Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GoshC

Zamieszcza historie od: 18 maja 2012 - 17:04
Ostatnio: 23 czerwca 2021 - 21:56
  • Historii na głównej: 45 z 53
  • Punktów za historie: 6840
  • Komentarzy: 456
  • Punktów za komentarze: 4352
 

#88208

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas przerwy losowałam sobie historie i natrafiłam na jedną o kradzieżach w pracy. To przypomniało mi moją. Szczegóły mogły zatrzeć się w pamięci, ale sama historia wydarzyła się naprawdę :-)

Pracowałam wtedy w domu opieki. Pewnego razu szefowa kuchni zaczęła zgłaszać zwiększone zapotrzebowanie na niektóre artykuły spożywcze. Po jakimś czasie stalo się to regułą – zaczęło być zużywane więcej jedzenia, pomimo że stan ososbowy domu wcale się nie zmienił.

Pierwsze podejrzenia padły na nocną zmianę – że niby sobie podjadamy z zapasów przeznaczonych dla rezydentów. Ale kawę czy herbatę zawsze mogliśmy sobie zrobić (ja i tak nosiłam własną kawę, bo firmowa wykrzywiała gębę), a od jednego czy dwóch tostów nie ginie zawartość lodówki i zamrażarki.

Jakiś czas to trwało, wszyscy po kolei byli podejrzani, szef rozważał założenie kamer w pomieszczeniach ogólnie dostępnych, aż pewnego dnia, jedną z przełożonych na dniówce zastanowiło dlaczego jedna z pomocy kuchennych, wyrzucając worki ze śmieciami, zostawia niektóre obok kontenerów, a nie wrzuca do środka. Wyrzucała śmieci zawsze na krótko przed pójściem do domu.
Linda poszła sprawdzić worki i zamiast śmieci znalazła w nich pełnowartościowe produkty: pieczywo, paczki wędlin, warzywa, dżemy, puszki, mrożone frytki czy rybę.

Okazało się, że pomoc kuchenna (imienia nie pamiętam) wynosiła worki, stawiała pod koszami, a później, wychodząc do domu wrzucała do samochodu, który stał zaparkowany obok śmietników.
Proceder trwał kilka tygodni, i nigdy nie ustalono dokładnie, jak długo oraz ile dokładnie jadzenia wyniosła tamta dziewczyna.
Z tego co pamiętam, to po prostu wyrzucono ją z pracy, a policji nie wzywano.

Szef przeprosił nas wszystkich za podejrzenia, a tosty z dżemem wróciły do jadłospisu nocnej zmiany, ale już nikt się o nie nie czepiał…

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (101)
poczekalnia

#88211

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Z dzisiaj, z drogi do pracy :-)

Zjeżdżałam już z autostrady, na zjeździe zatrzymały mnie światła. Mój samochód był chyba trzeci za światłami, za mną też sporo ich już stoi - typowe popołudnie w parku przemysłowym.

Czekając na zmianę świateł obserwuję sobie świat do koła. Moją uwagę przykuło białe BMW stojące bezpośrednio za mną. Dokładniej, moją uwagę przykuła dziewczyna za kierownicą.
Nagle zaczęła przeglądać się w lusterku wstecznym, wyciągnęła mascarę i zaczęła poprawiać rzęsy.

Zapaliło się zielone, ruszyłam do przodu (pięć minut do początku zmiany!), dziewczyna zajęta poprawianiem urody nawet nie zauważyła zmiany świateł, bo za kilka sekund usłyszałam jeszcze klaksony innych kierowców, którzy stali za nią...

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 23 (39)

#88070

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie lubię poezji współczesnej. No nie lubię i już. Mogę się zaczytywać wierszami Mickiewicza, Asnyka, Leśmiana, Gałczyńskiego czy Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej, ale poezji współczesnej, jeszcze dodatkowo upolitycznionej, nie trawię.

A piszę to dlatego, bo historia #82240 przypomniała mi moją własną :-)
Też nauczycielka języka polskiego i też liceum, czwarta klasa.

Omawialiśmy wiersze Herberta. Nauczycielka, pani "profesor" B, zachwycała się nimi w sposób wręcz niezdrowy, a ja, jak i większość klasy (profil biologiczno-chemiczny), z większym lub mniejszym trudem ukrywaliśmy nudę.
Ja chyba szczególnie, bo za panią B, bardzo oględnie rzecz ujmując, nie przepadałam (z wzajemnością zresztą).

Omawiany wiersz to "Potęga smaku" (przyznaję szczerze, musiałam sprawdzić, bo po ponad dwudziestu latach takie szczegóły zacierają się jednak w pamięci).

Pani B pyta się klasy o poszczególne szczegóły, co autor miał na myśli, do czego nawiązywał.
I w pewnej chwili pada pytanie:
- Do jakiego wydarzenia nawiązywał autor słowami "wnuczęta Aurory".
Klasa milczy.
Pani B rozgląda się po klasie szukając ofiary, ale w końcu pyta największej kujonki:
- Aniu, może ty wiesz?
Ania posłusznie wstaje, ale milczy...
Bazyliszkowy wzrok przeszukuje klasę i wyłapuje kujonkę nr 2:
- Gosiu, a może ty kojarzysz?
Gosia wstaje, ale zamiast odpowiedzieć to z przerażeniem kręci głową...

W tym momencie sokoli wzrok naszej pogromczyni wyłapuje mnie, szeptem pytającej się o coś koleżanki z ławki za mną.
- O, widzę że C...ówna ma coś do powiedzenia - z przekąsem stwierdza nasza ukochana nauczycielka (taaa, do kujonek to po imieniu, a do mnie od razu po nazwisku...) "-to może niech nam powie do czego nawiązuje zwrot wnuczęta Aurory?"
Na to wstaję i odpowiadam: "do krążownika Aurora, od którego zaczęła się rewolucja październikowa".
Jak babsko na mnie nie ryknie: "to wiesz i nie mówisz, lekcję mi marnujesz, czas marnujesz, co za brak szacunku dla mnie i klasy..."

Już nie pamiętam, czy dostałam za to niedostateczny, czy tylko uwagę, ale samo wydarzenie zapadło mi w pamięć, jako że dostarczyło kolejnego dowodu na to, że nie warto się wysilać: nie umiesz źle, umiesz - jeszcze gorzej...

I teraz do krytyków: tak, wiem że to uproszczenie historyczne, że rewolucja październikowa zaczęła się od krążownika Aurora, ale natenczas, moja wiedza pochodziła raczej z krzyżówek niż podręczników, więc uproszczenia się zdarzały...

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (136)

#88053

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z przed chwili.

Dla przypomnienia - mieszkam w Wielkiej Brytanii.

Zatrzymałam się właśnie na services przy autostradzie (proszę, nie bijcie, ja naprawdę nie wiem, jak się to nazywa po polsku - nigdy nie poruszałam się samochodem po polskich drogach).

Zachciało mi się kawy, więc poszłam do Starbucksa, przy okazji skorzystałam z toalety - jak na ogół na services - czyściutka i z obsługą sprzątającą wszystko na bieżąco.

Wracając do samochodu zauważyłam na parkingu taki obrazek:
Białe audi z otwartymi drzwiami, przy nim ustawiony mały przenośny kibelek turystyczny, a na nim kilkuletnia dziewczynka że spuszczonymi majteczkami, załatwiająca swoje potrzeby przy akompaniamencie rodziców i przypadkowych przechodniów na parkingu.

Przypominam: kilkanaście metrów od budynku z zadbaną, darmową toaletą!

Szczerze mówiąc, to w takich sytuacjach czuję się zniesmaczona pomysłami ludzi...

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 80 (126)

#87941

(PW) ·
| Do ulubionych
Lubię torby zakupowe wielokrotnego użytku. Lubiłam je jeszcze zanim zdecydowano się wprowadzić płatne jednorazówki.

I o takiej torbie będzie ta historia.
Dawno temu to było, tak myślę, że co najmniej siedem - osiem lat temu...

Byłam na krótkim urlopie w Polsce. Pierwszego albo drugiego dnia poszłam na duże zakupy do Kauflandu i, jak to w takich wypadkach bywa, kupiłam więcej niż mogłam zmieścić do swoich własnych toreb materiałowych. Zakupiłam więc, bardzo ładną i kolorową torbę wielokrotnego użytku w supermarkecie. Po powrocie do domu torba wylądowała w szufladzie - była za duża i niewygodna dla mojej mamy. Parę dni później ja wróciłam do Anglii.

Podczas następnego pobytu w Polsce, kilka miesięcy później znowu wybrałam się na zakupy do Kauflandu, ale nauczona doświadczeniem, że toreb na zakupy nigdy za wiele, wzięłam co się dało - łącznie z kolorową kauflandowską torbą na zakupy wielokrotnego użytku.

Zakupy zrobione, wyłożone na taśmę, kasjerka zaczyna kasować jeden po drugim, ja przechodzę do pakowania i nagle pani kasjerka wyciąga rękę i próbuje mi zabrać torbę.
- Przepraszam, ale to moja torba.
K: Ale to torba z naszego supermarketu i ja ją muszę policzyć.
- Ale ona już była policzona, kilka miesięcy temu.
K: Ale pani musi za nią zapłacić! To jest płatna torba!
- Wiem, bo kupiłam ją podczas poprzednich zakupów, należy do mnie.
K: Ale to jest torba z naszego supermarketu! Ja ją muszę skasować!
- Proszę pani, to jest torba wielokrotnego użytku...
K: No właśnie, dlatego ona jest płatna
- Wielokrotnego użytku, a nie wielokrotnej płatności
K: a skąd ja mam wiedzieć, że pani za nią zapłaciła? Musi pani pokazać paragon.
- Torba ma znaki użytkowania, otarcia, przecież to widać na pierwszy rzut oka, a ja nie trzymam paragonu przez kilka miesięcy
K: no to musi pani zapłacić
...

Pani kasjerka zapętliła się na amen i nie trafiały do niej żadne argumenty. Na szczęście dla mnie, przedłużająca się rozmowa i widoczne zdenerwowanie ludzi w kolejce za mną, przyciągnęły kierowniczkę, która wykazała się większym rozsądkiem.

A ja?

Żeby uniknąć tego typu problemów i nieporozumień na przyszłość, torbę wzięłam że sobą do Anglii, gdzie służyła mi ładnych parę lat. Dla równowagi i świętego spokoju, przyjeżdżając następnym razem do Polski, wzięłam że sobą torbę supermarketu Sainsbury's, którego w nadwiślańskim kraju nie ma, więc doszłam do słusznego skądinąd wniosku, że nikt mi za nią nie każe płacić po raz drugi...

Ps. dialog nie jest słowo w słowo, ale sens zachowany, było tego dużo więcej :-)

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (132)

#87439

(PW) ·
| Do ulubionych
W pewnej firmie wydany został pracownikom anonimowy kwestionariusz na temat pracy w tejże firmie.

Całkiem normalne pytania dotyczące możliwości rozwoju, zadowolenia z pracy, zespołu, szefów, finansów, polityki firmy itp. itd.

Jako, że forma kwestionariusza gwarantowała całkowitą anonimowość, to ludzie byli raczej szczerzy, a że kwestionariusz zbiegł się w czasie z redukcjami oraz ogłoszeniem braku corocznych podwyżek i premii dla podstawowych pracowników (gdzie wyższe szefostwo przywileje premiowe zachowało), to szczerość odbiła się twórcom pytań potężną czkawką.

Szefowie szefów postanowili więc poprawić wizerunek firmy i to, w jaki sposób postrzegają firmę i ich samych szarzy pracownicy.

Czy zdecydowali się odnieść w jakiś sposób do negatywnych punktów?

Nie bądźmy naiwni... Znaleźli prostszy i dużo tańszy sposób.


Unieważnili mianowicie wyniki i polecili szefom poszczególnych departamentów ponowne przeprowadzenie kwestionariusza, ale tym razem przez indywidualne rozmowy z każdym pracownikiem z osobna i notowanie ich odpowiedzi.

W ten sposób wszyscy powiedzą, że są szczęśliwi (no bo kto przy zdrowych zmysłach przyzna się w czasie redukcji, że coś mu nie pasuje), a szefowie szefów będą się mogli klepać po plecach jacy to oni są fajni i jak dużo robią dla pracowników i zespołu.

Mój paskud wisiał wczoraj na telefonie kilka godzin rozmawiając z szefami innych działów i próbując wymyślić sposób, by obejść zalecenia góry.

W najlepszym wypadku jest on w stanie zapewnić anonimowość poszczególnych członków swojego zespołu, ale i tak będzie wiadomo, który dział był najbardziej niezadowolony, więc nikt ryzykować nie będzie.

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (167)

#87144

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam w UK. Jednym z 'uroków' mieszkania tu jest konieczność płacenia podatku od nieruchomości, tzw council tax.

Każdą przeprowadzkę należy w trybie natychmiastowym zgłosić w docelowej radzie miejskiej (council), gdzie zostanie naliczony podatek od nieruchomości w której mieszkasz.
Innymi słowy, jeśli ktoś przeprowadza się z miasta A do miasta B, to zgłasza w B, że mieszka pod takim a takim adresem, a w mieście A obowiązek ten należy do nowego lokatora lub właściciela lokalu.

Niestety mojego partnera spotkała tu przykra niespodzianka.
Jak co roku zapłacił w 2017 podatek (który jest naliczany od kwietnia do marca), a w lutym następnego roku sprzedał mieszkanie i o sprawie zapomniał. Zajęty innymi sprawami (między innymi zepsutym piecykiem w nowym domu) nie upominał się nawet o zwrot nadpłaty, co jak się okazało, było błędem...

Otóż nowy właściciel nigdy nie zarejestrował się w urzędzie miasta. Nie odsyłał listów, które przychodziły do mojego partnera, z dopiskiem "adresat nieznany", tylko je najprawdopodobniej wyrzucał.
W efekcie nikt nie zapłacił council tax w roku 2018-19, a urząd miasta, nie mogąc się z moim partnerem skontaktować, zaocznie podał go do sądu, sprawę wygrał, naliczył odsetki karne i odsprzedał dług komornikowi.

Komornik bez problemu zlokalizował dłużnika i wysłał wezwanie do zapłaty z doliczonymi opłatami za koszta administracyjne.
List doszedł wczoraj, a chłop mi przez niego o mało wylewu nie dostał, był tak zdenerwowany bo nie wiedział, za co go ścigają o taką kasę (a kasa spora, bo mniej więcej - moja miesięczna pensja, a ja całkiem uczciwie zarabiam).

Dziś zadzwonił do urzędu miejskiego w tamtym mieście, dowiedział się rewelacji o niezgłoszonym lokatorze i będzie próbował odkręcić sprawę.

A nauczka jest z tego prosta: nie polegajcie na innych, że załatwią wszystko z urzędami, tylko róbcie wszystko sami.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (170)

#86695

(PW) ·
| Do ulubionych
Moim pierwszym miejscem pracy po przyjeździe do UK w 2004 był dom opieki.

Był to dom prywatny i miał dwa rodzaje klientów: prywatnych, którzy płacili z własnej kieszeni oraz zlecanych przez lokalny council/radę miejską, która w całości lub częściowo pokrywała koszt ich pobytu. Poza trochę lepszą pościelą dla klientów prywatnych, różnic w standardzie opieki się nie dopatrzyłam.

Piekielne było szefostwo, które oszczędzało na wszystkim, nawet środkach higienicznych i odzieży ochronnej, ale przede wszystkim na pracownikach.

W UK praca opiekuna w domu opieki jest płatna po najniższej krajowej, a pracownicy nie potrzebują żadnych kwalifikacji. Oczywiście, mogą je zdobyć, za darmo, z trenerem przychodzącym do pracy, na ogół w godzinach pracy, ale nie każdemu się chce, bo za podniesieniem kwalifikacji wcale nie idzie podwyżka uposażenia.
Praca jest ciężka, niewdzięczna, do obowiązków opiekuna często dochodzi domestic czyli sprzątanie, pranie i prasowanie, więc przyjmują się do niej głównie imigranci na początku swojej imigracyjnej drogi, oraz osoby bez perspektyw.

Niektórzy pracownicy nie nadają się do tej pracy w ogóle, ponieważ brak im empatii, wyobraźni, oraz zwykłego zrozumienia dla ludzkiej niedoli.

Jednym z takich pracowników była, pochodząca z Jamajki, Grace.

Byłam już wtedy przełożoną zmiany, a o jej przyjęciu dowiedziałam się po powrocie z dwutygodniowego urlopu.
Na dzień dobry zrobiła mi awanturę, o obowiązki domestic, i wyliczyła, których robić nie będzie, bo nie jest sprzątaczką i nie za to jej płacą.
Oczywiście, zgłosiłam to rano, ale nic z tym nie zrobiono.

Grace była arogancka, szybka i niesympatyczna dla podopiecznych. Obchodziła się z nimi mało delikatnie i bardzo niestarannie ich pielęgnowała, podmywała, czy zmieniała pampersy.
Jako że dom opieki cierpiał na stały brak pracowników, niewiele z tym zrobiono.

Miarka przebrała się, kiedy Grace odmówiła wieczorem podania herbaty jednej z podopiecznych, Olive.

Olive miała wtedy 97 lat i ważyła niewiele ponad 30 kilo - malutka, drobniutka, zasuszona staruszeńka, ale umysłowo w pełni sprawna. Nie muszę chyba mówić, że w przypadku takiej osoby odwodnienie może prowadzić do katastrofy.
Olive poskarżyła się mi, ja spytałam Grace czy to prawda i o powód.
Grace powiedziała, że tak, bo ona "nie będzie latać po nocy i zmieniać zasikanego łóżka".
Na nieszczęście dla siebie, powiedziała to przy świadku - drugiej opiekunce.

Rano spisałam raport, Jenna (opiekunka) i Olive potwierdziły i to był ostatni raz kiedy widziałam Grace.
Nie wiem, czy reakcja szefostwa była tak stanowcza, gdyby Olive była klientką councilu, ale była też ona jedną z ulubionych pensjonariuszek, a poza tym wszystkim zależało, żeby dobiła do setki :-).

Mam nadzieję, że Grace trafiła do pracy, gdzie nie musiała się opiekować ludźmi, bo nie wiem, czy powierzyłabym jej worek ziemniaków, o żywej istocie nie wspominając...

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 158 (170)

#86191

(PW) ·
| Do ulubionych
Takatamtala i jej historia o złamaniu tajemnicy lekarskiej przypomniała mi historię opowiedzianą przez moją mamę.

Wydarzyła się ona za jej czasów panieńskich, czyli obstawiam drugą połowę lat sześćdziesiątych lub początek siedemdziesiątych.

Mamę zaczął podrywać jakiś tam facet, a że ona panna, a on wydawał się do rzeczy, to poszła z nim raz czy drugi na kawę czy dansing.

Zorientowała się też zupełnie przypadkiem, że ów kawaler jest pacjentem przychodni, w której pracowała. Niewiele myśląc poszła do kumpeli z kartoteki, wyjaśniła sprawę i kilka minut później siedziała z nosem w teczce swojego amanta.

Nieetyczne?
Na pewno.

Ale z teczki "rodzinnej" dowiedziała się, że amant to nie do końca kawaler, bo ma żonę i dzieci. Na dodatek z wiernością też kruchawo, bo leczy się na "wstydliwą" chorobę, o której nie wie żona.

Mama znalazła jakieś tam babskie wymówki by się z "kawalerem" więcej nie spotykać.

Tak więc swobodne podejście recepcjonistki do tajemnicy lekarskiej uchroniło być może moją mamę od długiej i niesympatycznej terapii antybiotykowej.

Z jednej strony moralnie wątpliwe, z drugiej - ratujące zdrowie.

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (156)

#86140

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno, dawno temu...

Mieszkałam już w Anglii, mama z kotem została w Polsce.

Dodam, że mama była osobą starszą, cierpiącą na depresję, bez asertywności, a na dodatek cierpiała na coś, co nazywa się ładnie po angielsku "impulsive buyer", a z czego ja nie zdawałam sobie wtedy sprawy.

Któraś z jej psiapsiółek namówiła ją na chodzenie na pokazy różnych super zdrowych dupereli, kołder, garnków itp. I o ile na ogół wystarczyło jej, że wyszła z takiego pokazu z darmowym podarunkiem, to tym razem było inaczej.

Zadzwoniłam do niej, jak co wieczór, a jak nie odebrała, to na komórkę - rozłączyła się w pół słowa. Później okazało się, że prowadzący pokaz zabronił jej rozmawiać, a co więcej, wyłączył komórkę (co samo w sobie było piekielne, jako że mama nie potrafiła jej włączyć z powrotem).

Kiedy wreszcie udało mi się dodzwonić po dwóch czy trzech godzinach na numer domowy, okazało się, że mama była na pokazie odkurzaczy typu roomba i zakupiła takowy za jedyne! 3000 zł (emerytura - około 1200, z czego rachunki prawie 500, leki 300).

Ale przecież nie szkodzi! Dostała przecież kredyt z ratą 180 zł na zaledwie 24 miesiące (to znaczy powiedziano jej 24, po wczytaniu się w umowę wyszło, że jednak 36).

I jeszcze dostała w prezencie zestaw superhipergarnków, wart co najmniej 3000 zł (na Allegro chodziły po 600 - sprawdziłam).

Wieczorem jeszcze do niej nie dotarło, jak sobie strzeliła w kolano, ale rano sama zadzwoniła do mnie z płaczem, co ona ma zrobić.

W pracy (na szczęście to był wolniejszy dzień) spędziłam ranek na wyszukiwaniu informacji o firmie, dzwonieniu do nich, dzwonieniu do rzecznika praw konsumenta, do którego w międzyczasie zgłosili się już pozostali nabywcy cudownego odkurzacza.

Mama musiała iść do rzecznika, pod jego dyktando napisać listy z odstąpieniem od umowy kupna-sprzedaży i umowy kredytowej.

Sąsiad pomógł jej zapakować całe to barachło do paczki i nadać kurierem na adres, który wysępiłam podczas jednej z kilkunastu rozmów z biurem firmy.

Co nas to kosztowało nerwów, tego nikt nie wie.

Gdyby nie mój ośli upór i pomoc rzecznika i moich znajomych, to mama zostałaby z kredytem do spłacenia.

Ja ze swojej strony zagrałam nieczysto: zagroziłam mamie, że jak się dowiem, iż nadal chadza na pokazy, to wrócę do Polski i ją ubezwłasnowolnię, bo drugiej szopki z odkręcaniem kredytu przechodzić nie chcę.

W przeciwieństwie do mamy, wiedziałam, że jest to groźba bez pokrycia, ale podziałało.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (177)