Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GoshC

Zamieszcza historie od: 18 maja 2012 - 17:04
Ostatnio: 16 września 2020 - 17:12
  • Historii na głównej: 39 z 46
  • Punktów za historie: 6056
  • Komentarzy: 416
  • Punktów za komentarze: 3403
 
poczekalnia

#87144

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Mieszkam w UK. Jednym z 'uroków' mieszkania tu jest konieczność płacenia podatku od nieruchomości, tzw council tax.

Każdą przeprowadzkę należy w trybie natychmiastowym zgłosić w docelowej radzie miejskiej (council), gdzie zostanie naliczony podatek od nieruchomości w której mieszkasz.
Innymi słowy, jeśli ktoś przeprowadza się z miasta A do miasta B, to zgłasza w B, że mieszka pod takim a takim adresem, a w mieście A obowiązek ten należy do nowego lokatora lub właściciela lokalu.

Niestety mojego partnera spotkała tu przykra niespodzianka.
Jak co roku zapłacił w 2017 podatek (który jest naliczany od kwietnia do marca), a w lutym następnego roku sprzedał mieszkanie i o sprawie zapomniał. Zajęty innymi sprawami (między innymi zepsutym piecykiem w nowym domu) nie upominał się nawet o zwrot nadpłaty, co jak się okazało, było błędem...


Otóż nowy właściciel nigdy nie zarejestrował się w urzędzie miasta. Nie odsyłał listów, które przychodziły do mojego partnera, z dopiskiem "adresat nieznany", tylko je najprawdopodobniej wyrzucał.
W efekcie nikt nie zapłacił council tax w roku 2018-19, a urząd miasta, nie mogąc się z moim partnerem skontaktować, zaocznie podał go do sądu, sprawę wygrał, naliczył odsetki karne i odsprzedał dług komornikowi.


Komornik bez problemu zlokalizował dłużnika i wysłał wezwanie do zapłaty z doliczonymi opłatami za koszta administracyjne.
List doszedł wczoraj, a chłop mi przez niego o mało wylewu nie dostał, był tak zdenerwowany bo nie wiedział, za co go ścigają o taką kasę (a kasa spora, bo mniej więcej - moja miesięczna pensja, a ja całkiem uczciwie zarabiam).


Dziś zadzwonił do urzędu miejskiego w tamtym mieście, dowiedział się rewelacji o niezgłoszonym lokatorze i będzie próbował odkręcić sprawę.


A nauczka jest z tego prosta: nie polegajcie na innych, że załatwią wszystko z urzędami, tylko róbcie wszystko sami.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 41 (53)

#86695

(PW) ·
| Do ulubionych
Moim pierwszym miejscem pracy po przyjeździe do UK w 2004 był dom opieki.

Był to dom prywatny i miał dwa rodzaje klientów: prywatnych, którzy płacili z własnej kieszeni oraz zlecanych przez lokalny council/radę miejską, która w całości lub częściowo pokrywała koszt ich pobytu. Poza trochę lepszą pościelą dla klientów prywatnych, różnic w standardzie opieki się nie dopatrzyłam.

Piekielne było szefostwo, które oszczędzało na wszystkim, nawet środkach higienicznych i odzieży ochronnej, ale przede wszystkim na pracownikach.

W UK praca opiekuna w domu opieki jest płatna po najniższej krajowej, a pracownicy nie potrzebują żadnych kwalifikacji. Oczywiście, mogą je zdobyć, za darmo, z trenerem przychodzącym do pracy, na ogół w godzinach pracy, ale nie każdemu się chce, bo za podniesieniem kwalifikacji wcale nie idzie podwyżka uposażenia.
Praca jest ciężka, niewdzięczna, do obowiązków opiekuna często dochodzi domestic czyli sprzątanie, pranie i prasowanie, więc przyjmują się do niej głównie imigranci na początku swojej imigracyjnej drogi, oraz osoby bez perspektyw.

Niektórzy pracownicy nie nadają się do tej pracy w ogóle, ponieważ brak im empatii, wyobraźni, oraz zwykłego zrozumienia dla ludzkiej niedoli.

Jednym z takich pracowników była, pochodząca z Jamajki, Grace.

Byłam już wtedy przełożoną zmiany, a o jej przyjęciu dowiedziałam się po powrocie z dwutygodniowego urlopu.
Na dzień dobry zrobiła mi awanturę, o obowiązki domestic, i wyliczyła, których robić nie będzie, bo nie jest sprzątaczką i nie za to jej płacą.
Oczywiście, zgłosiłam to rano, ale nic z tym nie zrobiono.

Grace była arogancka, szybka i niesympatyczna dla podopiecznych. Obchodziła się z nimi mało delikatnie i bardzo niestarannie ich pielęgnowała, podmywała, czy zmieniała pampersy.
Jako że dom opieki cierpiał na stały brak pracowników, niewiele z tym zrobiono.

Miarka przebrała się, kiedy Grace odmówiła wieczorem podania herbaty jednej z podopiecznych, Olive.

Olive miała wtedy 97 lat i ważyła niewiele ponad 30 kilo - malutka, drobniutka, zasuszona staruszeńka, ale umysłowo w pełni sprawna. Nie muszę chyba mówić, że w przypadku takiej osoby odwodnienie może prowadzić do katastrofy.
Olive poskarżyła się mi, ja spytałam Grace czy to prawda i o powód.
Grace powiedziała, że tak, bo ona "nie będzie latać po nocy i zmieniać zasikanego łóżka".
Na nieszczęście dla siebie, powiedziała to przy świadku - drugiej opiekunce.

Rano spisałam raport, Jenna (opiekunka) i Olive potwierdziły i to był ostatni raz kiedy widziałam Grace.
Nie wiem, czy reakcja szefostwa była tak stanowcza, gdyby Olive była klientką councilu, ale była też ona jedną z ulubionych pensjonariuszek, a poza tym wszystkim zależało, żeby dobiła do setki :-).

Mam nadzieję, że Grace trafiła do pracy, gdzie nie musiała się opiekować ludźmi, bo nie wiem, czy powierzyłabym jej worek ziemniaków, o żywej istocie nie wspominając...

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (166)

#86191

(PW) ·
| Do ulubionych
Takatamtala i jej historia o złamaniu tajemnicy lekarskiej przypomniała mi historię opowiedzianą przez moją mamę.

Wydarzyła się ona za jej czasów panieńskich, czyli obstawiam drugą połowę lat sześćdziesiątych lub początek siedemdziesiątych.

Mamę zaczął podrywać jakiś tam facet, a że ona panna, a on wydawał się do rzeczy, to poszła z nim raz czy drugi na kawę czy dansing.

Zorientowała się też zupełnie przypadkiem, że ów kawaler jest pacjentem przychodni, w której pracowała. Niewiele myśląc poszła do kumpeli z kartoteki, wyjaśniła sprawę i kilka minut później siedziała z nosem w teczce swojego amanta.

Nieetyczne?
Na pewno.

Ale z teczki "rodzinnej" dowiedziała się, że amant to nie do końca kawaler, bo ma żonę i dzieci. Na dodatek z wiernością też kruchawo, bo leczy się na "wstydliwą" chorobę, o której nie wie żona.

Mama znalazła jakieś tam babskie wymówki by się z "kawalerem" więcej nie spotykać.

Tak więc swobodne podejście recepcjonistki do tajemnicy lekarskiej uchroniło być może moją mamę od długiej i niesympatycznej terapii antybiotykowej.

Z jednej strony moralnie wątpliwe, z drugiej - ratujące zdrowie.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (151)

#86140

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno, dawno temu...

Mieszkałam już w Anglii, mama z kotem została w Polsce.

Dodam, że mama była osobą starszą, cierpiącą na depresję, bez asertywności, a na dodatek cierpiała na coś, co nazywa się ładnie po angielsku "impulsive buyer", a z czego ja nie zdawałam sobie wtedy sprawy.

Któraś z jej psiapsiółek namówiła ją na chodzenie na pokazy różnych super zdrowych dupereli, kołder, garnków itp. I o ile na ogół wystarczyło jej, że wyszła z takiego pokazu z darmowym podarunkiem, to tym razem było inaczej.

Zadzwoniłam do niej, jak co wieczór, a jak nie odebrała, to na komórkę - rozłączyła się w pół słowa. Później okazało się, że prowadzący pokaz zabronił jej rozmawiać, a co więcej, wyłączył komórkę (co samo w sobie było piekielne, jako że mama nie potrafiła jej włączyć z powrotem).

Kiedy wreszcie udało mi się dodzwonić po dwóch czy trzech godzinach na numer domowy, okazało się, że mama była na pokazie odkurzaczy typu roomba i zakupiła takowy za jedyne! 3000 zł (emerytura - około 1200, z czego rachunki prawie 500, leki 300).

Ale przecież nie szkodzi! Dostała przecież kredyt z ratą 180 zł na zaledwie 24 miesiące (to znaczy powiedziano jej 24, po wczytaniu się w umowę wyszło, że jednak 36).

I jeszcze dostała w prezencie zestaw superhipergarnków, wart co najmniej 3000 zł (na Allegro chodziły po 600 - sprawdziłam).

Wieczorem jeszcze do niej nie dotarło, jak sobie strzeliła w kolano, ale rano sama zadzwoniła do mnie z płaczem, co ona ma zrobić.

W pracy (na szczęście to był wolniejszy dzień) spędziłam ranek na wyszukiwaniu informacji o firmie, dzwonieniu do nich, dzwonieniu do rzecznika praw konsumenta, do którego w międzyczasie zgłosili się już pozostali nabywcy cudownego odkurzacza.

Mama musiała iść do rzecznika, pod jego dyktando napisać listy z odstąpieniem od umowy kupna-sprzedaży i umowy kredytowej.

Sąsiad pomógł jej zapakować całe to barachło do paczki i nadać kurierem na adres, który wysępiłam podczas jednej z kilkunastu rozmów z biurem firmy.

Co nas to kosztowało nerwów, tego nikt nie wie.

Gdyby nie mój ośli upór i pomoc rzecznika i moich znajomych, to mama zostałaby z kredytem do spłacenia.

Ja ze swojej strony zagrałam nieczysto: zagroziłam mamie, że jak się dowiem, iż nadal chadza na pokazy, to wrócę do Polski i ją ubezwłasnowolnię, bo drugiej szopki z odkręcaniem kredytu przechodzić nie chcę.

W przeciwieństwie do mamy, wiedziałam, że jest to groźba bez pokrycia, ale podziałało.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (172)

#85982

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka historii temu pisałam o wąskim, ciemnym i bardzo niebezpiecznym do jazdy, tunelu pod przejazdem kolejowym prowadzącym na moje osiedle.

Tunel ten ma jeszcze jedną niewygodną cechę: jest dosyć niski, o konstrukcji łukowej, więc ciężarówka, by móc pod nim przejechać musi jechać jego środkiem, blokując pasy ruchu w obydwie strony.

I wczoraj byłam właśnie świadkiem sytuacji z panem bardzo niecierpliwym w roli głównej.

Szłam na dworzec kolejowy (umówiłam się z połówkiem w centrum Leeds, nie było sensu jechać samochodem i wracać osobno).

Na możliwość wjazdu pod tunel czekał samochód ciężarowy - laweta z ciężarówką na lawecie, nawet zastanawiałam się czy się zmieści na wysokość, ale musiał mieć wszystko dobrze wyliczone. Za nim władca świata w golfie, za nimi elka.

Z naprzeciwka w zasadzie nieustający sznur pojazdów, więc kierowca ciężarówki nie miał innego wyjścia jak stanąć przed tunelem i cierpliwie czekać, aż albo nic nie będzie jechać, albo go ktoś puści.

Kierowca golfa nie był taki cierpliwy: dojeżdżał cały czas do środka patrząc, czy da się wyprzedzić, manewrował, jakby miał owsiki w d...e, a przede wszystkim, trąbił. Cały czas: bip... biiip... biiiiiiip.... bip... biiiiiiiiiip...

Nawet jak już wreszcie ciężarówka powoli ruszyła, to trąbił nadal okazując swoje niezadowolenie.

Pomijając wszystko inne, fajną lekcję buractwa dał jadącej za nim elce.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (93)

#86018

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak zyskać tanią siłę roboczą.

Oparte na faktach i relacji zatrudnionych.
Akcja miała miejsce kilka lat temu, więc nie wiem czy sytuacja jeszcze trwa, czy coś się zmieniło.

Zatrudniamy przy produkcji obcokrajowców na wizie tymczasowej, małżeńskiej, którzy, aby móc ją przedłużać, muszą mieć pracę i muszą wykazać dochód. Najlepiej jak nie za bardzo znają angielski, to nie będą mogli dochodzić swoich praw, ani znaleźć innej pracy.
Jak to na produkcji bywa, mamy target.

Target narzucony przez pracodawcę to, dajmy na to, dziesięć produktów na godzinę.
Czyli jeden pracownik w ciągu ośmiogodzinnego dnia pracy powinien zrobić tych produktów osiemdziesiąt. I pracodawca tylko wtedy wypłaci pracownikowi pełną stawkę: po wykonaniu osiemdziesięciu produktów.

Problem polega na tym, że target realny, możliwy do wykonania, to sześć do siedmiu produktów na godzinę.

Czyli pracownik, chcąc dostać pełną stawkę, musi pracować 11 do 14 godzin dziennie.
I nie, nie jest to żadna umowa o dzieło czy zlecenie, tylko normalna praca w fabryce na normalny etat, gdzie w umowie stoi jak byk 8 godzin dziennie.

Żeby było śmieszniej, to zatrudnieni w tego typu firemkach produkcyjnych ludzie na ogół byli dozgonnie wdzięczni swoim szefom i nie zamierzali się nikomu skarżyć, więc proceder kwitł.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (172)

#85870

(PW) ·
| Do ulubionych
Oddałam rydwan do warsztatu na przegląd i ewentualne naprawy, więc jestem zmuszona poruszać się autobusem.

Z moich dzisiejszych obserwacji wynika, że słuchawki do telefonu to rzecz niespotykana i niepopularna.

Przede mną, dziewczynka w wózku (18 miesięcy? 2 lata?) ogląda na cały regulator jakąś śpiewaną bajeczkę, na telefonie trzymanym przez mamę.

Naprzeciw niej, niewiele starsza dziewczynka, na kolanach mamy, nawala w gierkę. Oczywiście dźwięki na full.

Naprzeciw mnie młody facet ogląda na telefonie wiadomości. Też oczywiście na cały regulator (bo inaczej niewiele by słyszał przez pioseneczki z bajki czy dźwięki gry).

Kilka miejsc dalej para nastolatków słucha muzyki. Również bez słuchawek, dzieląc się swoim muzycznym gustem ze wszystkimi pasażerami.

Bogu dziękować, że miałam do przejechania tylko kilka przystanków. Dłuższa trasa w takim harmiderze doprowadziłaby mnie na skraj załamania nerwowego. I nie rozumiem, gdzie się podziało jakiekolwiek zachowanie, zasady... Zwykłe "żyj i daj żyć innym".

Samochodzie, wróć!

Skomentuj (36) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (167)

#85723

(PW) ·
| Do ulubionych
Postanowiłam w tym roku wykorzystać swój urlop pracując w halloweenowym parku rozrywki. Straszyłam w jednej z atrakcji - nawiedzonej wiosce jako przeklęta wieśniaczka.

Ogólnie było fajnie. Robota marzeń. Wyskakuję z ukrycia na grupki ludzi, straszę, i przekonuję, jaki to straszny los ich spotka jak pójdą dalej (a zawrócić nie ma za bardzo jak).

Szefostwo - do rany przyłóż. Dbali byśmy nie zmarźli, nie zmokli, zapewniali ciepłe napoje, ciastka i gorący posiłek na koniec dnia pracy.
No ale gdyby było tak świetnie, to nie pisałabym na piekielnych.

Piekielni byli niektórzy (z naciskiem na niektórzy, bo większość była spoko) klienci.
Przechodzili przez atrakcje, próbując kraść, albo przynajmniej bezsensownie uszkadzać rekwizyty, walili w okna (z pleksi, ale zawsze mogły wypaść z ram).

Niektórzy wyzywali aktorów, nie pozwalali nam dojść do głosu wygłosić naszych kwestii, tylko po prostu bezsensownie darli japy, a później mieli pretensje, że nie słyszą co się do nich mówi (nie powtarzałam się - jak ktoś nie słuchał, to mówiłam: trzeba było słuchać/umyć uszy), ja też nie zamierzałam zdzierać sobie gardła próbując ich przekrzyczeć, bo w pracy byłam 7 dni w tygodniu przez ponad 2 tygodnie i nie chciałam stracić głosu.

W naszej części atrakcji najgorzej miałam chyba ja i młody facet w następnej chatce, E., przebrany za strasznego rzeźnika. Obydwoje jesteśmy raczej słusznej postury i ilu wyzwisk z tym związanych wysłuchaliśmy, to się po prostu robiło przykro. E. miał gorzej: do jego chatki część ludzi, zwłaszcza faceci, wchodzili wkurzeni tym, że dali się przestraszyć u mnie i po prostu musieli się na kimś wyżyć i udowodnić sobie i kumplom, jacy to oni są macho. Na koniec dnia E. wysłuchiwał przynajmniej 20 -30 razy jakim to jest okropnym spaślakiem, grubasem, potworem, itp, itd, a że w przeciwieństwie do mnie nie uodpornił się jeszcze na ludzką podłości głupotę to parę razy zdarzyło mu się przez depresję nie przyjść do roboty...

Dodatkowo ja mam dosyć silny akcent - wprawdzie mówię wyraźnie i Anglicy nie mają problemu ze zrozumieniem mnie, tym niemniej nie da się ukryć, że jestem obcokrajowcem. Przynajmniej kilka razy w ciągu nocy słyszałam: "It's England, we speak English here" (jesteśmy w Anglii, tu się mówi po angielsku), "what kind of accent is that?"(a cóż to za akcent) - wypowiedziane z pogardą w głosie i tym podobne teksty.

Zdarzały się próby przestraszenia/onieśmielenia nas, ilość przekleństw jakie słyszałam pod swoim adresem tylko dlatego, że należycie wykonałam swoją pracę (czyli przestraszyłam kogoś na tyle mocno, że aż się przewrócił uciekając/odskakując) przekracza możliwość policzenia.

Raz, że względu na warunki pogodowe (ulewa - podtopione ścieżki) nasza część atrakcji była zamknięta. Upchnięto nas wtedy po innych miejscach, ja trafiłam do hotelu opanowanego przez zombie, gdzie rodzaj straszenia był inny. Miałam dużo bliższy kontakt z klientami - jako zombie musiałam wchodzić pomiędzy grupki i niestety, niektórzy panowie zachowywali się w sposób nieodpowiedni, uważali, że to zabawne że sobie klepną czy coś złapią. Na szczęście, ochrona i team leaderzy działali bez zarzutu, grupki, w których ktoś się nieodpowiednio zachowywał były uspokajanie, a w skrajnych przypadkach, wypraszane z atrakcji.

Miało się czasem wrażenie, że niektóre osobniki przychodzą do parku strachów nie po to by się bawić/dać przestraszyć itp, ale by popisać przed kolegami, jacy to oni odważni i super zajefajni. Tacy popisywacze uprzykrzali życie aktorom, innym zwiedzającym i całej obsłudze, a w skrajnym wypadku zyskiwali to, że ochrona albo deptała im po piętach, albo wręcz wypraszała z obiektu.

Ogólnie pracę w parku strachów wspominam bardzo pozytywnie - jeśli będę miała taką możliwość to w przyszłym roku tam wrócę. Większość ludzi była naprawdę ok - bez względu na to czy udało się nam ich przestraszyć czy nie, to doceniali zabawę, nasze poczucie humoru i wysiłek jaki wkładaliśmy w naszą pracę.
Tyle, że tych kilka zakał potrafiło człowiekowi zepsuć cały wieczór...

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (122)

#85652

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak dobrze mieć sąsiada...

Za młodu mieszkałam z rodzicami w bloku, na typowym osiedlu - przeżytku z poprzedniego systemu.
Blok był jednoklatkowy, czteropiętrowy, było w nim 20 mieszkań.

Ja z rodzicami mieszkałam pod numerem 3, na tak zwanym "wysokim parterze".
Bezpośrednio nad nami mieszkała rodzina lekarska, pani doktor stomatolog, jej mąż i bodajże dwóch dorosłych synów.

Większych problemów z nimi nie było, poza jednym: mieli bardzo mało sympatyczny zwyczaj trzepać wycieraczki, dywaniki i chodniczki przez balkon, przez co nasze kwiaty, a czasami i pranie wyglądały mało elegancko. Niestety, za rękę nikt ich nigdy nie złapał, więc tylko czasem trzeba było robić pranie po raz drugi...

Na nieszczęście dla sąsiadów pewnego pięknego i słonecznego dnia mój ojciec postanowił poopalać się na balkonie. Rozstawił leżak, rozebrał się do gatek i zapadł w drzemkę na słoneczku, z której to został wybudzony opadającym deszczem śmieci i okruchów.

Takiej wiązanki jaką puścił naszej dystyngowanej pani doktor to nie powstydziłby się przysłowiowy szewc czy inny marynarz... Nie chcę kłamać, ale chyba zawarte też w niej były różne groźby karalne dotyczące np wyrywania nóg z przyległych do nich części ciała. A że tatuś znany był jako nerwus i choleryk to podziałało.

Nastał błogosławiony spokój... Znów można było bez obaw wywiesić pranie... Kwiaty na balkonie odżyły...

Idylla trwała kilkanaście lat, ale jak wiadomo, nikt nie jest nieśmiertelny, i jednej późnej jesieni tacie się zmarło...
Wiosną następnego roku wyszłam sobie rano na balkon rozkoszować się kawą i śniadaniem na słoneczku i nagle słyszę z góry dźwięk trzepania chodniczka, a do mojej świeżo zaparzonej kawy sypią się okruszki...

Niestety, nie mam charakteru tatusia i nie potrafię urządzać awantur, zwiałam więc tylko z balkonu, podziwiając sąsiadów, że tyle lat chciało im się czekać na powrót do starych zwyczajów...

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (189)

#85310

(PW) ·
| Do ulubionych
Ja wiem, że każdy z nas uczył się kiedyś jeździć, nikt się Hołowczycem czy Niki Laudą nie urodził, ale...

Wracałam wczoraj z miasta w godzinach szczytu. Zamiast autostrady, wybrałam drogę wiodącą przez park przemysłowy. I widzę: L-ka. Ok, trochę wolno jedzie, ale wyminę...

Nie dało rady. Panna jechała średnio 20 mil na godzinę na drodze z limitem do 50 (czasem było to 25, czasem 15). Dodatkowo jechała tropem węża w czasie sztormu, od krawężnika do środkowej linii. Widać, że to jedna z jej pierwszych lekcji.

I byłoby ok, bo przez większość dnia ta droga jest pusta, ale nie o szóstej po południu, kiedy w wielu okolicznych zakładach pracy kończą lub zmieniają się zmiany i panuje spory ruch w obie strony.

W końcu, zupełnie nieprawidłowo, wyprzedziłam L-kę, używając zatoczki do skrętu w prawo i łamiąc pewnie przy tym kilka przepisów.

I nie, nie winię dziewczyny, ja trzy lata temu też uczyłam się jeździć. Winię instruktora, który ewidentnie nie dopasował umiejętności uczennicy do wybranej trasy i idę o zakład, że samochody wyprzedzające ją na wariata stresowały ją bardziej niż to konieczne i odbierały przyjemność z jazdy.

P.S. Mieszkam w Anglii, stąd prędkość w milach i zatoczka do skrętu w prawo. :-)

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 71 (121)