Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Intro

Zamieszcza historie od: 28 stycznia 2022 - 12:17
Ostatnio: 22 września 2022 - 21:28
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 370
  • Komentarzy: 4
  • Punktów za komentarze: 18
 

#89701

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Poprzednia część moich biurowych odpowiedni:
https://m.piekielni.pl/89687#comments

Tym razem będzie o Anecie. Znacie takie osoby, które na świat patrzą tylko ze swojej perspektywy i zawsze muszą mieć rację? Jak ta kobieta mnie drażniła.

Aneta teoretycznie pracowała na tym samym stanowisku co ja. Zakres obowiązków ten sam, ale wyróżniało ją to, że spędziła w naszym biurze kilka kadencji. Była to jej pierwsza praca, siedziała tam już kilka lat, więc wśród sporej rotacji pracowników ona uchodziła za kogoś w rodzaju szefowej.

Aneta była ciepłolubna. Bardzo. Aneta zwykła mawiać, że jak jest za ciepło, to zawsze można się rozebrać, ale gdy ci za zimno w ciepłym ubraniu, to przecież nie możesz zacząć chodzić w czapce i rękawiczkach.

Wyobraźcie sobie najgorsze upały i pracę w małej klitce z przeszkoloną ścianą od strony słońca. Mieliśmy klimatyzację, owszem, ale Aneta albo nie pozwalała jej uruchamiać, albo wyłączała po pięciu minutach. Żeby jeszcze siedziała pod nawiewem, ale jej biurko było po drugiej stronie pomieszczenia.

Ratowaliśmy się otwieraniem drzwi, ale że budynek stał na wybetonowanym placu, więc to niewiele to dawało.
Skargi klientów na skwar nie dochodziły do szefa, bo klimatyzacja była zamontowana w takim miejscu, że klienci zwyczajnie jej nie widzieli. Zakładali więc, że nią nie dysponujemy. Szef zresztą stawał po stronie Anety, bo przecież klimatyzacja kosztuje. Sytuacja poprawiła się nieco od strony szefostwa, gdy pewna starsza pani nam zemdlała w kolejce z przegrzania. Po tym zdarzeniu Aneta pozwalała klimatyzacji działać jednorazowo aż 15 minut.

Problem mógłby się skończyć wraz z pierwszymi chłodami, ale wtedy Aneta zaczynała robić saunę za pomocą kaloryfera. Ostatecznie solidarnie z drugą znajomą ustawiliśmy porządną temperaturę i cichaczem schowałyśmy kurek od regulacji. Szefowi było szkoda pieniędzy na nowy, więc problem został rozwiązany.

Koszmar zaczął się, gdy przeniesiono mnie do biurka obok stanowiska Anety. Słabo widzę, więc monitor z końca blatu przesunęłam sobie na tyle, na ile pozwalały mi na to kable. Aneta krzywo patrzyła, ale nic nie powiedziała.

Następnego ranka przychodzę do pracy, a monitor stoi na swoim dawnym miejscu. No to znów go przesuwam. I tak sytuacja ciągnęła się parę dni, aż w końcu zapytałam Anetę, czy ruszała mój monitor. Usłyszałam, że mam go nie dawać tak blisko, bo zniszczę kable, one nie mogą tak wisieć. No to tłumaczę, że kable to z natury są przystosowane do wiszenia, że jak za bardzo je napnę, to się zwyczajnie odepną.

Następnego dnia monitor znów jest odsunięty. Zaczynam tłumaczyć Anecie, że nie dam rady niczego przeczytać z monitora z takiej odległości i przesuwam go znów bliżej. Kolejnego dnia zastaję monitor w starym położeniu odpowiadającym Anecie. Znów spokojnie tłumaczę, że mam słaby wzrok, że jak kable się zepsują, to jej identyczne z domu przyniosę, bo mi zalegają.
Gdy następnego dnia zołza znów mi odsunęła monitor, kazałam jej się pier... Szef sprawę miał głęboko i szeroko, więc wojna w przesuwanie monitora trwała aż do końca mojej pracy w tym miejscu. Do tej pory nie wiem, co chciała tym osiągnąć.

Nie wspominając już o tym, że Aneta układała grafik tak, żebym musiała przychodzić do pracy w większość roboczych sobót, choć miałyśmy je odrabiać mniej więcej po równo. Jednak w tym się nie ugięłam i po kilku rozmowach z szefem i groźbie, że zwyczajnie nie otworzę biura i klienci pocałują klamkę, szef sam wziął na siebie układanie grafiku i mimo związanych z tym nieprzyjemności, w końcu było sprawiedliwie.

Opowieści biurowe

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (177)

#89687

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zdarzyło mi się pracować przy okienku. Piekielny był głównie szef, ale klienci również potrafili odstawiać szopki.

Godziny szczytu, kolejka do okienka okropna. Ja się uwijam (wtedy jeszcze nie dostosowywałam jakości pracy do płacy), ale młyn niezły. A że pracowałam z "Anetą", to mimo ukropu i przeszklonej ściany od strony słońca, klimatyzacja musiała być wyłączona. Ludzie się niecierpliwią, niektórzy rezygnują. Do biura wchodzi kobieta (K) w średnim wieku i staje w kolekcje. Wachluje się, co chwilę sprawdza zegarek. Po pięciu minutach prosi ludzi w ogonku, żeby popilnowali jej miejsca, ona skoczy tylko na kwadrans po zakupy. K wychodzi, kolejka powoli się zmniejsza.
Mija godzina, fala ludzi się kończy, w kolejce tylko jedną osoba. Obsługuję ją, a w międzyczasie wchodzi facet (F) jakoś po dwudziestce i siada w poczekalni. Chwilę po nim wraca wcześniejszą kobieta i staje w drzwiach.
Kończę obsługę klienta i kiedy ten zwalnia miejsce, F zaczyna iść w stronę mojego biurka. K rzuca się jak rodowa harpia, przepycha obok niego i sadza tyłek ma krześle. F na chwilę zatkało, gapi się na nią, ja też.

F: Przepraszam bardzo, ale co pani robi? Przecież stałem w kolejce przed panią.
K: Bo wie pan, ja tu już byłam wcześniej, zajęłam sobie to miejsce.
F: Czekam to od jakichś 10 minut i pani nie widziałem. Byłem pierwszy w kolejce.
K: Czego nie rozumiesz? Zajęłam to miejsce, więc kolejka mnie nie obowiązuje.
F: Niczego pani ze mną nie ustalała, pani się zwyczajnie przede mnie wepchnęła.
K: Byłam tu przed tobą, zajęłam miejsce! Poza tym starszym należy się szacunek!
F: Jakby pani zapytała, to bym panią przepuścił. Proszę czekać z krzesła, byłem w kolejce przed panią.
K: Ty tępy jesteś? Byłam tu przed tobą! Pani może to potwierdzić!

No jasne że mogłam, ale co to miało do rzeczy? Nie chciało mi się uczestniczyć w tej kłótni, więc powiedziałam z uprzejmym uśmiechem, że był tak duży młyn, że nie byłam w stanie dodatkowo kontrolować kolejki. Nie mogłam stanąć po żadnej ze stron, bo według szefa klient nasz pan i nikt nie może opuścić naszego biura z jakimikolwiek pretensjami.

Facet i kobieta zaczęli się przekrzykiwać jak yorki po dwóch stronach ogrodzenia. W końcu kobieta z wielkim fochem zwolniła miejsce. Facet przy obsługiwaniu marudził na kobietę, chwilę później ona na niego i ogólnie na całe młodsze pokolenie.

A następnego dnia okazało się, że kobieta złożyła na mnie skargę. Cytując jej treść, powinnam "pilnować jej miejsca w kolejce" i "wyciągnąć konsekwencje od młodocianego recydywisty". Ech, ludzie.

A to tylko jeden z mniej skrajnych przypadków.

Opowieści biurowe

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (177)

#88958

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mam na stanie dwulatka. Dwulatka z alergiami, które nadal nie zostały do końca zdiagnozowane. Wiemy na pewno o kilku poważniejszych alergiach pokarmowych, w tym na żywność pryskaną, i o tym, że większość chemii, zwłaszcza w kosmetykach, powoduje rumień, skorupkę i świąd.
Stąd też moje i męża podejście do jego wychowania. Z jednej strony dbamy o żywienie, czyli zero cukru, gotowych półproduktów i ogólnie żywność ekologiczna i nieprzetworzona, a z drugiej mocno naciskamy na odporność syna. Raczej pozwalam mu zmarznąć niż się przegrzać, daję mu się taplać w błocie, jeść z ziemi i biegać na boso. Wolę też, żeby naturalnie poradził sobie z gorączką, niż ryzykować wymioty po medykamentach. To tak w skrócie.
Ta nasza sytuacja ogólnie generuje sporo piekielności, ale opiszę kilka, które najbardziej do tej pory mnie wkurzyły.

1. Na dworze z 18 stopni, lekki wiaterek i słoneczko. Młody lata w sandałkach, w jednym długim rękawie i z gołą głową. Podczas półgodzinnego spaceru 6 osób zwróciło mi uwagę, że dziecko bez czapki, na pewno zaraz mu uszy przewieje. Kilka innych stwierdziło, że jak to tak bez kurteczki. Spotkaliśmy moją mamę, która zaczęła otulać młodego ze słowami "zła mama, tobie tak zimno, a ona cię nie ubierze. My ją do MOPSu musimy podać!"

2. "No ale jak to nie zje jabłuszka? Zdrowe przecież... Ze sklepu mu nie dajecie jabłek? W dupach się wam poprzewracało? Mój Sebastianek zawsze wymiotował po marchewce, a i tak mu dawałam. I zobacz, jaki chłop wyrósł wielki. Musisz mu dawać, bo inaczej nigdy się nie przyzwyczai."

3. Teść mój lubi mieć rację. On w te alergie to nie wierzy, myśmy to wszystko wymyślili, żeby on tylko małemu danonków nie mógł kupować. Pizza tym, teść jest w stosunku do wnuka bardzo opiekuńczy w stylu, nie biegaj, powoli, powolutku, ostrożnie. Najlepiej to ja cię zaniosę, bo ty się przewrócisz.

Mody bawił się u teściów na łóżku i nagle łapią go dobrze mi znane wymioty. Mówię, że widocznie przez to, że jakiś czas temu próbowałam kiszonej kapusty, więc w końcu przeszło z mlekiem, a syn źle reaguje na histaminę. W skrócie, eksperyment z kiszonkami nieudany, wiem żeby mi nie dawać na razie. Teść upiera się, że to na pewno nie alergia, że to od skakania na łóżku i że on wiedział, że to zły pomysł mu na to pozwalać. No to tłumaczę, że młody od urodzenia nie wymiotował bez powodu, nawet jak w zabawie robię z tatą takie akrobacje, że boję się na to patrzeć. Teść w krzyk, że to wszystko przez zabawę na łóżku i że dziecku nie wolno na skakanie pozwalać. Po czym bierze małego na ręce i ucieka z nim do kuchni, żeby nie daj Boże znów nie zaczął skakać. Ja odpuszczam, bo to człowiek, któremu cukrzyca bierze się od bananów i mandarynek, a nie od picia coli zamiast wody.

4. U teściów w okresie grzewczym temperatura w domu wynosi średnio 26 stopni. Młodego od razu na wejściu rozbieramy do samej pieluchy, żeby mu pot nie podrażniał egzem, bo się wtedy zaczyna drapać i się robi błędne koło. Jak tylko prababcia syna widzi, że wchodzimy do domu, za każdym razem uderza w lament, że dzisiaj mamy go nie rozbierać, bo złapie zapalenie ucha, a oni nie mają tak gorąco. Za 20 razem odechciało mi się tłumaczyć, że syn jest przyzwyczajony do chłodu i że mu za gorąco. Sama widzi, że od razu mu się robią czerwone placki na zgięciach od gorąca, ale co tam, niech się gotuje, byle zapalenia nie złapał...

5. Urodziny mojej mamy. Dom pełen ludzi, co chwilę muszę konfiskować małemu darowane przez rodzinę słodycze, paluszki, tłumaczyć żeby rączki myć mu samą wodą, jeśli już muszą. Żeby nie było, cała rodzina naszą sytuację zna, wiedzą ile nas kosztują molekularne testy, ekologiczna żywność, specjalne kosmetyki. Wiedzą, że marketowe jabłuszko to dla nas kilka nieprzespanych nocy, bo młody drapie się do krwi.
W końcu w domu robić się gorąco, więc zdejmuję młodemu bluzę i biega w danych spodenkach. Nagle wszystkie rozmowy schodzą na to, że moje dziecko jest popękane i spuchnięte na zgięciach rączek i że czemu ja mu tego nie posmaruję jakąś maścią. Bo ciocia to ma taką z nagietkiem i ona ładnie nawilża. No to tłumaczę po raz 50, że przecież smaruję go całego co 2 godziny, że na razie udało nam się znaleźć tylko jedną maść, która go nie uczula. Kątem oka widzę, jak kuzynka odsuwa swoje dzieci od mojego. A przecież uprzedzałam, że choć to źle wygląda, to nie zaraża.

6. Teść marudzi, że młody chodzi po centrum handlowym bez maski. Pytam, czy widział co się dzieje wnukowi za uszami (w skrócie, wyglądają jak naderwane) i czy jego zdaniem popękana do krwi broda do dobre miejsce na maseczkę. Teść w odpowiedzi marudzi pod nosem, że jesteśmy nieodpowiedzialni, ale przestaje mi truć. Po paru dniach mąż oznajmia, że teść przeniósł się z marudzeniem na niego.

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (155)

1