Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Iceman1973

Zamieszcza historie od: 13 sierpnia 2014 - 9:10
Ostatnio: 20 lutego 2019 - 9:40
  • Historii na głównej: 5 z 11
  • Punktów za historie: 2527
  • Komentarzy: 1785
  • Punktów za komentarze: 5849
 

#82769

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem właśnie historię http://piekielni.pl/82765 o ulotkach na cmentarzu wciskanych w znicze.

Moja historia też będzie o ulotkach i panu ulotkarzu/domokrążcy, tyle że w nieco innej scenerii.

Było to już jakiś czas temu, bo w okresie wymiany skrzynek pocztowych na nowe, zgodne z normami UE. Fakt, że stare były lepsze już pominę, ale jednak były.

Na klatce schodowej w naszej kamienicy (6 mieszkań) zamontowaliśmy tablicę korkową na ogłoszenia i ulotki, dodatkowo przy samym wejściu zamontowaliśmy taki koszyczek na ulotki.
Reasumując... Są aż dwa miejsca, gdzie można te ulotki zostawić.

Pomijam fakt, że i tak skrzynki mamy zapchane makulaturą ulotkową, bo już przywykłem.

Sprawa dotyczy pewnego Pana Roznosiciela, który postanowił przykleić ulotkę do naszej nowej skrzynki pocztowej za pomocą kleju polimerowego. Jeśli ktoś nie kojarzy, to podpowiem, że jest to ten klej, którym m.in. można kleić kasetony do sufitu. Taki przeźroczysty gęsty, lepki klej.
Koleś wysmarował cały bok skrzynki i przywalił na to ulotkę...

Zrobił to, jak mniemam, na chwilę przed tym, jak wychodziłem z domu, bo woń kleju dosięgnęła mnie od razu. Ulotkę zerwałem, bo klej był jeszcze na tyle świeży, ale i na tyle złapał, że na samej skrzynce nie dało się go tak łatwo usunąć.

Co zrobić... Zadzwoniłem na numer telefonu z ulotki i bardzo konkretnie i stanowczo kazałem Panu z drugiej strony słuchawki przysłać kogoś do wyczyszczenia skrzynki.

W pierwszej chwili nie widział problemu, ale mu wyjaśniłem, że zanim jego as reklamy dotarł do skrzynki pocztowej, minął dwa miejsca przeznaczone na ten cel i to miejsca bardzo dobrze widoczne, a w związku z tym, celowo dokonał czynu o znamionach wandalizmu.

Następnego dnia, gdy wracałem z pracy, skrzynka była wyczyszczona, aczkolwiek pozostał jaśniejszy, widoczny do dziś ślad, bo facet pewnie użył jakiegoś acetonu czy innego paskudztwa.

ulotkarz kontra skrzynka na listy

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 180 (180)

#78925

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiło się tutaj kilka historii o sąsiadach i ich wiertarkach, więc postanowiłem dodać coś podobnego, choć nieco innego.

Będzie to powiązanie dwóch spraw. Uciążliwości sąsiedzkiej, ale też kosztów z nią związanych.

Kilka dobrych lat temu, rok w rok, gdy przyszło rozliczać naszą wspólnotę mieszkaniową, za każdym razem mieliśmy dopłatę do prądu za oświetlenie części wspólnej, w skład której wchodzi korytarz, piwnica i strych.

Nie były to kwoty astronomiczne w kwestii dopłaty każdego z lokatorów, ale całość już była całkiem fajną sumą. W tym samym czasie jeden ze starszych sąsiadów ciągle coś spawał w swojej piwnicy. Oczywiście twierdził za każdym razem, że prąd ma pociągnięty z domu, w co oczywiście nigdy nie wierzyłem, ale nawet dwie kontrole nic nie wykazały. Zwijał kable i tyle…

Po co tyle spawał? Do dziś nie wiemy. Zawsze jakieś kraty okienne do piwnic itp. itd., zapewne tak dorabiał.

Ok, niech sobie dorabia, ale właściwie on dorabiał, a reszta lokatorów płaciła za jego spawanie w dopłatach corocznych.

Teraz z kosztów przejdźmy do uciążliwości. Smród i dym z piwnicy wychodził na klatkę i czasem aż w oczy szczypało.

Nie robiliśmy problemów, bo wszyscy jako tako się znamy w kamienicy, ale pewnego dnia postanowiliśmy, że przerobimy instalację tak, by była na 24 V.

I wiecie co? Skończyło się spawanie, a i dopłat więcej nie było.

wspólnota mieszkaniowa

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (205)
zarchiwizowany
Podzielę się moimi odczuciami i wg mnie lekką piekielnością szefów tego portalu.
Ten nowy design jest jakiś taki... mało czytelny niż poprzedni.
Poprzedni "wystrój" strony był bardziej intuicyjny.
No ale to tylko moje zdanie...

ten portal

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (30)
zarchiwizowany

#74504

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Czytając historię Vege #74488, przypomniało mi się jak to ja zrobiłem się (chyba) piekielny. Wydaje mi się jednak, że w pozytywnym znaczeniu chociaż przepisy w kwestii prędkości złamałem.
Otóż gdy posiadałem jeszcze małą japońską torpedę zwaną Hondą Civic VI generacji, zdarzyła mi się taka historia.
Jadę sobie spokojnie a tu w lusterku widzę, jak ze trzy auta dalej ciągle się wyłania "żółte coś". "Coś" się potem okazało Cinquecento Sportingiem z młodym kieroFcą w środku.
Młodziak zaczął wyprzedzać każde jedno auto przy okazji zmuszając tych z przeciwka o zjeżdżanie mu z drogi bądź hamowanie.
Tak też wyprzedził mnie i kolejne trzy samochody. Jechał bardzo zrywnie i dziko a radyjko tak mu grało, ze aż dziw, że mu blachy od dudnienia nie wybrzuszyło. W końcu mnie to trochę wkurzyło i gdy wyjechaliśmy w tereny podmiejskie i nadarzyła się okazja docisnąłem pedał gazu, dopadłem kolesia i wyprzedziłem a następnie zwolniłem do obowiązującego tam 50 km na godzinę.
tam gdzie było 40 zwalniałem do 40. Koleś próbował mnie wyprzedzić ale bacznie go obserwowałem i nawet nie musiałem mocno przyśpieszać bo jego auteczko nie miało szans w Hondą. Jego twarz była tak czerwona ze złości, że chyba groził mu wylew.
Tak dojechaliśmy do pewnego skrzyżowania gdzie jadąc prosto lub w prawo i tak dojeżdżało się w to samo miejsce czyli drogi znów się łączyły. Różnica polegała na tym, że droga na wprost jest główna a ta w prawo to droga na której jednego dnia w tygodniu jest wielkie targowisko i jest zamknięta dla ruchu. Zresztą na co dzień kierowcy też nią nie jeżdżą bo nawierzchnia kiepska.
No ale koleś pojechał właśnie w tą drogę. Dobrze wiedziałem co kombinuje patrząc jak zaczął zasuwać.
No cóż... dodałem gazu i w miejscu gdzie te drogi się spotykają byłem pierwszy. Jaka piękna była jego mina gdy widział jak nadjeżdżam od jego lewej i znów wjeżdżam przed niego.
Pociągnąłem go tak jeszcze za sobą parę kilometrów do autostrady a potem docisnąłem gaz i tyle mnie widział.

Wiem, zachowałem się piekielnie i złośliwie i zapewne ten koleżka nie wyciągnął z tego żadnych wniosków ale jednorazową nauczkę dostał.
Zapewne ktoś z Was napisze, że zachowałem się nie lepiej od niego. Cóż... czasem naprawdę trzeba się zniżyć do poziomu oponenta. No i kto od miecza wojuje ten od miecza ginie.

EDIT:
PS. Dodam jeszcze, że tam gdzie go dogoniłem i wyprzedziłem już nie było ruchu. Na tym odcinku z reguły jest minimalny. Facet mógł spokojnie poczekać aż tam dojedzie i potem sobie docisnąć a nie szarżować na ruchliwej bogatej w przejścia dla pieszych ulicy.

PS2.
Pierwszy komentarz zarzuca mi szeryfowanie więc wyjaśniam, że zrobiłem taki numer tylko ten jeden raz. Na ogół olewam takich kierowców ale ten pobił ich wszystkich. ewidentnie dążył do katastrofy.

z domu do pracy

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 53 (145)
zarchiwizowany

#65760

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Po przeczytaniu historii forumowicza Vatras http://piekielni.pl/65757 a konkretnie fragmentu o jajach na samochodzie, przypomniała mi się moja przygoda z czyszczeniem karoserii po bombardowaniu jajkami.

Na "mojej" ulicy parkujemy wzdłuż chodnika. Jest to ulica szeroka i na dodatek jednokierunkowa więc takie parkowanie nikomu nie przeszkadza.
Od czasu do czasu, front naszej kamienicy i samochody przed nią zaparkowane były obrzucane jajami.
Po analizie sąsiedzkiej doszliśmy do wniosku, że ktoś rzuca z kamienicy z przeciwnej strony ulicy.
Chytre to to było więc namierzenie było trudne. Nawet jak specjalnie czatowaliśmy w oknach, to nie dało się tej szui namierzyć bo ile można siedzieć w oknie jak monitoring ale jak to mówią przychodzi "kryska na Matyska".

Okazało się, że to była zabawa dwóch braci 15 i 17 lat. Ojca brak a rozmowa z mamusią była taka, że więcej z tego pojmował chyba mój pies, który się obok kręcił.
Kobietę interesował tylko jej obecny i na kilka dni partner oraz wódeczka.
Chłopaczków nie szło dorwać bo unikali konfrontacji jak ognia, tyle, że jajami dalej walili.
Policja? Śmiech na sali...
- A jest pan pewien?
- No przecież widzieliśmy. Sąsiad, ja...
Poszli, pogadali, stanęło na tym, że dowodów za mało i ze sprawy doopa bo nie ma pewności, że to oni.

A wiecie jaki jest koniec tej historii w kwestii rzucania? Gest. A konkretnie gest z rurką.
Kupiłem do kuchni reling celem przykręcenia do mebli. Wychodząc z auta zauważyłem, że okno lekko u nich uchylone i firanka się rusza ale nie od wiatru. Ktoś tam sobie zza firanki zaglądał.
Reling z odległości wyglądał zapewne jak stalowa rurka. Wyciągnąłem go z auta, skierowałem wyprostowaną ręką w stronę ich okna i powiedziałem.
- Nie było dowodów na was to na mnie też nie będzie.
Rzucanie jajkami ustało a pajace dalej wszystkich unikają.

Ślady tej cholernej głupoty widać do dziś, bo nie wiem czy wiecie ale zaschnięte jajko na samochodowym lakierze jest o wiele gorsze nawet od ptasich odchodów. Przy próbie usunięcia uszkadza lakier.

dwa głąby z jajkami

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (55)

#64868

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historię Dorci: http://piekielni.pl/64633
przypomniała mi się podobna z moim udziałem.

Historia stara, bo około 30-letnia.
Miałem wtedy może z 12 lat. Nie pamiętam już skąd wracaliśmy, ale to mało ważne.
Był grudzień, śniegu mało i mocno pomarznięty
Tata zaparkował, wysiadamy z samochodu, robię krok w przód i nagle ból, czuję że padam, dosłownie zmiotło mnie z nóg. Dostałem jak się potem okazało kulką bardziej lodu niż śniegu prosto w twarz.

Ojciec jak tylko się zorientował, że mam świadomość puścił się za dwoma pajacami, których to w pierwszej chwili bardzo bawiło.
Dorwał tego, który rzucił, a że niezłą parę w rękach miał, to podniósł jak się potem okazało facecika 20 letniego prawie jedną ręką do góry (taki był wściekły), a drugą trzepnął w mordę dodając w kilku zdaniach i nie przebierając w słowach, że mógł mnie nawet zabić.
Potem idiotę puścił, bo ja się pozbierałem. Co prawda twarz sina jak dojrzała śliwka ale doszedłem do siebie.

Tu mogło by się skończyć ale nie...
Po jakimś czasie pukanie, a wręcz walenie w drzwi.
Tata otwiera, a tu jego kolega z pracy (idiota okazał się być jego synem) z awanturą, że mój ojciec pobił mu syna i on to na milicję zgłosi, że jak tak można dziecko pobić (jak już pisałem gościu miał 20 lat, więc niezłe dziecko, a druga sprawa dostał tylko jednego porządnego liścia).

Ojciec mnie zawołał. Przyszedłem. Pokazałem się z niebiesko-fioletową połową twarzy.
I wtedy ojciec spytał się kolegi czy jego syn imbecyl (tak go nazwał) powiedział za co oberwał. Jeśli nie to ma to sobie z nim wyjaśnić, a jeśli powiedział, a on mimo to przyszedł się awanturować, to może zaraz mieć taką siną twarz jak ja.

Facet poszedł i chyba przemyślał, bo na drugi dzień w pracy przeprosił ojca. Jego syn przyszedł przeprosić tego samego dnia wieczorem.

Dodam jeszcze, że zaraz rano poszedłem z mamą do lekarza i się dowiedzieliśmy, że gdyby trafił nieco inaczej, jakieś 1-2 cm w lewo mógłbym nawet stracić oko.

P.S. wtedy jeszcze była milicja zamiast policji.

idiota z lodową kulką

Skomentuj (51) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 524 (644)
zarchiwizowany

#62788

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Piekielne to nie jest. Skończyło się szczęśliwie ale początkowo thriller i palpitacje serducha były.

Żona wróciła wieczorkiem do domu i poinformowała mnie, że w baku posucha. Sama jeśli tylko może nie tankuje bo zamykanie wlewu jej nie wychodzi.
Zdecydowałem, że pojadę jeszcze na stację którą mamy niedaleko. Taka samoobsługowa.

Podjechałem, wsunąłem banknoty, położyłem (jak nigdy tego nie robię tak teraz zrobiłem) portfel na dachu auta i wlewam paliwo. Skończyłem tankować, wsiadłem i odjechałem.
Pod domem zamierzam wyjść z samochodu ale orientuję się, że portfela brak a tam dowód, prawko, dowód rejestracyjny, karty bankowe, i różne inne ważne rzeczy.

Tak szybko i z piskiem opon jeszcze nigdy nie wracałem na stację.

Podjeżdżam, patrzę... JEST!! Leży nieco przed dystrybutorem.

Ludzie którzy tankowali obok mnie najwidoczniej nie zauważyli, że coś mi z dachu spadło (nie twierdzę, że by ukradli ale różnie bywa) a zanim wróciłem na stację nikt inny nie tankował.

Więcej szczęścia niż rozumu.

I taka przestroga dla Was drodzy koledzy i koleżanki. Nie bierzcie ze mnie przykładu.

więcej szczęścia niż rozumu

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -18 (74)

#62671

(PW) ·
| Do ulubionych
Natrafiłem na kilka historii o idiotach rzucających w pociągi, autobusy czy tramwaje i przypomniała mi się historia sprzed kilku lat.

Nie posiadając wtedy wozidła zwanego samochodem, wracaliśmy z żoną do domu jadąc autobusem.
Jako, że autobus był bardziej pusty niż pełny, zajęliśmy miejsca naprzeciw tylnego wejścia. Były to miejsca na kole. Siedzenia były nieco wyżej od pozostałych i chyba coś się popsuło, bo były nieco pochylone do przodu. Źle się siedziało więc postanowiliśmy przesiąść się o jeden rząd siedzeń w przód.

Na kolejnym przystanku wsiadła kobieta z córką tak na oko 7-letnią. Zajęły te "nasze stare" miejsca. Pani podeszła do kasownika, a tu nagle słychać okropny huk i płacz dziecka. Odwracamy się, a tu w szybie dziura, dziecko płacze, a na podłodze stalowa kulka taka łożyskowa.
Ten pocisk musiał być wystrzelony z ogromną siłą, bo nie rozbił całej szyby a wybił w niej dziurę.

Szczęście w tym nieszczęściu jest takie, że dziura znajdowała się na wysokości głowy dorosłego. Dziecko było niższe więc najadło się tylko wielkiego strachu ale co by było gdybyśmy się nie przesiedli? Albo gdyby Pani usiadła, a nie poszła kasować bilet?

Idiota który to zrobił, nawet nie pomyślał, ze mógł kogoś zabić. W tym konkretnym wypadku mnie lub tą Panią. I tylko dziwnym zrządzeniem losu do tego nie doszło.

komunikacja_miejska

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 695 (785)

#61603

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając różne historie o sprzedawcach i klientach przypomniała mi się historia, gdy jeszcze jako młody chłopaczyna próbowałem zahaczyć się o jakąkolwiek pracę.

Zdaję sobie sprawę, że dziś panują takie nazwijmy to "STANDARDY", że klient może sprzedawcę opluć, zbluzgać, obrazić rodzinę do 5-tego pokolenia wstecz, a sprzedawca ma mu nadal bez wazeliny wpełzać tam, gdzie plecy tracą swą szlachetną nazwę. Kiedyś też było tak, że klient nasz Pan ale jednak cierpliwość ma się jedną...

Pracę znalazłem w sklepie RTV i tak sobie pracowałem, szło mi chyba dobrze bo szefostwo zawsze zadowolone.
Żółć mnie nigdy nie zalewała i szef niejednokrotnie się pytał, jak ja to robię, że nie wybucham gdy trafia się klient, któremu ewidentnie wymieszało się DNA chama z idiotą.
W końcu jednak nadszedł ten dzień...

Przyszedł [K]klient którego sama postawa sugerowała, że będą kłopoty.
Rzucił mi na ladę joystick i tak oto do mnie rzecze:

K: Wymieniaj kur%* to je%#ne chu*stwo bo się kur%* zje%#ło.
Ja: Słucham?
K: No wymieniaj kur%*.

Ciśnienie mi podskoczyło ale nie daję po sobie poznać, a dodam że joystick z którym facet przyszedł, nie był u nas sprzedawany już od ponad roku.

J: Kiedy Pan nabył ten joystick?
K: Tydzień temu. Szajs kur%* sprzedajecie, gówno totalne. Wymieniaj!
J: Przepraszam ale zapewne kupił Pan ten sprzęt gdzie indziej, bo my od ponad roku sprzedajemy joysticki innego producenta.
K: Wymieniaj kur%*!!
J: To poproszę paragon.
K: Nie mam bo wyje%$łem. Dawaj nowy joystick!
J: Nie ma paragonu nie ma wymiany. A paragonu nie ma, bo albo kupił Pan to gdzie indziej albo przynosi Pan roczny zepsuty joystick co sugeruje jego wygląd i próbuje w chamski sposób uzyskać nowy.
K: Dawaj nowy bo Ci kur%* ten sklep rozj#$%^ Ty ch$%^ pier$%$$ny!!

I wtedy właśnie pierwszy raz w życiu nie wyrobiłem i wyszło to mniej więcej tak:

J: A spie$^#laj mi z tego sklepu chamie jeden, bo jak przejdę zza lady to Cię za kudły wywlokę z tego sklepu.

I zrobiłem taki ruch jakbym chciał przeskoczyć ladę.
Szybkość gościa mnie wtedy zadziwiła.
Złapał joystick i wio ze sklepu.

Po wszystkim jak szef doszedł do siebie (wcześniej nie reagował) podszedł i mówi:
- Sam bym nie wytrzymał i sumie nie mam pretensji. Poza tym udowodniło mi to, że potrafi Pan tupnąć nóżką, ale następnym razem prosiłbym tak nieco ciszej, bo wie Pan... są inni klienci w sklepie.

Obiecałem że "następnym razem" będę to załatwiał ciszej.

Może nie powinienem reagować aż tak ostro, ale w końcu ile można znosić... Nikt nie jest wielbłądem w karawanie.

sklepy

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 873 (999)
zarchiwizowany

#61623

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakiś niewielki czas temu, wymyśliliśmy sobie z żoną że czas na nową pralkę. Stara co prawda, stara była tylko z wieku bo ogólnie jeszcze działała. Do wymiany był tylko wąż od wody który zanotował pęknięcie i po prostu ciekła woda.
Stara ale w miarę jara pralka miała trafić na ogródek teścia. Latem to się tam praktycznie mieszka bo altana dość duża, zieleni mnóstwo... czysta rekreacja. Więc pralka się tam przyda.
Tak więc nowa pralka przywieziona więc starą wystawiliśmy na półpiętro prowadzące na strych. Miało tak być zaledwie jeden dzień.
Jakie było moje zdziwienie następnego dnia, gdy po powrocie z pracy pralki już nie było. Żona wychodząc z domu o godzinie 13.00 jeszcze pralkę widziała. Ja wróciłem o 14.10 i ... pusto.

Nadmienię, ze nasza kamienica posiada sześć mieszkań a sama zamykana jest solidnymi drzwiami i żeby ktokolwiek mógł wejść musi dzwonić po ludziach.
Tak więc wniosek z tego taki, że ktoś otworzył a potem nawet się nie zainteresował rumorem na klatce schodowej jaki był spowodowany znoszeniem pralki. Swoje ważyła więc na pewno był hałas...
Dziękuję Wam sąsiedzi.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -26 (46)