Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Grav

Zamieszcza historie od: 18 stycznia 2013 - 8:41
Ostatnio: 3 sierpnia 2021 - 10:45
  • Historii na głównej: 41 z 42
  • Punktów za historie: 7831
  • Komentarzy: 1016
  • Punktów za komentarze: 8470
 

#72521

(PW) ·
| Do ulubionych
Drobna piekieność z czasów, gdy parałem się uczeniem ludzi.

Uczyłem pewną licealistkę mieszkającą w blokowisku z parkingiem oddzielonym od ulicy szlabanem. Jako, że jej rodzina posiadała samochód, który częściej był z jej ojcem za granicą, niż w kraju, dostałem kod do szlabanu, żeby sobie wygodnie parkować. Starałem się zajmować dalsze miejsca, niedaleko ulicy, żeby mieszkańcom nie przeszkadzać.

Pewnego dnia wyjeżdżając zostałem zatrzymany przez stojącego na drodze starszego pana. Wywiązała się krótka rozmowa:
- Czy pan tu mieszka?
- Nie.
- To jakim prawem pan tu wjeżdża?
- Bo mieszkaniec, który samochodu nie ma, a któremu miejsce na parkingu przysługuje, pozwolił mi ze swojego miejsca skorzystać.
- Ale tak nie można! Tylko mieszkańcy mogą tu parkować! Proszę mi powiedzieć kto pana wpuścił.
- Yyy... nie?
- To poproszę pańskie nazwisko. Ja to zgłoszę!~
- Yyy... też nie?
- To ja zgłoszę pańskie tablice!

W tym miejscu zaczął robić autku zdjęcia, na szczęście usuwając się nieco na bok przy okazji, więc po prostu wsiadłem i odjechałem. Przez długie lata, które od tamtego czasu minęły, jakoś policja nie zapukała do mych drzwi, żeby w kajdanach odprowadzić mnie przed oblicze sprawiedliwości, więc, jak mniemam, zgłoszenie sprawy, gdzie trzeba, niewiele dało...

parking sąsiad

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 209 (229)

#72323

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak czytam różne historie o tym, jaki to ludzie mieli strasznie ciężki start w życiu, jak to w kolejnych pracach nimi pomiatali czy pomiatają, jak to z szefostwem nigdy nie da się dogadać, jak to w tym kraju nie da się zarobić, itd, itd.

Mam 28 lat i od ponad 5 spłacam 60 tysięcy długów, których się nawarstwiło gdy ratowałem rodziców przed bankructwem po tym, jak mocno się przeliczyli z kilkoma biznesami, które próbowali ciągnąć. Obiłem się w życiu o komorników, został mi jeszcze rok spłacania do wyjścia na prostą, a banki jeszcze długo nie będą pewnie chciały ze mną rozmawiać o pożyczkach :)

Przez studia na filologii angielskiej (swoją drogą fatalny wybór studiów - trzeba było się przemęczyć i iść na informatykę) łapałem różne prace, szkoły językowe, tłumaczenia, korki prywatnie, nawet bileter w kinie przez któreś wakacje. Nawet jest o tym trochę historii na piekielnych, jeśli to kogoś interesuje.

Natomiast ostatecznie poszedłem po prostu do korpo. Robota wcale nie była lekka, zdarzało się dużo nadgodzin (rekordem było 96 w jednym kwartale, z czego jakieś 2/3 to te płatne 200% - dodatkowe dni pracy), praca była słuchawkowa i bywało tak, że się siedziało po kilka godzin kamieniem, bo się najzwyczajniej w świecie nie dało między dzwoniącymi ludźmi wbić na przerwę.

Ale pensja była na czas, nikt nikim nie pomiatał, nikt nikomu nie podkładał świń, a przede wszystkim robiąc w spokojniejsze dni dodatkową robotę (nieodpłatnie) można było nauczyć się dość, by zostać wypuszczonym na rozmowę kwalifikacyjną na wyższą pozycję.

I tak oto siedzę w tej firmie kolejne lata, 2 razy już sobie awansowałem, zarabiam dość, żeby przy w miarę skromnym życiu utrzymać siebie, swoją żonę i ewentualne potomstwo (choć żona pracuje, dzięki czemu aż tak bardzo liczyć każdego grosza nie trzeba), a jednym wymogiem na początku był komunikatywny angielski, który powinien być standardem u każdego, kto kończy liceum w tym kraju.

Zastanawiam się zatem - skąd się bierze to, że z jednej strony wszyscy narzekają jak to w tym kraju nie ma pracy, a jak już jest to niepewna, że pomiatają, że głodowe pensje i inne takie, a tymczasem w naszej robocie brakuje spokojnie setki ludzi, z czego przynajmniej 1/3 tylko z angielskim? Przy warunkach finansowych pozwalających parze pracującej u nas na podstawowych stanowiskach z dodatkiem za jakiś język spokojnie kupić niewielkie mieszkanie na kredyt! I to w biednym ponoć mieście włókienniczym...

W innych branżach w sumie jest podobnie - rozmawiałem ostatnio z szefem zakładu, w którym robiłem kilka rzeczy przy samochodzie. Facet narzekał, że znaleźć mechanika, który cokolwiek potrafi, to cud, ale on już nawet przyjmuje żółtodziobów po szkole i robi z nimi na początku, i nawet takiemu potrafi płacić ponad 4000 brutto, przy czym ma taki nawał zleceń, że nadal mu się to opłaca. I ciągle mu brakuje pracowników, mimo wszystko.

praca

Skomentuj (77) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (316)

#72664

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna, wiekowa historyjka z branży IT. Tym razem o matołach w Indiach. Ale na początku będzie nieco teorii.

Istnieje sobie używane przez wiele korporacji rozwiązanie do wysyłania poczty w Outlooku zwane serwerem exchange. Oprócz różnorakich cudownych zastosowań, ma funkcję pozwalającą automatycznie odesłać wiadomość osobie, która napisała nam maila w okresie, gdy jesteśmy na urlopie. Możemy w takiej wiadomości zawrzeć, przykładowo, informację kiedy wracamy i kto nas zastępuje. Tyle teorii.

Zadzwonił pewnego piątku jegomość twierdzący, że sobie ów system ustawił, ale nie działa. Wysłałem mu testowego maila - fakt, nie działa. Łączę się, standardowe "wyłącz-włącz", nadal niet. Odpalam jego konto bezpośrednio na serwerze, "wyłącz-włącz" - też nie. No to logujemy do ludzi odpowiedzialnych za te serwery, niech się oni biedzą, pana zapewniłem, że do poniedziałku powinno banglać.

Godzinę później dostaję zgłoszenie z powrotem - powód zwrotki "proszę sprawdzić bezpośrednio na serwerze". Noż k... odsyłam z jadowitym "jeśli sprawdzicie zawartość zgłoszenia, to dowiecie się, że to już zostało zrobione".

Godzinę później przychodzi zwrotka "proszę spróbować wyłączyć system i ustawić powiadomienie ponownie". No nie no, przecież ja tego wcale nie próbowałem zrobić i absolutnie nie opisałem tego w zgłoszeniu... puściłem im ponownie.

W poniedziałek dostałem zwrotkę... "proszę sprawdzić bezpośrednio na serwerze". No OK, czyli debile nie czytają nawet tego, co sami wysłali.

3 dni i 2 skargi do przełożonych na pracę jełopów w Indiach później okazało się, że poprzednie ich pomysły na pozbycie się problemu były niczym wobec maestrii głupoty zaprezentowanej przez kolejnego sympatycznego Rama Krisznę. Otóż gość odesłał tekst "zgodnie z życzeniem WYŁĄCZYLIŚMY automatyczne odpowiedzi na koncie użytkownika".

Restart mózgu... ale zaraz, jak to WYŁĄCZYLIŚCIE?!? Przecież nie o to chodziło. Okazało się jednak, że tak, wyłączyli, i że w sumie to wiadomość użytkownika zaginęła bezpowrotnie.

Zgadnijcie, kto musiał tłumaczyć się przed przełożonym użytkownika, żeby wydębić informację kiedy gość wraca z urlopu i co mu tam ustawić? :)

it praca indie

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (259)

#71601

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewna historia przypomniała mi podobny, choć o wiele bardziej hardkorowy przykład robienia lokatora w konia.

Pewna osoba wynajmowała jednopokojowe mieszkanie w kamienicy. Początkowo bez wygód - kibel i umywalka na korytarzu, prysznica brak. Cała infrastruktura została dobudowana, powstała toaleta, zlewo-umywalka i prysznic.

Po jakimś czasie osobie wynajmującej mieszkanie obok się zmarło. Najemca mieszkania pierwszego "dowynajął" drugie, odgrodził sobie końcówkę korytarza i miał 2 pokoje + przedpokój, podpisując jedynie aneks do istniejącej umowy wynajmu.

Po kilkunastu latach okazało się, że administracja podniosła standard mieszkania przy dodawaniu drugiego pokoju, wrzucając w skład lokalu toaletę i prysznic, w których instalacji nigdy nie partycypowała. Teraz urzędnicy idą w zaparte, licząc na to, że lokator nie ma dokumentów - a ma, i to takie sprzed kilkudziesięciu lat.

Sprawa w sądzie.

administracja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 244 (264)

#71275

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie któtkie przemyślenie o piekielności socjalizmu.

Kilka dni temu przegłosowana została w naszym kraju ustawa "500+". 500 zł na drugie i kolejne dziecko.

Czemu uważam to za piekielne? Ano dlatego, że taka zapomoga tak naprawdę nie poprawi dzietności, bo wcale nie poprawi sytuacji finansowej większości społeczeństwa. Czemu?

Rząd przedstawił oficjalne szacunki, że do obsługi programu 500+ potrzeba będzie około 7000 urzędników. Dodatkowych w stosunku do już istniejących. Załóżmy dla uproszczenia, że urzędnik taki zarobi średnio 3500 zł brutto. Łączny koszt wynagrodzenia takiego pracownika to ponad 4200 zł. Pomnożone przez 7000 i przez 12 miesięcy daje nam to kwotę...

352.800.000 zł.

Trzysta. Pięćdziesiąt. Trzy. Miliony. Złotych. Taki jest koszt wydania w ciagu roku 500 zł każdemu drugiemu i kolejnemu dziecku.

Jeśli prawdą jest, że koszt programu dla budżetu to 20 miliardów, to mówimy o około 2% kosztów urzędniczych. Niby niedużo, ale administracja państwowa ma to do siebie, że zwykle z czasem rośnie i potrzebuje coraz więcej pieniędzy. Poza tym, ta mała armia urzędników potrzebna do obsługi programu to nie wszystko - żeby uzyskać te pieniądze w ramach podatków, trzeba kolejne armii urzędników w skarbówce. Koszty programu mogą więc wynosić spokojnie 2x więcej, niż w deklaracjach rządu, już w momencie wprowadzenia.

Czemu to wszystko jest piekielne? Przecież powstają miejsca pracy w budżetówce, ludzie dostaną pieniążki na dzieci, wszyscy będą szczęśliwi, prawda?

Otóż piekielne jest to, że po pierwsze ludzie dostaną WŁASNE PIENIĄDZE łaskawie rzucone jako ochłap przez aparat państwowy. Po drugie, piekielne jest to, że każde wydane ludziom 500 zł będzie kosztować podatnika daleko więcej (mówi się nawet o 700zł na każdą wypłatę). Piekielne jest wreszcie to, że gdyby rząd przestał w końcu podnosić podatki i wydawać je na socjal, to ludzie mogliby za swoje pensje kupić więcej. Więcej jedzenia, paliwa, usług. Te pieniądze, zamiast trafić do budżetu, trafiłyby do biznesu, od którego zostałby zapłacony kolejny podatek. Biznes, oprócz opłacenia podatków, mógłby dokonać inwestycji, stworzyć miejsca pracy, zakręcić kołem zamachowym gospodarki.

Ale nie, lepiej podnieść akcyzę na piwo w trosce o pijące zbyt wiele społeczeństwo i oczekiwać wzrostu przychodów budżetu, a potem dziwić się, że te przychody nie wzrosły, po raz kolejny już zresztą.

Nie zrozumcie mnie źle - nie jestem ani zwolennikiem ani przeciwnikiem PiSu. Niektóre zmiany, które wprowadzają, mają sens, niektóre są głupie. Niektóre zmiany, które wprowadzało PO za swoich rządów miały sens, inne były głupie.

Nie rozumiem natomiast owczego pędu społeczeństwa do tego, żeby rząd rozdawał im ich własne pieniądze. Nie rozumiem wdzięczności za to, że te pieniądze, które sami tam wpompowaliśmy, dostajemy z powrotem do ręki i się z tego cieszymy. Nie pojmuję.

ustrój socjal rząd urzędy

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 241 (339)

#70912

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się zamierzchła przeszłość o nazwie listopad roku 2012. Mało brakowało, a rozpocząłbym wówczas współpracę z pewną szkołą językową - drobne zawirowania wokół umowy umożliwiły mi szybkie wymiksowanie się z interesu i podjęcie normalnej pracy, w oparciu o umowę o pracę, dosłownie 2 tygodnie później.

Jakie to były zawirowania?

1. Pierwsze zajęcia miały odbyć się na koniec października. Dosłownie 2 lekcje. Wzór umowy do wydrukowania, podpisania, wysłania do firmy w innym mieście, oraz do zwrócenia mi po podpisaniu przez nich wysłali do mnie 26 października. No nie było opcji, żeby przed tymi zajęciami mieć umowę w ręku. Z przykrością zawiadomiłem, że nie zamierzam jechać do pracy na czarno, jak się nie ogarnęli z papierkologią przed rozpoczęciem zlecenia, to ich problem.

2. Zapisy w umowie. Tych było kilka, naprawdę wesołych.

a) Oprócz umowy był formularz zlecenia - czyli jaka grupa, gdzie, kiedy, o której, jaki zakres materiału, etc. Żeby dostać pieniądze, należało podpisany formularz dostarczyć do siedziby firmy na 7 dni przed rozpoczęciem zajęć. Dla przypomnienia - papiery do wydruku dostałem w przeddzień pierwszych zajęć...

b) Umowa w nagłówku miała zapis, że obowiązuje od 1 listopada. Dla przypomnienia - pierwsze zajęcia miałem przeprowadzić w październiku. Chcieli, żebym je rozliczył jako listopadowe.

c) Zapis w umowie, tu cytat: "Opóźnienie w wypłacie wynagrodzenia przez Zleceniodawcę w żaden sposób nie zwalnia Zleceniobiorcy z pełnego wywiązywania się z postanowień niniejszej umowy." Czyli w sumie mieliśmy płacić co miesiąc, ale zapłacimy za 3 lata, ale jak nie wykonasz zlecenia, to cię pozwiemy.

d) Kara za uczenie uczniów szkoły poza szkołą - bagatela 10.000 zł. Nie wiem, czy w ogóle tyle bym zarobił przez rok prowadzenia tych 3 kursików, które chcieli mi dać...

e) Na koniec perełka - na koniec współpracy miałbym zwrócić wszystkie otrzymane materiały i dokumentację współpracy. Kopie też. Czyli gdyby nagle stwierdzili, że coś im się nie zgadza i nie zrobiłem 10% zlecenia, to nie miałbym jak się bronić - w końcu wszystkie dokumenty u nich.

Ostatecznie w listopadzie, nie mając jeszcze umowy (ale mając pisemne potwierdzenie, że wszystko wyprostują i wypłacą to, co klienci podpiszą) przeprowadziłem jakieś wstępne zajęcia, a następnie otrzymałem o wiele lepszą propozycję i ulotniłem się po angielsku. Sytuacja była o tyle korzystna, że umowa musiała być na piśmie, podpisana przez obie strony, pod rygorem nieważności, czyli mogli mnie pocałować w odwłok. Nie chciało mi się już kłócić o wypłatę niecałej stówy, którą u nich "zarobiłem", wolałem mieć święty spokój z prawnego punktu widzenia.

szkoła_językowa

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 207 (221)

#70471

(PW) ·
| Do ulubionych
Z przyczyn losowych przyszło mi ostatnio na szybko kupić samochód. Zakup nawet udany (oczywiście, jak to w taniej używce, sporo do zrobienia, ale przynajmniej wiedziałem dobrze na co się piszę), czas przerejstrować i zapłacić państwu daninę od czynności cywilno-prawnych.

O ile w wydziale komunikacji wszystko poszło sprawnie i szybko, a za wydanie dokumentów i blach zapłaciłem wygodnie kartą, o tyle w skarbówce już tak różowo nie było. Nie to, żeby terminala do kart nie mieli - był, jak najbardziej. Problem w tym, ze nad tym terminalem wisiał ogromny szyld stwierdzający, że płatności kartą są traktowane jak wypłata w placówce obcego banku. Cóż, horrendalnej prowizji płacić nie zamierzam, więc polazłem ulicę dalej do najbliższego bankomatu.

I tylko nie za bardzo rozumiem - czemu jedna jednostka rządowa może mieć terminal do kart, obsługiwać setki transakcji dziennie i iść petentom na rękę, a druga zatrzymała się gdzieś w okolicach lat 90"?

urząd_skarbowy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (266)

#70018

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie wiem, czy to piekielność, czy już proza życia.

Byłem jakiś czas temu w podróży służbowej. Wracałem samolotem do Warszawy, z niej zaś pociągiem do rodzinnego miasta. Pociąg z numerowanymi miejscami, więc nie mógłbym przesiąść się w inny, a do tego nieco ponad godzinę od dolotu. No ale przecież zdążę, nie?

No niestety, samolot wylądował z opóźnieniem, bagaż wyładowywali nieznośnie wolno, przegapiłem pociąg miejski. Trudno, lecimy na postój taksówek.

Taksówkarza poprosiłem grzecznie, żeby wbił gaz do dechy, bo mi pociąg zwieje. Po drodze poinformowałem go również, że będzie mi potrzebny paragon do rozliczenia kosztów taksówki w ramach podróży służbowej. Pan złotówa faktycznie docisnął samochód, przekroczył prędkość o 20km/h i tak oto na dworzec dojechaliśmy z kwadransem w zapasie.

W tym momencie facet wyskoczył ze swojego rumaka jak oparzony, podniósł maskę i zaczął coś grzebać. Wyszedłem za nim pytając, czy coś jest nie tak - okazało się, że "przepalił się" bezpiecznik od taksometru. Trzeba będzie pisać. A skoro trzeba pisać, to... panie złoty, jak tu przekraczam, ryzykuję dla pana złotego mandat, to ile piszemy?

Zrobiłem szybki rachunek sumienia - moja firma za ten wyjazd nie płaci, płaci oddział, który do nas projekt przerzuca, a oni swoim pracownikom płacą na wyjazdu służbowe takie pieniądze, że tych kilka złotych zaginie w mrokach dziejów, do tego nie mam czasu się kłócić, a już na pewno nie mam czasu czekać na policję. Werdykt? A pisz pan co chcesz, byle by się mieściło w granicach zdrowego rozsądku.

Pan złotówa był rozsądny - dobił sobie raptem 11 zł. Jakieś 1/3 rachunku.

Dziś, natomiast, przypomniał mi tę historię facet w innym kraju, podczas mojej innej podróży służbowej. Z lotniska, według map, jest jakieś 20-25 km do hotelu, w którym jestem. Według faceta, który mnie tu odstawił, jest jakieś 40-45. Według recepcjonisty, normalna opłata z lotniska w tę okolicę to jakieś 50 euro. Według pana taksówkarza 100.

I to nie chodzi o to, że mi się stała jakaś krzywda. Ja to rozliczę w kosztach podróży i mi nie ubędzie. Firmie, która za to płaci, też - to nie są dla nich nawet drobne na waciki, przy skali projektu, którym się zajmujemy. Gorzej, jakby trafiło na jakiegoś biednego turystę, który nie zna języka, nie wie jak walczyć o swoje, i właśnie, powiedzmy, 1/10 jego budżetu na zwiedzanie poszła szukać panien lekkich obyczajów, bo tutejszy taksiarz dorabia na naiwności obcokrajowców.

zagranica taksówka

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (315)

#69711

(PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiejsze spotkanie po latach przywołało pewne wspomnienie.

Na studiach jeszcze będąc, dorabiałem sobie na korepetycjach i tłumaczeniach. Pewnego dnia od jednego z wykładowców otrzymałem cynk, że jest możliwość dostać umowę o pracę w drugiej z tych branż. Kto w tłumaczeniach siedzi, ten wie, że umowa o pracę to czystej rasy biały kruk.

Zasady były następujące - biuro w mieście obok (jakieś 40 minut pociągiem, + czas z i na dworzec), w przypadku braku doświadczenia - staż.

Doświadczenie miałem (nie jakieś oszałamiające, ale jednak), więc w dość dobrym nastroju powędrowałem na rozmowę kwalifikacyjną. Przeszła dość szybko, bez większych konkretów. Tego samego dnia wieczorem dostaję wiadomość, że jest kilka osób chętnych na jedno miejsce, ja nigdy w większym zespole nie pracowałem, czyli jak dla szefa, to ja nie mam doświadczenia. Mogą mnie wziąć na 3-miesięczny staż bezpłatny i dopiero potem umowa o pracę.

Młody był człowiek, głupi... ale nie aż tak głupi. Stwierdziłem, że jeżdżenie za darmo dzień w dzień do innego miasta i odcięcie się od dotychczasowych zarobków to lekkie samobójstwo, więc wystosowałem kontrpropozycję - pół etatu. Właściciel firmy nosem pokręcił, ale w końcu się zgodził. Do tego w umowie znalazł się zapis, że po około 3 tygodniach (dokładna data była podana) otworzy się filia w moim mieście, więc odpadną koszty dojazdów. Umowa podpisana, szczęściu nie było końca.

Jeździłem więc grzecznie dzień w dzień, aż po 2 tygodniach trafiłem do szefa na dywanik z następującym problemem - pół etatu to za mało, nie wyrabiamy się. Potrzebujemy Grava na etat pełen. No to może połowa długości stażu i umowa? Stoi!

Część dotychczasowych zajęć oddałem dziewczynie, część zachowałem, stwierdziłem, że z tydzień tak pociągnę. No i co? No i filia nie otworzyła się w terminie. No ale moment, ja mam zapis w umowie pod jakim adresem pracuję od kolejnego tygodnia. Po dłuższej pyskówce dostałem laptopa do domu z zapewnieniem, że "jak będziesz już miał umowę o pracę, to nie będzie można takich numerów mi robić". Dobra, dobra, póki co, to nie ja się z umowy nie wywiązałem.

Po tygodniu filia się otworzyła, popracowaliśmy dzień czy dwa i... kontrakt zawieszony. Bo jeden z już zatrudnionych tłumaczy robił niezgodnie z życzeniem klienta. Klient wściekły, chce zerwać kontrakt. Następnego dnia - mamy robić, ale tak, żeby klient się nie kapnął, że nadrabiamy.

W międzyczasie poinformowano mnie, że robię zbyt wiele błędów interpunkcyjnych, że tak być nie może, masz tu książeczkę, doszkol się. 2 dni później wiadomość na mailu, że jednak nie mogą podjąć współpracy. Ta sama wiadomość poszła do jeszcze jednej dziewczyny na stażu. Potem dowiedziałem się, że druga też poleciała tego samego dnia. Ponoć się nie nadawaliśmy.

Być może faktycznie ja, lub moje koleżanki, robiliśmy błędy. Być może się nie nadawaliśmy. Być może. A być może nadgoniliśmy zlecenie i nie byliśmy już dalej potrzebni. Biorąc pod uwagę okoliczności zakończenia współpracy, oraz jednoczesne pozbycie się wszystkich stażystów, a także zamieszczone miesiąc później identyczne ogłoszenie jak to, na które ja się złapałem... cóż, mam pewne swoje podejrzenia.

Ja nie wyszedłem na tym źle. Miałem kolejny papier do CV, odzyskałem od mojej dziewczyny moje zlecenia, wróciłem do spokojnego życia z miesiąca na miesiąc. Ale moje koleżanki nie miały tak fajnie. Jedna rzuciła dla tego stażu pracę, druga miała kompletnie rozsypany grafik na studiach, żeby móc dojeżdżać.

No i taki drobny niesmak pozostał po wykładowcy, który do mojej dziewczyny pisał, żeby mnie motywowała, bo z szefem, a jego kumplem gadał, i że wszystko tak świetnie idzie... na tydzień przed końcem współpracy :)

staż

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 293 (331)

#68556

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja małżonka pracuje w firmie usługowej, obsługującej przez telefon i maile różnych klientów biznesowych.

Akurat jej projekt zajmuje się sprzedażą pewnych preparatów - jej konkretny oddział obsługuje Wielką Brytanię.

Piekielnymi w tej historii są sami wyspiarze. Niepojętym jest jak ogromna ilość tych ludzi to idioci, bez choćby odrobiny ogólnego rozeznania w życiu. Sytuacje opisane poniżej to nie są jednostkowe przypadki - takie historie słyszę praktycznie codziennie.

#1

- Pobraliście mi pieniądze z konta!
- No tak, bo pani zamówiła produkt.
- Ale ja potrzebuję tych pieniędzy!
- No tak, ale jak pani zamawia na stronie produkt i podaje dane swojej karty kredytowej, to my pobieramy pieniądze i wysyłamy produkt.
- Ale ja potrzebuję tych pieniędzy!
- [powtórka z tłumaczenia]
- Ale pani nie rozumie, ja potrzebuję tych pieniędzy!
- No tak, ale już pobraliśmy płatność i towar do pani jedzie, jak dojedzie, to pani może zwrócić i wtedy oddamy pieniądze.
- Ale to były pieniądze z zasiłku socjalnego na moje dziecko i ono nie będzie miało co jeść!

No cóż, gratulacje dla matki roku - wydać pieniądze dziecka na suple dla siebie...

#2

- Zabraliście mi pieniądze z konta, złodzieje!
- Chwila... no tak, zeszła druga rata.
- Jaka druga rata? Ja już zapłaciłem!
- Tak, zapłacił pan miesiąc temu pierwszą ratę w wysokości 25% kosztów produktu. Teraz zapłacił pan kolejne 25%.
- Ale to są moje pieniądze! Złodzieje! Oddajcie mi je!
- Proszę pana. Ile kosztował produkt, który pan nabył?
- 100 funtów.
- A ile pan zapłacił?
- 25 funtów.
- No, a teraz pan zapłacił kolejne 25 funtów. Jeszcze 50 funtów i będzie pan rozliczony.
- Ale to są moje pieniądze!
- Ale pan podjął zobowiązanie finansowe.
- To ja już tego nie chcę!
- W porządku, proszę zwrócić nieotwarte opakowania a zwrócimy pełną kwotę zakupu.
- Ale ja to już zjadłem!
- W takim razie pan musi zapłacić.
- Ale to są moje pieniądze, ja chcę je z powrotem, złodzieje! Ja ZNAM SWOJE PRAWA!

#3

- Nie przyszły mi zamówione produkty [zamówienie powtarzające się samoczynnie]
- Chwila... no tak, nie przeszła płatność.
- Ale jak to?
- Pani karta kredytowa została odrzucona przez bank.
- Niemożliwe!
- [podawanie informacji o karcie, dopytywanie czy nie jest zablokowana, etc]
- Ale to nie jest moja karta.
- Jak to? Taką pani podała przy zamówieniu...
- No tak, ale dostałam nową.
- No... to trzeba to było nam zgłosić...
- No ale po co?

Podsumowując - jeśli Polak cwaniakuje, robi interesy na boku, oszukuje - każdy inny Polak powie o nim "oszust". Brytyjczyk kombinuje 3x bardziej, ale on nie oszukuje - on zna swoje prawa.

Do tego dochodzi kompletny brak zrozumienia dla mechanizmów pożyczki, kredytu, spłaty rat, działania kart kredytowych, blokowania środków na poczet spłaty i takich tam. Oraz ostentacyjne przekonanie o własnej wyższości nad "robolami ze wschodu". Akurat moja żona ma śliczny akcent brytyjski, ale ludzie, po których słychać, często słyszą o sobie różne przykre rzeczy, bo przecież są z tej "gorszej" części Europy ;)

call_center wyspiarze

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 413 (469)