Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Habiel

Zamieszcza historie od: 9 listopada 2012 - 15:15
Ostatnio: 16 grudnia 2018 - 19:13
O sobie:

Rocznik 96, kobietka. Przepraszam za wszelkie błędy ortograficzne/gramatyczne.

  • Historii na głównej: 7 z 8
  • Punktów za historie: 2293
  • Komentarzy: 962
  • Punktów za komentarze: 7362
 

#83310

(PW) ·
| Do ulubionych
Poszukiwania pracy - wersja studencka

Na wakacje rozpoczęłam pracę w swoim zawodzie. Stwierdziłam, że mam dość bezpłatnych lub słabo płatnych praktyk i poszukałam typowej pracy na 8 godzin. Uciekłam z niej po trochę ponad dwóch miesiącach, bo zostałam nazwana głupią oraz usłyszałam, że "na sekretariacie jest burdel", ponieważ nie wiedziałam, iż szefowi kończy się jego ubezpieczenie w prywatnym samochodzie i mu nie załatwiłam nowego (nie znałam nawet dokładnej marki - tylko wiedziałam, iż to auto sportowe, z tych droższych z koniem w logo, a pilnowanie jego prywatnego auta nie było w zakresie obowiązków). O firmie dużo mówi to, że przy 12-osobowym składzie, ja byłam 13. zatrudnioną w tym roku, a mało która z moich poprzedniczek wytrzymała okres próbny.

Zostałam więc na okresie wypowiedzenia i szukałam czegoś nowego. Jako że zbliżał się już rok akademicki, wpisywałam dyspozycyjność na 3/4 etatu lub cały, jeśli wchodzi w grę praca w sobotę. I zaczęło robić się wesoło.

1. Student kierunku poszukiwany do pracy na 25-35 h w tygodniu.
Lokalizacja dosłownie za rogiem, a więc poszłam CV zanieść osobiście. Od razu zaproszono mnie na rozmowę, z której dowiedziałam się, że praca jest, owszem, 25-35 godzin w tygodniu, ale może się zdarzyć, iż konieczne będzie zostanie do późnych godzin nocnych w formie nadgodzin. Bezpłatnych nadgodzin. Oczywiście umowa zlecenie, a potem może pomyśli się o umowie o pracę. Trudno, byłam pod ścianą i czekałam na telefon. Odebrałam go dosłownie dwa dni temu. Po ponad dwóch miesiącach od rozmowy poinformowano mnie, że mam zacząć od poniedziałku. Powiedziałam, że pracę już mam. Odpowiedź, jaką dostałam brzmiała "to dlaczego my mamy pani CV, skoro pani pracę ma?".

2. Fast food pod Złotymi Łukami.
Żadna praca nie hańbi, za coś żyć trzeba, a oferta była okej. Jako Lider Gościnności miałam zajmować się klientami, co mi bardzo odpowiadało. Miałam dostać SMS, kiedy będą czekały na mnie umowa i skierowanie na badania. Przeczekałam, stwierdziłam, że pewnie znaleźli kogoś innego. Potem okazało się, że ktoś nie przekazał informacji o tym, że te dwie rzeczy czekają na mnie od 2 tygodni.

3. Naleśnikarnia.
W czasie oczekiwania na SMS dostałam ofertę pracy jako kelnerka w naleśnikarni. Nawet poszłam tu na dzień próbny (oczywiście na czarno). Zmiana od 6:30 i nie czekało na mnie nic. Ani obowiązkowa koszulka, ani fartuszek, ani plakietka. Tak że uczyłam się obsługi klientów po cywilnemu. Stwierdziłam, że ta praca nie jest dla mnie, gdy słyszałam od współpracownic, że wypłata jest jak jest gotówka, czyli raz może być 5, raz 15, a raz 28. O przelewach na konto można zapomnieć, ale w grę wchodzi rozłożenie wypłaty na raty, jakbym potrzebowała zapłacić za mieszkanie.

4. Wielka Super Firma o wielu oddziałach w świecie.
Cała rozmowa poza "dzień dobry, czy pani Habiel?" po angielsku. Od pytań typu „gdzie się uczysz”, po pasje oraz wady i zalety, a także "jakbyś odpowiedziała na to i to". Praca na sekretariacie, z obowiązkowym kontaktem z klientami i zagraniczną bazą, gdzie znajomość biegle angielskiego to podstawa. Do tego dbanie o czystość strefy odpoczynku dla pracowników, obsługa konferencji i klientów, a także przygotowywanie umów. Zadowolona pani rekruter twierdzi, że wszystko jej pasuje, a mój angielski jest perfekcyjny. Pytam się więc o stawkę. "Dowie się pani w drugim etapie rekrutacji". Na moją uwagę, iż nie chcę marnować ich i mojego czasu, aby usłyszeć, że to praca za najniższą krajową, rekruterka mówi, iż ona takich informacji nie może udzielić. Wieczorem dostaję wiadomość, że do drugiego etapu nie udaje mi się przejść. Ciekawe, dlaczego. ;)

5. Trzy prace w zawodzie, czyli czytanie CV jest zbyt trudne dla oczytanych ludzi.
W trzech miejscach, gdzie składałam CV i były one dopasowane do moich studiów, nie zauważyli, że mam wpisane 3/4 etatu i to tak do CV, jak i ich formularzy oraz zaznaczałam w rozmowie telefonicznej. Jedno z miejsc nawet przeczytało moje wszystkie odpowiedzi na ich 58 pytań rekrutacyjnych, ale jakoś informacja o oczekiwanych zarobkach oraz etacie jakoś przeszła obok. Pamiętali za to, że interesuje się książkami o tematyce kryminalnej. W dwóch z miejsc podziękowali, bo jeszcze studiuję, a nie mam już magistra, w trzecim uparcie twierdzili, że mogę przejść na zaoczne, czego nie mogłabym zrobić przy proponowanych zarobkach (koszt zaocznych oraz połowa kosztu najmu mieszkania przy proponowanej kwocie powodowałyby, że albo żyję o chlebie i wodzie, albo odżywiam się cyklicznie co parę dni).

Na szczęście udało mi się znaleźć coś w zawodzie oraz za nie aż tak złe pieniądze, gdzie nie ma problemu z dyspozycyjnością. Jednak co się nachodziłam i nasłuchałam, to moje.

praca

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (125)

#82128

(PW) ·
| Do ulubionych
3 maja pożegnałam mojego kochanego kocura. Był to kot z problemami, nazwijmy go nawet kotem specjalnej troski. Wiązało się to ze sporymi nakładami finansowymi, ale to był nasz przyjaciel. Warto było dla niego robić wszystko.

Rodzina oraz znajomi wiedzieli, że nasz Gruby jest specjalny. Początkowo nie komentowali zbyt naszych decyzji - kot musiał dostawać leki wspomagające wydalanie; trzeba było go myć, gdyż przez wady w budowie kręgosłupa nie mógł zrobić tego sam. Oczywiście był też wyprowadzany na smyczy, co niektórych ludzi szokowało. Uwielbiałam słyszeć pytania od przyjezdnych:
1) To kotek na smyczy może chodzić?
2) A to ona w ciąży jest?
A Gruby po prostu był Gruby i bez smyczy nie ruszał się z domu. Ot co, mieli nas za lekkich wariatów.

W grudniu zdiagnozowaliśmy u niego cukrzycę. Zdziwiliśmy się, bo we wrześniu na badaniach kontrolnych nie było żadnych odchyłów. Rozpoczęliśmy leczenie. Gdy powiedziałam mojej przyjaciółce, że wyjazd sylwestrowy sobie odpuszczę, bo moje fundusze obecnie pochłania kot, zrozumiała. Jednak nasi dalsi znajomi zaczęli się śmiać, że tyle pieniędzy na durnego kota idzie. Sama karma dla cukrzyków była droga, nie mówiąc już o insulinie, czy glukometrze. Jak na jeden raz było to dużo dla mojego portfela, ale według nich te pieniądze mogłam przeznaczyć na wyjazd.

Pod koniec kwietnia Gruby zapadł na tajemniczą chorobę. Możliwe iż było to zatrucie opryskami, które osiadły na trawie, bo mieszkamy zaraz przy polach. Zaczęliśmy walkę o jego życie. Sąsiedzi, jak to w bloku, widzieli, że bierzemy kota do auta, pytali się co z nim jest. My ze szczerością mówiliśmy, że wycieczka do weterynarza, bo Gruby jest chory.
Reakcja ludzi - to uśpijcie, weźmiecie sobie kolejnego.
Walczę o życie kochanego zwierzaka, więc takie teksty bardzo wkurzały.
Jeszcze bardziej wkurzyło nas, gdy przedzwoniło wujostwo - typowi Janusze. Zapraszali nas na wycieczkę na działkę do Bydgoszczy. My uświadomiliśmy ich, że nasz kot jest w stanie prawie agonalnym i go ratujemy. "Oj tam, pojedziecie, odpoczniecie sobie to mu przejdzie, a jak nie to najwyżej zdechnie. Przecież to żadna rasówka, że tak o niego latacie".

Ostatnie dni kocura wymagały od nas dużo wyrzeczeń i wysiłku. Kroplówki, leki, insulina, sprzątanie po nim, bo nie zdążył czasem do kuwety. Wyjścia na spacer, bo mimo swojego stanu chciał pójść na dwór. Finanse się uszczupliły o blisko 400 zł w ciągu tygodnia. Jednak nasze wysiłki nie przyniosły skutku i Gruby odszedł.

Spotkaliśmy się zarówno ze współczuciem, jak i tekstami o zabarwieniu podobnym do powyższych - a że za durnym kotem płaczę, a przecież mamy następne 3 w zapasie (opiekujemy się bezdomniakami) i mamy jeszcze przecież jednego w domu, to skąd ta tragedia. Jedna sąsiadka, widząc, że na spacer idziemy tylko z jednym kotem, dodała dwa do dwóch i z uśmiechem na twarzy spytała "o to co, zdechł ten stary?".

Chciałam jakoś go uhonorować. Pokazać, że dalej będzie przy mnie obecny. Wrzuciłam nasze ostatnie, wykonane na parę godzin przed śmiercią, zdjęcie na instagrama (wiem, że niektórzy tego nie pochwalą, ale dla mnie to było trochę jak oczyszczenie). Mają go tylko moi znajomi. Napisałam, że mój przyjaciel zmarł. Poza słowami współczucia dostałam komentarz, że zwierzęta ZDYCHAJĄ, a UMIERAJĄ ludzie.

I może nie są to mega duże piekielności, ale w tych dniach szczególnie we mnie uderzyły.

kot i ludzie

Skomentuj (41) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (258)

#74371

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali szpitalnych opowieści. Niekoniecznie przyjemna przy jedzeniu i bardzo długa ;) Piekielność lekarzy, pacjentów i ich rodzin.

Prawie rok temu w nocy przed podróżą dostałam mdłości. Wymiotowałam jak kot i bolał mnie brzuch. Ale pomyślałam wraz z rodzicami, że to najwyżej grypa żołądkowa i pojechaliśmy wszyscy do miasta, gdzie miałam rozpocząć studia, aby podpisać umowy (dlatego nie mogłam pozostać w domu-umowy były i na mnie i na mamę).

W drodze umierałam. Ale krople żołądkowe, tabletki przeciwbólowe i rozkurczowe i jakoś daję radę. Jeść to jadłam tylko cukierki, bo szybko odkryłam, że nawet bułka powoduje wymioty.
Przypomniało nam się, że miałam już raz taką chorobę, gdy byłam mała, a więc następnego dnia poszłam do lekarki. Ta przypisała lekarstwa, ale w razie, gdybym nawet po jogurcie naturalnym i sucharkach, zwymiotowała, mam się do niej zgłosić na następny dzień.

Tak, wymioty przyszły wraz z bólem. Dostałam skierowanie do szpitala. Pominę oczekiwanie, bo to każdy zna. W końcu mnie "obejrzano". Najpierw jednak lekarz X wyzwał mnie za to, że nie czekam na niego rozebrana od pasa w górę-nie było parawanu, a leżankę dalej był dziadek i jakaś jego rodzina. Krępowałam się po prostu. Gdy odmówiłam rozebrania się przy ludziach parawanik się znalazł. Lekarz pomacał brzuch, spytał czy boli. Co jadłam i czy miałam ostatnio wysiłek fizyczny. Odpowiedziałam, że tak, bo wykorzystywałam pogodę na maksa i dużo nurkowałam. Stwierdził rozstęp mięśni brzucha i położył na salce przy rejestracji wraz z kroplówką przeciwbólową. Pobrano mi krew i mocz. Znowu zwymiotowałam kilkakrotnie. Żółcią.

I wyszło coś nie tak. Ten sam lekarz co stwierdził rozstęp mięśni brzucha, przyszedł z pytaniem czy wyrażam zgodę na przyjęcie na oddział. Spytałam co wyszło na wynikach. Nie otrzymałam odpowiedzi, ale wyraziłam zgodę na przyjęcie na oddział.
Lekarz X pozostał na dyżurze, a mnie przejął inny. Pomarudził, że młoda, że się chorować zachciało i musieli dla mnie łóżka szukać, a mają dużo ludzi. Łóżko się znalazło. Siedziałam chwilę z rodzicami, dostałam zakaz jedzenia czegokolwiek i kroplówki. Normalnie mam słabo widoczne żyły, a wtedy byłam osłabiona. Wenflon założono mi za 5 próbą.
Rodzice pojechali i na oddział przyszedł inny lekarz. Pierwszy dobrze skojarzył moje objawy. Zabrał mnie na USG. Kamyki w pęcherzyku, które "rzuciły się" na trzustkę-to ona dawała mi popalić i przez nią rzygałam żółcią. Była na wykończeniu, jak to stwierdził. Przyszłabym 3 dni później, a mogłabym wybierać sobie na 90 %, sukienkę do trumienki.

Następnego dnia lekarz, który mnie zdiagnozował, wyjeżdżał na urlop. Powrócił do mnie X i on był moim prowadzącym. Nie uwierzył na wieść o kamykach, bo to byłby najmłodszy przypadek w historii tego szpitala. Miałam 19 lat, więc nie było to dla niego możliwe. USG pokazało to samo. I pojawił się problem.

Poratowywali mnie kroplówkami. Nie jadłam nic przez 8 dni (3 w domu, 5 w szpitalu). Nastraszyli mnie, że nie mają laparoskopu, więc będę miała szramy gdy dojdzie do operacji (na szybko sprawdzone w necie-kłamstwo); że będę miała jeszcze większe prawdopodobieństwo raka jelita, czy żołądka (zmarł na to mój dziadek, babcia i brat ojca). Wszystko, aby mnie nie operować. Gdy stwierdzili, że żyję jako-tako, dali mi wypis i polecenie przeprowadzenia badania, które miało sprawdzić, czy kamyki nie zalegają w przewodzie żółciowym. Robili je najbliżej we Wrocławiu.

W czasie mojego pobytu nr.1 na oddziale wewnętrznym (zwanym również umieralnią) leżałam z 3 paniami. Jedna z nich- Pani G, nadawała się do hospicjum. Niezbyt kontaktowała rzeczywistość, nie mogła wstawać do toalety. Pielęgniarki powiedziały mi, że jest u nich po raz 5 i mają nadzieję, że ostatni, bo kobieta tylko się męczy. Rodzina odwiedzała ją 3 razy w tygodniu na pół godziny. Nie interesowali się jej stanem zdrowia, przychodzili pogadać ze sobą. Wymienili ploteczki i wychodzili. A najgorsze przychodziło wieczorem/ w nocy. Wieczorem Pani G. krzyczała o pielęgniarkę, bo mówiła, że się zsiusiała i trzeba zmienić jej pieluchę. I tak co 3 minuty. Pani G miała podłączony cewnik. Moją nocą kryzysową, po której i ja zaczęłam życzyć Pani G spokojnej śmierci we śnie, była moja 4 noc na oddziale. 3-4 rano budzi mnie wrzask. Pani G się rzuca, patrzy w stronę drzwi i wrzeszczy do wyimaginowanej postaci "po coś tu przylazł; wyjdź stąd; zimno i śnieg przyniosłeś <był środek lata>". Potem w jej wyobraźni zapanował chwilowy spokój, bo pojawiła się chyba jej siostra (tak wnioskuję z "rozmowy"). I potem znowu wrzask. Przebijał się przez słuchawki rozkręcone na maksa. Pielęgniarki mają związane ręce, bo lekarz reanimuje innego pacjenta, a one same nie mogą dać jej już żadnych nadprogramowych leków. Noc kończę na kanapie w pokoju pielęgniarek za ich uprzejmością.

Wychodzę ze szpitala. Na tydzień. Umawiam się na "Wrocław" i we Wrocławiu jeszcze dostaję kolejnego ataku. Nie jestem z ich rejonu, więc kroplówka i spływaj. Wracam do domu. Trzymam się diety, w którą był wpisany szpinak. Kolejny atak w nocy, gdzie zwijam się z bólu i ledwo udaje mi się zejść do auta. Lekarz twierdzi, że moja wina, bo szpinaku nie ma w diecie, którą dostałam ze szpitala na kartce. Po przyjrzeniu się, ups, jednak był. Ich błąd. Za 3 atakiem po jogurcie mówimy dość. Albo robią mi operację, albo podpisują dokument odmówienia mi pomocy, a ja sprawę kieruję do sądu. I nagle znajduje się łóżko, znajduje się laparoskop, a nawet 3 lekarzy do operacji. Tak, standardową operację przeprowadzało aż 3 lekarzy (w tym ordynator), gdy zwykle robi to 1. Bali się tego, że pęcherzyk może mi pęknąć i się wylać, więc trzeba będzie ciąć. A jakbym zeszła im na stole, mieliby problem, bo byłam najmłodsza w ich szpitalu z kamica pęcherzyka.

Przed operacją to ja okazałam się trochę piekielna. Dostałam jednego "głupiego jasia" i nic. Przytomna całkiem wjeżdżam na blok i czekam w części przygotowawczej. Dostaję drugiego. Znowu nic. Leżę pod tlenem, opóźniam operację już 30 min, a dalej "spać" mi się nie chce. Dzięki temu miałam większą wiedzę niż studentka 1 roku medycyny na temat czynności przed operacyjnych :) W końcu narkoza w żyłę i padam. Podobno walczyłam jeszcze 10 min, ale ja już tego nie pamiętam, a przez moją narkotyczną gadkę, byłam hitem szpitala.

Operacja udana, wszystko pięknie, ładnie. I znowu, teoretycznie powinnam cały dzień przespać po takiej ilości środków. Ale ja już przebudzałam się, gdy zwozili mnie po operacji na salę, a godzinę po niej kłóciłam się z pielęgniarką o to, że do basenu siku robić nie będę. I tak, ten nieszczęsny basen. O ile w dzień było fajnie, bo byli rodzice i chłopak i oni się zajmowali opróżnianie go, tak w nocy było gorzej. Pielęgniarka miała gdzieś dzwonek i w końcu musiała mi go opróżnić sąsiadka z drugiego łóżka. Potem odwdzięczyłam jej się tym samym. Na pielęgniarkę poszła skarga. Na szczęście na basen skazana byłam tylko dobę.

Mówiłam, że mam słabe i ledwo widoczne żyły? Trzeba było zmienić wenflon, bo już robiła się bańka. Młoda pielęgniarka nie potrafiła się wkłuć. Ok, rozumiem, mało praktyki, a ja jestem ciężkim przypadkiem. Woła starszą stażem. Znowu to samo. Po 9 próbach wołają anestezjolog. Pielęgniarki nawet nie zdążyły powiedzieć, że chodzi o mnie, a sama zgadła. Ona trafiła za 5 razem. I o ile krew mam pobieraną co roku od małego i takie zabiegi mnie nie ruszają psychicznie, to ręka potem bolała i była posiniaczona, jakby mi ktoś po niej czołgiem przejechał.

Najgorsze dla mnie, poza bólem i zlewaniem mojego stanu do czasu szantażu, było oczekiwanie na wyjście. Wyobraźcie sobie, co czuje młoda osoba wśród starszych osób, z którymi do ładu dojść nie można. Dodatkowo lekarze nie mówili mi nic-wszystko mówili rodzicom, ba, nawet rodzicom chłopaka, gdy ci wpadli w odwiedziny. I słyszysz, że wyjdziesz jutro. Już myślisz, że się spakujesz, a tu nic. "Wyjdziesz jutro" usłyszałam jeszcze 3 razy. Za 4 dostałam na wyprowadzkę aż 30 min. Nie miał mnie kto odebrać, bo rodzice w pracy. Nie mogę zostać na łóżku i poczekać do 15, bo moje łóżko jest potrzebne. W sumie na korytarzu też nie mogę, bo już pacjentem nie jestem. Na szczęście zgarnął mnie chłopak.

Do domu wróciłam chudsza o 9 kilo, ze straszną cerą i włosami, no i bez felernego pęcherzyka oraz jego kolegów-kamyczków, nie życzę nikomu ;)

szpital operacja lekarze pacjenci

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 211 (243)

#73908

(PW) ·
| Do ulubionych
"Jak wynajmować mieszkanie - podręcznik dla początkujących" - oczami poszukującej mieszkanie w tym i zeszłym roku.

ROK ZESZŁY

Korzystaliśmy z chłopakiem z biura, bo zastrzegło ono sobie oglądanie mieszkań za opłatą. Na internecie zdjęć mieszkania brak. Już wtedy powinna nam się włączyć lampka ostrzegawcza, ale młodzi, bez doświadczenia w wynajmowaniu, zapłaciliśmy 300 zł i poszliśmy oglądać "superoferty".

1. Tanio i ładnie, dwupokojowe - w rzeczywistości brudna, stara kamienica i meble po babci, która zmarła 3 miesiące wcześniej. Właściciele od razu zastrzegają sobie wejścia kontrolne do mieszkania, zakazują hałasów i w ogóle mieszkajcie tak, jakby was nie było. 2 pokoje okazały się jednym o wielkości +/- 15m2 i drugim wielkości schowka na szczotki.

2. Mieszkanie już nie tak tanie, ale ładne - na pierwszy rzut oka dobre. Minusem były piece kaflowe przerobione na prąd, ale i je jakoś wtopiono w mieszkanie. Problemem okazała się łazienka. Wchodzę, toaleta jest, umywalka jest. Ale gdzie prysznic? W kuchni, za zasłonką.

3. Mieszkanie miało być jak najbliżej centrum. Za centrum w biurze uważali bardzo dalekie okolice, blisko zajezdni tramwajowej. OK, dojazd niby jest, przeżyłoby się w ostateczności. Niezależne mieszkanko to przerobiony garaż. Wszystko byłoby OK - meble ładne, łazienka już w łazience. Minus - przejście przez podwórko, obok warsztatu i dwóch psów, szczekających już od progu. Tak, wypuszczane na noc na dwór.

Ostatecznie 4 propozycję przyjęliśmy. Jednak ze względu na to, że ogrzewanie gazowe, a mieszkanie na poddaszu, szybko się chłodziło i rachunek wychodził duży (a w mieszkaniu po 18-20*C max). Szukamy więc na nowo.

ROK OBECNY

Rezygnujemy z biura. Szukamy na własną rękę, bo już mniej więcej się orientujemy w mieście.

1. W ofercie napisane "bezpośrednio od właściciela" - odbiera biuro. I tak jakieś 10 razy.

2. Od właściciela, w dobrej okolicy, ale podejrzanie tanio. Umeblowanie na zdjęciach, C.O. No to wykonujemy telefon. "Mebelki to ja zabieram, mieszkanie będzie tylko z kuchnią i łazienką. C.O? No tak, odkręca się piec i leci ciepło do grzejników".

3. Kawalerka - wydaje się w porządku. To dzwonimy umówić się na oglądanie. Pominę wywiad z właścicielem na temat kosztów dodatkowych, których ogłoszenie nie uwzględniło.
- No i internet na spółkę z lokatorami innymi to wychodzi po jakieś 20 zł.
Łapię zawieszkę. Jak z innymi lokatorami? Może koleś ma po prostu kilka kawalerek i je wyposażył w jeden internet? Pytam.
- To na pewno kawalerka?
- No tak, tak. Jest to pokój z osobnym wejściem, kuchnia i łazienka.
- Rozumiem, że własne?
- No nie. Z innymi lokatorami.
- Czyli to pokój, a nie kawalerka!
- To jest duży pokój z osobnym wejściem, więc kawalerka.
Aha. Podziękowałam.

4. As wywiadu. Pyta się o pracę (nie, studenci dzienni; praca dorywczo w domu), a długo jesteście razem z chłopakiem? (wystarczająco), w jakich godzinach mamy zajęcia (nie mamy planu na następny rok), kto mieszkanie będzie opłacał (rodzice i my), a ile rodzice zarabiają. Na tym pytaniu się skończyło i się rozłączyłam.

5. Już mieliśmy podpisywać umowę, już mieszkanie stoi otworem. No właśnie - umowa. Właściciel zastrzegł sobie prawo do wizyt w mieszkaniu - OK, rozumiem, chce sprawdzić stan. Przekazał instrukcję obsługi mieszkania (włączyć wentylator w łazience po każdym posiedzeniu; koniec spłukiwania wody po 22; okna otwierać codziennie na 40 min; temperatura w mieszkaniu minimalnie 26*C). Przegięcie nastąpiło w informacji, że każdą pocztę, jaka do niego przyjdzie, mamy mu zawozić do domu. Mieszkał jakieś 20 km od miejscowości, gdzie najmować mieliśmy mieszkanie.

I teraz bądź tu człowiekiem, który chce za normalne pieniądze wynająć małe, 2-pokojowe albo kawalerkę, bez bawienia się w biura i dziwne umowy bądź tragiczne warunki i kłamliwe ogłoszenia, których nikt nie usuwa, nawet po zgłoszeniu.

Ostatecznie po 3 miesiącach szukania udało nam się znaleźć kawalerkę. Ale nerwów co straciliśmy, to nasze.

wynajem właściciele mieszkania

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (210)

#73129

(PW) ·
| Do ulubionych
Posiadam kota, stwora o wielkiej masie i przestawionych kręgach w kręgosłupie, który dumnie od pierwszych dni w mym domu, wychodzi na dwór na smyczy.
Pomińmy zdziwienia ludzi, niezaznajomionych z tym widokiem, czy komentarze, abym puściła go wolno, bo to kot i "se poradzi". Zwłaszcza, że przez niepełnosprawność nie potrafi on wskoczyć wyżej niż 40 cm.

Wychodzimy na dłuższe spacery na pola, gdzie chodzą również ludzie z psami. Wszyscy psiarze z okolicy znają mnie i wiedzą, że to nie pies znajduje się na końcu smyczy. Zazwyczaj skręcają w drugą ścieżkę lub, przy psie mało agresywnym w stosunku do kotów, mijają się ze mną. Pies przywita mego Grubasa, Grubas przejdzie niewystraszony.

Ale jest też i on. Właściciel mieszańca, sięgającego mi za biodra. Psisko zwykle wyprowadzają jego rodzice i skutecznie się wtedy "dzielimy" ścieżkami. Oni w lewo, ja prosto. Wszyscy zadowoleni. Ale on musi iść ścieżką prosto! Co z tego, że ja byłam w jej połowie i nie miałam już jak zawrócić (za mną prace traktorów, blokujące dróżkę). Poznał mnie i odpiął psa ze smyczy. Bydlę oczywiście leci już na mnie i kota. A uwierzcie, biega to on szybko. Jedyne co mi pozostało to podniesienie kota na ręce i uzbrojenie się w kamień - na tyle duży, aby pies się wystraszył, na tyle mały, że go to by nie zabiło.

Krzyczę do idioty, żeby zabrał kundla, bo ja z kotem. Idiota ignoruje. Pies lata wokół mnie i obszczekuje, kot wbija mi pazury. Pałka przegina się, gdy pies próbuje doskoczyć do Grubego. Rzucam w niego kamieniem, żeby się odczepił. Nie pomogło.
Na szczęście sytuację zauważył Pan z traktora. Podleciał, złapał psa i przygniótł go do ziemi. Co na to właściciel? Podniósł krzyk, że to pies, jak tak można. Że ja z kotem to powinnam w domu siedzieć i to moja wina.
Gadkę ucięłam szybko, wyciągając telefon i pytając czy dzwonić na policję. Traktorzysta dopowiedział, że będzie świadkiem.

Z łaską właściciel przypiął psa i odciągnął go ode mnie. Później od jego rodziców dostałam przeprosiny oraz obietnicę, że pies będzie wyprowadzany już tylko przez nich. Szkoda tylko, że te słowa nie zdałyby się na nic, gdyby pies dopadł mnie, albo mego Grubasa.

kot spacer idiota

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 289 (309)

#69550

(PW) ·
| Do ulubionych
Wraz z chłopakiem i koleżanką wynajmuję mieszkanie. Po powrocie z weekendu, gdy tylko do niego weszliśmy, poczuliśmy gaz. Telefon do właściciela - brak kontaktu, a więc pada decyzja - dzwonimy na pogotowie gazowe. Gaz odcięty, bo przeciek gdzieś w pionie, a nie mieszkaniu. Wystarczyło poinformować właściciela o zaistniałym fakcie, co uczyniliśmy rano. Przysyła ekipę popołudniu. Cud, miód i orzeszki.

Z tym, że nie do końca.

Jedyne co w mieszkaniu nie jest na gaz to piekarnik i światło (no i laptopy ;) ). Reszta od ogrzewania po kuchenkę - gazowe. W mieszkaniu, gdy przybyliśmy było 16*C. Trzeba było szybko załatwić sprawę - w nocy na dworze temp. w okolicy 1-4*C, a my morsami jeszcze nie jesteśmy. Fachowcy przychodzą w poniedziałek o 17:30. Nawet nie wyciągnęli urządzenia do mierzenia gazu. Przeszli się po mieszkaniu, zobaczyli jak lecą rury i powiedzieli, że przyjdą jutro. Dobra, kolejny dzień bez gazu, ale jakoś przetrzymamy.

Wtorek - umówieni na godzinę 14. Wracam prosto z uczelni, głodna i zła. Ale w końcu fachowcy muszą jakoś wejść do mieszkania, więc rezygnuję z obiadu na mieście. Zjawili się o 18. Tym razem przynieśli urządzenie i stwierdzili: "Tak tu leci gaz". Przypomnieliśmy, że w całym pionie gaz odłączony od niedzielnej nocy i chyba nic takiego nie powinno mieć miejsca. Chwila zmieszania i "Oni przyjdą jutro z narzędziami i będą działać". Brak postępu prac zgłoszony do właściciela. Temperatura w mieszkaniu spada do 14,5*C.

Środa - przychodzi właściciel. Fachowcy również. Ich narzędziami okazał się młotek i kombinerki. Nic czym mogliby awarię naprawić. Właściciel zagroził, że nie wypłaci im należności. "Ale my to jutro zrobimy". Wieczorem solidarnie robimy sobie biwak w kuchni. Tylko zamiast ogniska - piekarnik.

Czwartek - nad robotnikami wiszą cztery anioły zagłady, czyli właściciel i nasze trzy osoby. Załatwienie problemu zajęło im godzinę. W końcu powracamy do normalnego życia z opcją ogrzania mieszkania, ciepłej wody i kuchenki.

Koniec problemów?
Gdzieżby. Okazało się, że przez naprawę odcięto mieszkanie zza ściany. Dzisiaj przyszła kolejna ekipa. Powitała nas pretensją, że "oni od rana się dobijają!", gdzie w rozmowie zaznaczyliśmy, że jesteśmy w mieszkaniu dopiero od 14.

Zapowiada się ciekawy tydzień remontowy...

gaz dom remont

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 323 (357)

#44025

(PW) ·
| Do ulubionych
Akcja dzieje się w hipermarkecie, gdzie są "zawsze niskie ceny". Nie ma tu płaczących dzieci, złych sprzedawców, a 3 dziewczyny na wolontariacie. Otóż ja i dwie koleżanki, uczestnicząc w Bankach Żywności, zbierałyśmy jedzenie dla biednych rodzin.

Ludzie, których spotkałyśmy, zapamiętam na długo, bo byli w większości WSPANIALI (dużymi literami, bo na rękach mogłabym ich nosić). Jedna Pani wydała na nas 100 złotych i oddała całe swoje zakupy. Dodatkowo pracownicy sklepu podnieśli mnie na duchu-zaoferowali herbatę i coś do jedzenia. Cud, miód i orzeszki.

Jednak przychodzi godzina 18-koniec naszej trzygodzinnej służby. Dwa wózki sklepowe stoją zapakowane po brzegi, a osoby odpowiedzialnej za transport brak. Dzwonimy do organizatorki przedsięwzięcia, gdy o 18:30 nikogo nie ma na horyzoncie. Moi rodzice czekają na mnie w aucie (zalety dojeżdżania), a koleżanek nie zostawię, bo trzeba się z plakietek i innych rozliczyć osobistym podpisem. Tak więc dzwonimy. Co się okazuje? Firma, która zaoferowała zebranie darów dla ubogich, odmówiła. Dlaczego? Ponieważ złapali lepszego klienta, który im zapłaci i dla akcji dzieciaków nie będą się poświęcać.

Szkoda tylko, że organizatorka dowiedziała się tego po telefonach od innych wolontariuszy, którzy również szukali auta, zbierającego jedzenie.

"Stonka" wolontariat przewozy

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 836 (894)
zarchiwizowany

#42733

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak ja kocham szkolnych kolegów...

Dziś na lekcji WOKu mieliśmy oddać nasze zadanie domowe, którym były zrobione przez nas zdjęcia. Jakie było moje zdziwienie, gdy na tablicy (jako wyróżnione prace uczniów z różnych klas) pojawiły się te mego autorstwa podpisane całkiem innym nazwiskiem. Gdy to zgłosiłam, rozpoczęło się dochodzenie. Doprowadziło one do znajomego z innego profilu. Początkowo twierdził, że to ja ukradłam jego zdjęcia, lecz potem, zapytany przez nauczycielkę o sprzęt jaki użył do uzyskania tych ujęć, poddał się.
Zapytany skąd je miał odpowiedział :
"No, bo na facebooku je miałaś i nie chciałem by się marnowały"

Cóż-miło, że komuś moje zdjęcia się spodobały i chciał je pokazać innym...

szkoła

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 171 (251)

1