Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GrumpyMatt

Zamieszcza historie od: 17 czerwca 2019 - 12:52
Ostatnio: 24 czerwca 2021 - 13:22
  • Historii na głównej: 21 z 23
  • Punktów za historie: 2664
  • Komentarzy: 52
  • Punktów za komentarze: 173
 
poczekalnia
Historia o naszych szpitalach kochanych. A konkretnie o pewnym radomskim szpitalu na literę T, znanego między innymi z tego że ochrona wywiozła na wózku pacjenta z poczekalni i wywaliła go w krzaki zostawiając go, przez co ten zmarł.
Otóż dość krótko, gdy mój dziadek jeszcze żył, ale już ledwo chodził i potrzebował cewnika dostał sepsy. Zawieziono go właśnie to owego szpitala, gdzie leżał i się kurował. Co jest piekielnością? Przez 2 tygodnie nie obrócono dziadka ani razu (!), przez co zrobiła mu się ogromna odleżyna, gdzie mięso obumarło aż do kości. Po wielu zabiegach chirurgicznych, smarowaniu, opatrywaniu itd zagoiła się po prawie roku, na krótko przed śmiercią dziadka. A dziadka nie obrócono ani razu, bo jak się potem okazało aby panie pielęgniarki robiły to za co się im płaci i zajmowały się członkiem rodziny jak należy to trzeba dać im od 200 do 300 zł pod stołem, o czym dowiedzieliśmy się po fakcie. I żeby nie było, że może zapracowane - nie. Obchód, zajęcie się tymi co zapłacili i fajrancik.
I naprawdę, myślcie sobie co chcecie, że tak nie wolno i tak dalej, ale gdy się o tym wszystkim dowiedziałem to miałem ogromną ochotę przejść się tam i uskuteczniać rękoczyny.

radom

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 57 (59)
poczekalnia

#88168

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jako wspominałem, tak i piszę finale piekielności mojego ojca.
Jak ktoś mógł zauważyć w poprzednich postach, ojciec z matką jest rozwiedziony. Zaczęło się to, jak raz się dowiedziałem jak miałem 2.5 roku gdy moja matka czymś ojca wkurzyła, więc ten poszedł sobie do tirówki. Wybaczyła mu ze względu na mnie, i na to że się kajał, chodził do kościoła i udawał pobożnego. Mijały lata, ojciec na dom dawał średnio 200-300 zł na miesiąc a resztę przepuszczał najpierw na alkohol a potem na głupoty. Matka utrzymywała cały dom, ale ojciec i tak wszystkich maltretował psychicznie jak to my bez niego zginiemy, że tylko dzięki niemu żyjemy i w ogóle to bez niego to nie jesteśmy zbytnio nic warci. No i przy okazji uskuteczniał alkoholizm. Matka siłą go zabrała na terapię i go z niego wyciągnęła, a on żeby się odwdzięczyć zaczął chodzić na panienki. Wyszło to na jaw, raz matka mu wybaczyła ze względu na mojego młodszego brata. "Poprawa" trwała parę miesięcy po czym ojciec znowu zaczął wdawać się w romanse (przy czym liczba mnoga to nie błąd) więc matka zdecydowała że dość tego i wystąpiła o rozwód. Sąd nawet nie miał pytań, miała tyle dowodów że uzyskała go z winy męża już na pierwszej rozprawie z tego co pamiętam (byłem w tym czasie na wymianie na Słowacji). Postawę ojca niech najlepiej zobrazuje sytuacja, gdzie razem z dziadkiem przyłapali go z kochanką na ławce w naszym mieście. Matka już nawet z nim nie rozmawiała, dziadek jeszcze próbował mu przemówić do rozsądku: "Co Ty najlepszego robisz? Zaraz masz 50-tkę, masz żonę, dzieci rodzinę!" Ojciec odpowiedział że "Ma teraz ważniejsze rzeczy na głowie". Po rozwodzie się nie wyprowadził. Dom, ten nieodebrany, jest wspólny więc korzysta z niego jak z hotelu wpadając sobie co jakiś czas. W domu nie robi nic, pełnych alimentów na mojego brata nie płaci, dokłada się tylko jakieś grosze do śmieci twierdząc że nie ma pieniędzy. Co jest wierutną bzdurą, bo nieraz było tak ze twierdził że nie miał pieniędzy a w jego pokoju lub samochodzie leżał drogi ciuszek czy inny prezent dla jednej z kochanek. Nawet przy opale na zimę kupił te niecałe pół tony węgla dopiero, gdy mu zapowiedzieliśmy że będziemy grzać pokoje farelkami a on będzie siedzieć w zimnie, bo nie będzie tak że tylko my będziemy kupować czy zbierać opał. Większość zimy to się grzaliśmy z drewna z remontu mojego dachu. Obecnie matka przerabia na mojej działce budynki gospodarcze na mieszkanie, i zapewne niedługo się wyprowadzi.
Teraz trzeba by wspomnieć o moich relacjach z ojcem.
Otóż, mam zespół Aspergera. Gdy okazało się około 4-tej klasy podstawówki że nie jestem do końca "normalny", ojciec nagle zapragnął mieć drugie dziecko. Niby mnie zapewniają że przypadek, ale jakoś mi sie nie chce w to wierzyć. Całą miłość i uwagę ojciec przeniósł na mojego młodszego brata, mnie traktując nie jak syna tylko jak darmowego robola na którego można zwalić każdą swoją robotę (bo ojciec to leń patentowany) i obiekt na który można nawrzeszczeć jak się jest wnerwionym. Interesował się mną tak bardzo, że gdy poszedłem do technikum dowiedzenie się że chodzę do technikum i gdzie chodzę zajęło mu 3 lata. I to tylko dlatego że musiał mnie raz podwieźć. Gdy jechaliśmy do lekarza który odmówił przyjazdu do dziadka, spytał mnie kiedy mam obronę na podyplomówce. Miałem ją 3 miesiące wcześniej. Nawet na mojej 18-stce partner mojej drugiej babci, który był u nas pierwszy raz spytał, czemu mój ojciec mnie traktuje jak kogoś obcego. Obecnie dużo się nie poprawiło, nadal głównie zachowuje się tak jakby miał tylko jednego syna, czyli mojego młodszego brata, a ja jestem wygodnym kozłem ofiarnym na wszystko. Coś zgubił? Pewnie mu wyniosłem! Zepsuły mu się jakieś stare głośniki które kupił na bibelotach? Pewnie ja mu coś ruszałem! On sam coś sobie położył i zapomniał gdzie? Bo ze mną to po prostu pier**lca idzie dostać!
Kolejną, ostatnią kwestią jest to, jak sobie najprawdopodobniej mój ojciec planuje przyszłość. Otóż do ZUS nigdy składek nie płacił i robił na czarno. No bo po co, przecież to pieniądz idzie, nie? Gdy po pewnym czasie zorientował się że nie będzie miał emerytury, w panice zapisał się do KRUS i udaje rolnika, dzięki czemu będzie miał chociaż te kilkaset/tysiąc zł na miesiąc. O ile wcześniej KRUS nie dowali mu kontroli, bo pieniądze na panienki są ale ze składkami zalega zawsze na co najmniej kilka miesięcy, a w przypadku kontroli wątpię czy kontroler uwierzy że ojciec jest rolnikiem gdy zobaczy te pordzewiałe i powyginane szkielety tuneli w których są hodowane trawa i chwasty. Na starość też nic nie odkłada, i wszystko przepiernicza. Dlatego zamierzam się zrzec spadku, i będę do tego namawiał młodszego brata gdy będzie pełnoletni, bo po prostu jestem pewien że ojciec wymyślił to sobie tak, że on będzie sobie balował a potem na starość gdy nic nie odłoży to my będziemy go utrzymywać płacąc alimenty a potem skakać wokół niego wypełniając jego zachcianki, bo on sam zaczyna podupadać na zdrowiu. Jak zapytacie dlaczego, to przez zapierniczanie całe życie na budowach i ociepleniach. Cóż, w końcu jak mu każdy mówił żeby skończył szkołę i szedł na studia to on był mądrzejszy i jak chciał tak poszedł na budowlańca. No to trochę się może zdziwić. Zresztą niby jaki miałbym spadek odziedziczyć? Nieodebrany i nieocieplony dom, który jest tykającą bombą zegarową bo o ile nie będzie amnestii to w razie jakiejkolwiek kontroli dowalą taką karę i opłatę za legalizację że do końca życia się nie wypłacę? I który zaczyna się pomału walić, bo odłamuje się ściana garażu który został obudowany i nie ma porządnych fundamentów? Czy może długi jakich ojciec sobie narobił przez swoje zachcianki, panienki i balowanie, a spłaca je tak dobrze że przez kilka lat nie oddał szwagrowi pożyczonych 3000 zł?
Jako puentę mogę rzec, że zapewne ojciec kiedyś przyjdzie do mnie, żebym mu dał pieniądze, czy przynosił mu opał czy mu robił jakieś inne roboty i go wyręczał "I am your father, Grumpy!". Ojcem może i jest, ale tylko biologicznym. Wtedy po prostu mu powiem to samo co on powiedział dziadkowi, gdy ten bo zbeształ że przecież ma żonę, dzieci rodzinę: "Ja mam teraz ważniejsze rzeczy na głowie".

dom

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (103)

#88073

(PW) ·
| Do ulubionych
Słów kilka o skąpstwie mojego ojca. Jak zapowiedziałem, tak też opiszę.

Ojciec mój zawsze był typem "cebulaka", czytaj chorobliwe skąpstwo (a nie szczędził tylko na swoje przyjemności). Irytowało to już od gimnazjum, bo co sobie kupiłem za te 3-4 dychy kieszonkowego miesięcznie to była krytyka, że hurr durr nie znasz wartości pieniądza i nie szanujesz, byś odłożył czy coś.

Kupowałem raz na miesiąc CD-Action to też były wyrzuty, że po co to kupuję w kiosku, poczekałbym 3 miesiące to na targu bym miał 5 zł taniej. No raz spróbowałem, to się okazało, że na targu akurat tego numeru nie było i do dzisiaj go nie mam. Z kupowaniem przeze mnie np. książek czy gier tak samo. "Na cholerę kupujesz te książki? Patrz, jakbyś przez te kilka lat żadnej nie kupił to już byś miał uzbierane połowę na kilkunastoletnie używane auto z 4-tej ręki! A w ogóle to se ściągnij w PDF-ie!" "Po co Ty kupujesz jak debil jakąś grę? Przecież można ściągnąć z neta!"

Przestał w końcu bo mu się chyba znudziło, jako że spływało to po mnie jak woda po kaczce.
Ojciec też sam z siebie nigdy nas nigdzie nie zabierał (dopiero w ostatnich 2-3 latach trochę się to poprawiło), i jak szliśmy do kina czy na jakąś pizzę, to tylko dlatego, że np. wygrał w radiu.

Z samego radia zresztą dostał swoistego bana i mógł wygrać coś raz w miesiącu, bo jak był jakiś konkurs to potrafił wszystkie telefony z domu brać, żeby się dodzwonić, i były skargi w radiu, że to coś jest ustawione bo jeden facet wygrywa ciągle. Z własnych pieniędzy to właściwie nigdzie nie wychodziliśmy, a szczytem żenady z jego strony było to, że gdy jeszcze przed rozwodem z matką mieli rocznice to matka kupiła mu zegarek, ugotowała kolację itd.

Co on jej dał? Obrazek ze sklepu po 4 złote, który wygrał w radiu. Nawet się z tym nie krył tylko wprost powiedział, że "o masz taki obrazek, z radia mam". Matka po prostu się wkurzyła i wywaliła go do pieca. Znaczy obrazek, nie ojca choć mam wrażenie, że było blisko.

A najlepsze to się wyprawiało chyba z jego wszelakimi zakupami - wszystko było podporządkowane zasadzie "Byle najtaniej".
Kupuje telefon? O wezmę ten, najtańszy używany jest. Potem zdziwienie czemu bateria rozładowuje się w 5 minut a aparat robi zdjęcia na fioletowo.

Samochód? Wezmę ten najtańszy, bo okazja bo tanio. Efekt: Samochód przestaje jeździć po miesiącu. Kupuje drugi, pierwszy idzie do sadu na części, drugi psuje się po dwóch tygodniach, znowu kasa na naprawy i do dzisiaj ten grat non stop się psuje. Za tyle ile wywalił na niego to by kupił znacznie lepszy samochód, albo ten sam ale w o wiele lepszym stanie.

No i jeszcze żeby ze samochody kupić napożyczał pieniędzy od krewnych i do dzisiaj nie spłacił. Jak bardzo trzeba przepierdzielać pieniądze, żeby przez kilka lat nie spłacić trochę ponad 3000 zł szwagrowi to sobie odpowiedzcie Jakikolwiek sprzęt, elektronika itd? A kupię myszkę za 5 zł, o czemu za chwilę się zepsuła?

Kiedyś tez postanowił np. zrobić interes stulecia, i kupił starą elektronikę za 100 zł, bo tanio. Nawet nie pomyślał, że jest ona bezwartościowa i tylko straci. Sprzedał dosłownie jedną sztukę za parę złotych.

Jego rady są podobnej jakości. Matka poprosiła go, żeby obejrzał jej samochód który chciała kupić. Jak usłyszał cenę, to od razu - tak, tak bierz, sprawdziłem dobry jest. Tak sprawdził że się okazało że uszczelki są nieszczelne, w podłodze jest dziura na wylot, pełno szpachli i dziury w nadkolu.

Matka wpakowała w niego więcej pieniędzy niż po latach zapłaciła za nowego Volkswagena. Kupuję laptopa? Ojciec tak długo w sklepie truł aż kupiłem trochę tańszego, zamiast tego którego chciałem. Pluje sobie w brodę bo dopłaciłbym te 200 zł i bym miał znacznie lepszego. Zepsuł się w owym starym samochodzie (jeździłem nim po zrobieniu prawka tak dla nauki) alternator? A na cholerę Ci nowa część, kup sobie po taniości starą ze szrotu.

Nie ustąpiłem bo już mądrzejszy byłem. Co? Kupić nowy samochód? A na cholerę? Co, że wrak i badania się kończą i kolejnych nie przejdzie? Ale jeździ przecież, a że badania to możesz sobie jeździć póki Ci dowodu nie zabiorą. Już nawet tego nie skomentuję, bo chyba nie trzeba.

Piła spalinowa? A kup tą tanią, po co ta za prawie 600 zł. No bo po co mieć coś dobrego jak można mieć coś taniego.
Mój brat jak kupował monitor, to też ojciec mu doradzał "a weź ten tańszy używany, przecież mniej dasz". Okazało się po pewnym czasie że wtyczka od prądu była uszkodzona i monitor potrafił wyłączać się sam albo przy najmniejszym drgnięciu kabla, nawet od tego że ktoś chodził po podłodze.

ZUS? A po co? Przecież to tylko pieniądz się płaci. A potem szok, bo zorientował się, że nie będzie miał emerytury, więc zarejestrował się jako lipny rolnik w KRUS. Do którego zalega ze składkami jak jasna cholera, i tylko czekać aż w końcu mu zarządzą kontrolę. A wątpię, żeby inspektor po obejrzeniu zardzewiałych resztek tunelu uwierzył, że mój ojciec jest rolnikiem.

Szambo w zimę jest pełne? "Ja nie będę wzywał szambochlaja i pieniędzy wyrzucał jak jeszcze parę litrów się zmieści." No a potem "Jak to rura zamarzła, bo woda w niej stała?"
I tak każdej chędożonej zimy...

Opał? Po co, przecież u wujka w tartaku są trociny, super opał bo za darmo. To teraz je przynoście i dokładajcie za mnie. Doszło nawet do tego, że pewnego razu ojciec chciał palić zamarzniętymi trocinami byle nie używać węgla "bo przecież on kosztuje". Te trociny to był czysty lód, tak że - i to nie żart - musieliśmy z bratem łupać je kilofem. Ojciec je rozmrażał i próbował tymi mokrymi trotami palić, no i nawet się paliło ale temperatura spadała na piecu z 70 do 30 stopni.
I szczerze, to każdy by się już nauczył, że takie podejście to cholernie zły pomysł, ale nie on.

I jako puentę dodam, że jedyne na czym nie oszczędza, to panienki i swoje pierdoły. Dostał dużą wypłatę za zlecenie - nie spłaci długów tylko zabiera jedną z kochanek na wakacje. Alimentów na młodego w pełni nie płaci, do rachunków prawie się nie dokłada, ale za to na prezenty dla panien jest. I nawet przed rozwodem jego wypłata szła głównie na jego pierdoły i jakby liczyć średnio to na dom dawał miesięcznie jakieś 200 zł, a wszystko utrzymywała matka.

Fin.

Dom

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (179)

#88072

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko i piekielnie.
Wracałem ostatnio z moją dziewczyną z wycieczki, wracamy sobie przez stolicę gminy, aż tu nagle widzimy przed nami samochód. Najpierw myśleliśmy, że może kogoś przepuszcza albo czeka żeby zjechać, ale nie. Zgadnijcie, co się okazało?

Otóż pewien geniusz postanowił, że sobie zaparkuje na środku drogi na pasie i sobie pójdzie, no bo parking obok jest zajęty, a do następnego to jest ze 30 metrów. Op*****yć od góry do dołu nie mogłem, bo właściciel gdzieś sobie poszedł, pozostało czekać aż będzie można wyprzedzić gdy nic nie będzie jechać z przeciwka.
Jednak muszę sobie sprawić zestaw tych naszybowych naklejek z karnymi pafnucymi...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (152)

#88002

(PW) ·
| Do ulubionych
Cóż, to chyba będzie już ostatni wpis o piekielnościach mojego dziadka, ostatnich trzech, których połączenie w końcu doprowadziło do jego śmierci.

Pierwszym z nich było dziadkowe nudzenie się. Dziadek wiecznie nudził się na emeryturze, a nudę zabijał przede wszystkim pracą, bo ją uwielbiał.

Problem w tym, że zabijał ją czyjąś pracą (zazwyczaj moją), a uwielbiał ją w sensie, że mógłby patrzeć na nią bez końca. Non stop musiałem zapierniczać z kolejnymi dziadkowymi pomysłami:

- Trzeba wylać cement pod bramą, bo pies ucieknie. Jak to nie ucieknie bo szczelina za mała, a jakby chciał to pełno dziur jest w siatce? Eee głupoty gadasz!

- Trzeba wybetonować kojec, 2 razy co najmniej bo pies kopie. Jak to "No i co z tego, kojec ma podmurówkę na 30 cm w głąb"? Nie może kopać i tyle!

- Przestaw mi ten samochód ojca bo mi się światło odbija, i nie piernicz że trzeba koc położyć na szybę bo i tak się będzie obijać. (Dodam że przestawianie pchaniem)

- Weź mi tutaj przerzuć ziemię tam w jedno miejsce bo dołek jest. A potem z następnego w to poprzednie itd itd

- Obetnij mi tu gałęzie z tego drzewa bo mi zasłaniają z łazienki widok na deski w płocie.

Osobną kategorią roboty było koszenie trawy na punkcie czego dziadek miał istną manię. Trawa musiała być koszona co najmniej 2-3 razy na tydzień, nawet jak była susza i nawet nie urosła. I nie przekonasz że kosiarka chodzi tylko po próżnicy, trzeba skosić bo trawa za duża i zaraz się nie będzie dało. A jego ulubionym "teatrem" koszenia był sad.

Można było nie kosić podwórka, ale sad do którego nikt nie chodził i nikt go nie widział musiał być pokoszony non stop. Nerwy mi pękły jak w sobotę późnym wieczorem skończyłem go kosić, a w poniedziałek przed 7-mą rano dziadek mnie budzi dzwonieniem, że trzeba pokosić sad bo trawa urosła za wysoka. Jak można się domyślić, odmówiłem dość kategorycznie bo nie będę zapierniczał z samego rana jeżdżąc minimum 3 godziny kosiarką po próżnicy, żeby dziadek mógł popatrzeć jak ktoś pracuje.

W końcu to zaakceptował lecz był święcie obrażony.
Gdy próbowaliśmy znaleźć mu jakieś zajęcie - czy to nordic walking, kluby zainteresowań, dokarmianie kaczek, literaturę, puzzle, wędkarstwo, nawet oferowaliśmy że kupimy mu komputer i internet i nauczymy go używać to dziadek okazywał się wręcz betonem, i na wszystko była odpowiedź "Nie, ja nie chcę, ja nie będę, dajcie mi spokój".

Drugą piekielnością, jaką ktoś mógł już wywnioskować, było to, że dziadek był piekielnie uparty. A łączyło się to z piekielnością 3-cią, czyli świętym przekonaniem o własnej nieomylności i byciu ekspertem we wszystkim.

Jak sobie wyrobił opinię czy zaczął coś robić, to niczym nie dawało się go odciągnąć od tego. Jak chce żeby zrobić mu jakąś robotę, to będzie marudził aż do skutku i nie odpuści. Gdy zbierał wszystkie swoje złomy i śmieci, nie dało się mu wytłumaczyć że to jest niepotrzebne. "Nie, mi to będzie potrzebne i koniec, ja wiem lepiej!".

Innym przykładem niech będzie to, że do końca życia uważał, że Pogrom Kielecki to była wina Żydów i że Żydzi dzieci na macę przerabiali, i nie dotrzesz i nie wytłumaczysz że to wierutna bzdura i wiadomo to od parudziesięciu lat. "Ja wiem lepiej i koniec".

Również w budowlance stosował tą zasadę. Np. dach w kurniku zrobił zbrojony, ale pręty wpuścił tylko w jedną ścianę. Gdy był wymieniany dach (kurnik jest częścią budynku który ma być przerobiony na mieszkanie) robotnicy chcieli usunąć stary po kawałku, bezpiecznie, ale jak tylko zaczęli kuć to wszystko się zawaliło. Cudem jest, że jedyną ofiarą była jedna kura która była z innymi w środku, i nawet nie zmarła od przygniecenia tylko najwyraźniej na zawał.

Inny przykład to "naprawienie" światła w samochodzie mojej mamy. Dziadek uznał że jedno mu za słabo świeci (świeciły jednakowo, ale jak się możecie domyślić- dziadek się uparł i już) więc jako że on zna się na elektryce, to postanowił je naprawić. Gdy je naprawił, matka pojechała parę minut po czym wszystko co elektryczne zgasło, więc trzeba było jechać do elektryka. Ten ledwo otworzył auto, od razu zauważył co się stało.

- A kto to te blaszki tu wsadził?
- Ja wsadziłem żeby naprawić, bo jedno światło za słabo świeciło!
- Proszę pana, zrobił pan zwarcie i wszystkie bezpieczniki wywaliło. Tak się nie naprawia świateł! (potem się okazało że ze światłami wszystko jest w porządku)
- A idź pan, nie znasz się kompletnie!

Natomiast jeśli chodzi o dom w którym obecnie mieszkam, to gdy moi rodzice go budowali dziadek przejął dowództwo nad budową i mój ojciec w swojej głupocie uległ i go posłuchał.

"Weź wywal ten taras, ten ganek też wywal, tutaj okna poprzestawiaj, dobuduj takie jedno okno tam, jedne drzwi wywal i dobuduj garaż, się nie bój ja mam jednego znajomego w gminie i mi to przyklepie". Cóż, już samo budowanie metodą "W dupie mam przepisy bo piłem wódkę z jednym facetem" jest głupotą, ale to co nastąpiło potem, to skrajny idiotyzm.

Otóż dziadek nie poszedł z papierami od razu, tylko non stop to odkładał. "Zaraz pójdę, w następnym miesiącu, a po świętach, no już że zaraz pójdę, albo pójdę po nowym roku". Ciągnął to "zarazowanie" kilka lat, aż zmieniły się przepisy i te papiery zaczęto załatwiać w starostwie powiatowym, a nie w gminie, a tam dziadek już znajomości nie miał.

W wyniku tego dom do dziś nie jest odebrany. Mój ojciec jednak nie widzi problemu, "Bo kto Ci to sprawdzi?". Na wszelki wypadek zamierzam się zrzec spadku, bo nie chcę potem przejmować wszystkich jego długów, a potem jeszcze kary za nieodebrane mieszkanie.

No i tu docieramy do finału naszej opowieści. Bardziej smutnego niż piekielnego. Z połączenia owych trzech rzeczy wyszła dziadka ostatnia akcja. Od jakiegoś czasu nudę zabijał również wszelakimi operacjami i rehabilitacjami, i tak było w tym przypadku. Chciał, aby lekarz zrobił mu operację na oponiaku mózgu.

Lekarz odmówił- oponiak był mały, nie rozrastał się, na nic nie wpływał, więc jego usunięcie nie dałoby żadnej korzyści natomiast niezależnie od wyniku operacji było 50% szans że dziadek wyląduje na wózku.

No ale dziadek musiał mieć jakąś operacje i już. W końcu lekarz powiedział, że można zrobić jakąś operację na kręgosłupie. (Nie wiem dokładnie jaką, ale dziadek się skarżył że musi ją mieć bo mu już ciężej chodzić. Dziwić się przy grubo ponad 70 latami na karku i sporej nadwadze). Każdy mu to odradzał, takie operacje są zawsze ryzykowne, zwłaszcza w podeszłym wieku. Ale nie. On musi mieć operację, zdania nie zmieni. No i to był fatalny błąd. Jak się okazało, dziadek za późno odstawił leki rozrzedzające krew, i podczas operacji doszło do dużego krwawienia i udaru krwotocznego mózgu. Po tym dziadek miał sparaliżowaną całą prawą połowę ciała i przez kilka miesięcy dochodził do siebie na rehabilitacji zanim mógł nią znów ruszać.

Gdy w końcu w marcu wypisany został ze szpitala, ja byłem na wymianie na Słowacji. Gdy wrócił, mama z babcią zauważyły że dzieje się z nim coś dziwnego- miał zaniki pamięci, zdarzało mu się mówić bez sensu czy dziwnie chichotać. Gdy zabrano go do lekarza i na rezonans, okazało się że ten udar spowodował szybko postępujące zwapnienia mózgu. Stan dziadka z miesiąca na miesiąc się pogarszał, zapominał coraz bardziej, po kilku miesiącach już nie chodził, po kolejnych kilku nie mówił już ani słowa.

Pod sam koniec życia, w lato 2020 roku zanikł mu nawet odruch przełykania i trzeba go było karmić przez specjalną rurkę. Zmarł we wrześniu 2020, najprawdopodobniej przez doktora który odmówił przyjazdu, i o którym również tu pisałem.

Pomimo całej piekielności dziadka jednak kochałem go i nie jestem obecnie w stanie być na niego zły, a jedynie mi go szkoda. A zwłaszcza tego, jak odszedł - takiego losu nie życzę nikomu, a gdyby ktoś zobaczył jak dziadek "żył" po tej operacji, zrozumiałby dlaczego tak wielu sądzi, że eutanazja powinna być legalna.

dom

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (197)

#87984

(PW) ·
| Do ulubionych
O historii zbieractwa w mojej rodzinie słów kilka.

Kiedyś już opisywałem tutaj zbieractwo cyfrowe mojego ojca, a ostatnimi czasy uprzątniecie resztek dziadkowego złomu po 2.5 roku natchnęło mnie do napisania o tej piekielności.

Wszystko zaczęło się od mojego dziadka, który przejął to albo po bracie albo po swoim ojcu. Cóż, u jego brata na Pomorzu na podwórku leżą dosłownie hałdy złomu po których można by wejść na 1-sze piętro budynku- zbierany przez dekady każdy jeden pogięty kawałek złomu, sprężyny, blachy czy nawet stare karoserie od UAZ-ów.

Dziadek miał podobną manię. Zbierał co się tylko dało, bo każda rzecz to jest skarb. Starczy powiedzieć że samego złomu ze 3-4 tony poszły przez te 2.5 roku, odkąd mogliśmy zacząć go wyrzucać ze względu na to, że dziadkowi zaczynało się zwapnienie mózgu po nieudanej operacji (Cała operacja i jak do tego doszło to temat na osobną piekielność) więc nie protestował i nie kojarzył.

Zanim ktoś zacznie twierdzić, że jesteśmy istnym ścierwem i wykorzystaliśmy chorobę dziadka żeby wywalić jego rzeczy, niech najpierw przeczyta całą historię i zrozumie że było to konieczne. Wszystkie budynki gospodarcze, garaż i podwórko były zawalone rupieciami, tak że nie dało się nic znaleźć a czasem nawet przejść. Pudło ze starymi pordzewiałymi podkowami? (dziadek nigdy konia nie miał) "Zostaw! Mi to jest potrzebne i już!"

Pewnego dnia gdy wywoziliśmy z dziadkiem stare kaloryfery po remoncie- które początkowo też chciał trzymać- wrzuciłem owe podkowy do metalowych puszek które też wieźliśmy. Przez lata aż do śmierci nigdy nawet nie zauważył że tych podków już nie ma. Co dalej? Pogryzione przez korniki deski ze starej podłogi? "Żadne na opał, zbiję sobie kiedyś korytko dla świń. Że nie mam świń ani nie zamierzam mieć? Ale se zbiję!" 150 litrów zużytego oleju? "Do czegoś użyję!" Całe wiadra pordzewiałych, starych prostowanych gwoździ? "Dobra rzecz, zostaw!"

Każdy jeden śmieć był znoszony i trzymany czasem tak długo, że przez lata zapadał się pod ziemię jak niektóre blachy czy uszczelki leżące na dworze oraz tony gruzu który leżał "Bo może się kiedyś coś podsypie". Na wyliczanie wszystkiego potrzeba by chyba referatu więc pokrótce powiem że oprócz zwykłego, nie nadającego się do niczego złomu znajdywaliśmy takie skarby jak stare szklane "grzybki" od latarń, klapki od wentylacji spod podłogi, pogięte i zardzewiałe zawiasy od wersalek, stare puszki po olejach, probówki, silniki od pierun wie czego, jakieś chemikalia, połamane ramki i lustra, niezidentyfikowane szkło, rozpadające się folie i kawałki drewna.

Przy czym, cytując Todda Wainio z "World War Z" : "Zgromadzone były całe tony zupełnie nieprzydatnego śmiecia i ani jednej rzeczy naprawdę potrzebnej", bo jak trzeba było np. znaleźć kluczyk do szlifierki czy łatę do dętki to się okazało że akurat tego nie ma i trzeba kupić, ale za to jest stara skrzynka na gołębie a w niej butelka ze zbryloną farbą. Szczytem absurdu było chyba znalezienie przez nas 30 letniej używanej deski klozetowej. Jak się okazało, gdy mój wujek mieszkający również po sąsiedzku robił remont łazienki, dziadek poszedł do niego żeby ten dał mu tą starą deskę od kibla "Bo mi się przyda kiedyś może".

No i niestety zbieractwo przejął po nim mój ojciec. W 2019 opisywałem jego zbieractwo cyfrowe. Łudziłem się, że przynajmniej budynków nie zaśmieca fizycznymi śmieciami. Oj, skala tego, jak się myliłem ujawniła się dopiero gdy zaczęliśmy na koniec sprzątać garaż i budynek do niego przylegający. Jak się okazało mój ojciec- częściowo jawnie, w większości potajemnie- również chomikował co się dało, i wynosił to do mnie bo w jego garażu skończyło się miejsce na barachło (Gwoli wyjaśnienia: Ojciec rozwalił rodzinę, po rozwodzie używa wspólnego domu jak hotelu, płaci niepełne alimenty na mojego brata i trochę dokłada się do śmieci.

Historię o tym zapewne tez kiedyś opiszę. Natomiast babcia przepisała mi swój dom po sąsiedzku, i na razie ona tam sobie dożywotnio żyję a ja w naszym wspólnym starym), więc również latami wynosił różne elektrośmieci, stary styropian, wałki, baniaki, siatki, wiadra, połamane sprzęty komputerowe czy jakieś AGD i zwyczajne śmieci pokroju papierków i kartonów. Podobnie jak u dziadka, każdy sprzęt to jest skarb. Czy to stary okamieniony bojler, czy kołpaki wiszące na ścianach czy parędziesiąt pordzewiałych rurek albo tony przeterminowanych farb i innych sprejów.

W sadzie stała stara pordzewiała i rozpadająca się wędzarka, jak rok temu zapowiedziałem że będę ją wywalał na złom, to wpadł w istne oburzenie i specjalnie pierwszy raz od 6-ciu lat coś w niej uwędził bo "Patrz, przecież to się non stop używa i wędzi a Ty chcesz to wywalać!". Miesiąc temu, a więc po roku od rozmowy, uznałem że nie będę się z tym pierdzielił i trzymał rozpadającej się, szpecącej i utrudniającej koszenie kupy złomu w której dzikie psy robią sobie budę i po prostu nic mu nie mówiąc rozebrałem ją.

Zastanawiam się tylko, kiedy będzie się dało uprzątnąć z sadu rozkręcony na części samochód który ojciec trzyma w nim już kilka lat. Ostatnio znalazł sobie również kolejne hobby- kupowanie sprzętów za grosze z bibelotów. Kupuje wszystko, głośniki, adaptery, frytkownice (No, jedyny sprzęt który się przydaje ale czemu 3 sztuki?), chlebaki, mnóstwo sprzętów niezidentyfikowanych. Kupił tez sobie np. mały telewizorek i antenę po czym zbił chałupniczą półkę i przymocował ją w kuchni "Bo mu się nie chce chodzić non stop do pokoju oglądać TV jak on jest w kuchni". No tak, bo z kuchni do pokoju jest około 2 metry. Półka tylko zawadza bo jest prawie w przejściu i zbiera brud.

Do półki dokupił też sobie elektryczny nóż do chleba, bo twierdzi że go koniecznie potrzebuje. Cóż, powiecie "No, ale u siebie w pokoju czy garażu niech sobie je trzyma". No właśnie tu problem. Już i tak powywalaliśmy dużo jego śmieci w moich budynkach gospodarczych, bo zabrać ich nie chciał a zawalały wszystko, a dodatkowo swój pokój i garaż ma tak zagracony, że musiałem babci powiedzieć aby kategorycznie zakazała mu przynosić czegokolwiek i nie wpuszczała go z niczym, bo zaczął jakieś stare mikrofalówki i inne sprzęty znosić do mnie bez mojej wiedzy i zgody.

Nawet jak pozwoliłem mu w moim garażu tymczasowo trzymać samochód, żeby go sobie naprawił, to zaczął znosić do niego kolejne rzeczy wszelakie więc trzeba było mu zapowiedzieć że albo zabiera śmieci albo wyrzucę je po prostu gdzieś na drogę albo do jego pokoju.

I tu dochodzimy do ostatniego problemu, czyli mojego młodszego brata. Pomimo że ojciec ani jego ani mnie nie utrzymywał, że zniszczył naszą rodzinę i jest kompletnym leniem, to dla brata nadal jest dużym autorytetem i ma na niego wpływ. No i pod wpływem ojca młody również zaczął jeździć na bibeloty, gromadzić wszelkie klawiatury, sprzęty pokroju starej elektronicznej maszyny do pisania na dyskietki itd. itp. Widać też że zaczyna być przeciwny wyrzucaniu czegokolwiek, i nawet starał się np. nas namawiać, żebyśmy nie wyrzucali jakiejś starej brudnej podstawy od rozwalonej szafy, bo to cenna pamiątka i może się przydać. Odciągamy go od takiej postawy jak możemy, ale obawiam się że może stać się podobnym zbieraczem jak dziadek czy ojciec.

Nie wiem w sumie, jaką dać puentę, lecz bo takiej ilości roboty i nerwów jakie miałem z tym zbieractwem i sprzątaniem po prostu sparafrazuję klasyka : "Jakby mnie na odległość ręki dopuścili do wszystkich nałogowych zbieraczy na świecie to bym wziął i zap******ił"

dom

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (168)

#88030

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia od mojego znajomego z Litwy.

Jego ojciec, pracujący gdzieś w okolicach branży inżynieryjnej (dokładnej gałęzi nie znam) dostał ofertę pracy od innej firmy.
Gdy odpisał, poinformował ich, że może przyjechać na rozmowę o pracę, ale żąda jednak dość sporo większej sumy niż ta, którą obecnie zarabia. W obecnej pracy mu dobrze, a żeby nie było jednak ze względu na wykształcenie, wysokie kwalifikacje i ponad 20 lat doświadczenia ma do tego pełne prawo. Dogadano się co do terminu, oferent powiedział że jego wymagania rozumie i jakoś się dogadają.

Ojciec znajomego dotarł do siedziby firmy i na sam koniec rozmowy gdy zapytał o pensję, poinformowano go że mogą mu zaoferować... 20 euro na MIESIĄC więcej niż zarabiał do tej pory. Ojciec znajomego chwycił rekrutera za fraki i ostatkiem sił się powstrzymał żeby nie doszło do rękoczynów.

Musiał wziąć wolny dzień a także jechać na drugi koniec kraju (o tyle dobrze że na Litwie to oznacza tak +- 150 km) tylko po to, by się dowiedzieć że kompletnie go zmarnował bo firma-cebula najwyraźniej albo jest głucha albo ma gdzieś czyjeś wymagania.

Cóż, jak widać wszelakie Januszexy to nie tylko domena Polski.

Litwa

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (190)

#88031

(PW) ·
| Do ulubionych
Pewnie każdy się spotkał z taką sytuacją i typem idiotów na drodze - z ludźmi, którzy mają gdzieś, że inne samochody zatrzymują się aby przepuścić pieszego i zamiast tego pędzą przez przejście dalej, bo oni MUSZĄ ZAP******AĆ bo się świat skończy.

Sam mało nie zostałem przez takiego potrącony, gdy pod moim uniwersytetem przechodziłem przez jezdnię. Dostawczak się zatrzymał, przechodzę ale zwalniam na wszelki wypadek, bo nie widzę co jest za nim. A tu Pan Szybcior wyjeżdża i mija mnie w takiej odległości że zahaczył mi o rozpiętą kurtkę lusterkiem.
Mniej szczęścia natomiast miała moja ciocia, dla której takie spotkanie skończyło się pobytem w szpitalu w stanie ciężkim.

W mojej miejscowości przejście dla pieszych jest tuż koło skrzyżowania - gdy chciała przez nie przejść, pierwszy samochód się zatrzymał, za to drugi kierowany przez pana Speedy'ego Gonzaleza wyprzedził go, bo przecież pieszy jeszcze nie jest w połowie przejścia na jednopasmówce, on jeszcze zdąży, on nie może tracić czasu!

Efektem tego jak wspomniałem, było to, że ciotka wylądowała w stanie ciężkim w szpitalu bo jakiemuś imbecylowi tak się spieszyło że gotów byłby kogoś zabić byle by nie stracić tych 7 sekund. On sam zaś na pewno stracił prawko (wyprzedzanie na podwójnej ciągłej, wyprzedzanie na skrzyżowaniu, wyprzedzanie na pasach, spowodowanie wypadku). Czy miał rozprawę - nie wiem, choć zakładam że tak.

Obecnie gdy tylko widzę takiego durnia (a widzę często gdy np. muszę zwolnić aby na tym skrzyżowaniu skręcić jadąc do domu) to na takiego trąbię i mam szczerą nadzieję że zjedzie na przystanek albo pobocze niedaleko bo aż mnie ręce świerzbią.

I myślcie sobie co chcecie, ale takim kretynom którzy nie baczą na życie i zdrowie innych i są gotowi ryzykować zabicie kogoś BO ONI NIE MOGĄ STRACIĆ KILKU SEKUND życzę tylko, aby kiedyś ze swojej głupoty rozwalili się o jakąś latarnię czy drzewo. Może nie tak żeby zginęli, ale na pewno tak aby bolało jak jasna cholera, zarówno fizycznie jak i finansowo.

skrzyzowanie

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 193 (211)

#87915

(PW) ·
| Do ulubionych
Jest w mojej miejscowości pewna polna droga biegnąca obok cmentarza. Biegnie ona od jednego przejazdu, koło wspomnianej nekropolii przez pola aż do drugiego, niezbyt odległego przejazdu i jednej z dzielnic Radomia z elektrociepłownią.

Problemem z tą drogą było to, że non stop były na niej (na okolicznych polach oraz koło cmentarza) wyrzucane śmieci. Ilości były hurtowe - wyrzucano jakieś stare cementy, gumę, karoserie, mnóstwo odpadów domowych, stare meble, szkło, jakąś smołę, plastiki a nawet kiedyś azbest.

Domyślaliśmy się, że za owym wyrzucaniem stoją ludzie z tej dzielnicy - część z nich można zaliczyć do typowej polskiej patologii. Mieszkanie w lokalach socjalnych, bieda, siedzenie na zasiłkach, alkoholizm a także cebulackie wywalanie śmieci do lasu czy na pola. Cóż, oczywiście próby rozmów czy protesty nic nie dały. Oni nic nie robią, oni nie wyrzucają, a w ogóle to nie macie dowodu i pewnie to sami wywalacie i na nas zwalacie.

Dowodów nie ma, mówienie nic nie daje a z widłami i pochodniami przecież nie będziemy się czaić dniami i nocami, więc śmieci pojawiały się dalej. Możecie powiedzieć, że może to faktycznie nie oni i to ktoś od nas, gdyby nie pewne wydarzenie. Otóż pewnego dnia PKP zdecydowało o rozebraniu przejazdu przez tory na owej drodze która prowadziła do tej dzielnicy z powodu tego, że coś im się nie zgadzało w papierologii.

Przez to na pola i w okolice cmentarza nie dało już się z tamtej dzielnicy przejechać szybko i bez bycia zauważonym przez kogokolwiek. Zamiast tego, trzeba robić spory objazd przez całą dzielnicę a także przez naszą miejscowość i sąsiednią.

Dziwnym trafem od tamtej pory niemal całkowicie ustało wywalanie śmieci w okolicach cmentarza i drogi.
Przypadek?

miejscowosc

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (166)

#87868

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o jakości naszej kochanej Poczty Polskiej.
Znajomy z USA wysłał mi paczkę z hełmem wojskowym. Z jego miasta w Kalifornii paczka szła do Warszawy 12 dni przez 2 przystanki w San Francisco, a potem po jednym przystanku w Oakland, Chicago i Frankfurcie. W Warszawie paczkę przejmuje PP. Paczka z Warszawy do Radomia (trochę ponad 100 km) szła... 13 dni.

Już chyba szybciej by było na piechotę...

poczta

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (168)