Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

HelikopterAugusto

Zamieszcza historie od: 26 listopada 2020 - 14:54
Ostatnio: 14 lutego 2024 - 16:54
  • Historii na głównej: 18 z 19
  • Punktów za historie: 2410
  • Komentarzy: 555
  • Punktów za komentarze: 4057
 

#90771

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii o studiach.

Każdy student zna irytujące przedmioty, które nie mają nic wspólnego ze studiowanym kierunkiem, ale mimo to znalazły się w programie studiów i trzeba je zaliczyć. Tak zwane zapchajdziury.

Moja uczelnia wyniosła to na wyższy poziom.

Studiowałem przez rok dziennikarstwo na prywatnej uczelni. Oprócz standardowych zapchajdziur był też cykl wykładów, na którym obecność była obowiązkowa. Wykłady odbywały się raz w miesiącu, trwały po kilka godzin, a obecność była ściśle kontrolowana - na każdym wykładzie trzeba było dostać podpis na specjalnej kartce. Zawczasu zapowiedziano nam, że opuszczenie choćby jednego wykładu bez solidnego usprawiedliwienia (typu pogrzeb w najbliższej rodzinie albo pobyt w szpitalu) będzie skutkowało skreśleniem z listy studentów.

Nikt nam tylko nie zdradził tematyki tych wykładów. Po pierwszym jednak wszystko było już jasne.

Była to agitacja polityczna w najczystszej formie. Nie będę pisał, która strona sceny politycznej, bo nie mam na celu sam uprawiać agitacji. Wykładali politycy tej opcji, znani całej Polsce, zarówno z parlamentu jak i rady ministrów. Widać było, że to ambitny projekt, stąd też ścisła kontrola obecności, by propaganda do każdego dotarła. W końcu przyszli dziennikarze musieli wiedzieć jak mają myśleć i co mówić Polakom.

Będąc uczciwym muszę powiedzieć, że oprócz propagandy dało się tam usłyszeć też kilka ciekawych rzeczy, niemniej jednak cały ten proceder prania studentom mózgów był wyjątkowo obrzydliwy.

polityka studia propaganda

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (188)

#90579

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Coś o jeżdżeniu po pijaku.

Mieszkając w Anglii odkryłem, że tamtejsi ludzie mają zupełnie inny stosunek do jazdy po pijaku niż my.

Zaczęło się na imprezie pracowniczej. Kiedy już wszyscy byli mocno pijani i impreza się kończyła, jeden kolega mówi, że jedzie do domu.
- Autem? - Pytam - w takim stanie?
- No a co? Całe życie tak jeżdżę i nigdy nic się nie stało.

Nie moja sprawa, nie będę świrował pawiana i mu zabierał kluczyków jak w tych spotach w telewizji pokazywali. Tym bardziej, że reszta towarzystwa (w większości Brytyjczycy) kompletnie nie zareagowała.

Zaintrygowało mnie to i przez lata mieszkania tam zgłębiałem temat. Najważniejszą różnicą między Polską a UK jest to, że w UK praktycznie nie występują wyrywkowe kontrole drogowe. U nas zatrzymują losowe samochody i badają trzeźwość. Jak ktoś przekroczy prędkość, to zatrzymują i wlepiają mandat, a przy okazji sprawdzają trzeźwość. Mogą też zatrzymać ot tak, do rutynowej kontroli i też sprawdzą trzeźwość. W Zjednoczonym Królestwie tego nie ma. Policja jeździ i sprawdza samochody po numerach rejestracyjnych w swoim systemie. Jeśli ktoś nie ma ważnego przeglądu, ubezpieczenia, lub nie zapłacił podatku drogowego, wtedy go zatrzymają. Wtedy i tylko wtedy. Są też kontrole prędkości, ale gdy ktoś przekroczy to nie zatrzymują by dać mandat, tylko wysyłają mandat pocztą. Sam taki mandat dostałem, to wiem ;)

Oznacza to, że można przejechać cały kraj wzdłuż i wszerz, po pijaku, pod warunkiem, że jedzie się prosto i nie zwraca na siebie uwagi. Oczywiście, jak ktoś będzie jechał zygzakiem, to policja go zatrzyma. Ale dopóki jedziesz prawidłowo, masz aktualny przegląd, ubezpieczenie i zapłaciłeś podatek drogowy, to policja cię nie zatrzyma.

Rozmawiałem o tym z wieloma Brytyjczykami i wszyscy mówili mniej więcej to samo. Podczas gdy u nas w Polsce jazda po pijaku jest społecznie nieakceptowana i pijani kierowcy są mocno piętnowani (bardzo dobrze), u nich jazda po pijaku traktowana jest jak niewinny wybryk. Coś, co od czasu do czasu robi każdy i nikt się tym za bardzo nie przejmuje. Wielu moich rozmówców przyznawało się, że od czasu do czasu im się zdarza jechać po pijaku i że to nic wielkiego.

Teraz najlepsze. W statystykach, w Wielkiej Brytanii jest dużo mniej wypadków samochodowych niż w Polsce. Jak to możliwe?

jazda po pijaku

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (154)

#90147

przez (PW) ·
| Do ulubionych
W nawiązaniu do historii o graniu na Kurniku opowiem, co mnie denerwuje na tej stronie.

Zawsze lubiłem tam grać w kalambury. Jakby ktoś nie znał, to wyjaśniam zasady. Jedna osoba dostaje hasło i musi je narysować, a pozostałe osoby zgadują. Kto zgadnie pierwszy, dostaje punkty.

Sednem tej gry jest by narysować hasło tak, by ludzie zgadli. Niestety od dłuższego czasu ta gra jest wypaczona przez toksycznych graczy, który nazywam niespełnionymi artystami.

Normalny gracz dostaje hasło, powiedzmy "młotek". Jak narysujesz młotek? Najprościej dwoma prostokątami, każdy się domyśli. Można też ładniejszy, bardziej realistyczny, ale wciąż młotek. Bo takie jest hasło. Dostajesz hasło i rysujesz, na tym polega ta gra.

Co robi niespełniony artysta? Zaczyna na przykład rysować łąkę, kwiaty, krzewy, w oddali drzewa, nad horyzontem słońce. Gracze próbują zgadnąć hasło, pisząc to, co widzą. Dalej artysta rysuje domek, ogródek, jakichś ludzi przy domku. Gracze dalej próbują zgadnąć, runda trwa coraz dłużej. Ludziom kończą się pomysły, a artysta dorysowuje jakieś szczegóły typu czapka na głowie jednej z postaci. W międzyczasie gra daje podpowiedzi. Najpierw pierwszą literę, potem drugą. Gracze zaczynają pisać wszystkie słowa na te litery, niezależnie już od obrazka. W końcu, gdy czas rundy dobiega końca, niespełniony artysta dorysowuje w ręce jednej z postaci ten nieszczęsny młotek. Ktoś zgaduje i runda się kończy. Mogła trwać kilka sekund, a trwała kilka minut.

Ogólnie chodzi o to, że taki niespełniony artysta rysuje coś kompletnie niepowiązanego z hasłem, tylko i wyłącznie dlatego, żeby zmusić graczy do patrzenia na jego "dzieło". To jest leczenie kompleksów czy zwykła złośliwość? Nie wiem.

Jak jestem adminem stołu i zobaczę takiego "gracza", to od razu go wywalam. Niestety stoły z największą liczbą graczy są prowadzone przez boty, które nie banują. W efekcie jeden albo kilku takich niespełnionych artystów psuje grę sporej grupie ludzi. Czasami uda się kilku osobom zgadać i zakładają nowy stół, a inni dołączają, ale nie zawsze.

Aha, grywam zwykle późno w nocy, więc to raczej nie są dzieci. To muszą być dorośli ludzie. Niech sobie w paincie rysują i na deviantart wrzucają jak chcą się pochwalić talentem, a nie na kalamburach ludzi wkurzają.

kalambury kurnik

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (173)

#89806

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni rodzice, którzy odebrali swoim dzieciom dzieciństwo.

Dorastałem w latach 90. Mieliśmy grupę dzieciaków z osiedla i bawiliśmy się tak, jak wtedy się dzieci bawiły. Podchody, chowany, łażenie po drzewach, domek na drzewie, bazy w krzakach, proce i łuki z patyków, kopanie piłki, jazda na deskorolkach, rowerach i tak dalej. Ogólnie większość czasu spędzaliśmy na dworze. Komputerów i telefonów komórkowych wtedy nie było, toteż w domu można było się zanudzić i nie dziwota, że każdego dzieciaka ciągnęło na dwór.

Było u mnie w bloku dwóch braci, którzy nigdy nie wychodzili. Kilka razy po nich przyszliśmy, ale ich rodzice nam zawsze mówili, że nie wyjdą na dwór. Jeśli wychodzili, to tylko z rodzicami na jakieś wycieczki samochodem. Widywaliśmy ich właściwie tylko wtedy, jak szli do samochodu albo z samochodu. Raz, dosłownie jeden, jedyny raz, wyszli na dwór. Z rodzicami. Siedzieli na ławkach w milczeniu. Gdy próbowaliśmy do nich zagadać, ich rodzice kazali nam odejść.

Chłopcy ci absolutnie nie wyglądali na szczęśliwych. Smutni, osowiali i otyli. W tamtych czasach dzieci miały dużo ruchu na dworze i problem otyłości u dzieci praktycznie nie występował, ale oni siedzieli całe dnie w domu, więc siłą rzeczy się roztyli.

Co interesujące, wszyscy chodziliśmy do jednej podstawówki, a oni chodzili do jakiejś innej szkoły. Na pewno nie byli opóźnieni w rozwoju, bo kilka razy udało nam się zamienić z nimi parę słów i normalnie mówili.

Czas leciał, wszyscy dorośliśmy i powyprowadzaliśmy się od rodziców. Bywam w domu rodzinnym regularnie i czasem widuję dawnych kolegów z dzieciństwa, który też odwiedzają swoich rodziców. Tych dwóch braci nie widziałem nigdy, a ich rodzice nadal tu mieszkają. Czyżby nie chcieli mieć nic wspólnego z rodzicami, po tym co im zrobili? Nie zdziwiłbym się...

rodzice dzieci dzieciństwo

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (153)
poczekalnia

#89743

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Taka tam zabawna historia dla odmiany.

Nie znałem się kiedyś na kwiatkach, a co jakiś czas kupuję kobiecie. Wracam z pracy, wszedłem do kwiaciarni, oglądam i widzę takie ładne, białe kwiatki, o znajomym zapachu, ale nie mogłem sobie przypomnieć skąd go znam.

Wziąłem, dałem, a kobieta tak dziwnie na mnie spojrzała, uśmiechnęła się, podziękowała, ale czuję, że coś jest nie tak.

Pytam o co chodzi, a ona mi mówi, że to są lilie i stawia się je na grobach.

Czasem jeszcze się z tego śmiejemy.

kwiaty

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 14 (84)

#89643

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przewinęło się kilka historii o korepetycjach, więc dodam swoją, z perspektywy ucznia.

Nigdy nie byłem dobry z matematyki. Podstawówkę i gimnazjum przeszedłem, pierwszą klasę liceum z trudem, a w drugiej groził mi niedostateczny na semestr. Rodzice uznali więc, że potrzebne będą korepetycje.

Pierwszym korepetytorem był starszy pan, emerytowany nauczyciel. Brał 20 zł za godzinę i w tamtych czasach była to standardowa cena. Przyszedł, porozmawialiśmy, zobaczył podręcznik i zeszyt, powiedziałem mu jakie tematy obecnie przerabiamy, co mam do poprawienia na semestr i wzięliśmy się do "nauki". Napisał mi zadanie i kazał rozwiązywać:
- Nie wiem jak mam to rozwiązać, nie wiem nawet jak zacząć.
- Jak to? Powinieneś to umieć.
- Właśnie nie umiem i to po pan tu jest, żeby mnie nauczyć. Proszę mi chociaż powiedzieć od czego mam zacząć.
- Ja cię niczego nie nauczę, to są zaległości z gimnazjum. To nie ma sensu.

Przyznałem panu rację. Pierwsza i ostatnia lekcja zakończyła się po niecałych 10 minutach. Idziemy do rodziców i pan mówi:
- On nic nie umie.
Ojciec:
- No i po to pan tu jest, żeby go nauczyć.

Porozmawiali chwilę, pan zrezygnował z uczenia mnie i nawet nie chciał pieniędzy za tę niedokończoną lekcję, ale ojciec i tak mu dał.

Drugi korepetytor.

Mama gdzieś pocztą pantoflową usłyszała o genialnym korepetytorze, który "leczy przypadki kliniczne", ale bierze 40 zł za godzinę, czyli dwukrotność standardowej stawki. Rodzice go wzięli. Pan koło 40-tki, aktywny zawodowo nauczyciel. Zapoznaliśmy się, obejrzał podręcznik i zeszyt, powiedziałem mu co mam do poprawy i zaczęliśmy. Pozaliczałem wszystko. Przychodził do końca mojej nauki w liceum. Przerabialiśmy na bieżąco tematy z lekcji. To, czego nauczycielka w szkole nie potrafiła mi wytłumaczyć, on potrafił. Kartkówki i sprawdziany przestały być problemem, zaliczałem wszystko za pierwszym podejściem. Pewnym jest, że gdyby nie on, to kiblowałbym przez matematykę.

Nie ma złych uczniów, są tylko źli nauczyciele.

nauczyciel korepetycje

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (230)

#89702

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzają się nieuczciwi fachowcy, którzy naciągają albo wręcz oszukują klienta. Hydraulik, który ostatnio u mnie robił, przebił wszystko co widziałem. Tak ordynarnie jeszcze nikt nie próbował mnie wydymać.

Była do naprawienia spłuczka podtynkowa, nie cierpię i nie ogarniam tego cholerstwa, więc wezwałem hydraulika. Robił swoje, a ja nie patrzyłem mu specjalnie na ręce, tylko też pracowałem przed komputerem. Być może to był błąd.

Jakoś tydzień później zauważyłem, że woda w umywalce gorzej spływa. Zanim znalazłem czas i chęć się tym zająć, minęło jeszcze kilka dni, a z dnia na dzień spływało coraz gorzej.

Rozkręciłem w końcu odpływ i w rurze znalazłem jakąś szmatę, jakiś materiał, który został tam celowo wetknięty, bo nie było innej możliwości by się tam dostał. Nasiąkał wodą i niesionym przez nią brudem, robił się z tego szlam, wszystko to pęczniało i stopniowo zwężało odpływ. Usunąłem to i spływa normalnie.

Cwaniaczek chciał sobie zapewnić kolejne zlecenie. Rozkręciłby, wyciągnął co wsadził, 10 minut roboty, a kilka stówek wpada. Nie tym razem.

Uprzedzając pytania - nic z tym nie zrobiłem, bo nie mam już jego numeru i nie pamiętam jak się nazywał, a nawet jeśli, to i tak niczego bym mu nie udowodnił.

fachowcy hydraulik

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (183)

#89623

przez (PW) ·
| Do ulubionych
A nawiązaniu do obrzydliwych historii o defekacji w miejscach do tego nieprzeznaczonych, opowiem swoją.

Dawne czasy, wracamy z kolegą z imprezy. Godzina 5 nad ranem, idziemy przez wielkie osiedle 10-piętrowych bloków, o tej godzinie puste. Nagle kolega mówi, że go sranie ciśnie i idzie tu do bloku.

Zanim zdążyłem zajarzyć, on już poszedł. Myślę - nie no, przecież nie nasra na klatce schodowej jak jakiś żul. Idę za nim, bo nie wierzę.

Faktycznie, nie nasrał na klatce schodowej.

Nasrał w windzie.

sranie defekacja

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (140)

#89499

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj spotkałem się z takim wymiarem debilizmu drogowego, że muszę to opisać. Zwłaszcza, że jego sprawcami byli ci, którzy powinni pilnować porządku na drogach.

Jest długi (około półtora kilometra), dwupasmowy i bardzo ruchliwy wiadukt. Jeżdżę nim regularnie i na ogół się nie korkuje, ale dzisiaj był zapchany na amen. Toczyłem się dobre 10 minut aż w końcu, mniej-więcej w 3/4 wiaduktu, zobaczyłem przyczynę tego zatoru.

Policja w cywilnym samochodzie zatrzymała kogoś do kontroli. Na wiadukcie. Pobocza tam nie ma, więc zablokowali prawy pas i stąd korek.

Nie wiem jakie wykroczenie popełnił ten kierowca, ale nie znajduję żadnego usprawiedliwienia dlaczego musieli zatrzymać go akurat tam, a nie kilkaset metrów dalej, już poza wiaduktem, gdzie są zatoczki, boczne uliczki i inne miejsca, gdzie można stanąć nie blokując ruchu.

Żałuję, że nie zapamiętałem numerów tego radiowozu.

ruch drogowy policja

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 146 (168)

#89378

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Apteczni gawędziarze - jak ja ich nie cierpię.

Jestem w aptece raz w miesiącu. Zakup tego co potrzebuję zajmuje mi minutę, ale zwykle spędzam tam pół godziny, bo tyle czekam na swoją kolej.

To przez aptecznych gawędziarzy. Ludzi, którzy potrafią stać przy ladzie po 10 minut albo i dłużej i gadać. Od razu zaznaczam, że nie mam pretensji do osób starszych, ale oni i tak stanowią mniejszość gawędziarzy. Starsi zwykle wiedzą co chcą kupić i po prostu to kupują. Najczęściej gawędziarzami są ludzie w moim wieku, średnim wieku. Najbardziej irytujące typy to:

1. Historia życia.

Nie przyjdzie taka osoba i nie powie "poproszę maść na stłuczenia", tylko opowie całą historię życia, ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, czasem i miejscem akcji, głównym bohaterem i bohaterami pobocznymi, o tym, jak nabawił się tego stłuczenia. Jakby to kogoś obchodziło.

2. Potwierdzacz.

Kupuje leki na receptę, ma wytyczne od lekarza, ale mimo to pyta o wszystko aptekarza. "Lekarz kazał brać jedną tabletkę dziennie, to prawda?".

3. Analityk.

Najczęściej występuje jako druga faza "historii życia". Po zakończeniu swojej epickiej opowieści dostaje do wyboru dwa albo trzy leki i zaczyna przesłuchanie. A który lepszy i dlaczego? A co mają w składzie? A jak działają? A jakie skutki uboczne? I truje dupę, chociaż wszystkie informacje ma na wyciągnięcie ręki, nawet nie wychodząc z domu. W internecie dostępne są ulotki większości leków i można spokojnie przeczytać, podjąć decyzję i dopiero iść do apteki, kupić konkretny lek, a nie marnować czas i zatruwać ludziom życie.

4. Telefonista.

Chyba najbardziej toksyczny typ. Będąc przy ladzie dzwoni do kogoś i konsultuje się jakie leki ma wziąć. Osoba po drugiej stronie telefonu zadaje pytania (jak w przypadku analityka), on przekazuje aptekarce, po czym ona odpowiada, a on przekazuje odpowiedź przez telefon. I tak przez kilka, kilkanaście minut.

Jak tacy nieogarnięci, nieporadni ludzie funkcjonują w codziennym życiu?

apteka

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (193)