Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GoshC

Zamieszcza historie od: 18 maja 2012 - 17:04
Ostatnio: 16 sierpnia 2018 - 22:31
  • Historii na głównej: 20 z 30
  • Punktów za historie: 3234
  • Komentarzy: 249
  • Punktów za komentarze: 2240
 

#82863

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielności dostarczyć może wiele rzeczy. Nawet coś tak prozaicznego, jak brak posiadania rodziny / bycie singlem.

Singlem byłam przez wiele lat i nie przeszkadzało mi to wcale. Nie dążyłam też na siłę do zmiany swojego stanu związkowego. :-)

Niestety, ewidentnie przeszkadzało to innym ludziom i wręcz prowadziło do sytuacji, że czasem czułam się dyskryminowana. Oto przykłady rozmów i sytuacji, jakie przytrafiły mi się na przestrzeni ostatnich kilkunastu lat.

1. "To jak to tak? To ty miłości nie uprawiasz? To może idź do klubu, to sobie kogoś znajdziesz?”.
Nie, dziękuję, nie skorzystam. :-)

2. "- Co robiłaś na wolnym?" - Byłam w kinie. "- A z kim?"  - Sama. Bardzo chciałam zobaczyć film taki i owaki. "- Jak to sama? Przecież do kina chodzi się z kimś”.
Innymi słowy popełniałam regularnie jakieś straszne faux pas przez chodzenie do kina samotnie.
Single, pamiętajcie: premiery kinowe to nie dla was, wy musicie czekać na DVD!

3. "- Słuchaj, ja wiem, że miałaś mieć wolny weekend, ale do X przyjeżdża rodzina męża, a tobie to i tak wszystko jedno, prawda?" - No niekoniecznie,  zapłaciłam już za wycieczkę i kupiłam bilet dokądś tam, na coś tam. "- No nie bądź taka samolubna. Sama zrozumiesz, jak to jest, jak już będziesz miała rodzinę”.

4. " - Y musi dzisiaj wcześniej wyjść, bo wyjątkowo odbiera dzieci z przedszkola, to zostaniesz za niego na recepcji." - Niestety, mam wizytę u lekarza / okulisty / lekcję jazdy / cokolwiek innego, nie dam rady. "- No ale on musi odebrać dzieci. Zrozumiesz, jak będziesz mieć własne”.

5. "- Nowa pracownica nie może pracować w soboty, bo ma dzieci, to powiedzieliśmy, że nie ma problemu, bo ty nikogo nie masz. To będziesz mieć wolne w niedziele i czwartki." - Wolałabym dwa dni po rząd, to może chociaż niedziele i poniedziałki? "- Nie da rady, bo ona nie może robić egzaminów, a w poniedziałek mamy egzaminy”.

6. "- Słuchaj,  Z właśnie rzuciła dziewczyna, to może się z nim umówisz?"  - Sorry, ale ja go nawet nie lubię. " - Nie powinnaś wybrzydzać, bo na zawsze zostaniesz singlem”.
No cóż, w tym przypadku to lepsze nic niż taki, zawsze trochę poplamiony i nie do końca świeży, rydz. ;-)

7. "- Kuzyn męża mojej siostry przyjeżdża na weekend i chciałby się trochę zabawić. To mogę cię z nim umówić, jak chcesz." - Dziękuję,  ale mam już plany na weekend. "- Jakie ty możesz mieć plany, przecież ty nikogo nie masz!”.

Czasami naprawdę można się było poczuć jak człowiek gorszego sortu...

Ale jak już się taki jeden przypałętał i związek się stworzył, to podobno w pracy jedna laska  (młoda, ładna, zgrabna, zawsze "zrobiona") wręcz płakała, że ona dostanie depresji, bo taka gruba i nieupacykowana Gosh znalazła sobie faceta "na stałe", a ona nie może i wszystkie związki się jej sypią po tygodniu czy dwóch...

Ludziom nie dogodzisz. :-) Zawsze im coś będzie przeszkadzać.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (178)
poczekalnia

#82867

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Na stronie głównej pewnego portalu link do artykułu "Nie żyje mężczyzna użądlony przez pszczołę". Artykuł zilustrowany pięknym zdjęciem... osy.

(tu był link - przyp. red.)

Ja rozumiem, że i jedno i drugie brzęczy, lata i żądli, ale różnice jednak są i to spore...

Może by tak wysłać redaktora na powtórkę z biologii do podstawówki?

A może to tylko ja się czepiam...

Edit: Portal zmienił zdjęcie, więc nie tylko ja się czepiam. ;-)

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (90)

#82688

(PW) ·
| Do ulubionych
Z pamiętnika fotografa - hobbysty.

Wydawałoby się, że fotografia to takie spokojne hobby. No bo co się może stać, żeby cię zdenerwować podczas robienia zdjęć?

Makro. No i udało ci się znaleźć tego jednego jedynego kwiatka w parku. Żadnych przebarwień, uszkodzonych płatków, otoczony ładną zielenią. Ustawiasz aparat, nakładasz filtry, usuwasz kilka pożółkłych listków, zdmuchujesz muszki i gotowa do boju pochylasz się nad roślinką...

- Kwiatek! - słyszysz piskliwy wrzask i w tym momencie mała pulchna łapka, na oko cztero- lub pięcioletniego potwora zaciska się na łodydze wybranego przez ciebie okazu i zrywa go sprzed twojego nosa.

Wzruszasz ramionami i idziesz szukać dalej.

I nadarza się prawdziwa gratka - na kwiatku siedzi piękny ogromny motyl. Gorączkowo ustawiasz aparat, nachylasz się do zdjęcia, powtarzając w głowie "nie odlatuj, nie odlatuj…", obraz wyostrzony... palec prawie na spuście migawki…

- Motilek! - słyszysz rozdzierający wrzask za swoim uchem (aż się zastanawiasz, czy masz jeszcze całe bębenki), a w polu widzenia obiektywu pojawiają się znajome pulchne łapki, machające na wszystkie strony...

Znalazłaś świetne miejsce na zachód słońca. Wprawdzie ponad pół godziny samochodem w jedną stronę, do tego około 20 minut stromego spacerku w górę, ale warto. Przecinka w drzewach, obniżenie pomiędzy dwoma wzgórzami. Jedno jedyne miejsce, by ustawić aparat -precyzja co do kilku centymetrów, inaczej w obiektywie widzisz gałęzie. Jeździsz kilka dni z rzędu  (bo niebo bez chmurki, bo zbyt zachmurzone, bo wietrznie i gałęzie latają na wszystkie strony, bo droga zablokowana i przegapiłaś TEN moment). Ale w końcu jest. Idealna ilość chmurek baranków, bajkowe niebo, kolory, krajobraz... Pewnie ustawiasz statyw, nakładasz filtry, ustawiasz światło. 

Nie wzięłaś jedynie pod uwagę, że malownicza okolica przywabi na romantyczny spacer zakochaną parkę.

Co robi zakochana parka by zamanifestować światu swą miłość? Selfiki. A gdzie najlepiej zrobić selfika? Pewnie w miejscu, które wybrał sobie fotograf z aparatem jak armata. Wygląda profesjonalnie, to się pewnie zna.

Więc biegną i ustawiają ci się na wprost obiektywu. I strzelają sobie selfika za selfikiem, dziobek za dziobkiem. Światło ucieka, a za późno, by przestawiać statyw i szukać nowego miejsca.

Słońce zachodzi, parka odchodzi, szczęśliwa, że ma aż tyle zajebistych dowodów miłości, a ty zostajesz z potężnym wku..em.

Pejzaż, widok na ruiny starego opactwa. Aparat na statywie, czekasz cierpliwie, aż przejdą wszyscy spacerowicze. I jest pusto. Wprawdzie nadchodzi z naprzeciwka rodzinka, ale jest wystarczająco daleko, by być poza polem widzenia aparatu. Spokojnie nachylasz się do aparatu i zamiast opactwa widzisz latorośl rodziny skaczącą na wprost aparatu. Rodzinka zaśmiewa się na całego. Siadasz i odpalasz Facebooka na telefonie, czekając, aż im się znudzi. W końcu mijają cię z pretensjami "przecież to tylko dziecko". Dziecko w międzyczasie próbuje kopnąć statyw.

Znowu pejzaż. Idzie pani ze szczuropieskiem na rozciągniętej smyczy. Przymierzasz się do zdjęcia, sprawdzasz ustawienia. Piesek obwąchuje statyw, w pewnym momencie podnosi przy nim tylną łapkę w celu wiadomym. Z przekleństwem podrywasz statyw z aparatem do góry, płosząc zwierzę, które zaczyna na ciebie jazgotać. "Przecież to pies, musi się wysiusiać" - słyszysz równie nieprzyjemny dla ucha jazgot właścicielki. Ale dlaczego na twoją własność, do ciężkiej chole...

Siedzisz w przestrzeni piknikowej, sama przy stoliku. Czekasz na swojego, który poszedł po kawę. Zmieniasz obiektyw, bo wiesz, że w następnej części wycieczki będzie parę okazji do fotografii natury. Na chwilę odkładasz obiektyw na stół i nagle widzisz sięgające na stół brudne łapki jakiegoś dzieciaka. Łapiesz za obiektyw i warczysz "nie dotykaj".

"Przecież to tylko dziecko, chciało się pobawić”. Sorry, ale nie nowym obiektywem za twoją tygodniową wypłatę.

Ta sama historia, ale tym razem nie obiektyw, a filtry. Próbujesz je posegregować po całodziennym wymienianiu i wrzucaniu do torby na chybił trafił. Tym razem ci się nie udaje i kolorowe szkiełko ląduje w ubabranych lodem, piachem i czekoladą łapkach. Filtr do wyrzucenia. Rodzice nie widzą problemu, no bo "przecież to tylko dziecko".

Wracasz z kolejnej wyprawy, zasiadasz w ulubionym fotelu ze szklanką piwa/wina/koniaku/spirytusu i obiecujesz sobie, że od dziś makro tylko we własnym ogródku, a pejzaże albo po przeprowadzce na bezludną wyspę, albo po tym, jak apokalipsa zombie wykończy 99% ludzkości (chociaż boisz się, że pozostały jeden procent nadal właziłby ci w obiektyw).

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (222)

#82805

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś rok temu mój K kupił dom. Normalną, trochę zaniedbaną połówkę bliźniaka.

Poprzedni właściciele zostawili w nim, poza stosem niedziałających sprzętów, budę dla psa. Stała sobie w ogródku, nikomu wprawdzie nie wadząc, ale zabierając miejsce.

Ze względu na stan (wyglądała na prawie nową), nie chcieliśmy jej wyrzucać, tylko oddać. Zrobiłam zdjęcia i zamieściłam ogłoszenie na marketplace na Facebooku, coś takiego: „do oddania buda dla psa, wymiary 1,5×1,2×0,9, nieskładana”.

Pytań było sporo, niestety większość ludzi chciałaby z dowozem - nie ma opcji, by buda weszła do mojego złomka, a tym bardziej do samochodu K.

Z paroma osobami umówiłam się na odbiór - nie mieszkaliśmy jeszcze w tym domu (remont), tylko u mnie, więc szła za tym dwudziestominutowa podróż autem w jedną stronę - czekanie, ok. godziny i powrót na potężnym wku..ie, bo nikt się nie zjawiał.

W końcu wprowadziliśmy się do domu, a buda stała nadal...

Psa nie planowaliśmy, więc budy trzeba się pozbyć. K proponował zrobienie ogniska, ale przedtem dodałam jeszcze raz ogłoszenie, tym razem jednak z opłatą w wysokości 10 funtów. I wiecie co: sprzedała się w dwa dni. Facet załatwił sobie przyczepkę i budę bez problemu zabrał.

Czyli jak ktoś chce oddać coś za darmo, to można sobie z takiej osoby jaja robić, umawiać się, nie przychodzić. Dopiero jeżeli się coś sprzedaje - to jest ok.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (157)

#82622

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkanie "na pokoju" za granicą, odsłona czwarta, najbardziej piekielna i chyba najbardziej obrzydliwa (chociaż jedna z kolejnych będzie dzielnie stawać w szranki o palmę pierszenstwa).

Od moich hinduskich landlordów przyszło mi się wyprowadzić w lutym 2009 roku.
Po prostu uznali, że wynajem na pokoje im się nie opłaca, a po tym jak uświadomiłyśmy im nielegalność  prawie podwójnego podniesienia czynszu stwierdzili, że mamy się wszystkie wyprowadzić, bo oni sprzedają dom.

Ja akurat dostałam pracę w innym mieście, więc tam też postanowiłam szukać. 
Same poszukiwania mogłyby stanowić temat na osobną historię, ale czas wypowiedzenia się kurczył, więc zrobiło się podbramkowo.

I znalazłam: ogromy dom wiktoriański, szeregówka druga w rzędzie, w domu narożnym elegancka restauracja. W domu łącznie 17 pokoi na czterech kondygnacjach, każda kondygnacja z własną łazienką i kuchnią.
Pokój w podpiwniczeniu, ale ogromny - żeby nie skłamać - ze 25 m2. Z mebli tylko łóżko i jakiś stół, ale reszta miała być dowieziona w ciągu dwóch - trzech tygodni. 
Na dodatek przystępna cena. Żyć nie umierać.
Jedynymi mankamentami wydawały się brak światła - małe okienko oraz obecność korków do całego domu w pokoju.
Ale nie mogło być tak pięknie.
 
Pierwszy zgrzyt - uszkodzony zamek w drzwiach. Przywiozłam pierwszą partię rzeczy, a tu guzik - nie da rady zamknąć drzwi. Naprawione po kilku dniach.

Drugi zgrzyt meble, a raczej ich brak - po paru tygodniach dowieziona szafa, najprawdopodobniej z wystawki, bez szyny na ubrania i niższa ode mnie.
"To nie możesz sobie w niej zamontować jakiegoś sznurka?" - usłyszałam na moje protesty. Ale po paru codziennych telefonach i nękaniu landlorda doczekałam się całkiem nowej szafy i komody.

Trzeci zgrzyt - ogrzewanie. Centralne zakręcone ("bo przecież nie będę dogrzewał korytarzy"), w pokoju wstawiony grzejnik olejowy, który zepsuł się po kilku tygodniach. Landlord odmówił kupienia nowego, ale jak ja kupiłam sobie farelkę, to zaprotestował, twierdząc, że zjada za dużo prądu. Nowy grzejnik, który mi dostarczył mógłby się z łatwością schować w mojej torbie zakupowej, nie dawał rady ogrzać tak dużego pokoju, co niestety spowodowało grzyba.

Kolejny zgrzyt, jeden z gorszych to te nieszczęsne korki.
Policzcie sami: 17 pokoi = co najmniej tyle samo grzejników, czajników, komputerów, telewizorów i nie wiadomo co jeszcze i bezpieczniki pamiętające chyba drugą wojnę światową. Wywalało je regularnie. Często w nocy. Nie wiecie ile razy miałam telefon od landlorda o drugiej nad ranem, żebym włączyła korki. Awanturę jaką mi zrobił jak zaczęłam telefon wyłączać na noc, pamiętam do dziś. W końcu, za namową znajomego prawnika, wysłałam mu list z rachunkiem za usługę włączania bezpieczników. Drogo się wyceniłam bo na £200 od okazji :-) Przestał dzwonić, za to zaczął mówić innym lokatorom, żeby przychodzili i pukali, bo jestem w pokoju. Kiedy nie otwierałam, wysłał swojego "administratora" z kluczem, by ten wszedł do mnie do pokoju. Na szczęście miałam klucz w drzwiach, więc wejść nie dał rady.
Podczas niecałego roku pobytu tam nabawiłam się ataków paniki, fobii społecznej i trudności z zasypianiem.

Ponadto okazało się, że kuchenka ma niepodłączony piekarnik, a z lodówki regularnie znika jedzenie. Ponadto nikt w kuchni nie sprzątał, więc blaty lepiły się niesamowicie. Jak chciałam sobie wstawić lodówkę do pokoju, to powiedział, że podwyższy mi czynsz bo większe zużycie prądu.

Na domiar złego, pozostali lokatorzy to, wbrew zapewnieniem, nie byli studenci, ale imigranci, nie rozumiejący angielskiego, a do higieny mający stosunek ambiwalentny. Idąc do łazienki brałam ze sobą butelkę domestosa w sprayu i paczkę chusteczek antybakteryjnych i wszystko dokładnie szorowałam, zanim skorzystałam z jakichkolwiek urządzeń.
Śmieci walające się po korytarzach, albo wręcz podrzucane pod moje drzwi (bo widzieli, że jako jedyna je wynoszę).

Czarę goryczy przelało jednak co innego:
szczury i karaluchy. Wspominałam restaurację w domu obok? Szczury stołowały się w jej śmietnikach, a zamieszkały u nas w domu, tym bardziej, że landlord ograniczył się do rozstawienia paru zardzewiałych pułapek i kilku takich śmiesznych pudełek na owady, które problemu bynajmniej nie rozwiązały.

Akurat przeprowadzał się do nowego domu mój jeden znajomy z pracy i razem ze swoją dziewczyną i jej siostrą szukali jeszcze jednego lokatora, by zmniejszyć koszta. Zaproponowali pokój mi, a ja z wdzięcznością przyjęłam zaproszenie do wspólnego zamieszkania. 
Dopiero później okazało się, że nie bardzo miałam być za co wdzięczna, ale to następna historia...
Landlord próbował jeszcze sztuczki z nie oddaniem depozytu, ale to też się jakoś udało załatwić...

Mieszkałam tam aż tyle czasu, bo nie miałam kiedy poszukać czegoś innego. Często pracowałam sześć dni w tygodniu, po dwanaście i więcej godzin, bo firma się rozkręcała i trzeba było rozpisywać programy, projekty itd. Wieczorem, około jedenastej wracałam do domu, by na dziewiątą być znowu w pracy. Byłam wykończona, a dzień wolny na ogół przesypiałam z bólem głowy. To chyba był najgorszy rok w moim życiu.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (166)

#82563

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w Anglii.

Ponadto jestem strasznie roztargniona, zwłaszcza jak mi się spieszy, to potrafię zapomnieć o własnej głowie :-)

No i niestety, taką trochę chaotyczną sytuację miałam w piątek.

Pojechałam do Aldi na zakupy, dosyć duże, tygodniowe.
Później ustawiłam się w kolejce, sporej, martwiąc się, czy mi się mrożonki nie rozmrożą albo czy zdążę na pociąg, by spotkać się ze znajomymi (wyprawa do escape room, czyli trzeba być punktualnie).

Za mną w kolejce ustawił się pan z dwoma parami krótkich spodenek, a za nim pani z wypchanym wózkiem. Myślałam, że są razem więc nie proponowałam przepuszczenia.
Rachunek wyniósł ponad £40, a więc transakcji kartą musiałam dokonać wkładając kartę do czytnika i  wpisując pin (limit transakcji bezdotykowych to £30).

Zestresowana upałem, kolejką, pośpiechem nie zabrałam karty. Sprzedawca wyjątkowo nie przypomniał, bo zaczął mi wkładać zakupy do wózka, żeby było szybciej.

Już po skończeniu stałam jeszcze przy kasie z wózkiem, układając wszystko po swojemu, pan z szortami skończył zakupy i szybko wyszedł.

Dopiero po jakiejś godzinie, w pociągu zorientowałam się,  że nie mam karty. Szybkie spojrzenie na bankowość internetową - transakcja bezdotykowa na 15.98, której ja na pewno nie zrobiłam.

Z ciekawości weszłam na stronę Aldi - szorty męskie 7.99. Innymi słowy - pan w kolejce za mną uznał, że moja karta w czytniku to dla niego możliwość zrobienia darmowych zakupów.

Oczywiście, wszystko zgłoszone na infolinię banku (policję powiadomi też bank).

Moja wiara w ludzi została podkopana. Zostać złodziejem dla dwóch par gaci z Aldi... żenada...

I smutne, bo ja jak zauważyłam w przeszłości podobną sytuację: czyjś portfel, kartę czy telefon, to zawsze wołałam za taką gapą ...

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (177)

#82410

(PW) ·
| Do ulubionych
Wkurzona jestem. Bardzo.
Dzwoni telefon, numer komórkowy, odbieram.

Pan się przedstawia, po polsku: "Dzień dobry, Michał Piekielny z tej strony, jestem agentem ubezpieczeniowym, dzwonię by zaoferować pani ubezpieczenie. .."
- A skąd ma pan mój numer?
- Dostałem od jednego z moich byłych klientów.
- A od kogo dokładnie?
- No wie pani, ja teraz nie wiem, musiałbym sprawdzić kilkaset teczek z danymi...
- Bo wie pan, ja się chętnie dowiem kogo pozwać o naruszenie moich dóbr osobistych...
Bip... Bip... Bip...

No i wkurza mnie coś takiego. Idzie taki jeden głąb z drugim do agenta ubezpieczeniowego, a agent w ramach dodatkowej prowizji prosi o udostępnienie kontaktów w telefonie. No i taki jeden głąb z drugim nie widzi w tym nic złego...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 189 (215)

#82323

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkanie "na pokoju" za granicą, odsłona trzecia.

Tym razem piekielni nie byli współlokatorzy, a właściciele, Hindusi.
Jako, że wynajmowałyśmy pokoje w domu, to wszystkie rachunki były wliczone w cenę wynajmu.

W związku z tym, nieraz budziłam się po południu w zimnym domu, bo właściciele wpadali,  kiedy nikogo nie było, a ja spałam i wyłączali ogrzewanie i ciepłą wodę. Dom niestety zimny jak diabli - jeszcze ze starymi, pojedynczymi oknami.

No i pewnego razu stał się cud.
Council rozdawał dofinansowania na remonty domów i nasi kochani landlordzi załapali się na dofinansowanie wymiany okien i bodajże podłóg.
Dzwoniłyśmy do nich codziennie dowiedzieć się, kiedy zacznie się remont - zwłaszcza dla mnie było to ważne - przy pracy na nocki potrzebowałam sobie ustawić z wyprzedzeniem grafik albo wziąć urlop.
Niestety, chyba trzy dni urlopu zmarnowałam na czekanie na panów robotników, ale nie doczekałam się. Za to jakieś dwa tygodnie później, wracam o ósmej rano z pracy i nawet nie mogę się dostać do pokoju -wszystko wyniesione z niego na korytarzu, porozrzucane po podłodze, wykładziny zdjęte, okna wymontowanie,  a panowie robotnicy wyskakują na mnie, że im pomieszczenia nie przygotowałam.

Właścicielka w rozmowie telefonicznej tylko powtarza że jest wszystko "all right".

Na szczęście, bo urlopu już tracić nie chciałam, mój szef pozwolił mi się przespać w pracy w wolnym pokoju (dom opieki).
W ten oto sposób stałam się na kilka dni rezydentką w swoim własnym miejscu pracy :-)

Właściciele nie bardzo znali pojęcie prywatności.  Potrafili przyjść niezapowiedzianie i zaglądać nam do pokoi czy podnosić pokrywki w garnkach i sprawdzać co gotujemy.

W międzyczasie zmieniłam pracę na dzienną, w innym mieście i zaczęłam się powoli rozglądać za pokojem. Pewnie pomieszkałabym tam dłużej, bo nieźle dogadywałam się z pozostałymi dziewczynami, ale właściciele uznali, że za mało na nas zarabiają i drastycznie podnieśli ceny, a kiedy odmówiłyśmy zastosowania się do podwyżki, stwierdzili, że wystawiają dom na sprzedaż i mamy się wyprowadzić.

Znalazłam wtedy na szybko pokój w Bradford i to był koszmar, przy którym chowają się najgorsze horrory. Ale ta opowieść następnym razem :-)

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 102 (120)

#82050

(PW) ·
| Do ulubionych
Przez ponad 12 lat mieszkania "na pokoju" nazbierało się sporo piekielności. Dziś porcja numer dwa.

W mojej poprzedniej historii opisałam współlokatorkę B.

Dzisiaj pora na Estonki, które ją zastąpiły.

Na początku były dwie, jednak po wyprowadzce B szybko znalazły jakąś swoją koleżankę, która pracowała dla tej samej sieci domów opieki i załatwiły wspólnie jej transfer do nas. Jedno dobre, że razem z nimi nie pracowałam - w naszym mieście było kilka domów należących do tej samej sieci, one pracowały w innym.

W każdym razie były trzy, imion nie pamiętam, więc nazwijmy je C, D i E. Wszystkie to dziewczyny młode, a co za tym idzie rozrywkowe, przy czym prym wiodła przybyła najpóźniej E.

Wyjścia na imprezy co weekend - nie miałam z tym problemu.
Pijane powroty do domu - też nie, bo na ogół byłam jeszcze w pracy.

Gorzej było z imprezami w domu - goście zapraszani z różnych zakątków Wielkiej Brytanii - odwiedzali je znajomi z Londynu, Walii. Zaletą było to, że one również znikały później na dwa czy trzy dni w odwiedziny gdzieś daleko, wadą - fakt, że odwiedzali je głównie chłopcy, co bywało krępujące.

Wszystkie trzy paliły. Próby wydzielenia w domu obszarów dla niepalących, choćby jadalni, spełzły na niczym. Owinięcie się w mój własny koc, który leżał sobie na kanapie w salonie, to była porażka - czułam się jak w palarni. Tenże koc ma wypalone dziury, bo dziewczyny, mimo moich upomnień, miały zwyczaj zabierać go do ogródka i się na nim opalać (paląc przy tym papierosy).

Wspominałam, że B zużywała więcej naczyń, niż było na stanie domu i w związku z tym musiałam dokupić własne? Dopiero się fajnie zrobiło, jak współlokatorki musiały ugościć kolegów i zbierały wszystkie naczynia i sztućce, nie patrząc, czyje biorą... Za przebój do tej pory uważam sałatkę z krewetkami przygotowaną w wymytym koszu na śmieci.

A czasami miałyśmy tak wielu gości, że część musiała spać na strychu… W takie dni trafienie na wolną łazienkę graniczyło z cudem.

Co do rzucania przeze mnie palenia - przybrały inna taktykę. Za każdym razem próbowały mnie przekonać do pociągnięcia dymka lub dwóch. "No przecież się nic nie stanie", "nie bądź taka sztywna", "to tylko jeden papieros", itp., itd. Nie rozumiem, czemu im tak zależało na tym, żebym na nowo zaczęła palić. Złośliwość?

No i największy problem: spanie. Jak wspomniałam, pracowałam na nocki i w związku z tym musiałam spać w dzień. Nie raz i nie dwa budziła mnie muzyka na cały regulator (bo muzyki słuchamy tak, żeby radio nastawione w sypialni na piętrze słychać było dokładnie w kuchni na parterze). Przodowała w tym E, a jej wymówka brzmiała: "No bo nie wiedziałam, że jesteś w domu i śpisz". Po którymś razie zabrałam ją do przedpokoju i wskazałam na buty: "buty są, ciapków nie ma, to jestem i śpię. Są ciapki, nie ma butów - nie ma mnie w domu, rób se, co chcesz". Nie zajarzyła, a afery o muzykę powtarzały się regularnie.

Kolejnym przebojem było, kiedy obudził mnie zbiorowy wrzask trzech gardeł, bo one zobaczyły w kuchni pająka. 

Na szczęście trwało to tylko do czerwca, kiedy to znalazły pracę w Londynie i wyprowadziły się. Jedyny problem był z domem - zostałam sama i musiałabym sama za niego w całości płacić. Znalazłam wtedy pokój w domu ze studentkami i na parę lat odetchnęłam z ulgą, bo do dziewczyn nie było się o co przyczepić, trochę tylko landlord i landlady zaleźli nam za skórę.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (101)

#81939

(PW) ·
| Do ulubionych
Pomyślałam, że poopisuję trochę moje przygody z wynajmowaniem pokoju na obczyźnie :-)

Do mojej pierwszej pracy w Anglii przyjechałam we wrześniu 2004. Pracodawca zobowiązał się do zapewnienia mi mieszkania.
Jednakże okazało się, że jakoś im się zapomniało i na dwa tygodnie zostałam umieszczona w B&B (hotelu ze śniadaniem). Problem polegał na tym, że żeby zdążyć na poranną zmianę musiałam wyjść z hotelu zanim wydawano śniadanie :-) przez te dwa tygodnie żywiłam się byle czym - nie stać mnie było na normalne obiady (70 funtów w kieszeni, pensja dopiero za cztery tygodnie), a w pracy mogłam tylko dostać obiad, jak zostawałam na cały dzień. A i to pod warunkiem, że coś zostało (dom opieki).

Później znaleziono nam dom (w międzyczasie dojechała jeszcze jedna dziewczyna), niestety ponad godzinę drogi od pracy.

Dziewczyna ta, Polka powiedzmy B., nie była idealną lokatorką. Tekst w stylu: "to ja już nie będę kupować mleka, bo mi się psuje, będę brać twoje do kawy", rozłożył mnie na łopatki. A mleko psuło się jej, bo kupowała w trzylitrowych butelkach, zamiast w mniejszych (taka oszczędność, bo wychodziło taniej na litrze). Chciała kupowania cukru na spółkę - sorry, ja nie słodzę. Na szczęście udało mi się wybronić od spółek typu wspólne gospodarstwo, ale już wypad do Lidla kończył się tym, że niosłam wszystkie zakupy bo "ja mam tylko trzy rzeczy to nie kupuję reklamówki" (w Lidlu zawsze były płatne 5p), a za chwilę "niewygodnie mi tak nieść, mogę ci dorzucić, bo widzę że masz miejsce". Niestety, moja asertywność była jeszcze wtedy na wczasach...

Rzucałam wtedy palenie - ale miałam przy sobie paczkę - świadomość, że mogę sięgnąć w kryzysowej sytuacji była bardzo pomocna. Ile ja się nasłuchałam, że powinnam jej fajki oddać jak już i tak nie palę, to moje. Na szczęście w tym momencie asertywność stanęła na wysokości zadania :-)

Kupiłam sobie raz zgrzewkę piwa. Butelki 0,25 litra, w sam raz dla kogoś kto prawie nie pije (czyli dla mnie, nie dla B). Nie wiem czy wypiłam dwie z nich, bo raz jak wróciłam z pracy to ich już po prostu nie było... Miała odkupić, ale potem nie było/nie miała kasy/czasu...

O niezmywaniu naczyń nie wspomnę.
Na wyposażeniu domu był czteroosobowy zestaw naczyń - dwa kubeczki wzięła do pokoju, na długopisy itp. Pozostałe dwa non stop stały brudne - robiła sobie dwie kawy i nie myła po sobie kubków. Ona robiła na ogół poranne zmiany, ja popołudniowe, więc szansa na czysty kubek była żadna, bo ona "rano nie ma czasu".

Z pierwszej wypłaty kupiłam sobie kubek i parę innych naczyń w funciaku i w Wilko i miałam spokój.

Po paru tygodniach do domu domeldowano nam jeszcze dwie dziewczyny - Estonki.
B próbowała nimi rządzić, co powodowało niesnaski, a ja nie chciałam w tym brać udziału i szczerze mówiąc to z ulgą usłyszałam o jej wyprowadzce jakiś czas później.

Sama wkrótce zaczęłam pracować na nocki, więc kontakt z nią ograniczony został do minimum. Miała jeszcze do mnie pretensje, że zostałam przełożoną zmiany - według niej należało się jej jako pielęgniarce jak psu buda i sądziła że po prostu dostanie stanowisko, bez aplikowania o nie, a tu taki cios, że wybrano kogoś, kto raczył zgłosić zainteresowanie :-) no i znał angielski :-)

Estonki, z którymi przeżyłam prawie rok, to temat na zupełnie inną historię...

zagranica pokój współlokatorzy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 137 (149)