Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

HelikopterAugusto

Zamieszcza historie od: 26 listopada 2020 - 14:54
Ostatnio: 30 listopada 2022 - 20:21
  • Historii na głównej: 15 z 16
  • Punktów za historie: 2070
  • Komentarzy: 420
  • Punktów za komentarze: 3028
 

#89806

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni rodzice, którzy odebrali swoim dzieciom dzieciństwo.

Dorastałem w latach 90. Mieliśmy grupę dzieciaków z osiedla i bawiliśmy się tak, jak wtedy się dzieci bawiły. Podchody, chowany, łażenie po drzewach, domek na drzewie, bazy w krzakach, proce i łuki z patyków, kopanie piłki, jazda na deskorolkach, rowerach i tak dalej. Ogólnie większość czasu spędzaliśmy na dworze. Komputerów i telefonów komórkowych wtedy nie było, toteż w domu można było się zanudzić i nie dziwota, że każdego dzieciaka ciągnęło na dwór.

Było u mnie w bloku dwóch braci, którzy nigdy nie wychodzili. Kilka razy po nich przyszliśmy, ale ich rodzice nam zawsze mówili, że nie wyjdą na dwór. Jeśli wychodzili, to tylko z rodzicami na jakieś wycieczki samochodem. Widywaliśmy ich właściwie tylko wtedy, jak szli do samochodu albo z samochodu. Raz, dosłownie jeden, jedyny raz, wyszli na dwór. Z rodzicami. Siedzieli na ławkach w milczeniu. Gdy próbowaliśmy do nich zagadać, ich rodzice kazali nam odejść.

Chłopcy ci absolutnie nie wyglądali na szczęśliwych. Smutni, osowiali i otyli. W tamtych czasach dzieci miały dużo ruchu na dworze i problem otyłości u dzieci praktycznie nie występował, ale oni siedzieli całe dnie w domu, więc siłą rzeczy się roztyli.

Co interesujące, wszyscy chodziliśmy do jednej podstawówki, a oni chodzili do jakiejś innej szkoły. Na pewno nie byli opóźnieni w rozwoju, bo kilka razy udało nam się zamienić z nimi parę słów i normalnie mówili.

Czas leciał, wszyscy dorośliśmy i powyprowadzaliśmy się od rodziców. Bywam w domu rodzinnym regularnie i czasem widuję dawnych kolegów z dzieciństwa, który też odwiedzają swoich rodziców. Tych dwóch braci nie widziałem nigdy, a ich rodzice nadal tu mieszkają. Czyżby nie chcieli mieć nic wspólnego z rodzicami, po tym co im zrobili? Nie zdziwiłbym się...

rodzice dzieci dzieciństwo

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (149)

#89643

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Przewinęło się kilka historii o korepetycjach, więc dodam swoją, z perspektywy ucznia.

Nigdy nie byłem dobry z matematyki. Podstawówkę i gimnazjum przeszedłem, pierwszą klasę liceum z trudem, a w drugiej groził mi niedostateczny na semestr. Rodzice uznali więc, że potrzebne będą korepetycje.

Pierwszym korepetytorem był starszy pan, emerytowany nauczyciel. Brał 20 zł za godzinę i w tamtych czasach była to standardowa cena. Przyszedł, porozmawialiśmy, zobaczył podręcznik i zeszyt, powiedziałem mu jakie tematy obecnie przerabiamy, co mam do poprawienia na semestr i wzięliśmy się do "nauki". Napisał mi zadanie i kazał rozwiązywać:
- Nie wiem jak mam to rozwiązać, nie wiem nawet jak zacząć.
- Jak to? Powinieneś to umieć.
- Właśnie nie umiem i to po pan tu jest, żeby mnie nauczyć. Proszę mi chociaż powiedzieć od czego mam zacząć.
- Ja cię niczego nie nauczę, to są zaległości z gimnazjum. To nie ma sensu.

Przyznałem panu rację. Pierwsza i ostatnia lekcja zakończyła się po niecałych 10 minutach. Idziemy do rodziców i pan mówi:
- On nic nie umie.
Ojciec:
- No i po to pan tu jest, żeby go nauczyć.

Porozmawiali chwilę, pan zrezygnował z uczenia mnie i nawet nie chciał pieniędzy za tę niedokończoną lekcję, ale ojciec i tak mu dał.

Drugi korepetytor.

Mama gdzieś pocztą pantoflową usłyszała o genialnym korepetytorze, który "leczy przypadki kliniczne", ale bierze 40 zł za godzinę, czyli dwukrotność standardowej stawki. Rodzice go wzięli. Pan koło 40-tki, aktywny zawodowo nauczyciel. Zapoznaliśmy się, obejrzał podręcznik i zeszyt, powiedziałem mu co mam do poprawy i zaczęliśmy. Pozaliczałem wszystko. Przychodził do końca mojej nauki w liceum. Przerabialiśmy na bieżąco tematy z lekcji. To, czego nauczycielka w szkole nie potrafiła mi wytłumaczyć, on potrafił. Kartkówki i sprawdziany przestały być problemem, zaliczałem wszystko za pierwszym podejściem. Pewnym jest, że gdyby nie on, to kiblowałbym przez matematykę.

Nie ma złych uczniów, są tylko źli nauczyciele.

nauczyciel korepetycje

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (226)

#89702

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzają się nieuczciwi fachowcy, którzy naciągają albo wręcz oszukują klienta. Hydraulik, który ostatnio u mnie robił, przebił wszystko co widziałem. Tak ordynarnie jeszcze nikt nie próbował mnie wydymać.

Była do naprawienia spłuczka podtynkowa, nie cierpię i nie ogarniam tego cholerstwa, więc wezwałem hydraulika. Robił swoje, a ja nie patrzyłem mu specjalnie na ręce, tylko też pracowałem przed komputerem. Być może to był błąd.

Jakoś tydzień później zauważyłem, że woda w umywalce gorzej spływa. Zanim znalazłem czas i chęć się tym zająć, minęło jeszcze kilka dni, a z dnia na dzień spływało coraz gorzej.

Rozkręciłem w końcu odpływ i w rurze znalazłem jakąś szmatę, jakiś materiał, który został tam celowo wetknięty, bo nie było innej możliwości by się tam dostał. Nasiąkał wodą i niesionym przez nią brudem, robił się z tego szlam, wszystko to pęczniało i stopniowo zwężało odpływ. Usunąłem to i spływa normalnie.

Cwaniaczek chciał sobie zapewnić kolejne zlecenie. Rozkręciłby, wyciągnął co wsadził, 10 minut roboty, a kilka stówek wpada. Nie tym razem.

Uprzedzając pytania - nic z tym nie zrobiłem, bo nie mam już jego numeru i nie pamiętam jak się nazywał, a nawet jeśli, to i tak niczego bym mu nie udowodnił.

fachowcy hydraulik

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (182)

#89623

przez (PW) ·
| Do ulubionych
A nawiązaniu do obrzydliwych historii o defekacji w miejscach do tego nieprzeznaczonych, opowiem swoją.

Dawne czasy, wracamy z kolegą z imprezy. Godzina 5 nad ranem, idziemy przez wielkie osiedle 10-piętrowych bloków, o tej godzinie puste. Nagle kolega mówi, że go sranie ciśnie i idzie tu do bloku.

Zanim zdążyłem zajarzyć, on już poszedł. Myślę - nie no, przecież nie nasra na klatce schodowej jak jakiś żul. Idę za nim, bo nie wierzę.

Faktycznie, nie nasrał na klatce schodowej.

Nasrał w windzie.

sranie defekacja

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (139)

#89499

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Dzisiaj spotkałem się z takim wymiarem debilizmu drogowego, że muszę to opisać. Zwłaszcza, że jego sprawcami byli ci, którzy powinni pilnować porządku na drogach.

Jest długi (około półtora kilometra), dwupasmowy i bardzo ruchliwy wiadukt. Jeżdżę nim regularnie i na ogół się nie korkuje, ale dzisiaj był zapchany na amen. Toczyłem się dobre 10 minut aż w końcu, mniej-więcej w 3/4 wiaduktu, zobaczyłem przyczynę tego zatoru.

Policja w cywilnym samochodzie zatrzymała kogoś do kontroli. Na wiadukcie. Pobocza tam nie ma, więc zablokowali prawy pas i stąd korek.

Nie wiem jakie wykroczenie popełnił ten kierowca, ale nie znajduję żadnego usprawiedliwienia dlaczego musieli zatrzymać go akurat tam, a nie kilkaset metrów dalej, już poza wiaduktem, gdzie są zatoczki, boczne uliczki i inne miejsca, gdzie można stanąć nie blokując ruchu.

Żałuję, że nie zapamiętałem numerów tego radiowozu.

ruch drogowy policja

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (167)

#89378

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Apteczni gawędziarze - jak ja ich nie cierpię.

Jestem w aptece raz w miesiącu. Zakup tego co potrzebuję zajmuje mi minutę, ale zwykle spędzam tam pół godziny, bo tyle czekam na swoją kolej.

To przez aptecznych gawędziarzy. Ludzi, którzy potrafią stać przy ladzie po 10 minut albo i dłużej i gadać. Od razu zaznaczam, że nie mam pretensji do osób starszych, ale oni i tak stanowią mniejszość gawędziarzy. Starsi zwykle wiedzą co chcą kupić i po prostu to kupują. Najczęściej gawędziarzami są ludzie w moim wieku, średnim wieku. Najbardziej irytujące typy to:

1. Historia życia.

Nie przyjdzie taka osoba i nie powie "poproszę maść na stłuczenia", tylko opowie całą historię życia, ze wstępem, rozwinięciem i zakończeniem, czasem i miejscem akcji, głównym bohaterem i bohaterami pobocznymi, o tym, jak nabawił się tego stłuczenia. Jakby to kogoś obchodziło.

2. Potwierdzacz.

Kupuje leki na receptę, ma wytyczne od lekarza, ale mimo to pyta o wszystko aptekarza. "Lekarz kazał brać jedną tabletkę dziennie, to prawda?".

3. Analityk.

Najczęściej występuje jako druga faza "historii życia". Po zakończeniu swojej epickiej opowieści dostaje do wyboru dwa albo trzy leki i zaczyna przesłuchanie. A który lepszy i dlaczego? A co mają w składzie? A jak działają? A jakie skutki uboczne? I truje dupę, chociaż wszystkie informacje ma na wyciągnięcie ręki, nawet nie wychodząc z domu. W internecie dostępne są ulotki większości leków i można spokojnie przeczytać, podjąć decyzję i dopiero iść do apteki, kupić konkretny lek, a nie marnować czas i zatruwać ludziom życie.

4. Telefonista.

Chyba najbardziej toksyczny typ. Będąc przy ladzie dzwoni do kogoś i konsultuje się jakie leki ma wziąć. Osoba po drugiej stronie telefonu zadaje pytania (jak w przypadku analityka), on przekazuje aptekarce, po czym ona odpowiada, a on przekazuje odpowiedź przez telefon. I tak przez kilka, kilkanaście minut.

Jak tacy nieogarnięci, nieporadni ludzie funkcjonują w codziennym życiu?

apteka

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 149 (191)

#88364

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni i straszliwie denerwujący są ludzie mówiący "smacznego".

Nie wiem skąd się wzięło w ludziach przekonanie, kto ich tego nauczył, że mówienie "smacznego" jest kulturalne i tak trzeba. Wręcz przeciwnie - jest niekulturalne, irytujące i absolutnie zbędne.

Są dwie sytuacje, kiedy można życzyć komuś smacznego.

1. Jak podajesz komuś własnoręcznie przygotowany posiłek.
2. Jak jesteś kelnerem w restauracji i podajesz posiłek gościowi.

Tak mówią zasady savoir-vivre, a wtóruje im logika i zdrowy rozsądek.

W innych sytuacjach niż powyższe, nie mów nikomu "smacznego". Chyba, że chcesz, by widzieli w tobie uciążliwego, zakłócającego posiłek buca.

Najczęściej takich można spotkać w pracy, na stołówce. Klasyczna sytuacja. Jesz sobie, pogrążony w myślach albo zaczytany w telefonie, może nawet gazecie jak dawniej, a tu wchodzi taki i rzuca: SMACZNEGO!

Po pierwsze - a ch... ci do tego? Pilnuj swojego nosa i daj człowiekowi jeść w spokoju.

Po drugie - mówiąc komuś smacznego podczas gdy ten je, zmuszasz go by jakoś ci odpowiedział. Co ma zrobić? Odpowiedzieć ci z pełnymi ustami i być takim samym chamem jak ty? Jak najszybciej pogryźć i połknąć to co ma w ustach, by odpowiedzieć ci normalnie? Kiwnąć głową, skinąć ręką? No i przede wszystkim - po co to wszystko?

Pseudo interakcja społeczna wymuszona bezsensownym "smacznego" nie ma nic wspólnego z kurtuazją i nie jest do niczego potrzebna, a jedynie denerwuje.

Nie bądźcie bucami, nie mówcie "smacznego". Dziękuję za uwagę.

smacznego

Skomentuj (111) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 323 (393)

#88761

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jak cwaniak padł ofiarą własnego cwaniactwa.

W młodości lubiłem sobie zapalić zioło. Jako, że w naszym kraju policja ściga palaczy z większym zaangażowaniem niż prawdziwych przestępców, trzeba było przestrzegać pewnych zasad bezpieczeństwa by uniknąć zatrzymania i związanych z nim nieprzyjemności. Niby oczywiste, ale nie dla każdego.

Jeden kolega z ekipy do jarania wyznawał dziwną filozofię w tym temacie. Twierdził, że im bardziej się będziesz ukrywał, tym większa szansa że cię złapią. Że trzeba zachowywać się naturalnie. Wiadomo, jak będziesz szedł ze sztuką w kieszeni i rozglądał się nerwowo dookoła, to zwracasz na siebie uwagę i nie należy tak robić, ale kolega przesadzał w drugą stronę.

Nie tylko nie ukrywał się, ale wręcz obnosił z tym. Potrafił iść ulicą i palić blanta jak papierosa.
- Najciemniej jest pod latarnią - mówił.

Kto nie wie, to wyjaśniam - palone zioło pachnie tak intensywnie i tak specyficznie, że bez trudu można je wyczuć i nie da się go pomylić z niczym innym.

Mieliśmy swoje miejscówki plenerowe do palenia. Miejsca odludne, w które nikt nie chodzi, albo takie gdzie nas nie widać, za to my widzimy czy ktoś nie idzie i mamy czas na reakcję. Kolega z kolei mówił, że nie będzie się ukrywał jak szczur. Chciał iść jarać latem nad jezioro, gdzie roi się od ludzi, są całe rodziny z dziećmi, a policja i straż miejska pilnuje porządku. Super pomysł, geniuszu. Odmówiliśmy, to zwyzywał nas od tchórzy i paranoików.

Raz poszli z innym kolegą we dwóch do knajpy. Idiota wyciągnął jaranie i zaczął kręcić blanta. Na stoliku, przy ludziach.

Jako, że ten człowiek był chodzącym przypałem, zaczęliśmy go coraz bardziej wykluczać z ekipy. Nikt nie chciał by przez niego wyjście na gibona skończyło się na dołku. Siłą rzeczy przestał z nami wychodzić, bo my woleliśmy sprawdzone i bezpieczne miejscówki, a on chciał nas wyciągać w przypałowe miejsca typu centrum miasta, park, czy właśnie wspomniane jezioro. Za każdy razem strzelał focha i mówił, że jesteśmy paranoikami.

W końcu się doigrał. Zawinęła go policja jak jarał blanta idąc przez miasto. Po prostu go wywąchali. Miał przy sobie niecałą sztukę. Dostał zawiasy i prace społeczne.

Gdy się o tym dowiedziałem, napisałem mu smsa: "Jak to dobrze być paranoikiem :)" ale nie odpisał.

przypał

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (183)

#88260

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Od kiedy zmienili przepisy pierwszeństwa na przejściach dla pieszych, niektórym ludziom wydaje się, że zyskali nieśmiertelność.

Proszę, używajcie wyobraźni, zastanówcie się i przede wszystkim rozejrzyjcie się zanim wejdziecie na pasy.

Zwłaszcza jak jest ciemno albo pada deszcz, to jadąc 120 km/h mam małe szanse cię zobaczyć, a jeszcze mniejsze zareagować.

Naprawdę, więcej wyobraźni i przede wszystkim ostrożności.

ruch drogowy

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 132 (220)

#88156

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Czy tirowcy to debile?

Na budowanym odcinku autostrady A1, na około 60 kilometrach, obowiązuje odcinkowy pomiar prędkości i ograniczenie do 70 km/h.

Nieznającym zagadnienia tłumaczę jak to działa. Wjeżdżasz w obszar i kamera skanuje twoją tablicę. Wyjeżdżasz, skanuje znowu. Jeśli pokonałeś trasę w czasie krótszym niż określony, to znaczy, że jechałeś szybciej niż jest to dozwolone i automatycznie dostajesz mandat.

Robię tę trasę kilka razy w miesiącu i wszyscy jadą 70, bo nikt nie chce płacić mandatu. Tylko tirowcy podjeżdżają mi pod samą dupę i świecą długimi. Nawet BMW i Audi, u których takie zachowanie w normalnych warunkach jest standardem, tam jadą 70 tak jak wszyscy.

Czy ci tirowcy są debilami? Nie znają znaków? Czy ignorują, bo im firma mandaty płaci? Nawet jeśli płaci firma, to co z punktami karnymi?

Ja wiem, że ten odcinkowy pomiar prędkości to największy absurd wszech czasów na polskich drogach, ale nic nie możemy z tym zrobić. Na pewno nie będę się narażał na mandat, bo takiemu ćwokowi się spieszy.

kierowcy tirowcy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 161 (181)