Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Habiel

Zamieszcza historie od: 9 listopada 2012 - 15:15
Ostatnio: 27 lutego 2020 - 5:43
O sobie:

Rocznik 96, kobietka. Przepraszam za wszelkie błędy ortograficzne/gramatyczne.

  • Historii na głównej: 11 z 12
  • Punktów za historie: 2860
  • Komentarzy: 1100
  • Punktów za komentarze: 8419
 

#85713

(PW) ·
| Do ulubionych
Obudziłam się o 8 rano. Odruchowo sięgnęłam po telefon. Pierwsze co rzuciło mi się w oczy to ikonka messengera i wiadomość od mojej mamy. "Ukradli nam Seicento".
Dobry żart - pomyślałam sobie. Nasze Seicento, chociaż bardzo kochane, skończyło w tym roku 18 lat i około 2 miesięcy temu zaliczyło stłuczkę na parkingu. Miało nowe znamię w postaci wgniecionego boku, po tym jak wjechało w nie równie wiekowe auto, nad którym stracił panowanie kierowca i wjechał na parking, uderzając z impetem w moją bordową bestię.

Nie nadawało się już na dłuższe trasy (chociaż mechanik zapewniał, że jest bezpieczne), mimo że jego przebieg był marny - jakieś 95 tysięcy, to do 100k miał już nie dobić, a zakończyć żywota w maju przyszłego roku. Obecnie służyło za auto robocze i dojazdowe do pracy mojej rodzicielki.
Dzwonię do mamy, aby wyjaśnić sprawę śmiesznej wiadomości z rana, bo przecież kto by chciał kraść naszego złomka, gdy na blokowisku są o wiele lepsze i nowsze auta. Dodatkowo nasze było trzymane w zamkniętym ogródku i zazwyczaj w małym garażu, gdzie wchodziło na styk.

Jednakże w ostatnim czasie garaż jest zamknięty, ponieważ stanowi również prowizoryczny szpitalik dla bezdomnych kotów, które mamy pod opieką. Obecnie zamieszkuje go Hudini-kotka, której sznurek wrósł się w ciało - najprawdopodobniej ktoś przywiązał ją do drzewa, aby zdechła, a ktoś inny ją znalazł, uciął sznur, lecz sama kotka była wystraszona i uciekła. Tak trafiła na nas - udało nam się ją złapać dopiero gdy była już bardzo osłabiona, wdrążyliśmy leczenie, czego skutkiem (poza opieką weterynarza) było to, że Seicento zostało wyeksmitowane z garażu, gdzie dochodziła do siebie kotka. Jak również Seicento stało się jej wybiegiem, gdzie mogła rozprostować kości, ponieważ przez ranę musiała zostać umieszczona w klatce, aby jej nie obciążać i zalecono tylko małe spacerki.

Dlaczego o tym wspominam? Ponieważ przyjazd policji i to nie tylko z mojego miasteczka, a również z miasteczka powiatowego, spowodował to, że nagle większość sąsiadów, wedle opowieści moich rodziców, odczuła potrzebę wyjścia ze śmieciami. Jedna z sąsiadek podsłyszała jak moi rodziciele opowiadają policji o naszych zabezpieczeniach i powodach, dlaczego auto wyjątkowo stało na zewnątrz.

Po paru godzinach okazało się, że Seicento się znalazło. Połowa baku zniknęła, na podłodze walały się papierki po orlenowskich hot-dogach oraz puszka po coli. Zmienione zostało tylne koło na letnie z zimówki, a sama opona zimowa wyparowała. Auto zostało zaparkowane na tej samej ulicy, ale prawie 800 metrów dalej przy magazynach.

Mój tato zadowolony, że jego prezent na 40 urodziny się odnalazł, przyjechał nim triumfalnie po tym jak policja zrobiła już swoje. Parkując auto na nowo do ogródka usłyszał jak sąsiad z sąsiadką już plotkują o naszym nieszczęściu (w końcu to jest największe wydarzenie od dłuższego czasu!). Ogródek jest zarośnięty od strony płotu jesionami, także nawet nie zauważyli mojego ojca. I tak oto dane mu było usłyszeć mniej więcej taki dialog:

- Tym Habielowskim to auto wzięli i ukradli, starego złoma jakiegoś i jeszcze ojszczanego przez te koty.
- No oni jacyś nienormalni są żeby auto trzymać na dworze, bo jakiegoś sierściucha tam mają.
- Powinni tym wszystkim kotom łeb ukręcić, to byłby spokój i pewnie by im tego auta nie ukradli*.
- A nawet mi nie mów, Stachu, jak są ludzie walnięci**, to tacy zostaną, ale mają ten drugi samochód to na biednego nie trafiło!
- No i jeszcze mają córkę w Dużym Mieście, co słyszałem, że w adwokaturze siedzi, to też zaraz im kasę prześle.
- A policja przyjechała, spisała, wzięła ich na komisariat [a tu pomyłka, bo rodzice pojechali po auto, potwierdzić, iż to nasza zguba], to pewnie protokół ino zrobią i tyle z tego interesu będzie, a nie auto, hehe.

Na co mój tato wychodzi z ogródka, zamyka bramę i teatralnie krzyczy:
- Dzień dobry Panie Stachu, dzień dobry Pani Heleno! Auto się znalazło, nie musicie się już martwić. Dziękujemy z małżonką za troskę!

Zarówno wiekowa Pani Helena, jak i wiekowy Pan Stachu, podobno nagle szybko musieli coś załatwić, bo bardzo szybko odeszli od miejsca zdarzenia.

*;**- piekielni nie dopuszczają tak ciężkich przekleństw, wobec tego musicie zastąpić słowa cenzuralne niecenzuralnymi samodzielnie.

kradzież

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (115)

#85508

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieliśmy w pracy kontrolę z Inspekcji Pracy.
Biuro w stanie naturalnym, czyli 17 osób na małej przestrzeni, 4 osoby bez swojego stanowiska tj. biurek oraz pełno kartonów z dokumentami, których nie ma już gdzie upychać, bo każda wolna przestrzeń zajęta jest przez inne kartony lub segregatory.
Wiele razy upominaliśmy szefów o biurka, o właściwe doświetlenie biura, o wynajęcie archiwum, aby wszystkie szpargały wynieść. Cały czas słyszeliśmy, że to problem tymczasowy, bo już za X (wstaw dowolną ilość miesięcy) będziemy się przenosić do nowego biura. I tak przynajmniej od pół roku.

Jak się domyślacie, kontrola nie przeszła pozytywnie. Tydzień na poprawki całej listy zastrzeżeń.

Co na to szefowie? Zrozumieli swoje błędy? Nie.

Wezwali mnie na dywanik, jako ich asystentkę i zganili za to, że gdy weszła inspekcja, a ich nie było, nie pokierowałam zespołem i kolejno:
- nie wynieśliśmy dokumentów (bo nie ma gdzie, chyba że na dwór);
- nie wysłałam ludzi w teren, żeby w biurze było mniej osób;
- cały zespół nie popisał się bystrością, bo nie zrobił nic, aby biuro odgracić, wynieść zalegające śmieci i prywatne worki z ubraniami kierowników;
- nie odesłałam osób bez biurek (w tym siebie) na miejsca bardziej dostosowane, bądź w teren (bo nie ma gdzie);
- na moje słowa, że tak normalnie funkcjonujemy, starali się zaprzeczyć, bo przecież "to nie jest normalny stan biura!"

Nie dotarło do nich, że nim kobieta usiadła w ich gabinecie i zaczęła przeglądać dokumenty, obeszła całe biuro i sprzątanie nie miałoby sensu.
A dwa - w duchu cały zespół miał dość. Ci co mogą, szukają nowej pracy, bo tu chęci zmiany warunków, nigdy chyba nie przejdą, więc kontrola była w pewnym sensie na naszą korzyść.

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (151)

#85367

(PW) ·
| Do ulubionych
Małe zdenerwowanie* dnia dzisiejszego.

Jak już może kojarzycie, jestem wariatką, która wyprowadza koty na smyczy.

W zeszłym roku zmarła moja babcia. Niektóre swoim wnukom pozostawiają mieszkania i solidny zapas gotówki, a ja dostałam kota. Kot ten był księciem na włościach, lecz nie potrzebował służby, aby otwierała mu drzwi. Robił to samodzielnie, jeśli tylko nie były zakluczone.

Jednak z małego, bezpiecznego miasteczka trafił do wielkiego miasta, gdzie po wyjściu z bloku szybko przerobiony zostałby na placek. Na szczęście, gdy babcia była w dobrej kondycji, nauczyła go chodzić na smyczy i tak od roku spacerujemy sobie po bardzo dużym mieście.

Co spacer trafią się ludzie zaciekawieni, którzy zagadują o kota na smyczy. Nawet policjanci, czekający na zielone, potrafili krzyknąć przez okno, że przepisowy kot, na smyczy i na pasach przechodzi.
Były też reakcje neutralne, zdziwione miny i reakcje negatywne - tu prym wiodły starsze osoby, blisko 80. Oczywiście nie powiedziały nic w twarz, ale gdy tylko je mijałam, mówiły "kota na smyczy prowadzać, do czego to doszło!".

W tę ostatnią grupę wlicza się Stara Dewotka o Fioletowych Włosach. Na oko po 70, codziennie tupta do kościoła o mniej więcej stałej porze. Nasze pierwsze spotkanie było zbyte przeze mnie śmiechem.

Otóż okolica, gdzie wyprowadzam kota jest terenami zielonymi. Są skwery - w większości trawa i parę krzaczków. Dwa punkty to kamyki i krzaki, w które obowiązkowo mój kot musi wejść i je obwąchać. Za pierwszym razem dorwała mnie właśnie podczas tego, gdy mój kot obwąchiwał cis, a ja przeglądałam sobie internety.
- Tu nie wolno chodzić! - i zaczęła mi grozić palcem.
- To nie jest teren prywatny, mam prawo tu być. Tym bardziej, że kot na smyczy i się nie załatwia.

Coś tam jeszcze pokrzyczała, ale ją zignorowałam.

Jakiś czas później, idę po trawiastym skwerze, gdzie nawet jest tabliczka, że można wyprowadzać psy pod określonymi warunkami (koty jak zwykle pominięte). Schodzimy już na chodnik i akurat prosto na nią.
- TU NIE WOLNO ZE ZWIERZĘTAMI. TU JEST TEREN KOŚCIOŁA!
- To nie jest teren kościoła. Nie jest to teren prywatny, tylko miasta.
- TO TEREN KOŚCIOŁA!
- KOŚCIÓŁ JEST 300 METRÓW STĄD I NIECH SIĘ PANI ODCZEPI!

Potem mijałam ją parę razy, ale zazwyczaj byłam wtedy albo z moim mężczyzną albo ze znajomkami. Wtedy tylko patrzyła z daleka, a jej mina wyrażała bardzo duże niezadowolenie. Na wakacje zmieniłam też porę spacerów na bardziej wieczorną, lecz z ich końcem powróciłam do pory, gdy jeszcze jest słońce.

O Starej Dewotce opowiedziałam kiedyś psiarzowi, którego psa wyjątkowo lubi mój kot. Powiedział on, że wie, o kogo chodzi i że to jakaś stara wariatka, ale atakuje tylko "słabszych".

Dlaczego?

Bo gdy on szedł z psem i mijał ją - zero komentarza. Gdy poszła jego wnuczka [dziewczyna kończy podstawówkę], to już na nią nakrzyczała, a że dziecko spokojne, to uciekło, a nie wdawało się w dyskusję. Gdy raz szli we dwójkę, ale dziadek został, aby pozbierać po psie kupę i przez chwilę wnuczka stała sama, to już chciała coś jej powiedzieć, ale zarejestrowała obecność kogoś większego.

Pomyślałam, że może jest w tym racja. Z natury nie wyglądam na swój wiek, szczególnie jeśli ubiorę się na sportowo, a więc widzi we mnie kogoś, kto ma się jej podporządkować.

Za każdym kolejnym razem ją ignorowałam, mimo że darła się przez pół ulicy. Dzisiaj jednak trafiła na mój zły dzień. Rozmawiałam przez telefon, a ona stanęła obok i znowu wyskoczyła, że tu z kotem nie wolno! Przeprosiłam rozmówcę i tym razem to ja byłam głośniejsza niż ona. I chyba to poskutkowało, chociaż ludzie przechodzący obok nas zaczęli się z całej sytuacji śmiać.

- Czy pani jest jakaś trzepnięta?
- SŁUCHAM?
- Albo jest pani nienormalna, albo nie jest w ogóle kochana. Za każdym razem, gdy panią widzę, ma pani jakieś „ale” do mnie i mojego kota, bo chodzimy na spacer.
- BO TU NIE WOLNO!
- TO JEST TEREN PUBLICZNY, A NIE PRYWATNY! MA PANI NA NIEGO AKT WŁASNOŚCI? NIE? TO CO PYSKUJESZ!
- Tak nie wolno, to łamie przepisy!
- To dać numer na straż miejską albo policję? Niech pani dzwoni, proszę, nawet telefon pożyczę!
- Jesteś bezczelną gówniarą!
- Mam 23 lata i nikt nie będzie mi rozkazywał, więc proszę się odczepić!

I, decyzją mojego kota, poszliśmy kawałek dalej. Zaczęła coś mówić pod nosem, a więc, wkurzona na maksa, odwróciłam się i dodałam:
- Pani chyba nikt w życiu nie kochał, nie ma pani nikogo bliskiego, ani nikogo, kto na panią czeka w domu. Aż trochę to smutne, ale ma się, na co się zasłużyło.

Momentalnie ucichła i mam wrażenie, że już więcej do mnie się nie odezwie, bo jakoś od razu po krzyknięciu stała się mniejsza.

*Niestety wulgarniejszy synonim nie może być dopuszczony…

Edit:
Do kobiety na początku podchodziłam kulturalnie, ale to skutkowało jedynie jej większym nakręceniem się i bezczelnością. Ignorowanie również nie działało. Przez praktycznie rok się z nią użerałam, aż w końcu puściły mi nerwy. I tak, może ostatnie zdanie było przegięciem, ale to ono gwarantuje mi, że kobieta straciła animusz.

stare dewotki

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 111 (155)

#85305

(PW) ·
| Do ulubionych
Z serii rozmowy kwalifikacyjne.

Wczorajsza rozmowa o pracę, sprawiła, że już całkowicie popieram obowiązek widełek finansowych na danym stanowisku podanym w ogłoszeniu o pracę.

W zeszłym tygodniu odebrałam telefon od kancelarii radców prawnych, gdzie zgłosiłam się na Asystenta Radcy. Zakres obowiązków podany w ogłoszeniu taki, że w rzeczywistości jest to całkowicie samodzielne stanowisko, jeśli wykluczyć zapis "bieżąca pomoc w sprawach zleconych przez mecenasa". Widełek finansowych nie chciano podać, przekazano mi jedynie, że są one zależne od doświadczenia, co powinno sprawić, że zaświeci mi się czerwona lampka. Ale cóż, nadzieja matką głupich, idziemy.

Odbieram nadgodziny w obecnej pracy, jadę na rozmowę. Wita mnie sekretarka, która prowadzi do pokoju mecenasów. Kobieta i mężczyzna - pomyślałam, dobry znak. Sama kancelaria wyposażona w komputery Apple'a, na biurku leży jeden z nowszych iPhonów.

Mecenasi otwierają moje CV. Podpytują się o doświadczenia, dziwią się, że pracę "w zawodzie" miałam od 2 roku studiów, pytają się skąd zmiana branży. Zachwycają się nad umiejętnościami. A to wspaniałe, a to jeszcze lepsze. A że kojarzę co to za twój Rolnicza Spółdzielnia Produkcyjna? Oni sami nie do końca to rozumieją, ale bardzo to się przyda! Pisanie umów najmu, dzierżawy-super! Umowy deweloperskie? Jeszcze lepiej, mało osób je kojarzy z punktu praktycznego.
Po czym przystępujemy do kwestii wynagrodzenia.

- Ile by chciała Pani zarabiać? - podaję konkretną kwotę, całkowicie dopasowaną do mojego doświadczenia i ich wymagań, które pokrywały się prawie w 100%.
- Wie Pani, my musimy mieć gwarancję, że wypracuje Pani dla nas zysk. Już mieliśmy osoby, które miały dużą wiedzę teoretyczną, ale praktycznej żadnej. - myślę sobie "oho, będzie ciekawie".
- Widzimy, że Pani ma doświadczenie i wie o czym Pani mówi, ale i tak musimy zastosować okres próbny, a po nim będziemy rozmawiać o podniesieniu stawki, proporcjonalnym do wypracowanych przez Panią zysków.
- Dobrze, a więc jaką kwotę przewidują Państwo na tym stanowisku na okresie próbnym i po.
- Możemy obecnie zaoferować minimalną krajową (1664 zł netto!), a po trzech miesiącach możemy porozmawiać o podwyżce w zależności od wypracowanych zysków.
- I jak rozumiem ta kwota to na cały etat?
- Takie obecnie mamy przewidywania.

Wbiło mnie to w fotel. W mieście, gdzie pokój wynajmuje się za około 800 zł+opłaty, oferować takie pieniądze za cały etat, było dla mnie śmieszne. Na początku mojej drogi zawodowej, kiedy byłam kompletnie zielona i wszystkiego trzeba było mnie uczyć, dostawałam więcej.

- W takim razie dziękuję za poświęcony mi czas, ale nie mogę przyjąć tej oferty. Obecnie zarabiam o wiele więcej i nie mogę zgodzić się na takie zarobki.
- Ale niech Pani to przemyśli, przedzwonimy do końca tygodnia i Pani da nam odpowiedź, bo my chcemy podjąć współpracę.

Wróciłam do domu z myślą, że zmarnowałam prawie godzinę życia, bez dojazdu, na rozmowie, gdzie szukano młodszego specjalisty z określoną, wąską wiedzą na stanowisko podpisane jako "asystent" za pieniądze dla praktykanta, bądź początkującej osoby.

I wiecie co jest najgorsze? Że jest to któraś rozmowa w moim życiu, gdzie oferowane wynagrodzenie w praktycznym aspekcie nie pozwalałoby na przeżycie w tym mieście - ba, nawet wegetować byłoby trudno.
Gdyby od razu w ogłoszeniu podano stawkę, nie marnowałabym swojego i potencjalnego pracodawcy czasu. Czasem rozmawiałam z kimś blisko godzinę, robiłam testy wiedzy, po to, aby dowiedzieć się, że oferowana stawka jest albo najniższą krajową albo niewiele od niej większa.

Szanowni Pracodawcy,
wiem, że jest wam też ciężko, a obecna polityka nie jest pro-przedsiębiorcza, ale oszczędźmy sobie fatygi i powiększcie to ogłoszenie chociaż o widełki kwotowe, które jesteście w stanie zaoferować.

praca

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (167)

#83310

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszukiwania pracy - wersja studencka

Na wakacje rozpoczęłam pracę w swoim zawodzie. Stwierdziłam, że mam dość bezpłatnych lub słabo płatnych praktyk i poszukałam typowej pracy na 8 godzin. Uciekłam z niej po trochę ponad dwóch miesiącach, bo zostałam nazwana głupią oraz usłyszałam, że "na sekretariacie jest burdel", ponieważ nie wiedziałam, iż szefowi kończy się jego ubezpieczenie w prywatnym samochodzie i mu nie załatwiłam nowego (nie znałam nawet dokładnej marki - tylko wiedziałam, iż to auto sportowe, z tych droższych z koniem w logo, a pilnowanie jego prywatnego auta nie było w zakresie obowiązków). O firmie dużo mówi to, że przy 12-osobowym składzie, ja byłam 13. zatrudnioną w tym roku, a mało która z moich poprzedniczek wytrzymała okres próbny.

Zostałam więc na okresie wypowiedzenia i szukałam czegoś nowego. Jako że zbliżał się już rok akademicki, wpisywałam dyspozycyjność na 3/4 etatu lub cały, jeśli wchodzi w grę praca w sobotę. I zaczęło robić się wesoło.

1. Student kierunku poszukiwany do pracy na 25-35 h w tygodniu.
Lokalizacja dosłownie za rogiem, a więc poszłam CV zanieść osobiście. Od razu zaproszono mnie na rozmowę, z której dowiedziałam się, że praca jest, owszem, 25-35 godzin w tygodniu, ale może się zdarzyć, iż konieczne będzie zostanie do późnych godzin nocnych w formie nadgodzin. Bezpłatnych nadgodzin. Oczywiście umowa zlecenie, a potem może pomyśli się o umowie o pracę. Trudno, byłam pod ścianą i czekałam na telefon. Odebrałam go dosłownie dwa dni temu. Po ponad dwóch miesiącach od rozmowy poinformowano mnie, że mam zacząć od poniedziałku. Powiedziałam, że pracę już mam. Odpowiedź, jaką dostałam brzmiała "to dlaczego my mamy pani CV, skoro pani pracę ma?".

2. Fast food pod Złotymi Łukami.
Żadna praca nie hańbi, za coś żyć trzeba, a oferta była okej. Jako Lider Gościnności miałam zajmować się klientami, co mi bardzo odpowiadało. Miałam dostać SMS, kiedy będą czekały na mnie umowa i skierowanie na badania. Przeczekałam, stwierdziłam, że pewnie znaleźli kogoś innego. Potem okazało się, że ktoś nie przekazał informacji o tym, że te dwie rzeczy czekają na mnie od 2 tygodni.

3. Naleśnikarnia.
W czasie oczekiwania na SMS dostałam ofertę pracy jako kelnerka w naleśnikarni. Nawet poszłam tu na dzień próbny (oczywiście na czarno). Zmiana od 6:30 i nie czekało na mnie nic. Ani obowiązkowa koszulka, ani fartuszek, ani plakietka. Tak że uczyłam się obsługi klientów po cywilnemu. Stwierdziłam, że ta praca nie jest dla mnie, gdy słyszałam od współpracownic, że wypłata jest jak jest gotówka, czyli raz może być 5, raz 15, a raz 28. O przelewach na konto można zapomnieć, ale w grę wchodzi rozłożenie wypłaty na raty, jakbym potrzebowała zapłacić za mieszkanie.

4. Wielka Super Firma o wielu oddziałach w świecie.
Cała rozmowa poza "dzień dobry, czy pani Habiel?" po angielsku. Od pytań typu „gdzie się uczysz”, po pasje oraz wady i zalety, a także "jakbyś odpowiedziała na to i to". Praca na sekretariacie, z obowiązkowym kontaktem z klientami i zagraniczną bazą, gdzie znajomość biegle angielskiego to podstawa. Do tego dbanie o czystość strefy odpoczynku dla pracowników, obsługa konferencji i klientów, a także przygotowywanie umów. Zadowolona pani rekruter twierdzi, że wszystko jej pasuje, a mój angielski jest perfekcyjny. Pytam się więc o stawkę. "Dowie się pani w drugim etapie rekrutacji". Na moją uwagę, iż nie chcę marnować ich i mojego czasu, aby usłyszeć, że to praca za najniższą krajową, rekruterka mówi, iż ona takich informacji nie może udzielić. Wieczorem dostaję wiadomość, że do drugiego etapu nie udaje mi się przejść. Ciekawe, dlaczego. ;)

5. Trzy prace w zawodzie, czyli czytanie CV jest zbyt trudne dla oczytanych ludzi.
W trzech miejscach, gdzie składałam CV i były one dopasowane do moich studiów, nie zauważyli, że mam wpisane 3/4 etatu i to tak do CV, jak i ich formularzy oraz zaznaczałam w rozmowie telefonicznej. Jedno z miejsc nawet przeczytało moje wszystkie odpowiedzi na ich 58 pytań rekrutacyjnych, ale jakoś informacja o oczekiwanych zarobkach oraz etacie jakoś przeszła obok. Pamiętali za to, że interesuje się książkami o tematyce kryminalnej. W dwóch z miejsc podziękowali, bo jeszcze studiuję, a nie mam już magistra, w trzecim uparcie twierdzili, że mogę przejść na zaoczne, czego nie mogłabym zrobić przy proponowanych zarobkach (koszt zaocznych oraz połowa kosztu najmu mieszkania przy proponowanej kwocie powodowałyby, że albo żyję o chlebie i wodzie, albo odżywiam się cyklicznie co parę dni).

Na szczęście udało mi się znaleźć coś w zawodzie oraz za nie aż tak złe pieniądze, gdzie nie ma problemu z dyspozycyjnością. Jednak co się nachodziłam i nasłuchałam, to moje.

praca

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (132)

#82128

(PW) ·
| Do ulubionych
3 maja pożegnałam mojego kochanego kocura. Był to kot z problemami, nazwijmy go nawet kotem specjalnej troski. Wiązało się to ze sporymi nakładami finansowymi, ale to był nasz przyjaciel. Warto było dla niego robić wszystko.

Rodzina oraz znajomi wiedzieli, że nasz Gruby jest specjalny. Początkowo nie komentowali zbyt naszych decyzji - kot musiał dostawać leki wspomagające wydalanie; trzeba było go myć, gdyż przez wady w budowie kręgosłupa nie mógł zrobić tego sam. Oczywiście był też wyprowadzany na smyczy, co niektórych ludzi szokowało. Uwielbiałam słyszeć pytania od przyjezdnych:
1) To kotek na smyczy może chodzić?
2) A to ona w ciąży jest?
A Gruby po prostu był Gruby i bez smyczy nie ruszał się z domu. Ot co, mieli nas za lekkich wariatów.

W grudniu zdiagnozowaliśmy u niego cukrzycę. Zdziwiliśmy się, bo we wrześniu na badaniach kontrolnych nie było żadnych odchyłów. Rozpoczęliśmy leczenie. Gdy powiedziałam mojej przyjaciółce, że wyjazd sylwestrowy sobie odpuszczę, bo moje fundusze obecnie pochłania kot, zrozumiała. Jednak nasi dalsi znajomi zaczęli się śmiać, że tyle pieniędzy na durnego kota idzie. Sama karma dla cukrzyków była droga, nie mówiąc już o insulinie, czy glukometrze. Jak na jeden raz było to dużo dla mojego portfela, ale według nich te pieniądze mogłam przeznaczyć na wyjazd.

Pod koniec kwietnia Gruby zapadł na tajemniczą chorobę. Możliwe iż było to zatrucie opryskami, które osiadły na trawie, bo mieszkamy zaraz przy polach. Zaczęliśmy walkę o jego życie. Sąsiedzi, jak to w bloku, widzieli, że bierzemy kota do auta, pytali się co z nim jest. My ze szczerością mówiliśmy, że wycieczka do weterynarza, bo Gruby jest chory.
Reakcja ludzi - to uśpijcie, weźmiecie sobie kolejnego.
Walczę o życie kochanego zwierzaka, więc takie teksty bardzo wkurzały.
Jeszcze bardziej wkurzyło nas, gdy przedzwoniło wujostwo - typowi Janusze. Zapraszali nas na wycieczkę na działkę do Bydgoszczy. My uświadomiliśmy ich, że nasz kot jest w stanie prawie agonalnym i go ratujemy. "Oj tam, pojedziecie, odpoczniecie sobie to mu przejdzie, a jak nie to najwyżej zdechnie. Przecież to żadna rasówka, że tak o niego latacie".

Ostatnie dni kocura wymagały od nas dużo wyrzeczeń i wysiłku. Kroplówki, leki, insulina, sprzątanie po nim, bo nie zdążył czasem do kuwety. Wyjścia na spacer, bo mimo swojego stanu chciał pójść na dwór. Finanse się uszczupliły o blisko 400 zł w ciągu tygodnia. Jednak nasze wysiłki nie przyniosły skutku i Gruby odszedł.

Spotkaliśmy się zarówno ze współczuciem, jak i tekstami o zabarwieniu podobnym do powyższych - a że za durnym kotem płaczę, a przecież mamy następne 3 w zapasie (opiekujemy się bezdomniakami) i mamy jeszcze przecież jednego w domu, to skąd ta tragedia. Jedna sąsiadka, widząc, że na spacer idziemy tylko z jednym kotem, dodała dwa do dwóch i z uśmiechem na twarzy spytała "o to co, zdechł ten stary?".

Chciałam jakoś go uhonorować. Pokazać, że dalej będzie przy mnie obecny. Wrzuciłam nasze ostatnie, wykonane na parę godzin przed śmiercią, zdjęcie na instagrama (wiem, że niektórzy tego nie pochwalą, ale dla mnie to było trochę jak oczyszczenie). Mają go tylko moi znajomi. Napisałam, że mój przyjaciel zmarł. Poza słowami współczucia dostałam komentarz, że zwierzęta ZDYCHAJĄ, a UMIERAJĄ ludzie.

I może nie są to mega duże piekielności, ale w tych dniach szczególnie we mnie uderzyły.

kot i ludzie

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (267)

#74371

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali szpitalnych opowieści. Niekoniecznie przyjemna przy jedzeniu i bardzo długa ;) Piekielność lekarzy, pacjentów i ich rodzin.

Prawie rok temu w nocy przed podróżą dostałam mdłości. Wymiotowałam jak kot i bolał mnie brzuch. Ale pomyślałam wraz z rodzicami, że to najwyżej grypa żołądkowa i pojechaliśmy wszyscy do miasta, gdzie miałam rozpocząć studia, aby podpisać umowy (dlatego nie mogłam pozostać w domu-umowy były i na mnie i na mamę).

W drodze umierałam. Ale krople żołądkowe, tabletki przeciwbólowe i rozkurczowe i jakoś daję radę. Jeść to jadłam tylko cukierki, bo szybko odkryłam, że nawet bułka powoduje wymioty.
Przypomniało nam się, że miałam już raz taką chorobę, gdy byłam mała, a więc następnego dnia poszłam do lekarki. Ta przypisała lekarstwa, ale w razie, gdybym nawet po jogurcie naturalnym i sucharkach, zwymiotowała, mam się do niej zgłosić na następny dzień.

Tak, wymioty przyszły wraz z bólem. Dostałam skierowanie do szpitala. Pominę oczekiwanie, bo to każdy zna. W końcu mnie "obejrzano". Najpierw jednak lekarz X wyzwał mnie za to, że nie czekam na niego rozebrana od pasa w górę-nie było parawanu, a leżankę dalej był dziadek i jakaś jego rodzina. Krępowałam się po prostu. Gdy odmówiłam rozebrania się przy ludziach parawanik się znalazł. Lekarz pomacał brzuch, spytał czy boli. Co jadłam i czy miałam ostatnio wysiłek fizyczny. Odpowiedziałam, że tak, bo wykorzystywałam pogodę na maksa i dużo nurkowałam. Stwierdził rozstęp mięśni brzucha i położył na salce przy rejestracji wraz z kroplówką przeciwbólową. Pobrano mi krew i mocz. Znowu zwymiotowałam kilkakrotnie. Żółcią.

I wyszło coś nie tak. Ten sam lekarz co stwierdził rozstęp mięśni brzucha, przyszedł z pytaniem czy wyrażam zgodę na przyjęcie na oddział. Spytałam co wyszło na wynikach. Nie otrzymałam odpowiedzi, ale wyraziłam zgodę na przyjęcie na oddział.
Lekarz X pozostał na dyżurze, a mnie przejął inny. Pomarudził, że młoda, że się chorować zachciało i musieli dla mnie łóżka szukać, a mają dużo ludzi. Łóżko się znalazło. Siedziałam chwilę z rodzicami, dostałam zakaz jedzenia czegokolwiek i kroplówki. Normalnie mam słabo widoczne żyły, a wtedy byłam osłabiona. Wenflon założono mi za 5 próbą.
Rodzice pojechali i na oddział przyszedł inny lekarz. Pierwszy dobrze skojarzył moje objawy. Zabrał mnie na USG. Kamyki w pęcherzyku, które "rzuciły się" na trzustkę-to ona dawała mi popalić i przez nią rzygałam żółcią. Była na wykończeniu, jak to stwierdził. Przyszłabym 3 dni później, a mogłabym wybierać sobie na 90 %, sukienkę do trumienki.

Następnego dnia lekarz, który mnie zdiagnozował, wyjeżdżał na urlop. Powrócił do mnie X i on był moim prowadzącym. Nie uwierzył na wieść o kamykach, bo to byłby najmłodszy przypadek w historii tego szpitala. Miałam 19 lat, więc nie było to dla niego możliwe. USG pokazało to samo. I pojawił się problem.

Poratowywali mnie kroplówkami. Nie jadłam nic przez 8 dni (3 w domu, 5 w szpitalu). Nastraszyli mnie, że nie mają laparoskopu, więc będę miała szramy gdy dojdzie do operacji (na szybko sprawdzone w necie-kłamstwo); że będę miała jeszcze większe prawdopodobieństwo raka jelita, czy żołądka (zmarł na to mój dziadek, babcia i brat ojca). Wszystko, aby mnie nie operować. Gdy stwierdzili, że żyję jako-tako, dali mi wypis i polecenie przeprowadzenia badania, które miało sprawdzić, czy kamyki nie zalegają w przewodzie żółciowym. Robili je najbliżej we Wrocławiu.

W czasie mojego pobytu nr.1 na oddziale wewnętrznym (zwanym również umieralnią) leżałam z 3 paniami. Jedna z nich- Pani G, nadawała się do hospicjum. Niezbyt kontaktowała rzeczywistość, nie mogła wstawać do toalety. Pielęgniarki powiedziały mi, że jest u nich po raz 5 i mają nadzieję, że ostatni, bo kobieta tylko się męczy. Rodzina odwiedzała ją 3 razy w tygodniu na pół godziny. Nie interesowali się jej stanem zdrowia, przychodzili pogadać ze sobą. Wymienili ploteczki i wychodzili. A najgorsze przychodziło wieczorem/ w nocy. Wieczorem Pani G. krzyczała o pielęgniarkę, bo mówiła, że się zsiusiała i trzeba zmienić jej pieluchę. I tak co 3 minuty. Pani G miała podłączony cewnik. Moją nocą kryzysową, po której i ja zaczęłam życzyć Pani G spokojnej śmierci we śnie, była moja 4 noc na oddziale. 3-4 rano budzi mnie wrzask. Pani G się rzuca, patrzy w stronę drzwi i wrzeszczy do wyimaginowanej postaci "po coś tu przylazł; wyjdź stąd; zimno i śnieg przyniosłeś <był środek lata>". Potem w jej wyobraźni zapanował chwilowy spokój, bo pojawiła się chyba jej siostra (tak wnioskuję z "rozmowy"). I potem znowu wrzask. Przebijał się przez słuchawki rozkręcone na maksa. Pielęgniarki mają związane ręce, bo lekarz reanimuje innego pacjenta, a one same nie mogą dać jej już żadnych nadprogramowych leków. Noc kończę na kanapie w pokoju pielęgniarek za ich uprzejmością.

Wychodzę ze szpitala. Na tydzień. Umawiam się na "Wrocław" i we Wrocławiu jeszcze dostaję kolejnego ataku. Nie jestem z ich rejonu, więc kroplówka i spływaj. Wracam do domu. Trzymam się diety, w którą był wpisany szpinak. Kolejny atak w nocy, gdzie zwijam się z bólu i ledwo udaje mi się zejść do auta. Lekarz twierdzi, że moja wina, bo szpinaku nie ma w diecie, którą dostałam ze szpitala na kartce. Po przyjrzeniu się, ups, jednak był. Ich błąd. Za 3 atakiem po jogurcie mówimy dość. Albo robią mi operację, albo podpisują dokument odmówienia mi pomocy, a ja sprawę kieruję do sądu. I nagle znajduje się łóżko, znajduje się laparoskop, a nawet 3 lekarzy do operacji. Tak, standardową operację przeprowadzało aż 3 lekarzy (w tym ordynator), gdy zwykle robi to 1. Bali się tego, że pęcherzyk może mi pęknąć i się wylać, więc trzeba będzie ciąć. A jakbym zeszła im na stole, mieliby problem, bo byłam najmłodsza w ich szpitalu z kamica pęcherzyka.

Przed operacją to ja okazałam się trochę piekielna. Dostałam jednego "głupiego jasia" i nic. Przytomna całkiem wjeżdżam na blok i czekam w części przygotowawczej. Dostaję drugiego. Znowu nic. Leżę pod tlenem, opóźniam operację już 30 min, a dalej "spać" mi się nie chce. Dzięki temu miałam większą wiedzę niż studentka 1 roku medycyny na temat czynności przed operacyjnych :) W końcu narkoza w żyłę i padam. Podobno walczyłam jeszcze 10 min, ale ja już tego nie pamiętam, a przez moją narkotyczną gadkę, byłam hitem szpitala.

Operacja udana, wszystko pięknie, ładnie. I znowu, teoretycznie powinnam cały dzień przespać po takiej ilości środków. Ale ja już przebudzałam się, gdy zwozili mnie po operacji na salę, a godzinę po niej kłóciłam się z pielęgniarką o to, że do basenu siku robić nie będę. I tak, ten nieszczęsny basen. O ile w dzień było fajnie, bo byli rodzice i chłopak i oni się zajmowali opróżnianie go, tak w nocy było gorzej. Pielęgniarka miała gdzieś dzwonek i w końcu musiała mi go opróżnić sąsiadka z drugiego łóżka. Potem odwdzięczyłam jej się tym samym. Na pielęgniarkę poszła skarga. Na szczęście na basen skazana byłam tylko dobę.

Mówiłam, że mam słabe i ledwo widoczne żyły? Trzeba było zmienić wenflon, bo już robiła się bańka. Młoda pielęgniarka nie potrafiła się wkłuć. Ok, rozumiem, mało praktyki, a ja jestem ciężkim przypadkiem. Woła starszą stażem. Znowu to samo. Po 9 próbach wołają anestezjolog. Pielęgniarki nawet nie zdążyły powiedzieć, że chodzi o mnie, a sama zgadła. Ona trafiła za 5 razem. I o ile krew mam pobieraną co roku od małego i takie zabiegi mnie nie ruszają psychicznie, to ręka potem bolała i była posiniaczona, jakby mi ktoś po niej czołgiem przejechał.

Najgorsze dla mnie, poza bólem i zlewaniem mojego stanu do czasu szantażu, było oczekiwanie na wyjście. Wyobraźcie sobie, co czuje młoda osoba wśród starszych osób, z którymi do ładu dojść nie można. Dodatkowo lekarze nie mówili mi nic-wszystko mówili rodzicom, ba, nawet rodzicom chłopaka, gdy ci wpadli w odwiedziny. I słyszysz, że wyjdziesz jutro. Już myślisz, że się spakujesz, a tu nic. "Wyjdziesz jutro" usłyszałam jeszcze 3 razy. Za 4 dostałam na wyprowadzkę aż 30 min. Nie miał mnie kto odebrać, bo rodzice w pracy. Nie mogę zostać na łóżku i poczekać do 15, bo moje łóżko jest potrzebne. W sumie na korytarzu też nie mogę, bo już pacjentem nie jestem. Na szczęście zgarnął mnie chłopak.

Do domu wróciłam chudsza o 9 kilo, ze straszną cerą i włosami, no i bez felernego pęcherzyka oraz jego kolegów-kamyczków, nie życzę nikomu ;)

szpital operacja lekarze pacjenci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (252)

#73908

(PW) ·
| Do ulubionych
"Jak wynajmować mieszkanie - podręcznik dla początkujących" - oczami poszukującej mieszkanie w tym i zeszłym roku.

ROK ZESZŁY

Korzystaliśmy z chłopakiem z biura, bo zastrzegło ono sobie oglądanie mieszkań za opłatą. Na internecie zdjęć mieszkania brak. Już wtedy powinna nam się włączyć lampka ostrzegawcza, ale młodzi, bez doświadczenia w wynajmowaniu, zapłaciliśmy 300 zł i poszliśmy oglądać "superoferty".

1. Tanio i ładnie, dwupokojowe - w rzeczywistości brudna, stara kamienica i meble po babci, która zmarła 3 miesiące wcześniej. Właściciele od razu zastrzegają sobie wejścia kontrolne do mieszkania, zakazują hałasów i w ogóle mieszkajcie tak, jakby was nie było. 2 pokoje okazały się jednym o wielkości +/- 15m2 i drugim wielkości schowka na szczotki.

2. Mieszkanie już nie tak tanie, ale ładne - na pierwszy rzut oka dobre. Minusem były piece kaflowe przerobione na prąd, ale i je jakoś wtopiono w mieszkanie. Problemem okazała się łazienka. Wchodzę, toaleta jest, umywalka jest. Ale gdzie prysznic? W kuchni, za zasłonką.

3. Mieszkanie miało być jak najbliżej centrum. Za centrum w biurze uważali bardzo dalekie okolice, blisko zajezdni tramwajowej. OK, dojazd niby jest, przeżyłoby się w ostateczności. Niezależne mieszkanko to przerobiony garaż. Wszystko byłoby OK - meble ładne, łazienka już w łazience. Minus - przejście przez podwórko, obok warsztatu i dwóch psów, szczekających już od progu. Tak, wypuszczane na noc na dwór.

Ostatecznie 4 propozycję przyjęliśmy. Jednak ze względu na to, że ogrzewanie gazowe, a mieszkanie na poddaszu, szybko się chłodziło i rachunek wychodził duży (a w mieszkaniu po 18-20*C max). Szukamy więc na nowo.

ROK OBECNY

Rezygnujemy z biura. Szukamy na własną rękę, bo już mniej więcej się orientujemy w mieście.

1. W ofercie napisane "bezpośrednio od właściciela" - odbiera biuro. I tak jakieś 10 razy.

2. Od właściciela, w dobrej okolicy, ale podejrzanie tanio. Umeblowanie na zdjęciach, C.O. No to wykonujemy telefon. "Mebelki to ja zabieram, mieszkanie będzie tylko z kuchnią i łazienką. C.O? No tak, odkręca się piec i leci ciepło do grzejników".

3. Kawalerka - wydaje się w porządku. To dzwonimy umówić się na oglądanie. Pominę wywiad z właścicielem na temat kosztów dodatkowych, których ogłoszenie nie uwzględniło.
- No i internet na spółkę z lokatorami innymi to wychodzi po jakieś 20 zł.
Łapię zawieszkę. Jak z innymi lokatorami? Może koleś ma po prostu kilka kawalerek i je wyposażył w jeden internet? Pytam.
- To na pewno kawalerka?
- No tak, tak. Jest to pokój z osobnym wejściem, kuchnia i łazienka.
- Rozumiem, że własne?
- No nie. Z innymi lokatorami.
- Czyli to pokój, a nie kawalerka!
- To jest duży pokój z osobnym wejściem, więc kawalerka.
Aha. Podziękowałam.

4. As wywiadu. Pyta się o pracę (nie, studenci dzienni; praca dorywczo w domu), a długo jesteście razem z chłopakiem? (wystarczająco), w jakich godzinach mamy zajęcia (nie mamy planu na następny rok), kto mieszkanie będzie opłacał (rodzice i my), a ile rodzice zarabiają. Na tym pytaniu się skończyło i się rozłączyłam.

5. Już mieliśmy podpisywać umowę, już mieszkanie stoi otworem. No właśnie - umowa. Właściciel zastrzegł sobie prawo do wizyt w mieszkaniu - OK, rozumiem, chce sprawdzić stan. Przekazał instrukcję obsługi mieszkania (włączyć wentylator w łazience po każdym posiedzeniu; koniec spłukiwania wody po 22; okna otwierać codziennie na 40 min; temperatura w mieszkaniu minimalnie 26*C). Przegięcie nastąpiło w informacji, że każdą pocztę, jaka do niego przyjdzie, mamy mu zawozić do domu. Mieszkał jakieś 20 km od miejscowości, gdzie najmować mieliśmy mieszkanie.

I teraz bądź tu człowiekiem, który chce za normalne pieniądze wynająć małe, 2-pokojowe albo kawalerkę, bez bawienia się w biura i dziwne umowy bądź tragiczne warunki i kłamliwe ogłoszenia, których nikt nie usuwa, nawet po zgłoszeniu.

Ostatecznie po 3 miesiącach szukania udało nam się znaleźć kawalerkę. Ale nerwów co straciliśmy, to nasze.

wynajem właściciele mieszkania

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (213)

#73129

(PW) ·
| Do ulubionych
Posiadam kota, stwora o wielkiej masie i przestawionych kręgach w kręgosłupie, który dumnie od pierwszych dni w mym domu, wychodzi na dwór na smyczy.
Pomińmy zdziwienia ludzi, niezaznajomionych z tym widokiem, czy komentarze, abym puściła go wolno, bo to kot i "se poradzi". Zwłaszcza, że przez niepełnosprawność nie potrafi on wskoczyć wyżej niż 40 cm.

Wychodzimy na dłuższe spacery na pola, gdzie chodzą również ludzie z psami. Wszyscy psiarze z okolicy znają mnie i wiedzą, że to nie pies znajduje się na końcu smyczy. Zazwyczaj skręcają w drugą ścieżkę lub, przy psie mało agresywnym w stosunku do kotów, mijają się ze mną. Pies przywita mego Grubasa, Grubas przejdzie niewystraszony.

Ale jest też i on. Właściciel mieszańca, sięgającego mi za biodra. Psisko zwykle wyprowadzają jego rodzice i skutecznie się wtedy "dzielimy" ścieżkami. Oni w lewo, ja prosto. Wszyscy zadowoleni. Ale on musi iść ścieżką prosto! Co z tego, że ja byłam w jej połowie i nie miałam już jak zawrócić (za mną prace traktorów, blokujące dróżkę). Poznał mnie i odpiął psa ze smyczy. Bydlę oczywiście leci już na mnie i kota. A uwierzcie, biega to on szybko. Jedyne co mi pozostało to podniesienie kota na ręce i uzbrojenie się w kamień - na tyle duży, aby pies się wystraszył, na tyle mały, że go to by nie zabiło.

Krzyczę do idioty, żeby zabrał kundla, bo ja z kotem. Idiota ignoruje. Pies lata wokół mnie i obszczekuje, kot wbija mi pazury. Pałka przegina się, gdy pies próbuje doskoczyć do Grubego. Rzucam w niego kamieniem, żeby się odczepił. Nie pomogło.
Na szczęście sytuację zauważył Pan z traktora. Podleciał, złapał psa i przygniótł go do ziemi. Co na to właściciel? Podniósł krzyk, że to pies, jak tak można. Że ja z kotem to powinnam w domu siedzieć i to moja wina.
Gadkę ucięłam szybko, wyciągając telefon i pytając czy dzwonić na policję. Traktorzysta dopowiedział, że będzie świadkiem.

Z łaską właściciel przypiął psa i odciągnął go ode mnie. Później od jego rodziców dostałam przeprosiny oraz obietnicę, że pies będzie wyprowadzany już tylko przez nich. Szkoda tylko, że te słowa nie zdałyby się na nic, gdyby pies dopadł mnie, albo mego Grubasa.

kot spacer idiota

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 297 (317)

#69550

(PW) ·
| Do ulubionych
Wraz z chłopakiem i koleżanką wynajmuję mieszkanie. Po powrocie z weekendu, gdy tylko do niego weszliśmy, poczuliśmy gaz. Telefon do właściciela - brak kontaktu, a więc pada decyzja - dzwonimy na pogotowie gazowe. Gaz odcięty, bo przeciek gdzieś w pionie, a nie mieszkaniu. Wystarczyło poinformować właściciela o zaistniałym fakcie, co uczyniliśmy rano. Przysyła ekipę popołudniu. Cud, miód i orzeszki.

Z tym, że nie do końca.

Jedyne co w mieszkaniu nie jest na gaz to piekarnik i światło (no i laptopy ;) ). Reszta od ogrzewania po kuchenkę - gazowe. W mieszkaniu, gdy przybyliśmy było 16*C. Trzeba było szybko załatwić sprawę - w nocy na dworze temp. w okolicy 1-4*C, a my morsami jeszcze nie jesteśmy. Fachowcy przychodzą w poniedziałek o 17:30. Nawet nie wyciągnęli urządzenia do mierzenia gazu. Przeszli się po mieszkaniu, zobaczyli jak lecą rury i powiedzieli, że przyjdą jutro. Dobra, kolejny dzień bez gazu, ale jakoś przetrzymamy.

Wtorek - umówieni na godzinę 14. Wracam prosto z uczelni, głodna i zła. Ale w końcu fachowcy muszą jakoś wejść do mieszkania, więc rezygnuję z obiadu na mieście. Zjawili się o 18. Tym razem przynieśli urządzenie i stwierdzili: "Tak tu leci gaz". Przypomnieliśmy, że w całym pionie gaz odłączony od niedzielnej nocy i chyba nic takiego nie powinno mieć miejsca. Chwila zmieszania i "Oni przyjdą jutro z narzędziami i będą działać". Brak postępu prac zgłoszony do właściciela. Temperatura w mieszkaniu spada do 14,5*C.

Środa - przychodzi właściciel. Fachowcy również. Ich narzędziami okazał się młotek i kombinerki. Nic czym mogliby awarię naprawić. Właściciel zagroził, że nie wypłaci im należności. "Ale my to jutro zrobimy". Wieczorem solidarnie robimy sobie biwak w kuchni. Tylko zamiast ogniska - piekarnik.

Czwartek - nad robotnikami wiszą cztery anioły zagłady, czyli właściciel i nasze trzy osoby. Załatwienie problemu zajęło im godzinę. W końcu powracamy do normalnego życia z opcją ogrzania mieszkania, ciepłej wody i kuchenki.

Koniec problemów?
Gdzieżby. Okazało się, że przez naprawę odcięto mieszkanie zza ściany. Dzisiaj przyszła kolejna ekipa. Powitała nas pretensją, że "oni od rana się dobijają!", gdzie w rozmowie zaznaczyliśmy, że jesteśmy w mieszkaniu dopiero od 14.

Zapowiada się ciekawy tydzień remontowy...

gaz dom remont

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 329 (363)