Profil użytkownika
HelikopterAugusto
| Zamieszcza historie od: | 26 listopada 2020 - 14:54 |
| Ostatnio: | 7 grudnia 2025 - 7:48 |
- Historii na głównej: 24 z 25
- Punktów za historie: 3061
- Komentarzy: 767
- Punktów za komentarze: 5564
Piekielna praktyka sklepów.
Żeby poznać faktyczną cenę produktu, trzeba się niemal bawić w detektywa. Na cenówkach zwykle są dwie albo trzy ceny. Największą czcionką i najbardziej widoczna jest cena po spełnieniu pewnych warunków, czyli przy zakupie iluś tam sztuk i/lub po zeskanowaniu aplikacji. Druga cena jest ceną za kilogram - nie wiem po jakiego grzyba, jeśli produkt jest sprzedawany na sztuki. Chyba tylko po to, żeby dodatkowo rozproszyć klienta. Ostatnia cena, napisana najmniejszą czcionką i w najmniej widocznym miejscu, jest ceną faktyczną za sztukę, bez żadnych promocji, aplikacji i innych sracji.
Jest to wyjątkowo perfidne działanie mające na celu skołowanie i wprowadzenie w błąd klienta. Mimo, że jest to legalne, dla mnie jest to zwyczajne oszustwo.
Tak jak nasze państwo lubi regulować wszelkie aspekty życia, tak tutaj nie robić nic, choć akurat tutaj regulacje by się przydały. Nałożyć na sklepy obowiązek robienia cenówek tak, by największą i najbardziej widoczną czcionką podana była podstawowa cena za jedną sztukę towaru, a niżej niech sobie napiszą cenę z aplikacją albo przy zakupie x sztuk. Za nieprzestrzeganie oczywiście surowo karać.
Wchodząc do sklepu chciałbym móc jednym rzutem oka dowiedzieć się, ile co kosztuje, a nie być zmuszanym do analizowania każdej cenówki.
Żeby poznać faktyczną cenę produktu, trzeba się niemal bawić w detektywa. Na cenówkach zwykle są dwie albo trzy ceny. Największą czcionką i najbardziej widoczna jest cena po spełnieniu pewnych warunków, czyli przy zakupie iluś tam sztuk i/lub po zeskanowaniu aplikacji. Druga cena jest ceną za kilogram - nie wiem po jakiego grzyba, jeśli produkt jest sprzedawany na sztuki. Chyba tylko po to, żeby dodatkowo rozproszyć klienta. Ostatnia cena, napisana najmniejszą czcionką i w najmniej widocznym miejscu, jest ceną faktyczną za sztukę, bez żadnych promocji, aplikacji i innych sracji.
Jest to wyjątkowo perfidne działanie mające na celu skołowanie i wprowadzenie w błąd klienta. Mimo, że jest to legalne, dla mnie jest to zwyczajne oszustwo.
Tak jak nasze państwo lubi regulować wszelkie aspekty życia, tak tutaj nie robić nic, choć akurat tutaj regulacje by się przydały. Nałożyć na sklepy obowiązek robienia cenówek tak, by największą i najbardziej widoczną czcionką podana była podstawowa cena za jedną sztukę towaru, a niżej niech sobie napiszą cenę z aplikacją albo przy zakupie x sztuk. Za nieprzestrzeganie oczywiście surowo karać.
Wchodząc do sklepu chciałbym móc jednym rzutem oka dowiedzieć się, ile co kosztuje, a nie być zmuszanym do analizowania każdej cenówki.
oszustwo sklepy
Ocena:
97
(117)
W nawiązaniu do historii o nierespektowaniu zagranicznych dokumentów.
Mieszkałem i pracowałem w Anglii, było w czasach kiedy Wielka Brytania była w UE, a idea Brexitu jeszcze nie powstała.
Pracowałem w ekipie budowlano-remontowej, robiliśmy akurat na wsi, w okolicy był tylko jeden sklep i tam też robiliśmy zakupy. Pojechałem po coś na śniadanie i paczkę tytoniu dla kolegi. Sprzedawca pyta mnie o dowód tożsamości, by sprawdzić czy jestem pełnoletni. Pokazuję mu polski dowód osobisty, a on mówi, że taki dokument nie może być i żebym mu pokazał paszport.
- Dlaczego nie może być? To jest polski dowód tożsamości i jest uznawany w całej Unii Europejskiej.
Pokazałem mu znaczek UE na dowodzie i napis "identity card". On na to:
- Nie jesteśmy w Unii Europejskiej, a Polska nie jest w Europie.
Następne kilka minut poświęciłem na tłumaczenie mu, że się myli. Pokazywałem mu w internecie, że Polska jak najbardziej leży w Europie i należy do UE, tak samo jak Wielka Brytania. Pokazywałem mu zapisy na brytyjskiej stronie rządowej, że unijne dokumenty są respektowane w UK.
Jak grochem o ścianę. Zrezygnowany kupiłem tylko swoje rzeczy i wróciłem. Kolega skomentował tylko, swoim pięknym brytyjskim akcentem, "fookin twat" i sam pojechał po tytoń.
Mieszkałem i pracowałem w Anglii, było w czasach kiedy Wielka Brytania była w UE, a idea Brexitu jeszcze nie powstała.
Pracowałem w ekipie budowlano-remontowej, robiliśmy akurat na wsi, w okolicy był tylko jeden sklep i tam też robiliśmy zakupy. Pojechałem po coś na śniadanie i paczkę tytoniu dla kolegi. Sprzedawca pyta mnie o dowód tożsamości, by sprawdzić czy jestem pełnoletni. Pokazuję mu polski dowód osobisty, a on mówi, że taki dokument nie może być i żebym mu pokazał paszport.
- Dlaczego nie może być? To jest polski dowód tożsamości i jest uznawany w całej Unii Europejskiej.
Pokazałem mu znaczek UE na dowodzie i napis "identity card". On na to:
- Nie jesteśmy w Unii Europejskiej, a Polska nie jest w Europie.
Następne kilka minut poświęciłem na tłumaczenie mu, że się myli. Pokazywałem mu w internecie, że Polska jak najbardziej leży w Europie i należy do UE, tak samo jak Wielka Brytania. Pokazywałem mu zapisy na brytyjskiej stronie rządowej, że unijne dokumenty są respektowane w UK.
Jak grochem o ścianę. Zrezygnowany kupiłem tylko swoje rzeczy i wróciłem. Kolega skomentował tylko, swoim pięknym brytyjskim akcentem, "fookin twat" i sam pojechał po tytoń.
dokument tożsamości zagranica
Ocena:
154
(166)
Przypomniała mi się taka historia z czasów jak mieszkałem w Anglii.
Mieszkałem z kumplem i dołączył do nas kolega z Polski ze swoją dziewczyną. Znalazła ona pracę w indyjskiej restauracji.
Jej szef, pan Hindus, zakochał się w niej od pierwszego dnia. Adorował ją, mówił komplementy i dawał ogromne ilości jedzenia po każdej zmianie. Przynosiła tego tyle, że nikt z nas nie musiał gotować. Oczywiście mówiła mu, że ma faceta i nie jest zainteresowana, ale do niego nie docierało. Codziennie ją zapraszał na randkę, to tu, to tam, a ona ciągle odmawiała.
Pewnego dnia przyszła z pracy i powiedziała, że szef oznajmił że jutro zaprasza ją na imprezę i tańce do klubu, ma już zarezerwowaną lożę i nie przyjmuje odmowy. Kolega powiedział, że w takim razie przyjdzie po nią po pracy i wbije mu co nieco do łba. Ja i drugi kolega powiedzieliśmy, że pójdziemy z nim. Opowiedzieliśmy też o sytuacji kilku innym kolegom i poszło dalej.
Nazajutrz wyszła z pracy, pan Hindus za nią i ujrzał wtedy przed swoją restauracją grupę około 20 Polaków, świdrujących go groźnym wzrokiem. Popatrzył, głupio się uśmiechnął i wrócił do środka.
Kolejnego dnia zachowywał się już wobec koleżanki normalnie. Skończyło się też dawanie jedzenia. Popracowała tam jeszcze kilka tygodni, bez żadnych incydentów, a później odeszła do lepszej pracy.
Mieszkałem z kumplem i dołączył do nas kolega z Polski ze swoją dziewczyną. Znalazła ona pracę w indyjskiej restauracji.
Jej szef, pan Hindus, zakochał się w niej od pierwszego dnia. Adorował ją, mówił komplementy i dawał ogromne ilości jedzenia po każdej zmianie. Przynosiła tego tyle, że nikt z nas nie musiał gotować. Oczywiście mówiła mu, że ma faceta i nie jest zainteresowana, ale do niego nie docierało. Codziennie ją zapraszał na randkę, to tu, to tam, a ona ciągle odmawiała.
Pewnego dnia przyszła z pracy i powiedziała, że szef oznajmił że jutro zaprasza ją na imprezę i tańce do klubu, ma już zarezerwowaną lożę i nie przyjmuje odmowy. Kolega powiedział, że w takim razie przyjdzie po nią po pracy i wbije mu co nieco do łba. Ja i drugi kolega powiedzieliśmy, że pójdziemy z nim. Opowiedzieliśmy też o sytuacji kilku innym kolegom i poszło dalej.
Nazajutrz wyszła z pracy, pan Hindus za nią i ujrzał wtedy przed swoją restauracją grupę około 20 Polaków, świdrujących go groźnym wzrokiem. Popatrzył, głupio się uśmiechnął i wrócił do środka.
Kolejnego dnia zachowywał się już wobec koleżanki normalnie. Skończyło się też dawanie jedzenia. Popracowała tam jeszcze kilka tygodni, bez żadnych incydentów, a później odeszła do lepszej pracy.
Ocena:
94
(106)
Niedługo w moim mieście otworzy się pływalnia letnia, na którą zawsze chodzę, a wraz z otwarciem powrócą piekielne idiotyzmy, które uprzykrzają korzystanie z tego wspaniałego miejsca.
1. Klimat mamy taki, że basen spokojnie mógłby być otwarty od 1-go czerwca. Mądre głowy jednak przed laty uznały, że będą otwierać dopiero po zakończeniu roku szkolnego, bo gdyby otworzyli wcześniej to dzieci zamiast do szkoły, chodziłyby na wagary na basen. Ale gówno mnie to obchodzi, niech ich rodzice pilnują. To nie powód, żeby ograniczać mi możliwość korzystania z obiektu miejskiego.
2. Latem wieczory są nieznośnie gorące, a widno jest do godziny 21. Każdy chętnie przyszedłby wieczorem się ochłodzić, ale nie, bo te ćwierćmózgi zamykają basen o godzinie 18. Obiekty tego typu, ale prowadzone przez prywatne przedsiębiorstwa, czynne są zazwyczaj do 21.
3. Obiekt składa się z trzech basenów i jednocześnie przebywa na nim kilkaset osób, jeśli nie powyżej tysiąca. Szafek depozytowych przy wejściu jest 20. Słownie: dwadzieścia. Jeśli chcesz przyjść sam, to dostanie szafki graniczy z cudem. Mam wynajmować kogoś do pilnowania mi rzeczy? Przez tyle lat nie przyszło tym australopitekom do głowy, żeby postawić więcej szafek. Nie stać miasta na zakup kilku rzędów szafek? Na niepotrzebne nikomu bzdety jakoś pieniądze są.
4. W przypadku burzy zamyka się kąpieliska, żeby piorun nikogo nie zabił jak uderzy w wodę. Jednakże bezmózgowcy zarządzający tym obiektem mają takiego fioła na punkcie burz, że choćby niebo było bezchmurne, to wystarczy jeden ledwo słyszalny pomruk gdzieś z oddali albo błyskawica na horyzoncie, żeby kretyni wywiesili czerwoną flagę i wygonili wszystkich z wody. Nie raz już zamykali obiekt, mimo braku jakichkolwiek oznak zbliżającej się burzy, a później się okazywało, że przechodziła bokiem. Jest w internecie mapa pokazująca na bieżąco gdzie są burze i przewidująca z dużą dokładnością jak będą się przemieszczać, ale ci idioci chyba o niej nie słyszeli.
Wielokrotnie pisałem do tych imbecyli, sygnalizowałem te problemy i sugerowałem możliwe rozwiązania. Ani razu nie odpisali.
1. Klimat mamy taki, że basen spokojnie mógłby być otwarty od 1-go czerwca. Mądre głowy jednak przed laty uznały, że będą otwierać dopiero po zakończeniu roku szkolnego, bo gdyby otworzyli wcześniej to dzieci zamiast do szkoły, chodziłyby na wagary na basen. Ale gówno mnie to obchodzi, niech ich rodzice pilnują. To nie powód, żeby ograniczać mi możliwość korzystania z obiektu miejskiego.
2. Latem wieczory są nieznośnie gorące, a widno jest do godziny 21. Każdy chętnie przyszedłby wieczorem się ochłodzić, ale nie, bo te ćwierćmózgi zamykają basen o godzinie 18. Obiekty tego typu, ale prowadzone przez prywatne przedsiębiorstwa, czynne są zazwyczaj do 21.
3. Obiekt składa się z trzech basenów i jednocześnie przebywa na nim kilkaset osób, jeśli nie powyżej tysiąca. Szafek depozytowych przy wejściu jest 20. Słownie: dwadzieścia. Jeśli chcesz przyjść sam, to dostanie szafki graniczy z cudem. Mam wynajmować kogoś do pilnowania mi rzeczy? Przez tyle lat nie przyszło tym australopitekom do głowy, żeby postawić więcej szafek. Nie stać miasta na zakup kilku rzędów szafek? Na niepotrzebne nikomu bzdety jakoś pieniądze są.
4. W przypadku burzy zamyka się kąpieliska, żeby piorun nikogo nie zabił jak uderzy w wodę. Jednakże bezmózgowcy zarządzający tym obiektem mają takiego fioła na punkcie burz, że choćby niebo było bezchmurne, to wystarczy jeden ledwo słyszalny pomruk gdzieś z oddali albo błyskawica na horyzoncie, żeby kretyni wywiesili czerwoną flagę i wygonili wszystkich z wody. Nie raz już zamykali obiekt, mimo braku jakichkolwiek oznak zbliżającej się burzy, a później się okazywało, że przechodziła bokiem. Jest w internecie mapa pokazująca na bieżąco gdzie są burze i przewidująca z dużą dokładnością jak będą się przemieszczać, ale ci idioci chyba o niej nie słyszeli.
Wielokrotnie pisałem do tych imbecyli, sygnalizowałem te problemy i sugerowałem możliwe rozwiązania. Ani razu nie odpisali.
Ocena:
106
(128)
Spotkała mnie niebezpieczna sytuacja na drodze, spowodowana bardzo niefajnym zachowaniem kierowcy karetki pogotowia.
Dojeżdżam do skrzyżowania, mam zielone światło i widzę, że na prostopadłej drodze zbliża się do świateł karetka. Nie jedzie na bombach, więc spokojnie wjeżdżam, a ci nagle włączają bomby i wjeżdżają na pełnej kurtyzanie na skrzyżowanie. Gdybym miał słabszy refleks albo gorsze hamulce, to by mnie walnęli.
Istnieje taka możliwość, że jechali sobie spokojnie, aż tu nagle - dokładniej w tamtej chwili - dostali pilne wezwanie. Nie mówię, że nie. Aczkolwiek istnieje też taka możliwość, że po prostu nie chciało im się zatrzymywać na czerwonym świetle.
Za drugą wersją przemawia fakt, że zaraz za skrzyżowaniem wyłączyli bomby.
Dojeżdżam do skrzyżowania, mam zielone światło i widzę, że na prostopadłej drodze zbliża się do świateł karetka. Nie jedzie na bombach, więc spokojnie wjeżdżam, a ci nagle włączają bomby i wjeżdżają na pełnej kurtyzanie na skrzyżowanie. Gdybym miał słabszy refleks albo gorsze hamulce, to by mnie walnęli.
Istnieje taka możliwość, że jechali sobie spokojnie, aż tu nagle - dokładniej w tamtej chwili - dostali pilne wezwanie. Nie mówię, że nie. Aczkolwiek istnieje też taka możliwość, że po prostu nie chciało im się zatrzymywać na czerwonym świetle.
Za drugą wersją przemawia fakt, że zaraz za skrzyżowaniem wyłączyli bomby.
karetka ambulans skrzyżowanie
Ocena:
158
(164)
Otaczają mnie idioci. Opiszę kilka piekielnych, denerwujących i uprzykrzających życie idiotyzmów.
1. Chodzę na basen, który mieści się w aquaparku. Mimo, że w danym momencie jest tam najwyżej kilkadziesiąt osób, a szafek w szatni kilkaset, to zawsze wszyscy są ściśnięci na kupie w szatni i przebieranie się to katorga. Idiotki w recepcji, widząc w kolejce powiedzmy 5 osób, które nie są jedną grupą, dają im szafki o numerach, 11, 12, 13, 14, 15, w efekcie czego wszyscy wchodzą jednocześnie do szatni i muszą przebierać się w tym samym miejscu, przeszkadzając sobie nawzajem. Chodzę tam od lat i przez cały ten czas nie przyszło do głowy tym australopitekom z recepcji, że widząc 5 osób niebędących grupą mogłyby im dać szafki o numerach, na przykład, 4, 28, 42, 69, 88. W efekcie czego, każda osoba będzie w innym miejscu i nie będą sobie nawzajem przeszkadzać.
2. Koło mojego bloku są śmietniki, a prowadzi do nich bardzo wąski chodnik. Jest tak wąski, że dwie osoby nie mogą się na nim minąć. Po obu stronach tego chodnika rosną krzaki. W ostatnich latach chaszcze te rozrosły się do takich rozmiarów, że zajęły prawie całą ścieżkę. Idąc do śmietnika, trzeba się przedzierać przez dżunglę jak Rambo. W pogodne letnie dni standardem jest tam zebranie twarzą kilku pajęczyn, a można złapać i kleszcza. Najlepiej jest po deszczu, bo w ogóle nie da się do śmietnika dostać, no chyba że chce się być całym mokrym. Administracja bloku regularnie kosi trawę, ale żadnemu z tych ćwierćmózgów nie przyszło do pustego łba, żeby wykarczować albo choćby przyciąć te krzaczory.
W sumie wystarczy, żeby nie było za długo. Pozostałe idiotyzmy opiszę osobno, zwłaszcza że co chwilę się na jakieś natykam.
1. Chodzę na basen, który mieści się w aquaparku. Mimo, że w danym momencie jest tam najwyżej kilkadziesiąt osób, a szafek w szatni kilkaset, to zawsze wszyscy są ściśnięci na kupie w szatni i przebieranie się to katorga. Idiotki w recepcji, widząc w kolejce powiedzmy 5 osób, które nie są jedną grupą, dają im szafki o numerach, 11, 12, 13, 14, 15, w efekcie czego wszyscy wchodzą jednocześnie do szatni i muszą przebierać się w tym samym miejscu, przeszkadzając sobie nawzajem. Chodzę tam od lat i przez cały ten czas nie przyszło do głowy tym australopitekom z recepcji, że widząc 5 osób niebędących grupą mogłyby im dać szafki o numerach, na przykład, 4, 28, 42, 69, 88. W efekcie czego, każda osoba będzie w innym miejscu i nie będą sobie nawzajem przeszkadzać.
2. Koło mojego bloku są śmietniki, a prowadzi do nich bardzo wąski chodnik. Jest tak wąski, że dwie osoby nie mogą się na nim minąć. Po obu stronach tego chodnika rosną krzaki. W ostatnich latach chaszcze te rozrosły się do takich rozmiarów, że zajęły prawie całą ścieżkę. Idąc do śmietnika, trzeba się przedzierać przez dżunglę jak Rambo. W pogodne letnie dni standardem jest tam zebranie twarzą kilku pajęczyn, a można złapać i kleszcza. Najlepiej jest po deszczu, bo w ogóle nie da się do śmietnika dostać, no chyba że chce się być całym mokrym. Administracja bloku regularnie kosi trawę, ale żadnemu z tych ćwierćmózgów nie przyszło do pustego łba, żeby wykarczować albo choćby przyciąć te krzaczory.
W sumie wystarczy, żeby nie było za długo. Pozostałe idiotyzmy opiszę osobno, zwłaszcza że co chwilę się na jakieś natykam.
idioci idiotyzmy debile debilizmy
Ocena:
116
(168)
W nawiązaniu do historii o studiach.
Każdy student zna irytujące przedmioty, które nie mają nic wspólnego ze studiowanym kierunkiem, ale mimo to znalazły się w programie studiów i trzeba je zaliczyć. Tak zwane zapchajdziury.
Moja uczelnia wyniosła to na wyższy poziom.
Studiowałem przez rok dziennikarstwo na prywatnej uczelni. Oprócz standardowych zapchajdziur był też cykl wykładów, na którym obecność była obowiązkowa. Wykłady odbywały się raz w miesiącu, trwały po kilka godzin, a obecność była ściśle kontrolowana - na każdym wykładzie trzeba było dostać podpis na specjalnej kartce. Zawczasu zapowiedziano nam, że opuszczenie choćby jednego wykładu bez solidnego usprawiedliwienia (typu pogrzeb w najbliższej rodzinie albo pobyt w szpitalu) będzie skutkowało skreśleniem z listy studentów.
Nikt nam tylko nie zdradził tematyki tych wykładów. Po pierwszym jednak wszystko było już jasne.
Była to agitacja polityczna w najczystszej formie. Nie będę pisał, która strona sceny politycznej, bo nie mam na celu sam uprawiać agitacji. Wykładali politycy tej opcji, znani całej Polsce, zarówno z parlamentu jak i rady ministrów. Widać było, że to ambitny projekt, stąd też ścisła kontrola obecności, by propaganda do każdego dotarła. W końcu przyszli dziennikarze musieli wiedzieć jak mają myśleć i co mówić Polakom.
Będąc uczciwym muszę powiedzieć, że oprócz propagandy dało się tam usłyszeć też kilka ciekawych rzeczy, niemniej jednak cały ten proceder prania studentom mózgów był wyjątkowo obrzydliwy.
Każdy student zna irytujące przedmioty, które nie mają nic wspólnego ze studiowanym kierunkiem, ale mimo to znalazły się w programie studiów i trzeba je zaliczyć. Tak zwane zapchajdziury.
Moja uczelnia wyniosła to na wyższy poziom.
Studiowałem przez rok dziennikarstwo na prywatnej uczelni. Oprócz standardowych zapchajdziur był też cykl wykładów, na którym obecność była obowiązkowa. Wykłady odbywały się raz w miesiącu, trwały po kilka godzin, a obecność była ściśle kontrolowana - na każdym wykładzie trzeba było dostać podpis na specjalnej kartce. Zawczasu zapowiedziano nam, że opuszczenie choćby jednego wykładu bez solidnego usprawiedliwienia (typu pogrzeb w najbliższej rodzinie albo pobyt w szpitalu) będzie skutkowało skreśleniem z listy studentów.
Nikt nam tylko nie zdradził tematyki tych wykładów. Po pierwszym jednak wszystko było już jasne.
Była to agitacja polityczna w najczystszej formie. Nie będę pisał, która strona sceny politycznej, bo nie mam na celu sam uprawiać agitacji. Wykładali politycy tej opcji, znani całej Polsce, zarówno z parlamentu jak i rady ministrów. Widać było, że to ambitny projekt, stąd też ścisła kontrola obecności, by propaganda do każdego dotarła. W końcu przyszli dziennikarze musieli wiedzieć jak mają myśleć i co mówić Polakom.
Będąc uczciwym muszę powiedzieć, że oprócz propagandy dało się tam usłyszeć też kilka ciekawych rzeczy, niemniej jednak cały ten proceder prania studentom mózgów był wyjątkowo obrzydliwy.
polityka studia propaganda
Ocena:
179
(197)
Coś o jeżdżeniu po pijaku.
Mieszkając w Anglii odkryłem, że tamtejsi ludzie mają zupełnie inny stosunek do jazdy po pijaku niż my.
Zaczęło się na imprezie pracowniczej. Kiedy już wszyscy byli mocno pijani i impreza się kończyła, jeden kolega mówi, że jedzie do domu.
- Autem? - Pytam - w takim stanie?
- No a co? Całe życie tak jeżdżę i nigdy nic się nie stało.
Nie moja sprawa, nie będę świrował pawiana i mu zabierał kluczyków jak w tych spotach w telewizji pokazywali. Tym bardziej, że reszta towarzystwa (w większości Brytyjczycy) kompletnie nie zareagowała.
Zaintrygowało mnie to i przez lata mieszkania tam zgłębiałem temat. Najważniejszą różnicą między Polską a UK jest to, że w UK praktycznie nie występują wyrywkowe kontrole drogowe. U nas zatrzymują losowe samochody i badają trzeźwość. Jak ktoś przekroczy prędkość, to zatrzymują i wlepiają mandat, a przy okazji sprawdzają trzeźwość. Mogą też zatrzymać ot tak, do rutynowej kontroli i też sprawdzą trzeźwość. W Zjednoczonym Królestwie tego nie ma. Policja jeździ i sprawdza samochody po numerach rejestracyjnych w swoim systemie. Jeśli ktoś nie ma ważnego przeglądu, ubezpieczenia, lub nie zapłacił podatku drogowego, wtedy go zatrzymają. Wtedy i tylko wtedy. Są też kontrole prędkości, ale gdy ktoś przekroczy to nie zatrzymują by dać mandat, tylko wysyłają mandat pocztą. Sam taki mandat dostałem, to wiem ;)
Oznacza to, że można przejechać cały kraj wzdłuż i wszerz, po pijaku, pod warunkiem, że jedzie się prosto i nie zwraca na siebie uwagi. Oczywiście, jak ktoś będzie jechał zygzakiem, to policja go zatrzyma. Ale dopóki jedziesz prawidłowo, masz aktualny przegląd, ubezpieczenie i zapłaciłeś podatek drogowy, to policja cię nie zatrzyma.
Rozmawiałem o tym z wieloma Brytyjczykami i wszyscy mówili mniej więcej to samo. Podczas gdy u nas w Polsce jazda po pijaku jest społecznie nieakceptowana i pijani kierowcy są mocno piętnowani (bardzo dobrze), u nich jazda po pijaku traktowana jest jak niewinny wybryk. Coś, co od czasu do czasu robi każdy i nikt się tym za bardzo nie przejmuje. Wielu moich rozmówców przyznawało się, że od czasu do czasu im się zdarza jechać po pijaku i że to nic wielkiego.
Teraz najlepsze. W statystykach, w Wielkiej Brytanii jest dużo mniej wypadków samochodowych niż w Polsce. Jak to możliwe?
Mieszkając w Anglii odkryłem, że tamtejsi ludzie mają zupełnie inny stosunek do jazdy po pijaku niż my.
Zaczęło się na imprezie pracowniczej. Kiedy już wszyscy byli mocno pijani i impreza się kończyła, jeden kolega mówi, że jedzie do domu.
- Autem? - Pytam - w takim stanie?
- No a co? Całe życie tak jeżdżę i nigdy nic się nie stało.
Nie moja sprawa, nie będę świrował pawiana i mu zabierał kluczyków jak w tych spotach w telewizji pokazywali. Tym bardziej, że reszta towarzystwa (w większości Brytyjczycy) kompletnie nie zareagowała.
Zaintrygowało mnie to i przez lata mieszkania tam zgłębiałem temat. Najważniejszą różnicą między Polską a UK jest to, że w UK praktycznie nie występują wyrywkowe kontrole drogowe. U nas zatrzymują losowe samochody i badają trzeźwość. Jak ktoś przekroczy prędkość, to zatrzymują i wlepiają mandat, a przy okazji sprawdzają trzeźwość. Mogą też zatrzymać ot tak, do rutynowej kontroli i też sprawdzą trzeźwość. W Zjednoczonym Królestwie tego nie ma. Policja jeździ i sprawdza samochody po numerach rejestracyjnych w swoim systemie. Jeśli ktoś nie ma ważnego przeglądu, ubezpieczenia, lub nie zapłacił podatku drogowego, wtedy go zatrzymają. Wtedy i tylko wtedy. Są też kontrole prędkości, ale gdy ktoś przekroczy to nie zatrzymują by dać mandat, tylko wysyłają mandat pocztą. Sam taki mandat dostałem, to wiem ;)
Oznacza to, że można przejechać cały kraj wzdłuż i wszerz, po pijaku, pod warunkiem, że jedzie się prosto i nie zwraca na siebie uwagi. Oczywiście, jak ktoś będzie jechał zygzakiem, to policja go zatrzyma. Ale dopóki jedziesz prawidłowo, masz aktualny przegląd, ubezpieczenie i zapłaciłeś podatek drogowy, to policja cię nie zatrzyma.
Rozmawiałem o tym z wieloma Brytyjczykami i wszyscy mówili mniej więcej to samo. Podczas gdy u nas w Polsce jazda po pijaku jest społecznie nieakceptowana i pijani kierowcy są mocno piętnowani (bardzo dobrze), u nich jazda po pijaku traktowana jest jak niewinny wybryk. Coś, co od czasu do czasu robi każdy i nikt się tym za bardzo nie przejmuje. Wielu moich rozmówców przyznawało się, że od czasu do czasu im się zdarza jechać po pijaku i że to nic wielkiego.
Teraz najlepsze. W statystykach, w Wielkiej Brytanii jest dużo mniej wypadków samochodowych niż w Polsce. Jak to możliwe?
jazda po pijaku
Ocena:
147
(159)
W nawiązaniu do historii o graniu na Kurniku opowiem, co mnie denerwuje na tej stronie.
Zawsze lubiłem tam grać w kalambury. Jakby ktoś nie znał, to wyjaśniam zasady. Jedna osoba dostaje hasło i musi je narysować, a pozostałe osoby zgadują. Kto zgadnie pierwszy, dostaje punkty.
Sednem tej gry jest by narysować hasło tak, by ludzie zgadli. Niestety od dłuższego czasu ta gra jest wypaczona przez toksycznych graczy, który nazywam niespełnionymi artystami.
Normalny gracz dostaje hasło, powiedzmy "młotek". Jak narysujesz młotek? Najprościej dwoma prostokątami, każdy się domyśli. Można też ładniejszy, bardziej realistyczny, ale wciąż młotek. Bo takie jest hasło. Dostajesz hasło i rysujesz, na tym polega ta gra.
Co robi niespełniony artysta? Zaczyna na przykład rysować łąkę, kwiaty, krzewy, w oddali drzewa, nad horyzontem słońce. Gracze próbują zgadnąć hasło, pisząc to, co widzą. Dalej artysta rysuje domek, ogródek, jakichś ludzi przy domku. Gracze dalej próbują zgadnąć, runda trwa coraz dłużej. Ludziom kończą się pomysły, a artysta dorysowuje jakieś szczegóły typu czapka na głowie jednej z postaci. W międzyczasie gra daje podpowiedzi. Najpierw pierwszą literę, potem drugą. Gracze zaczynają pisać wszystkie słowa na te litery, niezależnie już od obrazka. W końcu, gdy czas rundy dobiega końca, niespełniony artysta dorysowuje w ręce jednej z postaci ten nieszczęsny młotek. Ktoś zgaduje i runda się kończy. Mogła trwać kilka sekund, a trwała kilka minut.
Ogólnie chodzi o to, że taki niespełniony artysta rysuje coś kompletnie niepowiązanego z hasłem, tylko i wyłącznie dlatego, żeby zmusić graczy do patrzenia na jego "dzieło". To jest leczenie kompleksów czy zwykła złośliwość? Nie wiem.
Jak jestem adminem stołu i zobaczę takiego "gracza", to od razu go wywalam. Niestety stoły z największą liczbą graczy są prowadzone przez boty, które nie banują. W efekcie jeden albo kilku takich niespełnionych artystów psuje grę sporej grupie ludzi. Czasami uda się kilku osobom zgadać i zakładają nowy stół, a inni dołączają, ale nie zawsze.
Aha, grywam zwykle późno w nocy, więc to raczej nie są dzieci. To muszą być dorośli ludzie. Niech sobie w paincie rysują i na deviantart wrzucają jak chcą się pochwalić talentem, a nie na kalamburach ludzi wkurzają.
Zawsze lubiłem tam grać w kalambury. Jakby ktoś nie znał, to wyjaśniam zasady. Jedna osoba dostaje hasło i musi je narysować, a pozostałe osoby zgadują. Kto zgadnie pierwszy, dostaje punkty.
Sednem tej gry jest by narysować hasło tak, by ludzie zgadli. Niestety od dłuższego czasu ta gra jest wypaczona przez toksycznych graczy, który nazywam niespełnionymi artystami.
Normalny gracz dostaje hasło, powiedzmy "młotek". Jak narysujesz młotek? Najprościej dwoma prostokątami, każdy się domyśli. Można też ładniejszy, bardziej realistyczny, ale wciąż młotek. Bo takie jest hasło. Dostajesz hasło i rysujesz, na tym polega ta gra.
Co robi niespełniony artysta? Zaczyna na przykład rysować łąkę, kwiaty, krzewy, w oddali drzewa, nad horyzontem słońce. Gracze próbują zgadnąć hasło, pisząc to, co widzą. Dalej artysta rysuje domek, ogródek, jakichś ludzi przy domku. Gracze dalej próbują zgadnąć, runda trwa coraz dłużej. Ludziom kończą się pomysły, a artysta dorysowuje jakieś szczegóły typu czapka na głowie jednej z postaci. W międzyczasie gra daje podpowiedzi. Najpierw pierwszą literę, potem drugą. Gracze zaczynają pisać wszystkie słowa na te litery, niezależnie już od obrazka. W końcu, gdy czas rundy dobiega końca, niespełniony artysta dorysowuje w ręce jednej z postaci ten nieszczęsny młotek. Ktoś zgaduje i runda się kończy. Mogła trwać kilka sekund, a trwała kilka minut.
Ogólnie chodzi o to, że taki niespełniony artysta rysuje coś kompletnie niepowiązanego z hasłem, tylko i wyłącznie dlatego, żeby zmusić graczy do patrzenia na jego "dzieło". To jest leczenie kompleksów czy zwykła złośliwość? Nie wiem.
Jak jestem adminem stołu i zobaczę takiego "gracza", to od razu go wywalam. Niestety stoły z największą liczbą graczy są prowadzone przez boty, które nie banują. W efekcie jeden albo kilku takich niespełnionych artystów psuje grę sporej grupie ludzi. Czasami uda się kilku osobom zgadać i zakładają nowy stół, a inni dołączają, ale nie zawsze.
Aha, grywam zwykle późno w nocy, więc to raczej nie są dzieci. To muszą być dorośli ludzie. Niech sobie w paincie rysują i na deviantart wrzucają jak chcą się pochwalić talentem, a nie na kalamburach ludzi wkurzają.
kalambury kurnik
Ocena:
154
(178)
Piekielni rodzice, którzy odebrali swoim dzieciom dzieciństwo.
Dorastałem w latach 90. Mieliśmy grupę dzieciaków z osiedla i bawiliśmy się tak, jak wtedy się dzieci bawiły. Podchody, chowany, łażenie po drzewach, domek na drzewie, bazy w krzakach, proce i łuki z patyków, kopanie piłki, jazda na deskorolkach, rowerach i tak dalej. Ogólnie większość czasu spędzaliśmy na dworze. Komputerów i telefonów komórkowych wtedy nie było, toteż w domu można było się zanudzić i nie dziwota, że każdego dzieciaka ciągnęło na dwór.
Było u mnie w bloku dwóch braci, którzy nigdy nie wychodzili. Kilka razy po nich przyszliśmy, ale ich rodzice nam zawsze mówili, że nie wyjdą na dwór. Jeśli wychodzili, to tylko z rodzicami na jakieś wycieczki samochodem. Widywaliśmy ich właściwie tylko wtedy, jak szli do samochodu albo z samochodu. Raz, dosłownie jeden, jedyny raz, wyszli na dwór. Z rodzicami. Siedzieli na ławkach w milczeniu. Gdy próbowaliśmy do nich zagadać, ich rodzice kazali nam odejść.
Chłopcy ci absolutnie nie wyglądali na szczęśliwych. Smutni, osowiali i otyli. W tamtych czasach dzieci miały dużo ruchu na dworze i problem otyłości u dzieci praktycznie nie występował, ale oni siedzieli całe dnie w domu, więc siłą rzeczy się roztyli.
Co interesujące, wszyscy chodziliśmy do jednej podstawówki, a oni chodzili do jakiejś innej szkoły. Na pewno nie byli opóźnieni w rozwoju, bo kilka razy udało nam się zamienić z nimi parę słów i normalnie mówili.
Czas leciał, wszyscy dorośliśmy i powyprowadzaliśmy się od rodziców. Bywam w domu rodzinnym regularnie i czasem widuję dawnych kolegów z dzieciństwa, który też odwiedzają swoich rodziców. Tych dwóch braci nie widziałem nigdy, a ich rodzice nadal tu mieszkają. Czyżby nie chcieli mieć nic wspólnego z rodzicami, po tym co im zrobili? Nie zdziwiłbym się...
Dorastałem w latach 90. Mieliśmy grupę dzieciaków z osiedla i bawiliśmy się tak, jak wtedy się dzieci bawiły. Podchody, chowany, łażenie po drzewach, domek na drzewie, bazy w krzakach, proce i łuki z patyków, kopanie piłki, jazda na deskorolkach, rowerach i tak dalej. Ogólnie większość czasu spędzaliśmy na dworze. Komputerów i telefonów komórkowych wtedy nie było, toteż w domu można było się zanudzić i nie dziwota, że każdego dzieciaka ciągnęło na dwór.
Było u mnie w bloku dwóch braci, którzy nigdy nie wychodzili. Kilka razy po nich przyszliśmy, ale ich rodzice nam zawsze mówili, że nie wyjdą na dwór. Jeśli wychodzili, to tylko z rodzicami na jakieś wycieczki samochodem. Widywaliśmy ich właściwie tylko wtedy, jak szli do samochodu albo z samochodu. Raz, dosłownie jeden, jedyny raz, wyszli na dwór. Z rodzicami. Siedzieli na ławkach w milczeniu. Gdy próbowaliśmy do nich zagadać, ich rodzice kazali nam odejść.
Chłopcy ci absolutnie nie wyglądali na szczęśliwych. Smutni, osowiali i otyli. W tamtych czasach dzieci miały dużo ruchu na dworze i problem otyłości u dzieci praktycznie nie występował, ale oni siedzieli całe dnie w domu, więc siłą rzeczy się roztyli.
Co interesujące, wszyscy chodziliśmy do jednej podstawówki, a oni chodzili do jakiejś innej szkoły. Na pewno nie byli opóźnieni w rozwoju, bo kilka razy udało nam się zamienić z nimi parę słów i normalnie mówili.
Czas leciał, wszyscy dorośliśmy i powyprowadzaliśmy się od rodziców. Bywam w domu rodzinnym regularnie i czasem widuję dawnych kolegów z dzieciństwa, który też odwiedzają swoich rodziców. Tych dwóch braci nie widziałem nigdy, a ich rodzice nadal tu mieszkają. Czyżby nie chcieli mieć nic wspólnego z rodzicami, po tym co im zrobili? Nie zdziwiłbym się...
rodzice dzieci dzieciństwo
Ocena:
139
(159)
1 2 3 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 3 następna »