiedzieć to z przerażeniem kręci głową...

W tym momencie sokoli wzrok naszej pogromczyni wyłapuje mnie, szeptem pytającej się o coś koleżanki z ławki za mną.
- O, widzę że C...ówna ma coś do powiedzenia - z przekąsem stwierdza nasza ukochana nauczycielka (taaa, do kujonek to po imieniu, a do mnie od razu po nazwisku...) "-to może niech nam powie do czego nawiązuje zwrot wnuczęta Aurory?"
Na to wstaję i odpowiadam: "do krążownika Aurora, od którego zaczęła się rewolucja październikowa".
Jak babsko na mnie nie ryknie: "to wiesz i nie mówisz, lekcję mi marnujesz, czas marnujesz, co za brak szacunku dla mnie i klasy..."

Już nie pamiętam, czy dostałam za to niedostateczny, czy tylko uwagę, ale samo wydarzenie zapadło mi w pamięć, jako że dostarczyło kolejnego dowodu na to, że nie warto się wysilać: nie umiesz źle, umiesz - jeszcze gorzej...

I teraz do krytyków: tak, wiem że to uproszczenie historyczne, że rewolucja październikowa zaczęła się od krążownika Aurora, ale natenczas, moja wiedza pochodziła raczej z krzyżówek niż podręczników, więc uproszczenia się zdarzały...

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (146)