Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

GrumpyMatt

Zamieszcza historie od: 17 czerwca 2019 - 12:52
Ostatnio: 30 października 2020 - 3:13
  • Historii na głównej: 12 z 12
  • Punktów za historie: 1394
  • Komentarzy: 22
  • Punktów za komentarze: 81
 

#87326

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnym lekarzu słów kilka.
Pod koniec września mój dziadek, który był przykuty do łóżka i był po prostu warzywem (o powodach jego stanu być może opowiem kiedyś) dostał gorączki i wymiotował. Zadzwoniliśmy najpierw do lekarza rodzinnego, lecz ten odesłał nas abyśmy zadzwonili na pogotowie. Tam powiedziano nam, że nie mają wolnych lekarzy aby go przysłać, więc mogą dziadka co najwyżej zabrać do szpitala gdzie będzie musiał czekać.

Nie chcieliśmy tego, gdyż dziadek by z niego po prostu nie wrócił - zapewne leżałby tam znowu na korytarzu kilka godzin, a dodatkową sprawą były jego odleżyny. Dopiero co zdołaliśmy zaleczyć jedną z trzech ogromnych odleżyn, które dostał rok wcześniej, gdyż przez 2 tygodnie w szpitalu nikt go ani razu nie obrócił, a po sierpniowym pobycie w ciągu 2 dni dostał 5 kolejnych. Dyspozytor polecił nam, abyśmy zadzwonili po lekarza który tej nocy pełni dyżur nocny w naszym rejonie, gdyż on ma obowiązek przyjeżdżać do pacjentów. Okazało się, że był to ten sam lekarz rodzinny. Gdy ponownie poprosiliśmy o przyjazd i powiedzieliśmy że na pogotowiu kazano nam do niego zadzwonić, stał się ordynarny - Powiedział aby - cytuję - "Nie truć mu i nie marnować jego czasu".

Gdy z ojcem specjalnie pojechaliśmy te 30 km do niego do przychodni, ponownie odmówił przyjazdu do mojego dziadka, odmówił wydania na piśmie powodu odmowy przyjazdu, powiedział nam ze on nie ma kwalifikacji żeby dziadka osłuchać i żebyśmy sami go sobie osłuchali. Gdy nie ustępowaliśmy, próbował dzwonić na pogotowie, twierdząc że na niego wrzeszczymy i go nękamy, lecz dyspozytor mu powiedział, że to jego rejon, on jest na dyżurze i odpowiada za pacjentów. W końcu odjechaliśmy bez niczego, a innego lekarza dało się ściągnąć dopiero nazajutrz rano i okazało się, że dziadek ma początki zapalenia płuc. Lekarz dał receptę na zastrzyki, pojechaliśmy je kupić i miał przyjechać nasz znajomy pielęgniarz by je zrobić, lecz dziadek zmarł niecałe 2 godziny przed jego przyjazdem.

Zgadnijcie, kto przyjechał stwierdzić zgon mojego dziadka, i kto przy wychodzeniu zaczął szybko spierniczać do samochodu gdy mnie zobaczył?
Tak zgadliście, Pan Dochtór, który odmówił przyjazdu.
Gdy kilka dni później zadzwoniliśmy do niego, aby go poinformować, że składamy skargę do szpitala, oraz zawiadomienie do prokuratury o przyczynienie się do śmierci dziadka, nie miał on nawet na tyle godności aby powiedzieć przepraszam - groził nam tylko, że to on nas do prokuratury pozwie jeżeli to zrobimy.

Jako podsumowanie dodam: Nie był to jednorazowy wybryk tego lekarza, bo sprawdzeniu opinii o nim włos się jeży na głowie. Odmowa przyjmowania pacjentów bo pije sobie kawkę, "badanie" w stylu popatrzenia na dziecko z odległości 3 metrów i stwierdzenie, że nic mu nie dolega, nie przyjęcie dzieci z 40 stopniową gorączką (jeszcze przed COVIDem) czy wystawianie zwolnień znajomym poza kolejką i obrażanie pacjentów.

Być może mój dziadek zmarł by również nawet, gdyby pomoc przyszła wcześniej i śmierć w jego stanie była dla niego wybawieniem, lecz nie o to tu chodzi, a o to, że ktoś może znów umrzeć, bo dla Pana Doktora przyjazd do chorego to trucie mu dupy i marnowanie jego czasu.

Radom

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 134 (140)

#87147

(PW) ·
| Do ulubionych
Cóż, opiszę tu wrażenia z mojego drugiego pobytu na Słowacji dotyczące uniwersytetu, na którym byłem na wymianie.
Gwoli wyjaśnienia - na wymianę w ramach Erasmusa na moim uniwersytecie tworzy się tzw. Learning Agreement, i wybiera się na drugim uniwersytecie przedmioty, jakie się chce studiować. Teoretycznie można dowolne, ale dobrze by było, gdyby były choć z grubsza zbliżone do tych na ojczystym, no i żeby było 30 punktów.
Jako że to był mój drugi wyjazd na ten uniwersytet - spodobało mi się, tylko było kilka lekkich problemów z organizacją - postanowiłem wybrać sobie kilka przedmiotów które już ukończyłem przy poprzednim wyjeździe, żeby nieco odpocząć po stresującej sesji i żeby mieć czas na pisanie pracy licencjackiej. Dostałem informację, że przepisanie ocen jest możliwe i nie ma problemu żeby ponownie wybrać te przedmioty, o czym się jeszcze upewniłem dzień przed wyjazdem.
Dotarłem na Słowację, poszedłem do uniwersytetu, gdzie okazało się że były dość spore zmiany w kadrach, no i zaczął się cyrk...

Pierwszego dnia nie byli w stanie dać mi ani planu moich zajęć, ani nawet nazwisk wykładowców - sam nie mogłem znaleźć przedmiotów, bo wykładowcy też się pozmieniali a nie zaktualizowano katalogu przedmiotów, więc nie wiedziałem kto czego uczy. No ale dobrze, jeden dzień to mogli nie zdążyć. Upewniłem się przy okazji trzeci raz czy aby na pewno można powtarzać przedmioty - owszem, można. Chodziłem tak co 2 dni na uczelnię aby cokolwiek się dowiedzieć, ale nadal nie byli mi w stanie powiedzieć nawet nazwisk. Za to po ponad 2 tygodniach poinformowano mnie, że tylko 2 przedmioty da się przepisać, a na zastępstwo za inne trzeba znaleźć mi inne przedmioty, czym oni się zajmą.

Po miesiącu dostałem w końcu plan. Do dwóch przedmiotów. Po drodze jeszcze się okazało, że trzeba zmienić kolejny przedmiot bo nie zaktualizowano katalogu więc nie było informacji ze przeniesiono go z semestru letniego na zimowy. Nowych przedmiotów też jak nie było tak nie było pomimo moich ciągłych wizyt na uczelni i prób dowiedzenia się co i jak. Wykładowce jeszcze jednego przedmiotu zdołałem ustalić na własna rękę w kwietniu, co zresztą nie było łatwe bo przedmioty były rozsiane po kilku wydziałach. Znowu pojawił się problem, bo semestr praktycznie się skończył, a ja nie miałem nadal przedmiotów. Z pomocą przyszła koordynatorka z mojego rodzimego uniwersytetu, które mi pomogła i ustaliliśmy że część punktów ECTS z brakujących przedmiotów pokryją mi praktyki i seminarium dyplomowe.Po kilku mniejszych incydentach przyszedł w końcu czerwiec. Mieli mi przysłać zaświadczenie o ocenach, gdy tylko ostatni profesor wpisze ocenę. Kilka dni po terminie gdy profesor miał wpisać ocenę, skontaktowałem się z nimi bo zaświadczenie nadal nie przyszło. Powiedziano mi, że przecież mnie poinformowano że wyślą po wpisaniu oceny. Napisałem do profesora - ocenę wpisał w terminie kilka dni wcześniej. NIe sprawdzili nawet tego w systemie. Napisałem do nich maila, że taka niekompetencja jest wręcz rażąca, i obawiam się ze będę musiał wszystkie te problemy zgłosić, na co mi odpisano, że jestem dość niewdzięczny bo przecież poszli mi na rękę pomimo że nie chodziłem na zajęcia (do których nie miałem planu) i wybrałem przedmioty których nie można przepisać. Napisałem krótkie przeprosiny, aby mieć spokój bo nie chciałem się potem użerać z utrudnieniami i złośliwościami. W końcu postanowiłem odebrać zaświadczenie osobiście, gdy będę na Słowacji (wróciłem na chwilę do Polski na bierzmowanie brata ciotecznego). Gdy odbierałem zaświadczenie okazało się, że brakuje na nim 2 przedmiotów za 8 pkt ECTS z 30 - tych, które miano mi przepisać. Tłumacząc z uczelnianego na Polski: Jeden wykładowca się zwolnił a z drugim nie ma kontaktu i co nam pan zrobisz?

Koniec końców rezultatem tego było opóźnienie obrony o 3 miesiące i konieczność kucia przez wakacje, aby zaliczyć 3 dodatkowe przedmioty na rodzimym uniwersytecie. Przestroga z tego taka, że jeżeli jedziecie na wymianę na Słowację, a zwłaszcza do Trnavy, to wybierzcie sobie Uniwersytet Trnavski a nie UCM.

Trnava

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (105)

#86096

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia mojego kolegi, z cyklu "Przygody z DHL".

Kolega zamówił sobie na Allegro spory zestaw lego (AT-AT z Gwiezdnych wojen), i pech chciał, ze przy wpisywaniu adresu zjadło mu numer domu na ulicy. Kurier dzwonił z zapytaniem, gdzie dokładnie ma tą paczkę zawieźć, bo ma tylko nazwę ulicy. Dostał numer, opis domu, a także opis miejsca gdzie on się znajduje (dość charakterystyczne miejsce). No, kurier nie przyjechał. Wobec tego kolega postanowił się skontaktować ze sprzedającym oraz z lokalną siedzibą DHL. Po paru godzinach przekierowywania go do złych oddziałów, a także włączania się automatycznej sekretarki uznał, że ma dość i pofatygował się osobiście. Po parunastu minutach znaleziono mu jego paczkę, a gdy się zapytał, czemu nie dotarła, to wytłumaczono mu, że to problem z komunikacją, bo na paczce nie było jego numeru telefonu.
Kumpel po prostu obrócił paczkę i wskazał na naklejkę z numerem.

Na pytanie "a co to niby jest?", dostał odpowiedź że
"O! Ale tego tu nie było!".
Sam nie wiem - lenistwo, brak szacunku do klienta czy chaos? Chyba wszystkiego po trochu.

poczta

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (115)

#85604

(PW) ·
| Do ulubionych
Rzecz o piekielnym hobby mojego ojca.
Na dobrą sprawę nie wiem nawet, jak to nazwać. Zbieractwo cyfrowe?

Wszystko zaczęło się tak w roku 2006, gdy ojciec do komunijnego komputera kupił napęd DVD z nagrywarką. Mieliśmy (i nadal mamy) w domu sporo płyt z wszelakimi filmami i serialami, czy to z gazet czy z targu. Ojciec uznał, że koniecznie wszystkie oryginalne płyty należy pochować, a zamiast nich zrobić kopie - potrafił po pracy siedzieć całymi godzinami i robić kopie setek płyt (oj dużo tego mieliśmy...) czasem nawet 2 albo 3 razy. W tym czasie z komputera nie można było korzystać, bo "jeszcze coś mi popsujesz".

Jak się możecie domyślać, frustrowało to, a dodatkowo na płyty DVD szły straszne pieniądze. Skończyło się to, gdy ojciec kupił nagrywarkę z DVD. Myślałem ze będzie spokój, ale nie. Ojciec zaczął nagrywać co się tylko dało, po czym rzecz jasna nagrywał wszystko na płyty. Nagrywarka chodziła na okrągło i nagrywane było wszystko - filmy, skoki narciarskie, seriale, programy informacyjne, wiadomości, powtórki starych teleturniejów, które leciały na jakimś kanale. Szczytem chyba kuriozum była sytuacja, gdzie nagrywał jeden ze swoich ulubionych seriali - Allo Allo. Pomimo, że miał go nagranego na kasecie, oraz wszystkie odcinki na DVD, to nagrywał go jeszcze raz nagrywarką, po czym przenosił na płytę. Znowu to irytowało, bo gdy ja albo matka, lub w późniejszym czasie młodszy brat chcieliśmy coś obejrzeć, to się okazywało, że nie można nic przełączać, bo ojciec nagrywa Agrobiznes czy innego Makłowicza.

Znowu to trwało, aż tak w latach 2011-2012 ojciec przerzucił się na kolejne "hobby", czyli ściąganie wszystkiego co się dało z internetu. Wtedy ja już miałem osobny komputer, dość słaby, a mój zawłaszczył brat z ojcem, ale nadal potrafiło być to irytujące. Dla brata było irytujące, bo nie mógł nic zrobić w internecie jako, że ojciec ściągał non stop co popadło i zajmował tym całe łącze. Ściągane były filmy, gry, w które nigdy nie będzie grał, książki, wzory kluczyków do aut, tarcze strzeleckie w PDF, zdjęcia etykiet win, a nowym szczytem kuriozum było kolejne ściągnięcie i nagranie na płytę Allo Allo, które obecnie miał już na kasecie, na płycie, na płycie z nagrywarki oraz ściągnięte i nagrane na płytę z internetu.

Było to dla brata również irytujące, ponieważ ojciec tymi pierdołami zapychał cały dysk komputera, a usunąć nie można było, broń boże! Gdy po paru miesiącach zorientował się, że brat usunął część gier które ojciec ściągnął rok wcześniej i ich nie ruszył, to wpadł w szał. O ilości pościąganych wirusów nawet nie wspomnę. Oczywiście powolne działanie komputera nie było wynikiem wirusów i zapchanego dysku, tylko moją winą, bo "znowu wtykałem tam pazury", czytaj czasem go użyłem żeby wydrukować coś do szkoły. Dla mnie natomiast było to irytujące przez to, że w pewnym momencie ojciec pod moją nieobecność zaczął ściągać i magazynować swoje pierdoły na moim komputerze, bo na jego nie było już miejsca wobec czego musiałem założyć hasło i czyścić dysk z wszelkiego śmiecia.

Obecnie ojciec już nie ściąga plików, ponieważ znalazł sobie nowe, na razie nieszkodliwe hobby - kupowanie wszelkich tanich pierdółek z Chin na Ebayu, co co najwyżej może nieraz irytować tym, że np jakaś szuflada jest cała zawalona tandetnymi czytnikami kart SD, i raczej na tym na razie poprzestanie.
Na całe szczęście.

Dom

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 138 (156)

#85267

(PW) ·
| Do ulubionych
Z cyklu "Piekielności dawnej podstawówki".

W mojej podstawówce nauczycielki nie raz i nie dwa wpisywały punkty minusowe gdy zauważyły, że ktoś np. przechodził nie na pasach w drodze do domu czy "niewłaściwie zachowywał się na chodniku". O ile to pierwsze słusznie, to pod drugie często podciągano np. szturchanie się nawzajem. Takie wpisywanie punktów minusowych za zachowanie poza szkołą nie było rzadkie, a szczytem była historia, którą słyszałem od znajomych - od niejednego, a były one zaskakująco zgodne - gdy syn jednej z nauczycielek pokłócił się i powyzywał z innym dzieciakiem na boisku we wsi, w związku z czym dzieciak dostał za to od owej nauczycielki punkty minusowe. Samo to już jest piekielne oraz było naruszaniem regulaminu, ale staje się jeszcze piekielniejsze gdy zestawi się to z inną sytuacją.

Pewnego dnia 6-klasista pobił 4-klasistę przed szkołą. Szkoła umyła ręce twierdząc, że to stało się poza terenem szkoły i to już nie jest ich jurysdykcja. W tym przypadku "poza terenem szkoły" oznaczało... metr przed bramą.

szkoła

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (141)

#85318

(PW) ·
| Do ulubionych
Kolejna historia z dzieciństwa, tym razem o "zapominalskiej" ekspedientce i oskarżaniu mnie o złodziejstwo.

Mając lat około 7 czy 8, czasami chodziłem do lokalnego sklepu po jakieś lody czy zakupy dla rodziców. Pewnego razu ekspedientka mi zadała dziwne pytanie:
- Tutaj były takie samochody czekoladowe, wiesz o jakich mówię? - i wskazała na ladę.
Powiedziałem że wiem, że ostatnio tutaj było takie pudełko czekoladowych, na co ona odparła, że lepiej dla mnie żeby się szybko znalazły. Mały byłem, nie wiedziałem o co jej chodzi, więc po prostu kupiłem co miałem kupić i wróciłem do domu.

Po paru dniach moja mama zapytała się, czy brałem jakieś czekoladowe samochodziki ze sklepu, na co ja odpowiedziałem, że nie. Strasznie była wtedy wpieniona i od razu poszła do sklepu zrobić awanturę.
Co się okazało? Że pani ekspedientka każdemu jednemu klientowi rozpowiadała, że jestem złodziejem i ukradłem całe pudełko tych nieszczęsnych czekoladowych samochodzików. Rzekomo pod nosem obsługi i kamery. I moja mama zażądała żeby jej pokazać nagranie z monitoringu jak to rzekomo kradnę te czekoladki.

Przyjechał w tym celu właściciel, i co się okazało? Że pani ekspedientka wcześniej sprzedała komuś całe pudło tych samochodzików na jakąś imprezę i o tym "zapomniała". Za to nie zapomniała mnie i mojej rodziny oczerniać przed każdym kto wszedł do sklepu.

sklep

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (162)

#85219

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie tutaj kolejna historia z serii "Piekielności dawnej podstawówki", a mianowicie o stażyście roku.

Gwoli wstępu: W podstawówce zdiagnozowano mi AD/HD, którego w rzeczywistości nie miałem, a byłem zwyczajnie dość niegrzecznym dzieciakiem. Wtedy była taka mania na stwierdzanie wszelkiego rodzaju schorzeń, zespołów itd, a w związku ze zdiagnozowaniem, zaczęto faszerować mnie różnymi prochami w różnych kombinacjach i dawkach. Po jednych byłem normalny, po innych przytłumiony, jeszcze po innych potrafiło odbijać mi kompletnie, a zmieniały się one często.

Pewnego razu przez przypadek zamiast dwóch tabletek wziąłem podwójną dawkę jednej - znowu mi zmieniono leki, a tabletki były do siebie podobne, więc albo ja albo moja mama je pomyliła. Efekt był taki, że podczas WF na dworze ze stażystą dopadła mnie ogromna senność, aż mi ciemniało przed oczami, a w pewnym momencie pociemniało mi bardziej, osunąłem się na ławkę na której siedziałem i na niej tak leżałem śpiąc.

Obudziłem się 3 godziny później na tej samej ławce. Stażysta najwyraźniej uznał, że dziecko nagle osuwające się na ławkę to nic niepokojącego, a następnie zabrał całą klasę i zostawił mnie tak leżącego na tej ławce.
Zastanawiam się, co by było gdyby mi lub innemu dziecku faktycznie przydarzyło się coś złego i wymagałoby pomocy, a stażysta zachował by się tak jak wobec mnie.

szkoła

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (138)

#84983

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótka historia o jednej z piekielności podstawówki, do której chodziłem.

Pewnego dnia, gdy moja matka była w Warszawie, pomagając ciotce w urządzeniu mieszkania, zadzwoniła do niej dyrektorka szkoły, przekazując, że niesprowokowany napadłem na kolegę z klasy i połamałem mu palce i należy jak najszybciej przyjechać, bo sytuacja jest bardzo poważna. Matka, przerażona, pojechała jak najszybciej 100 km z powrotem do domu, obawiając się co też ja narobiłem i czy nie będzie poważnych konsekwencji.

Przyjechała i oto, co się okazało.
- Nie niesprowokowany, tylko rzeczony dzieciak razem z innymi na przerwie zaczepiali mnie, przezywali, pluli na mnie.
- Nie napadłem, tylko jednemu z nich podstawiłem nogę za to opluwanie i całą resztę.
- Nie ja mu palce tak urządziłem, tylko on wyciągnął przed siebie rękę pechowo, jak upadł.
- I palce nie połamane tylko wybite.
- I nie wszystkie, tylko 2 u jednej ręki.

Po czym usłyszała że "to przecież niemal to samo, co jej mówiono".

Ot, uroki dawnej polskiej oświaty.

szkoła

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (152)

#85018

(PW) ·
| Do ulubionych
Znowu historia o piekielnych psach i ich właścicielu.

Niedaleko ode mnie, przy jednej z dróg powiatowych, które są bardziej uczęszczane, ktoś zaczął sobie budować na jesieni oraz w zimę i wieczorami oraz podczas dnia, gdy robotnicy wracali do domu, wypuszczał 2 psy, aby pilnowały terenu.

I tu zaczyna się piekielność i skrajna głupota - cała działka nie miała jeszcze zrobionego ogrodzenia, bramy oraz furtki (po wybudowaniu tych ostatnich i tak były niepodsypane, więc była pod nimi szpara wysoka na pół metra). Pan Hrabia natomiast wieczorami wyjeżdżał, zostawiając swoje pupile na posesji. W wyniku tego 2 wielkie, agresywne psy, z których jeden nie miałby problemu z powaleniem i zagryzieniem człowieka, biegały sobie po miejscowości, gdzie tylko zapragnęły, raz o mało mnie nie atakując, gdy biegałem późną porą.

Skarga poszła do sołtysa, lecz Pan Hrabia najwyraźniej uznał, że może mieć wywalone na wszystko. W międzyczasie skończył budowę płotu i pod koniec lutego podsypał bramę oraz furtkę, więc psy nie wychodziły. A przynajmniej tak myślałem - gdy wróciłem ze Słowacji, szedłem z moją dziewczyną na spacerze po chodniku przy tamtej właśnie drodze. Nagle widzę, że właściciel posesji gdzieś sobie jedzie, zostawiając otwartą bramę (w końcu musiałby potem przy powrocie podjąć tytaniczny wysiłek naciśnięcia przycisku na pilocie i czekać całą wieczność - 10 sekund - aż się ona otworzy), a psy, jakżeby inaczej, hasają sobie bez nadzoru po podwórku, wyskakując niemalże na chodnik i podbiegając ze szczekaniem i warczeniem do rowerzystów, którzy (podobnie jak my) przenieśli się na drugą stronę jezdni. Godzinę później, gdy wracaliśmy z dziewczyną, brama była nadal otwarta, a psy siedziały na podjeździe, warcząc, szczekając i podbiegając do każdego, kto się zbliżył.

Obecnie czekam, aż znowu będzie miała miejsce taka lub podobna sytuacja, aby ją nagrać i zgłosić na policję. Z właścicielem działki tak naprawdę nie ma kontaktu, a gdyby tym psom kiedyś odbiło i chociażby rzuciłyby się na dziecko wracające ze szkoły (czy nawet dorosłego), to dojdzie do tragedii.

psy

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (114)

#84932

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z roku 2015-ego, postanowiłem ją w końcu opisać.
W 2015 roku szukałem jakiejś pracy dorywczej na wakacje, i w końcu znalazłem jedną przy wykładaniu towaru w markecie w Radomiu.

Zatrudniła mnie pracownica jednej z firm zajmujących się takimi rzeczami, miałem popracować miesiąc w zastępstwie za jedną dziewczynę która złamała rękę, a przynajmniej tak mi powiedziano.

Praca jak praca, irytująca ale da się znieść, ale cyrk i cała piekielność zaczęła się potem.

Po tygodniu (3 dni pracy) pracownica przyszła i powiedziała że dziewczyna wróciła miesiąc wcześniej ze złamania i niestety trzeba mnie zwolnić, ale wypłacą mi pieniądze za te 3 dni (około 60 złotych) tylko muszę podpisać przygotowaną umowie na platformie cyfrowej firmy. Umowę podpisałem, pieniądze nie przychodziły. Pracownica prosiła o dane bo może coś pomyliła, nr konta wysyłałem, dzwoniłem wiele razy zarówno do niej jak i do firmy ale pieniądze nie przychodziły. W końcu miałem dość i uznałem ze nie ma co nerwów i czasu tracić o te 50 zł, zwłaszcza że w międzyczasie znalazłem pracę lepszą i o wiele lepiej płatną.

Problem wrócił, gdy w marcu przyszedł email od firmy abym odebrał PIT od nich za tą umowę. Zadzwoniłem, zapytałem o jaki PIT chodzi, skoro nie dostałem żadnych pieniędzy. Powiedziano mi że pieniądze zostały wysłane na konto jeszcze w sierpniu.
Wtedy coś mnie tknęło.

Po poszukaniu hasła zalogowałem się na platformę i zobaczyłem tą umowę dokładnie. Jak się okazało numer konta podany w umowie był zupełnie inny niż ten, który podawałem 3 razy pracownicy, przy czym będąc dopiero 18 latkiem nie zauważyłem tego jak i w naiwności nie podejrzewałem ze pracownik jakby nie patrzeć dość profesjonalnej firmy może odwalać jakieś machlojki.
Zadzwoniłem razem z ojcem (jak wspomniałem jedna z pierwszych robót, w takich sprawach byłem jeszcze zielony), gdzie pracownica zaczęła się tłumaczyć, że może wpisała jedną czy dwie cyfry źle.

Wkurzyliśmy się, i powiedzieliśmy żeby nie robiła sobie jaj bo to jest zupełnie inny numer konta, zapewne jej, i jeżeli pieniądze nie znajdą się w przeciągu tygodnia to zgłaszamy sprawę na policję.
Usłyszałem wtedy jeden z lepszych tekstów w życiu:"Proszę mnie nie straszyć policją bo to są groźby karalne!"
Powiedzieliśmy że to nie jest żadna groźba karalna i jak zapowiedzieliśmy jeżeli pieniądze się nie znajdą idziemy na policję. Pracownica rzuciła na odchodne że jesteśmy chamami bez cienia współczucia bo ona samotnie wychowuje dziecko po czym się rozłączyła.

Pieniądze znalazły się następnego dnia.
Ta kobieta zatrudniała i zwalniała nie tylko mnie, ale też sporą liczbę osób i zapewne dorabiała się miesięcznie sporej ilości pieniędzy korzystając z faktu, że ludziom zazwyczaj nie chciało się męczyć o tak małe sumy pieniędzy. Podejrzewam również że kazała im robić swoją pracę, zważywszy na fakt że przez te 3 dni ona zawsze wychodziła wyładowawszy 1-2 palety, podczas gdy ja i inni mieliśmy ich nawet po kilkanaście.

Jak widać niektóre "madki" posuwają się wręcz do tego, że uważają ze bycie samotną matką uprawnia do oszustw i okradania ludzi...

sklepy Radom

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 177 (215)