Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Grav

Zamieszcza historie od: 18 stycznia 2013 - 8:41
Ostatnio: 3 sierpnia 2021 - 10:45
  • Historii na głównej: 41 z 42
  • Punktów za historie: 7831
  • Komentarzy: 1016
  • Punktów za komentarze: 8470
 

#80533

(PW) ·
| Do ulubionych
Miał być komentarz do 80467, ale wyszłoby za długo.

Otóż absolutnie mnie nie dziwi, że młodzi nauczyciele niczego nie potrafią. I nie chodzi o to, że nie potrafią uczyć - nie znają tego, z czego uczą.

Kilka lat temu, kiedy jeszcze parałem się korepetycjami, zadzwoniła do mnie matka pewnej studentki anglistyki z niezbyt prestiżowej uczelni prywatnej, z pytaniem, czy bym córce nie pomógł. I to pomógł z konkretną rzeczą - zrozumieć trudny przedmiot, jakim był wstęp do językoznawstwa.

Dla wyjaśnienia - jest to przedmiot mocno ogólny, traktujący o podwalinach języków w ogóle, a na tym kierunku z naciskiem na angielski, stanowiący - cóż za zaskoczenie - wstęp do bardziej wnikliwych rozważań teoretycznych w kolejnych latach nauki. Przedmiot, w zasadzie, dość łatwy, choć na egzamin trzeba przyswoić "sporo" materiału - jedną książkę, długości przeciętnej powieści, napisaną popularnonaukowym angielskim.

Jaka miała być moja rola w zrozumieniu przedmiotu? Dowiedziałem się faktycznie dopiero na miejscu, kiedy to z dziewczęciem usiadłem i zacząłem badać grunt. Problemem było po prostu zrozumienie tego, co się czyta. Czyli zostałem wynajęty jako... słownik. Studentka nasza kaleczyła język straszliwie, nie znała wielu podstawowych zwrotów, co bardziej zaawansowane konstrukcje po prostu nic jej nie mówiły. To nie był materiał na dyskusję o przedmiocie - to był materiał na przygotowanie do matury...

No i w sumie machnąłbym ręką, wytłumaczył jej to wszystko, wziął kasę i się nie odzywał, ale zapytałem co chce po tych studiach robić. No i się dowiedziałem, niestety, że planuje dzieciaczki w szkole uczyć, bo ona zawsze tak kochała dzieci i chce z nimi pracować i angielski to zawsze jej wychodził, więc wybrała anglistykę.

I witki mi opadły. I opadły mi po raz kolejny, kiedy zacząłem rozmowę z nią i jej matką, próbując delikatnie zasugerować, żeby poszły do kogoś innego zrobić testy na profa (końcowe egzaminy na licencjacie są na poziomie C1 właśnie), żeby potwierdziły sobie moje słowa, że dziewczę w obecnym stanie nie powinno uczyć nawet pierwszaków - jak grochem o ścianę. Zapłaciły, pożegnały się, i być może pani nauczyciel z historii 80467 to właśnie ta dziewczyna - i jeśli tak jest, to absolutnie mnie nie dziwi, że niczego nie uczy.

szkolnictwo

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (114)

#77459

(PW) ·
| Do ulubionych
Duża, międzynarodowa firma usługowo-sprzętowa. Jak to w takich firmach bywa, ludzie mają komputery. Na tych komputerach są zainstalowane programy. Firma ma też listę standardowych programów, które można sobie zainstalować, ot tak, bez pytania kogokolwiek o zgodę. Oprogramowanie instalują zautomatyzowane skrypty, sam użytkownik nie ma uprawnień, żeby cokolwiek w systemie zainstalować.

Traf chciał, że potrzebowałem pewnego programu. Programu, który pozwala odczytywać nowsze wersje plików, do których tworzenia służy podobny program, którego starszą wersję posiadam. No to hyc, odpalamy skrypt i robimy swoje. Pod koniec dnia skrypt dalej działał, podczas gdy instalacja takiego programu na lapku z i5 i SSD nie powinna trwać dłużej, niż 3-5 minut. No trudno, zobaczymy jutro.

Jutro nastało, odpaliłem skrypt ponownie - weryfikuje instalację. Sprawdziłem - program figuruje w appwizie jako zainstalowany, ale sam system go nie widzi i nic nie da się uruchomić.

No to dzwonimy na helpdesk. I tu zaczynają się schody, bo niestety trafiłem akurat do indyjskiej części helpdesku. Na dzień dobry po poinformowaniu, na czym polega problem, zostałem uraczony głębokim westchnięciem, sugerującym, że mój interlokutor ciągnie za sobą krzyż i jednocześnie robi na słuchawce, a ja ośmielam się zakłócać mu kontemplowanie cierpień, które zrzuca na niego życie.

Potem się zaczęło klikanie w losowych miejscach, oglądanie task managera z chrząknięciami godnymi znawcy, lampienie się w wiszące okienko weryfikacji instalacji, a na koniec padła diagnoza:

"Nowe oprogramowanie jest niekompatybilne z już zainstalowanym, bo nazywa się X viewer, a masz już oprogramowanie X, więc tak się nie da".

Ok mistrzu, fajnie. To czemu w instalatorze jest to oprogramowanie opisane jako dające możliwość obsługi nowszych plików, nieobsługiwanych przez X? No to on jeszcze sprawdzi.

Kolejna seria ciszy przerywanej chrząkaniem, gapieniem się w task managera i klikaniem bez celu. Diagnoza numer dwa:

"Bo masz za dużo zainstalowanych aplikacji i system nie chce przyjąć więcej, więc trzeba zresetować komputer i jeszcze raz uruchomić skrypt".

Aha. No to jest nowość, że mając 2/3 dysku wolne, można mieć w Windowsie coś takiego, jak zbyt wiele aplikacji. A ja nie lubię być robiony w konia. Kolega hindus został zatem zjechany do ziemi w krótkich, żołnierskich słowach, po czym kazałem mu wpisać jego dostęp administracyjny tam, gdzie tego potrzebowałem (czyli do wywalenia uszkodzonej instalacji), i spadać na bambus, bo może chociaż na tym się zna.

I w sumie nie byłoby problemu, gdybym mógł sobie zamówić adminowski dostęp z uzasadnieniem "bo rozmawianie z hindusami z helpdesku, powoduje rozstrój nerwowy", ale to raczej nie przejdzie, więc jak instalacja się znowu wykrzaczy, to pewnie znowu będę musiał się z idiotami użerać i robić wszystko za nich...

call_center IT

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (197)

#76331

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiła się historia piekielni.pl/76326 o panu, który jadąc bez oskrobanych szyb wjechał w inne auto. Nijak go nie bronię, ale chciałem skomentować temat od strony piekielnych przepisów.

Zima jaka jest, każdy widzi. Śnieg, szron i zamarzająca para wodna. Wychodzimy z domu rozgrzani, szarpiemy się ze skrobaczką, więc możemy się odrobinę spocić, wsiadamy do auta, które w wielu przypadkach najmłodsze nie jest. Odpalamy je, włączamy nawiew, klimatyzację (o ile takowa na wyposażeniu jest) i czekamy sobie spokojnie, aż przestaniemy parować i będziemy mieli dobrą widoczność przez szyby. Prawda?

Otóż nie, bo jeśli w trakcie takiego czekania, aż para wodna przestanie się skraplać i zamarzać na zmrożonych szybach możemy dostać mandat za postój z włączonym silnikiem przez ponad 1 minutę. Bo to nieekologiczne.

I teraz pytanie - co jest większym zagrożeniem - emitowanie przez kilka minut spalin na biegu jałowym, czy jazda z białymi (od środka!) szybami, przez które prawie nic nie widać? :)

EDIT:

Ok, widzę, że niektórzy mają problemy z czytaniem ze zrozumieniem. Nie sugeruję, że dobrym pomysłem jest jeżdżenie z zaparowanymi/zaszronionymi OD ŚRODKA szybami, tylko że przepisy zakazujące pracy silnika, który umożliwia pozbycie się tego, co odkłada się OD ŚRODKA na szybach są piekielne...

prawo samochody

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (285)

#75965

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia sprzed wielu, wielu lat, bo szkolna. I krótka.

Mieliśmy nauczycielkę, która miała totalnego hopla na punkcie narkotyków. Widziała je wszędzie. Alergik miał zaczerwienione oczy? Na pewno jarał w łazience. Ktoś był przeciążony, źle się czuł i siedział osowiały albo opierał się nienaturalnie o ścianę? Brał coś i jest odurzony, policję wzywać!

Ile to akcji z pogadankami z policją, ile wizyt z psami szkolonymi do szukania dragów i ile innych takich wydarzeń zorganizowała - policzyć się nie da. Kobieta z misją. Często upierdliwą, bo ludzi, którzy faktycznie ćpali nigdy nie nakryła, a obrywało się niewinnym, ale chciała dobrze.

Skończyło się to z dnia na dzień. W dniu, w którym policja zgarnęła z ulicy jej nieprzytomnego od przedawkowania syna.

szkoła narkotyki

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 216 (278)

#74657

(PW) ·
| Do ulubionych
Duży, zachodni, europejski kraj. Technik z zewnętrznej firmy przychodzi do placówki naprawić laserową drukarkę wielofunkcyjną, czyli taką połączoną ze skanerem. Urządzenie samodzielnie zdiagnozowało sobie problem i poinformowało "uszkodzenie lampy skanera".

Technik przybył, wymienił laser w drukarce, stwierdził, że skaner nadal nie działa i osobom, które go tam zawezwały zaordynował wymianę całej drukarki. Rzecz jasna sprawa obije się o jego przełożonego, będą musieli pójść jeszcze raz, zwrócić koszty wymienionych bez sensu części, ale i tak i my i nasz klient tracimy przez takiego matoła czas...

branża IT technicy

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (177)

#73976

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia pewnej bardzo krótkiej, acz burzliwej współpracy.

Dnia pewnego moja znajoma wrzuciła na mordoksiążkę informację, że jeśli ktoś chce pojeździć sobie elektrycznym bmw i do tego zarobić, to żeby się odezwał. Uwielbiam samochody, więc zainteresowałem się tematem. Okazało się, że kwestia polega na wożeniu gości festiwalu fotograficznego reklamową i3-ką dostarczoną przez sponsora. W zasadzie zrobiłbym to za darmo, bo raz, że dla koleżanki, dwa, że można sobie fajnym i ciekawym samochodem pojeździć, ale pieniądze były proponowane - nie jakieś wielkie, nie głodowe, ot, stosownie do fuchy na weekend.

Jako że pracę mam, a zlecenie obejmowało też piątek - dorzuciłem do projektu swoją małżonkę, równie świrniętą na punkcie samochodów co ja. Dla nas obojga cały weekend był po prostu fajną zabawą.

Gdzie piekielność?

1. Zrzucenie na nas odpowiedzialności.

Jestem pracownikiem, ale też i prowadzę rekrutacje, decyduję o zatrudnianiu ludzi i wiem, jak wygląda porządnie przygotowany proces HR-owy, wiem też jak są konstruowane umowy. W naszym przypadku zostaliśmy na miejscu poinformowani, że mamy sobie jechać do dealera i odebrać samochody - na miejscu trzeba było podpisać lojalkę, że samochód zostanie zwrócony w stosownym stanie, inaczej kara umowna. Kara umowna obejmująca osobę podpisującą się pod dokumentem, a nie pracodawcę.

2. Organizacja

Dowóz miał być z punktu A do punktu B i z powrotem, gdzie punkt A to zamknięty dla ruchu obszar centrum, a punkt B to wyłączony z punktu obszar prywatny należący do pewnego popularnego obiektu handlowo-rozrywkowego. Odnośnie punktu A w dniu zaczęcia zlecenia okazało się, że władze zażyczyły sobie dużych pieniędzy, więc punkt A przesunął się ulicę dalej - resztę szacowni goście mieli robić z buta. Władze prywatnego terenu w punkcie B nie słyszały nic o tym, że ktoś w ich dziale marketingu na cokolwiek się umawiał i wywaliły nas również ulicę dalej - gdzie pies z kulawą nogą się naszym projektem nie interesował. W sumie mało mnie obchodziło ile osób faktycznie się tym zainteresuje, no ale pojeździć bym pojeździł, a tu nic...

3. Dodatkowe obowiązki

Na dzień dobry osoba zajmująca się kierowcami wcisnęła mi plik ulotek i stwierdziła, żebym biegał za ludźmi i ich z tymi ulotkami namawiał. W 30-stopniowym upale. Uprzejmie stwierdziłem, że ogłoszenie koleżanki traktowało o byciu kierowcą, a nie ulotkarzem, więc na tego typu pracę się nie piszę. Nie naciskała, więc sprawa się rozmyła. Ulotki leżały w samochodzie, kto się zainteresował, ten dostawał.

4. Umowa

No cóż, zostaliśmy dorzuceni do projektu dosłownie na 2 dni przed faktem, więc umowy nikt nie przygotował. Nikt też o niej nie słyszał. Na pytanie o takową usłyszałem rzucone obrażonym tonem "ależ oczywiście, że będzie, nikt tu nic pod stołem nie wypłaca, co mi tu insynuujesz". No... nic nie insynuuję, zauważam brak świstka i tyle. Nieważne, robota po znajomości, najwyżej koleżankę przycisnę.

Post factum dostałem maila z prośbą o zeznanie podatkowe moje i małżonki - czy pracują, czy działalność prowadzą, jakie umowy, czy bezrobotni, takie tam. Wypełnione, wysłane. Po kilku dniach mail - umowa jest. Jedna. Na mnie. Bo jakby zrobili jedną na mnie, a drugą na żonę, toby się czegoś tam nie dało rozliczyć, albo by było za mało, żeby gdzieś wykazać. Dużo tłumaczenia dziwnej treści. Machnąłem ręką - w sumie zapłacą i tak całą kwotę, fiskus i tak swoją dolę weźmie od całej kwoty, a ja się z lepszą połówką rozliczę poza tym całym burdelem, tym bardziej że mówimy o kwotach poniżej pół tysiąca brutto.

Mail twierdził też, że księgowość jest otwarta w godzinach 8-16, co mi bardzo pasowało, bo ja pracuję 9-17 i nie miałem ochoty niczego przestawiać tylko dlatego, że ktoś nie wpadł na przygotowanie tego, co do niego należy, w stosownym terminie. I tu dochodzimy do...

5. Kontakt

Przybyłem na miejsce, pukam do drzwi, nikogo nie ma. Zaspana białogłowa wychyla się z pokoju obok i po chwili rozmowy informuje mnie, że jak tam 3 lata siedzi, tak nikogo w księgowości przed 9 rano nie widziała. Aha. Fajnie. SMS do niewiasty koordynującej naszą współpracę poszedł. Był to poniedziałek.

Środa: dzwonię do rzeczonej niewiasty - nie odbiera. Przysyła SMS-a - na spotkaniu jest. Dzwonię 2h później - SMS: na spotkaniu jest, oddzwoni. Bardzo długie to spotkanie musi być, bo po dziś dzień nie oddzwoniła - a mówimy o poniedziałku i środzie w zeszłym tygodniu. Wysłałem uprzejmego SMS-a punktującego co od początku z tą współpracą było nie tak i zapytałem, czy mam sprawą zainteresować skarbówkę i ZUS. Pytanie pozostało bez odpowiedzi po dziś dzień.

Chwila obecna:

Wczoraj zadzwoniłem do koleżanki, która nas do interesu zwabiła. Nieco niesprawiedliwie wyładowałem na niej złość - jak się potem okazało, już zakończyła współpracę z tym grajdołkiem. Cóż, mój błąd, przeprosiłem. Niemniej załatwiła kontakt ze strony księgowej, w dniu dzisiejszym temat zamknąłem i tylko drobny niesmak po całej hecy pozostał.

praca festiwal

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 203 (231)

#73170

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj piekielność z pięknego miasta, jakim jest Łódź.

Jest sobie w Łodzi osiedle o nazwie Karolew. Na tym osiedlu pewna organizacja społeczników zaprojektowała rozwiązania uspokajające ruch - skrzyżowania równorzędne, poduszki berlińskie, więcej zieleni itd.

Niewdzięczni mieszkańcy jednak nie docenili tego, że zamiast mieć jedną, główną ulicę przelotową przez osiedle muszą się co chwila zatrzymywać i niszczyć zawieszenie na poduszkach. Zgłosili w urzędzie miasta protest - oni nie chcą nowej organizacji ruchu i innych pomysłów społeczników.

Teraz, po długich negocjacjach, nowa organizacja ruchu została wypracowana przez urzędników do spółki z mieszkańcami i niedługo zacznie się przebudowa (głównie zmiana oznakowania i usunięcie większości spowalniaczy). Oczywiście wszystko na koszt podatnika.

Gdzie piekielność? Społecznicy, chcąc (podobno) zrobić ludziom dobrze, wydali pieniądze podatników na swój projekt, nie konsultując go praktycznie z mieszkańcami, a teraz przez nich po raz drugi zostaną wydane pieniądze podatników, bo pomysł okazał się, delikatnie mówiąc, nietrafiony. Do tego taka sama sytuacja jest na kolejnych 2 osiedlach w Łodzi, trzeciemu zagraża ten sam los w ramach Budżetu Obywatelskiego.

No ale przecież to nie fundacje społeczników płacą, prawda? :)

miasto społecznicy marnowanie pieniędzy

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (198)

#73145

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia warsztatowa.

Okazało się, że żeby mi samochód przeszedł przegląd, trzeba wymienić belkę tylnego zawieszenia - zgniło jej się, nie wiedziałem o tym. No OK, wymieniona. Niestety, warsztat, który ją wymieniał, nie ma sprzętu do ustawiania zbieżności, więc zrobili "na oko", toteż na stacji kontroli pojazdów połączonej z warsztatem umówiłem się na sobotę rano, że najpierw mi tę geometrię zawieszenia ustawią, a potem zrobią przegląd. Nawet nie pytałem o koszty - po prostu umówiłem się najbliżej jak się da (jakieś 200 m od domu).

Przyjeżdżam na umówioną godzinę, wchodzę do części warsztatowej - panowie zdziwieni, nic nie wiedzą o żadnej zbieżności, szefa nie ma, pojechał po części. Aha.

Wchodzę do części diagnostycznej - facet mówi, żebym po aktualnym kliencie wjechał, on zrobi przegląd i już wklepie w dowód, a ja sobie zbieżność załatwię za chwilę. OK. Po skończeniu przeglądu okazało się, że nie mają terminala, więc pojechałem szybko do bankomatu i z powrotem. Gość przyklepał, w międzyczasie wrócił szef.

"No fakt, miał pan być rano... to wie pan, zjedzie ten samochód z diagnostyki i panu zrobimy".

Pokręciłem się nieco i przyszło mi do głowy zapytać, ile ta zbieżność kosztuje, bo niby wziąłem pieniądze z tego bankomatu, ale może za mało? Odpowiedź udzielona tonem absolutnej wyższości brzmiała: "Stówka. Nie mam ambicji być najtańszym mechanikiem w okolicy". Drugi zgrzyt. Nie pytałem, bo liczę każdą złotówkę na bułki w spożywczaku, tylko żeby wiedzieć, czy mi gotówki starczy. No ale OK.

I w tym momencie facet przywalił trzecim zgrzytem. Zerknął za okno i mówi mi: "O, kolejny na diagnostykę czeka. No to pan sobie poczeka po nim, bo diagnostyka ma pierwszeństwo u nas". Czyli gość umówił się na 9.30, o 10.20 był z powrotem, kazał mi czekać aż skończą aktualnego klienta, a potem mnie sobie radośnie zepchnął w kolejności za kogoś, kto wszedł z ulicy. Wkurzony zadzwoniłem do sprawdzonego warsztatu kilkanaście kilometrów dalej i umówiłem się na tę samą usługę 2 dychy taniej. Zrobione bez problemu w umówionym terminie.

mechanik

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 224 (250)

#72700

(PW) ·
| Do ulubionych
Jako że poprzednia historia o cudach z hindusami na helpdesku IT się przyjęła, to mam jeszcze jedną perełkę.

Nocna zmiana. Okolice 4.30 czy tam 5.30 rano - czas, kiedy te patałachy przychodzą do pracy. Dzwoni telefon, odbieram - Indie. No trudno, to o tej porze norma.

Czego chce nasz delikwent? Sprawdzić kilka zgłoszeń. No to sprawdzam - pierwsze, co się z nim dzieje, kiedy będzie rozwiązane. Drugie - to samo. Trzecie. Czwarte. Piąte. Dziesiąte.

I w tym momencie coś do mnie dotarło. Gość sprawdzał zgłoszenia z jednej, bardzo specyficznej lokalizacji. Specyficznej, bo mającej własny helpdesk... Zapytałem zatem, czy jest członkiem tego helpdesku. Potwierdził. Zapytałem zatem, dlaczego mając dostęp do systemu zgłoszeń sam nie otworzy tego, co chciał sprawdzić, i nie przeczyta co tam jest. Po dłuższej i kompletnie bezsensownej przepychance słownej stwierdził, że już mi dłużej nie da rady życia zatruwać i się rozłączył.

Do tej pory w sumie nie wiem, czy wynikało to z kompletnego braku myślenia, czy złośliwości. Znając hindusów, prawdopodobnie to pierwsze...

call_center hindusi IT

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (223)

#72882

(PW) ·
| Do ulubionych
O pewnym braku przytomności i rozeznania w prawie kraju, w którym się przebywa.

Przyjechało do Polski dziewczę z drugiego końca świata. Dosłownie. Studiowało sobie, ale postanowiło też dorabiać. Młode, niedoświadczone, ale trafiło dobrze, do dużej korporacji, krzywda jej się nie działa - zero nadgodzin, zero mobbingu, a jako, że zna egzotyczny język, to jeszcze niezłe pieniądze.

Niestety, dziewczę nie uznało za stosowne dowiedzieć się jakie prawa i obowiązki spoczywają na pracowniku w państwie nad Wisłą. I tak pewnego dnia, będąc zagrafikowana na 9 rano, zadzwoniła o 11, że ona się nieco spóźni, bo jeszcze psa wyprowadza. Regularnie zresztą spóźniała się po kilka godzin, bo zapomniała nastawić budzika, bo była zmęczona, bo nie chciało jej się wstać.

Hitem jednak była jedna z ostatnich akcji, zanim firma się z nią pożegnała. Zadzwoniła, że jest chora i kilka dni jej w pracy nie będzie. Przełożona, znając już jej pomysły, uprzedziła ją o konieczności uzasadnienia nieobecności odpowiednią dokumentacją. Wróciwszy do biura, panna przyniosła... paragon z apteki. Była bardzo zdziwiona, że to nie jest wystarczający dowód na bycie chorym.

pracownik obcokrajowiec prawo

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 355 (379)