Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GoshC

Zamieszcza historie od: 18 maja 2012 - 17:04
Ostatnio: 18 stycznia 2019 - 23:14
  • Historii na głównej: 26 z 34
  • Punktów za historie: 4130
  • Komentarzy: 308
  • Punktów za komentarze: 2655
 

#83735

(PW) ·
| Do ulubionych
Dokładnie dwa lata temu odebrałam klucze od domu i mogłam się zacząć przeprowadzać "na swoje”. I przypomniała mi się dzisiaj taka trochę śmieszna, a z dalszej perspektywy trochę żałosna, historyjka.

Byłam wtedy "happily single", co nie przeszkadzało mi od czasu do czasu korzystać z portali randkowych w celu znalezienia tego jedynego.

W ten sposób, kilka lat wcześniej, poznałam Henia.

Sporo rozmawialiśmy przez telefon, poszliśmy nawet na randkę, ale nic nie zaiskrzyło.

Utrzymywaliśmy jednak kontakt, jakieś tam życzenia świąteczne, niezobowiązujące rozmowy, Henio skorzystał też z mojej znajomości angielskiego i umiejętności pisania formalnych listów do instytucji państwowych, za co odwdzięczył się zaproszeniem na pizzę.

Szczerze mówiąc, miałam wrażenie, że Henio "trzyma mnie w rezerwie", jakby mu nic innego nie wyszło. :-) Nie przeszkadzało mi to - ja nie trzymałam go nawet w rezerwie, po prostu uważałam za znajomego.

I w końcu odebrałam klucze do własnych czterech kątów, czym nie omieszkałam się pochwalić na Facebooku.

Parę tygodni później zaczęłam się również spotykać z K, z którym jestem do dzisiaj.

I tak pewnego dnia, bodajże w styczniu, może lutym, zadzwonił Henio. Zwyczajowa gadka-szmatka, co słychać, itp. itd., jak również gratulacje z powodu kupna domu. I żartobliwe pytanie: "To co, jak masz już dom i samochód, to teraz ci pewnie faceta do szczęścia brakuje?”.

Miałam wrażenie, że właśnie zostałam awansowana z rezerwy do ekstraklasy, niestety nie na długo...
"Tak, ale już nad tym pracuję, za pół godziny idę do kina z K, spotykamy się od jakiegoś czasu”.

Po tym moim zdaniu Henio szybko się pożegnał i od tamtej pory nie odzywał. Nawet na życzenia świąteczne nie odpowiedział...

Tak więc, panie i panowie: trzymanie kandydata na drugą połówkę w rezerwie przez dwa czy trzy lata nie popłaca... Deklarujcie się szybciej, to unikniecie rozczarowania...

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 67 (161)

#83838

(PW) ·
| Do ulubionych
Zrobiłam wczoraj po zmroku ładnych kilkadziesiąt kilometrów na wiejskich, nieoświetlonych drogach.
I żałuję, że na teście na prawko nie ma większego nacisku na prawidłowe użycie świateł.

Jadę sobie spokojnie, parę mil pod limit prędkości, droga kręta, w stylu z górki - pod górkę (Yorkshire Dales). Długie włączone. Widzę że nad kolejnym pagórkiem pojawiają się światła samochodu jadącego z naprzeciwka.
Wyłączam długie, by nie oślepić gościa. Niestety, bez wzajemności. Wzrok odzyskuję dopiero po kilku minutach.

Jak mówię, jadę poniżej limitu (limit to 60 mil - ok 100 km na godzinę). Kilka kilometrów mniej, ale zawsze. Dogania mnie rajdowiec i zaczyna mrugać. I mruga tak zawzięcie przez kilka minut - droga wąska, po obu stronach krzaki, na około hodowle owiec, które często wyłażą na drogę przez dziury w żywopłotach, nawet jakbym chciała gdzieś zjechać to nie ma gdzie.
Na szczęście, rajdowiec wynajduje w miarę prosty odcinek i wyprzedza mnie radośnie, a ja na jakiś czas oddycham z ulgą.

Niestety, za najbliższym skrzyżowaniem dołącza do mnie kolejny fan długich świateł. Jedzie tuż za mną, prawie że na moim bagażniku, ale długimi świeci. Nie wiem co chce wypatrzeć: pewnie każdą ryskę na mojej karoserii, no bo na drodze przed nim jestem ja.
Dobrze, że mogę zredukować odblask w lusterku wstecznym, ale próba zerknięcia w boczne, to niestety ryzyko oślepnięcia.
Temu panu na szczęście wystarczyło moje depnięcie po hamulcach kilka razy by zwiększyć odległość.

Przejeżdżam przez wioskę, kilka domów na krzyż, ale droga oświetlona. Długie wyłączone, bo po co mi to jak mam wystarczające światło. Panu z naprzeciwka nie chciało się wyłączyć długich. Na mrugnięcia w celu przypomnienia - reakcji brak.

Jak już ponownie odzyskałam wzrok, to znowu z naprzeciwka nadjeżdża coś jasnego - furgonetka, nie wiem czy miał długie, ale wszystkie dodatkowe lampeczki i ledy pod listwami czyniły z samochodu raczej wielokolorowe i bardzo rozświetlone UFO, ewentualnie choinkę świąteczną w pełnej krasie.

Dla odmiany mam wrażenie, że z naprzeciwka coś się zbliża, ale światła jakieś takie niemrawe, a na dodatek tak jakby bardzo blisko siebie. Traktor. Taki szeroki, że ledwo idzie wyminąć. Prawie nieoświetlony, bo po co...

Dojeżdżam do głównych dróg i w końcu do autostrady i oddycham z ulgą.
Za wcześnie. Tu też roi się od fanów długich świateł, co, zważywszy na świetną jakość odblaskowych punktów pomiędzy poszczególnymi pasami autostrady, zupełnie mija się z celem.

Mam wrażenie, że niektórzy mają zakodowane: jazda bez oświetlenia miejskiego = jazda na długich.
To chyba jedyny powód, dla którego nie lubię jeździć po zmroku...

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (139)

#83585

(PW) ·
| Do ulubionych
W piątek, 9 listopada zadzwoniła do mnie lokatorka. Zepsuł się piecyk w łazience (odpowiedzialny zarówno za ciepłą wodę, jak i ogrzewanie w domku). Kapie coś, czy mogę przysłać kogoś do naprawy.

Ok. Co miesiąc płacę niemały abonament serwisowi British Gas, właśnie w takim, a nie innym celu. Korzystając z aplikacji na telefonie, umówiłam wizytę na poniedziałek, pomiędzy 8 a 13.

W poniedziałek pan inżynier przyszedł, pogrzebał przy piecyku, stwierdził, że nie ma części, więc przyjdzie jutro po południu. Nie przyszedł, zadzwonił do lokatorki, powiedział, że część będzie na czwartek, po czym w czwartek się nie pojawił, za to status wizyty w aplikacji zmienił się na "nie zastano nikogo w domu".

Tu ja już wkurzyłam się całkiem uczciwie, zadzwoniłam do obsługi klienta i umówiłam kolejną wizytę, wyrażając przy okazji swoją niepochlebną opinię o ich inżynierach i systemie rezerwacji. 

Niestety, ze względu na to, że i ja, i lokatorka pracujemy i wolnego wziąć nie mogłyśmy - następna wizyta dopiero w kolejny poniedziałek. 

W poniedziałek pan przyszedł, podumał, zadzwonił po kolegę, zdjęli i rozkręcili piecyk, po czym stwierdzili, że oni go naprawią następnego dnia. Z lokatorką umówili się na wtorek na dziewiątą rano. Dziewczyna przyszła do domu o 8:30 (ze względu na temperaturę sypia u koleżanki) tylko po to, by znaleźć w drzwiach karteczkę, że inżynier był o 8:15 i w związku z nieobecnością domowników odwołał umówioną wizytę.

Gdybym go wtedy dorwała, to chybabym mu przysłowiowe nogi z… powyrywała.

Pomijając olewacki stosunek do zlecenia i zleceniodawcy, to jest to po prostu okrutne i nieludzkie, by skazywać kogokolwiek na mieszkanie bez ogrzewania i ciepłej wody w połowie listopada.

Zadzwoniłam na infolinię, pan konsultant zaczął się ze mną kłócić, że niemożliwe, że oni nie robią wizyt na godziny, tylko na przedziały czasowe, że może lokatorka nie zrozumiała. 

Może nie mówi ona perfekcyjnie po angielsku, ale na liczbach na pewno  się zna - pracuje w sklepie, co skomentowałam panu dosyć jadowicie. Pan konsultant, wyczuwając nadchodzącą burzę, trochę zszedł z tonu i zapytał, co może zrobić.

Kolejna wizyta jutro rano. Zażądałam innego inżyniera i przysłania formularza skargi.

Trzymajcie kciuki, bym nie musiała dopisywać dalszego ciągu na Piekielnych. :-) 

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (175)

#83314

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielny brak empatii.

Cierpię na migrenę. Może nie aż taką silną jak to niektórzy opisują - rzadko wymiotuję, nie mdleję, nie mam aury, ale zdarzyło mi się parę razy, że przeleżałam w łóżku trzy dni nie śpiąc, bo za duży ból, ale zastanawiając się, czy jak mocniej przywalę łbem w ścianę to mi wreszcie pęknie i będę miała święty spokój.

Na ogół jestem w stanie iść z migreną do pracy i jakoś to przeżyć, więcej, jestem jednym z tych szczęśliwców, którym pomagają tryptany (na ogół - bo zdarzają się takie migreny, że nawet ich podwójna dawka nie daje rady).

Przy migrenach cierpię na typową dla tej choroby nadwrażliwość na dźwięki, światło i zapachy. Nadmiar bodźców powoduje mdłości i zawroty głowy.

Czemu o tym piszę?
No bo ludzie. Ci, którzy nie mają podobnych problemów, nie są po prostu sobie w stanie wyobrazić tego co mi jest.
"-Weź paracetamol to ci przejdzie".
Dzięki, ale właśnie wzięłam tryptan + naproxen i jakoś boli dalej.
"-Nie ściszaj nam radia, nie jesteś tu sama."
Ty też nie. Tobie nic się nie stanie, jak nie usłyszysz wszystkich słów najnowszej piosenki Rihanny, tym bardziej, że połowy i tak nie zrozumiesz, mi od wybijanego rytmu jest niedobrze i mogę puścić pawia.
"-To wcale nie od hałasu boli cię głowa, o zobacz" i mocne klaśnięcie tuż za moim uchem.
Ciekawiej jest jeszcze z zapachami. Praca dwanaście godzin, dziewczyny mają potrzebę "odświeżenia się". Nie wyraża się ona jednak w skorzystaniu z dostępnego w łazience prysznica, ale w spryskaniu się kolejną porcją perfum lub dezodorantu. Jeszcze, żeby wyszły z dezodorantem do łazienki lub przynajmniej na korytarz, ale nie, spryskiwać się muszą już w biurze, w najlepszym wypadku przy szafach, w najgorszym przy biurku, tuż obok Tobie. Na prośbę, by tego nie robić - oburzenie. No bo to takie drogie perfumy przecież, a tu się takiej jednej nie podoba...
"-To jak cię tak boli to idź do domu!"
Poszłabym, z przyjemnością, kilka razy się zresztą zdarzyło. Ale za nieobecność nikt mi nie zapłaci. A pieniądze są mi potrzebne tak samo jak każdemu. Więc jeśli wydaje mi się, że jestem w stanie jakoś przetrwać - to przychodzę i zostaję. Jedno o co proszę, to by nie robić nic co może ból głowy spotęgować. Ale oczywiście koledzy wiedzą lepiej: "udajesz, nic Ci nie jest", "to po co przychodzisz do pracy, tylko innym przeszkadzasz", "to sobie znajdź inną pracę jak ci muzyka przeszkadza" (w pracy głównie wyszukujemy i skanujemy stare dokumenty, więc muzyka nie jest jakoś szczególnie do szczęścia potrzebna, a już na pewno nie na cały regulator) itp., itd...
Zdarzają się też "ciocie i wujkowie dobra rada": "-To może do lekarza byś poszła, jak cie tak ciągle boli."
Byłam, zdiagnozował migrenę. Nawet leki przepisał. W końcu tryptanów mi na ładne oczy nikt nie da, to nie cukierki.

"A bo ciotkę brata mojego ex-szwagra też tak ciągle bolała głowa. No i umarła, a jak później sprawdzili to miała guza w głowie jak grapefruit... to może ty raka masz?"
To trzeba było ciotce brata twojego ex-szwagra powiedzieć, żeby poszła do lekarza, nie mnie...

"Ból głowy to nic, jak kiedyś w ciąży będziesz i będziesz rodzić, to zobaczysz co to prawdziwy ból."
Nie umniejszam twojego bólu, ani niczyjej innego, bo każdy inaczej ból znosi, ale poród trwa kilka do kilkunastu godzin. atak migreny około trzech dni. Czasami dwa razy w tygodniu.

Nie narzekam. Może trochę. Przyzwyczaiłam się. Wbrew pozorom do bólu też można się przyzwyczaić. A odkąd mam tryptany to już jest bomba.
Ale ludzie. Do co niektórych komentarzy i głupoty przyzwyczaić się nie sposób.

Skomentuj (89) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 243 (291)

#83010

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkanie "na pokoju", odsłona piąta, akt pierwszy.

Po koszmarze, jaki przeżyłam w Bradford, wspólne mieszkanie zaproponował mi znajomy z pracy, Irlandczyk - R. Miałam mieszkać z nim, jego dziewczyną - A, i jej siostrą - S, (Polki) w trzypokojowym domu i zajmować średnią sypialnię.

Na początku było ok, a mnie wydawało się, że znalazłam swoją oazę.
Oczywiście, gdyby tak było to nie opisywałabym tego tutaj, ale na wspaniałych :-)

Problemy zaczęły się prawie od razu. S nie znosiła mnie od początku. Nie wiem czemu - może bo dostałam większą sypialnię, a ona miała do dyspozycji box room? Bo nie dałam sobie rozkazywać? Bo miałam pracę na kontrakt, a one od agencji do agencji? Nie wiem, nieważne.
Najgorsze było, że jak się jej coś nie podobało, to od razu leciała z łapami i brała się do bicia. Za pierwszym razem wymogłam przeprosiny, za drugim - obiecałam, że następnym razem oddam ze sporą nawiązką, a za trzecim - no cóż, powiedzmy, że nie lubię rzucać słów na wiatr. Czwartego razu nie było.

Mieliśmy na początku problem z ustaleniami finansowymi, ale została przyjęta moja propozycja, która brała pod uwagę zarówno wielkość pokoi, jak i ilość osób. Wydawało się, że jest to podział najsprawiedliwszy. Niestety, do czasu...

Sporządziliśmy również grafik sprzątania kuchni, holu i łazienki. Dziwnym trafem A zawsze się źle czuła w jej tygodniu, a S wychodziła z założenia, że jak A nie posprzątała to i ona nie musi. A jak już posprzątała, to można było rysować szlaczki z kurzu...
Sprzątałam więc ja, nie chcąc, by R przypiął mi w pracy łatkę niechluja.

Domek był nieduży, ale jakoś żeśmy się w nim mieścili.
Niestety również do czasu.

Zaczęło się od tego, że A i R zdecydowali się wziąć psa. Labradora, czyli psa, który z założenia powinien dużo chodzić. Niestety, nie miał go kto wyprowadzać, więc pies zostawiał miny w mikroskopijnym ogródku. Wychodząc do ogródka ryzykowałaś za każdym razem, że wrócisz do domu z niespodzianką na bucie. I tu pojawił się pierwszy zgrzyt, bo rodzina doszła do wniosku, że powinnam pomagać w sprzątaniu ogródka i koszeniu trawy, a ja odmówiłam.
Po pierwsze, żeby skosić trawę, to najpierw trzeba było wysprzątać wszystkie miny, a nie było gwarancji, że się czegoś nie przegapi i przy koszeniu nie rozpryska na wszystkie strony.
Nie miałam ochoty na tego typu rozrywki i odmówiłam, o co był długi foch.

Grafik sprzątania także nie uległ zmianie, pomimo, że wiadomo, że jak pies to więcej brudzi, zostawia piasek i kłaki w zasadzie wszędzie.
Na dodatek sama sytuacja w domu zaczynała pachnieć patologią. R pił. I to dużo. Do utraty świadomości, puszczania zwieraczy i zatrucia alkoholowego. Jeśli się akurat było w łazience, jak on musiał iść to trzeba go było puszczać natychmiast - nieważne, czy brałaś prysznic czy byłaś na dwójeczce.
Czasami pił tylko do zgryźliwości i humoru, w którym był wredny dla wszystkich. Ja miałam to gdzieś, bo więcej mnie w domu nie było niż byłam, ale dokuczył mi parę razy prawie do łez.

Zakochana w nim A nie dopuszczała do siebie myśli, że z jej wybrankiem jest coś nie tak. S, która również się w R podkochiwała, robiła jej ciągłe wymówki, że A o R nie dba itp. Apokalipsa nastąpiła, kiedy S wykorzystała nieobecność A i upojenia R i wpakowała się mu do łóżka w celach wiadomych. Awanturę jaka się rozpętała można przyrównać do trzeciej wojny światowej, a R w ramach wyrzutów sumienia napruł się w trupa, płacząc A jak to on ją kocha...
Wybaczyła.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jakie to żenujące było, być świadkiem, a czasami uczestnikiem tego patologicznego piekiełka, ale moja sytuacja finansowa nie pozwoliła mi wyprowadzić się i poszukać czegoś innego (szef zredukował mi godziny i żyłam od pierwszego do pierwszego na chińskich zupkach, spłacając dług za kurs z college'u).

W pracy też miałam przekichane, bo szef miał do mnie pretensje o nieobecności R spowodowane alkoholem. R, jak miał gorszy dzień, to też mnie podejrzewał, że donoszę szefowi o tym co się dzieje w domu. W końcu i jednemu i drugiemu powiedziałam, żeby mnie do swoich problemów nie mieszali.

Miałam dosyć, nasiliły mi się migreny, a sytuacja mieszkaniowa miała się jeszcze zmienić na gorsze... ale o tym w następnym odcinku.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (182)

#82867

(PW) ·
| Do ulubionych
Na stronie głównej pewnego portalu link do artykułu "Nie żyje mężczyzna użądlony przez pszczołę". Artykuł zilustrowany pięknym zdjęciem... osy.

(tu był link - przyp. red.)

Ja rozumiem, że i jedno i drugie brzęczy, lata i żądli, ale różnice jednak są i to spore...

Może by tak wysłać redaktora na powtórkę z biologii do podstawówki?

A może to tylko ja się czepiam...

Edit: Portal zmienił zdjęcie, więc nie tylko ja się czepiam. ;-)

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (134)

#82863

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielności dostarczyć może wiele rzeczy. Nawet coś tak prozaicznego, jak brak posiadania rodziny / bycie singlem.

Singlem byłam przez wiele lat i nie przeszkadzało mi to wcale. Nie dążyłam też na siłę do zmiany swojego stanu związkowego. :-)

Niestety, ewidentnie przeszkadzało to innym ludziom i wręcz prowadziło do sytuacji, że czasem czułam się dyskryminowana. Oto przykłady rozmów i sytuacji, jakie przytrafiły mi się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

1. "To jak to tak? To ty miłości nie uprawiasz? To może idź do klubu, to sobie kogoś znajdziesz?”.
Nie, dziękuję, nie skorzystam. :-)

2. "- Co robiłaś na wolnym?" - Byłam w kinie. "- A z kim?"  - Sama. Bardzo chciałam zobaczyć film taki i owaki. "- Jak to sama? Przecież do kina chodzi się z kimś”.
Innymi słowy popełniałam regularnie jakieś straszne faux pas przez chodzenie do kina samotnie.
Single, pamiętajcie: premiery kinowe to nie dla was, wy musicie czekać na DVD!

3. "- Słuchaj, ja wiem, że miałaś mieć wolny weekend, ale do X przyjeżdża rodzina męża, a tobie to i tak wszystko jedno, prawda?" - No niekoniecznie,  zapłaciłam już za wycieczkę i kupiłam bilet dokądś tam, na coś tam. "- No nie bądź taka samolubna. Sama zrozumiesz, jak to jest, jak już będziesz miała rodzinę”.

4. " - Y musi dzisiaj wcześniej wyjść, bo wyjątkowo odbiera dzieci z przedszkola, to zostaniesz za niego na recepcji." - Niestety, mam wizytę u lekarza / okulisty / lekcję jazdy / cokolwiek innego, nie dam rady. "- No ale on musi odebrać dzieci. Zrozumiesz, jak będziesz mieć własne”.

5. "- Nowa pracownica nie może pracować w soboty, bo ma dzieci, to powiedzieliśmy, że nie ma problemu, bo ty nikogo nie masz. To będziesz mieć wolne w niedziele i czwartki." - Wolałabym dwa dni po rząd, to może chociaż niedziele i poniedziałki? "- Nie da rady, bo ona nie może robić egzaminów, a w poniedziałek mamy egzaminy”.

6. "- Słuchaj,  Z właśnie rzuciła dziewczyna, to może się z nim umówisz?"  - Sorry, ale ja go nawet nie lubię. " - Nie powinnaś wybrzydzać, bo na zawsze zostaniesz singlem”.
No cóż, w tym przypadku to lepsze nic niż taki, zawsze trochę poplamiony i nie do końca świeży, rydz. ;-)

7. "- Kuzyn męża mojej siostry przyjeżdża na weekend i chciałby się trochę zabawić. To mogę cię z nim umówić, jak chcesz." - Dziękuję,  ale mam już plany na weekend. "- Jakie ty możesz mieć plany, przecież ty nikogo nie masz!”.

Czasami naprawdę można się było poczuć jak człowiek gorszego sortu...

Ale jak już się taki jeden przypałętał i związek się stworzył, to podobno w pracy jedna laska  (młoda, ładna, zgrabna, zawsze "zrobiona") wręcz płakała, że ona dostanie depresji, bo taka gruba i nieupacykowana Gosh znalazła sobie faceta "na stałe", a ona nie może i wszystkie związki się jej sypią po tygodniu czy dwóch...

Ludziom nie dogodzisz. :-) Zawsze im coś będzie przeszkadzać.

Skomentuj (49) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (211)

#82688

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika fotografa - hobbysty.

Wydawałoby się, że fotografia to takie spokojne hobby. No bo co się może stać, żeby cię zdenerwować podczas robienia zdjęć?

Makro. No i udało ci się znaleźć tego jednego jedynego kwiatka w parku. Żadnych przebarwień, uszkodzonych płatków, otoczony ładną zielenią. Ustawiasz aparat, nakładasz filtry, usuwasz kilka pożółkłych listków, zdmuchujesz muszki i gotowa do boju pochylasz się nad roślinką...

- Kwiatek! - słyszysz piskliwy wrzask i w tym momencie mała pulchna łapka, na oko cztero- lub pięcioletniego potwora zaciska się na łodydze wybranego przez ciebie okazu i zrywa go sprzed twojego nosa.

Wzruszasz ramionami i idziesz szukać dalej.

I nadarza się prawdziwa gratka - na kwiatku siedzi piękny ogromny motyl. Gorączkowo ustawiasz aparat, nachylasz się do zdjęcia, powtarzając w głowie "nie odlatuj, nie odlatuj…", obraz wyostrzony... palec prawie na spuście migawki…

- Motilek! - słyszysz rozdzierający wrzask za swoim uchem (aż się zastanawiasz, czy masz jeszcze całe bębenki), a w polu widzenia obiektywu pojawiają się znajome pulchne łapki, machające na wszystkie strony...

Znalazłaś świetne miejsce na zachód słońca. Wprawdzie ponad pół godziny samochodem w jedną stronę, do tego około 20 minut stromego spacerku w górę, ale warto. Przecinka w drzewach, obniżenie pomiędzy dwoma wzgórzami. Jedno jedyne miejsce, by ustawić aparat -precyzja co do kilku centymetrów, inaczej w obiektywie widzisz gałęzie. Jeździsz kilka dni z rzędu  (bo niebo bez chmurki, bo zbyt zachmurzone, bo wietrznie i gałęzie latają na wszystkie strony, bo droga zablokowana i przegapiłaś TEN moment). Ale w końcu jest. Idealna ilość chmurek baranków, bajkowe niebo, kolory, krajobraz... Pewnie ustawiasz statyw, nakładasz filtry, ustawiasz światło. 

Nie wzięłaś jedynie pod uwagę, że malownicza okolica przywabi na romantyczny spacer zakochaną parkę.

Co robi zakochana parka by zamanifestować światu swą miłość? Selfiki. A gdzie najlepiej zrobić selfika? Pewnie w miejscu, które wybrał sobie fotograf z aparatem jak armata. Wygląda profesjonalnie, to się pewnie zna.

Więc biegną i ustawiają ci się na wprost obiektywu. I strzelają sobie selfika za selfikiem, dziobek za dziobkiem. Światło ucieka, a za późno, by przestawiać statyw i szukać nowego miejsca.

Słońce zachodzi, parka odchodzi, szczęśliwa, że ma aż tyle zajebistych dowodów miłości, a ty zostajesz z potężnym wku..em.

Pejzaż, widok na ruiny starego opactwa. Aparat na statywie, czekasz cierpliwie, aż przejdą wszyscy spacerowicze. I jest pusto. Wprawdzie nadchodzi z naprzeciwka rodzinka, ale jest wystarczająco daleko, by być poza polem widzenia aparatu. Spokojnie nachylasz się do aparatu i zamiast opactwa widzisz latorośl rodziny skaczącą na wprost aparatu. Rodzinka zaśmiewa się na całego. Siadasz i odpalasz Facebooka na telefonie, czekając, aż im się znudzi. W końcu mijają cię z pretensjami "przecież to tylko dziecko". Dziecko w międzyczasie próbuje kopnąć statyw.

Znowu pejzaż. Idzie pani ze szczuropieskiem na rozciągniętej smyczy. Przymierzasz się do zdjęcia, sprawdzasz ustawienia. Piesek obwąchuje statyw, w pewnym momencie podnosi przy nim tylną łapkę w celu wiadomym. Z przekleństwem podrywasz statyw z aparatem do góry, płosząc zwierzę, które zaczyna na ciebie jazgotać. "Przecież to pies, musi się wysiusiać" - słyszysz równie nieprzyjemny dla ucha jazgot właścicielki. Ale dlaczego na twoją własność, do ciężkiej chole...

Siedzisz w przestrzeni piknikowej, sama przy stoliku. Czekasz na swojego, który poszedł po kawę. Zmieniasz obiektyw, bo wiesz, że w następnej części wycieczki będzie parę okazji do fotografii natury. Na chwilę odkładasz obiektyw na stół i nagle widzisz sięgające na stół brudne łapki jakiegoś dzieciaka. Łapiesz za obiektyw i warczysz "nie dotykaj".

"Przecież to tylko dziecko, chciało się pobawić”. Sorry, ale nie nowym obiektywem za twoją tygodniową wypłatę.

Ta sama historia, ale tym razem nie obiektyw, a filtry. Próbujesz je posegregować po całodziennym wymienianiu i wrzucaniu do torby na chybił trafił. Tym razem ci się nie udaje i kolorowe szkiełko ląduje w ubabranych lodem, piachem i czekoladą łapkach. Filtr do wyrzucenia. Rodzice nie widzą problemu, no bo "przecież to tylko dziecko".

Wracasz z kolejnej wyprawy, zasiadasz w ulubionym fotelu ze szklanką piwa/wina/koniaku/spirytusu i obiecujesz sobie, że od dziś makro tylko we własnym ogródku, a pejzaże albo po przeprowadzce na bezludną wyspę, albo po tym, jak apokalipsa zombie wykończy 99% ludzkości (chociaż boisz się, że pozostały jeden procent nadal właziłby ci w obiektyw).

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (235)

#82805

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś rok temu mój K kupił dom. Normalną, trochę zaniedbaną połówkę bliźniaka.

Poprzedni właściciele zostawili w nim, poza stosem niedziałających sprzętów, budę dla psa. Stała sobie w ogródku, nikomu wprawdzie nie wadząc, ale zabierając miejsce.

Ze względu na stan (wyglądała na prawie nową), nie chcieliśmy jej wyrzucać, tylko oddać. Zrobiłam zdjęcia i zamieściłam ogłoszenie na marketplace na Facebooku, coś takiego: „do oddania buda dla psa, wymiary 1,5×1,2×0,9, nieskładana”.

Pytań było sporo, niestety większość ludzi chciałaby z dowozem - nie ma opcji, by buda weszła do mojego złomka, a tym bardziej do samochodu K.

Z paroma osobami umówiłam się na odbiór - nie mieszkaliśmy jeszcze w tym domu (remont), tylko u mnie, więc szła za tym dwudziestominutowa podróż autem w jedną stronę - czekanie, ok. godziny i powrót na potężnym wku..ie, bo nikt się nie zjawiał.

W końcu wprowadziliśmy się do domu, a buda stała nadal...

Psa nie planowaliśmy, więc budy trzeba się pozbyć. K proponował zrobienie ogniska, ale przedtem dodałam jeszcze raz ogłoszenie, tym razem jednak z opłatą w wysokości 10 funtów. I wiecie co: sprzedała się w dwa dni. Facet załatwił sobie przyczepkę i budę bez problemu zabrał.

Czyli jak ktoś chce oddać coś za darmo, to można sobie z takiej osoby jaja robić, umawiać się, nie przychodzić. Dopiero jeżeli się coś sprzedaje - to jest ok.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (159)

#82622

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkanie "na pokoju" za granicą, odsłona czwarta, najbardziej piekielna i chyba najbardziej obrzydliwa (chociaż jedna z kolejnych będzie dzielnie stawać w szranki o palmę pierszenstwa).

Od moich hinduskich landlordów przyszło mi się wyprowadzić w lutym 2009 roku.
Po prostu uznali, że wynajem na pokoje im się nie opłaca, a po tym jak uświadomiłyśmy im nielegalność  prawie podwójnego podniesienia czynszu stwierdzili, że mamy się wszystkie wyprowadzić, bo oni sprzedają dom.

Ja akurat dostałam pracę w innym mieście, więc tam też postanowiłam szukać. 
Same poszukiwania mogłyby stanowić temat na osobną historię, ale czas wypowiedzenia się kurczył, więc zrobiło się podbramkowo.

I znalazłam: ogromy dom wiktoriański, szeregówka druga w rzędzie, w domu narożnym elegancka restauracja. W domu łącznie 17 pokoi na czterech kondygnacjach, każda kondygnacja z własną łazienką i kuchnią.
Pokój w podpiwniczeniu, ale ogromny - żeby nie skłamać - ze 25 m2. Z mebli tylko łóżko i jakiś stół, ale reszta miała być dowieziona w ciągu dwóch - trzech tygodni. 
Na dodatek przystępna cena. Żyć nie umierać.
Jedynymi mankamentami wydawały się brak światła - małe okienko oraz obecność korków do całego domu w pokoju.
Ale nie mogło być tak pięknie.
 
Pierwszy zgrzyt - uszkodzony zamek w drzwiach. Przywiozłam pierwszą partię rzeczy, a tu guzik - nie da rady zamknąć drzwi. Naprawione po kilku dniach.

Drugi zgrzyt meble, a raczej ich brak - po paru tygodniach dowieziona szafa, najprawdopodobniej z wystawki, bez szyny na ubrania i niższa ode mnie.
"To nie możesz sobie w niej zamontować jakiegoś sznurka?" - usłyszałam na moje protesty. Ale po paru codziennych telefonach i nękaniu landlorda doczekałam się całkiem nowej szafy i komody.

Trzeci zgrzyt - ogrzewanie. Centralne zakręcone ("bo przecież nie będę dogrzewał korytarzy"), w pokoju wstawiony grzejnik olejowy, który zepsuł się po kilku tygodniach. Landlord odmówił kupienia nowego, ale jak ja kupiłam sobie farelkę, to zaprotestował, twierdząc, że zjada za dużo prądu. Nowy grzejnik, który mi dostarczył mógłby się z łatwością schować w mojej torbie zakupowej, nie dawał rady ogrzać tak dużego pokoju, co niestety spowodowało grzyba.

Kolejny zgrzyt, jeden z gorszych to te nieszczęsne korki.
Policzcie sami: 17 pokoi = co najmniej tyle samo grzejników, czajników, komputerów, telewizorów i nie wiadomo co jeszcze i bezpieczniki pamiętające chyba drugą wojnę światową. Wywalało je regularnie. Często w nocy. Nie wiecie ile razy miałam telefon od landlorda o drugiej nad ranem, żebym włączyła korki. Awanturę jaką mi zrobił jak zaczęłam telefon wyłączać na noc, pamiętam do dziś. W końcu, za namową znajomego prawnika, wysłałam mu list z rachunkiem za usługę włączania bezpieczników. Drogo się wyceniłam bo na £200 od okazji :-) Przestał dzwonić, za to zaczął mówić innym lokatorom, żeby przychodzili i pukali, bo jestem w pokoju. Kiedy nie otwierałam, wysłał swojego "administratora" z kluczem, by ten wszedł do mnie do pokoju. Na szczęście miałam klucz w drzwiach, więc wejść nie dał rady.
Podczas niecałego roku pobytu tam nabawiłam się ataków paniki, fobii społecznej i trudności z zasypianiem.

Ponadto okazało się, że kuchenka ma niepodłączony piekarnik, a z lodówki regularnie znika jedzenie. Ponadto nikt w kuchni nie sprzątał, więc blaty lepiły się niesamowicie. Jak chciałam sobie wstawić lodówkę do pokoju, to powiedział, że podwyższy mi czynsz bo większe zużycie prądu.

Na domiar złego, pozostali lokatorzy to, wbrew zapewnieniem, nie byli studenci, ale imigranci, nie rozumiejący angielskiego, a do higieny mający stosunek ambiwalentny. Idąc do łazienki brałam ze sobą butelkę domestosa w sprayu i paczkę chusteczek antybakteryjnych i wszystko dokładnie szorowałam, zanim skorzystałam z jakichkolwiek urządzeń.
Śmieci walające się po korytarzach, albo wręcz podrzucane pod moje drzwi (bo widzieli, że jako jedyna je wynoszę).

Czarę goryczy przelało jednak co innego:
szczury i karaluchy. Wspominałam restaurację w domu obok? Szczury stołowały się w jej śmietnikach, a zamieszkały u nas w domu, tym bardziej, że landlord ograniczył się do rozstawienia paru zardzewiałych pułapek i kilku takich śmiesznych pudełek na owady, które problemu bynajmniej nie rozwiązały.

Akurat przeprowadzał się do nowego domu mój jeden znajomy z pracy i razem ze swoją dziewczyną i jej siostrą szukali jeszcze jednego lokatora, by zmniejszyć koszta. Zaproponowali pokój mi, a ja z wdzięcznością przyjęłam zaproszenie do wspólnego zamieszkania. 
Dopiero później okazało się, że nie bardzo miałam być za co wdzięczna, ale to następna historia...
Landlord próbował jeszcze sztuczki z nie oddaniem depozytu, ale to też się jakoś udało załatwić...

Mieszkałam tam aż tyle czasu, bo nie miałam kiedy poszukać czegoś innego. Często pracowałam sześć dni w tygodniu, po dwanaście i więcej godzin, bo firma się rozkręcała i trzeba było rozpisywać programy, projekty itd. Wieczorem, około jedenastej wracałam do domu, by na dziewiątą być znowu w pracy. Byłam wykończona, a dzień wolny na ogół przesypiałam z bólem głowy. To chyba był najgorszy rok w moim życiu.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (168)