Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Irytujacyratownik

Zamieszcza historie od: 13 lipca 2018 - 15:06
Ostatnio: 20 października 2018 - 2:31
  • Historii na głównej: 4 z 6
  • Punktów za historie: 653
  • Komentarzy: 10
  • Punktów za komentarze: 40
 
zarchiwizowany

#83394

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Basen, prawie brak ludzi. Stoję po jednej stronie basenu, On- po drugiej. Widzę jak patrzy na mnie, ja na niego. Stoimy tak i patrzymy na siebie chwilę, po czy odwraca wzrok na tabliczki, które przedstawiają czarnego ludka skaczącego do wody okraszonego czerwoną obwódką.
Widzę, że On również spojrzał na tę tabliczkę. Obserwował ją przez dłuższą chwilę. Jednak widzę na jego twarzy pewien szyderczy uśmiech. Kto spodziewa się, co się stało potem, chyba nikt? Skoczył do wody, niczym Stoch w Soczi.
Gwizdek rozniósł swój jęk, On popłynąć do mnie na moje machnjęcie ręką?
O: Zrobiłem coś nie tak?
J: Zakaz skoków do wody.
O: Dlaczego?
J(wskazując na tabliczkę) Bo to jest niebezpieczne, basen ma 1,2m głębokości...
On: Dobra, stopa mnie prawa boli.
On, człowiek który nie zauważył obrazka o wymiarach 1mx1m nieszczęśliwie stłukł sobie kostkę.
Kurtyna

Basen

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -8 (22)
zarchiwizowany

#83352

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W mojej parafii ostatnio zmieniła się władza: z księdza proboszcza- człowieka do rany przyłóż na księdza szatana, ktory głośno i wyraźnie podkreśla to, że jest za jedną jedyną partią. Efekt? Z 27 ministrantów po 2 tygodniach zostało 4. O samym księciuniu (bo tak przezywa go większość byłych ministrantów) można napisać księgę większą od Biblii, ale dzisiaj nie o tym.
W niedziele zmieniła się ilość mszy: z 5 do 2. I do tej pory kościół wypełniony wiernymi na wszystkich tych mszach świeci pustkami na obu. Jedna z nich jest "dla dzieci" tj. dzieci mają poduszki przy ołtarzu i śpiewają, tańczą, odpowiadają na pytania z czytania itd. Poszedłem dzisiaj na mszę "dla dzieci" podczas której księciunio gadał o tym, jaki to Jan Paweł II jest ważny (tak wiem, 14 X-obchody dnia papieskiego). Tylko ile można o tym mówić, 5 minut, 10? NIE, całą godzinę, co chwila wypominając o tym, że przed kościołem (oprócz darmowych ulotek ze zdradzieckimi mordami z partii wiadomej) można złożyć skromną ofiarę, kupić kremówkę za 20 zł i zakupić prasę, w której jest wiele faktów o papieżu.
Ciekawe tylko dlaczego nie wspomniał o tym, że 14 X 2018r Paweł VI stał się świętym. Może również nie był wygodny dla kleru jak obecny Franciszek?
I o ile "Kler" Smarzowskiego dla wielu nie w pełni odzwierciedla sytuacje kościoła, to widząc obecne władze w moim kościele przekonują mnie do tego, że ten film jest oparty tylko i wyłącznie na faktach.
A ulotki, które rozdają pod kościołem są z takiego papieru, że ani się nie podetrzesz, ani nie spalisz :).

Kościół

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 6 (186)

#83239

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałem wypadek na rowerze. Jechałem ścieżką rowerową (po drugiej stronie ulicy chodnik) i przede mną wyrósł chłopak (+/- 8 lat) z matką. Było z górki jechałem około 20km/h, ale gdy go zobaczyłem przed sobą na 2 metry położyłem się jak na motorze. Kask się porysował, rower trochę poobijał, na szczęście żebra w całości, ale za to rozerwane palce i ręka. I o ile do matki i chłopca, nie mam większych zastrzeżeń (bo pomogli, matka coś tam docisnęła mi do ręki, sama zdążyła zadzwonić po pogotowie, została i wspierała) to w szpitalu tylko się pomodlić i zapisać na listę K. Morawieckiego. Dobrze, że miałem w plecaku apteczkę, to chociaż znam pochodzenie gazy i bandaży, którymi owinąłem sobie rękę.

SOR, dostałem środki przeciwbólowe i rozkaz "CZEKAĆ!". Spoko, może ktoś umiera, po ciężkim wypadku, moja ręką i rozcięte do kości 2 palce mogą poczekać (nawet do 12h co okazało się faktem). Z gabinetu wyjeżdża pani na wózku, mija z 10 minut po czym wołana jest osoba (z numerka, bo RODO). "NUMER 14!". Problem w tym, że nic mi nie dali na wejściu, więc podchodzę do Piguły, dalej z gazą i bandażem z apteczki, którą wożę w plecaku. Piguła patrzy, podchodzi do okienka w rejestracji i drze mordę do koleżanki, żeby ta dała numerek. Daje mi kawałek kartki z napisem "27". Dobra, czekam, co mam zrobić.

Przesiedziałem już 3h, kolejka doszła do numeru 23. Ja czuję wilgoć na spodniach i okazuje się, że bandaż jest w całości przesiąknięty krwią. Podchodzę ponownie do okienka i pokazuję, że jest dosyć duży problem. Grzecznie pytam się, czy mogą wpłynąć na moje przyjęcie, bo, nie ukrywam, robi mi się już słabo. Dostaję w odpowiedzi "Dostał numerek? To czekać, ja nie będę nic opatrywać, jak się pociął nie moja sprawa". Już mniej radosnym tonem powiedziałem, żeby dała drugi bandaż to sobie sam założę. "Nie ma! Czekać w kolejce, bo blokujecie rejestracje". Nosz kurl@. Dobra, mam swój plecak przy sobie, coś w tej apteczce jest jeszcze, zaciskam. Jest moja kolej, wchodzę do pokoju, pokazuje co się dzieje, opisuje co się stało.

Zabieg, oni mi tego nie zrobią na SORze, trzeba iść na oddział, żeby zaszyli. No spoko, idę. Jeszcze trzymam się na nogach, chcą mnie posadzić na wózku, ale wózka nie ma. Gdzieś pewnie jest w szpitalu, ale gdzie to nie wiadomo. Jestem na oddziale, czekam. Przychodzi Piguła o 3 rozmiary większą od tej na SORze, ledwo w drzwiach się mieści. "IRYTUJĄCY, WEJŚĆ!" Wchodzę, ponownie opisuje problem, daję skierowanie z SORu, który jest 2 (słownie: dwa) piętra niżej. "Ale tego nie ma w systemie, musi jeszcze poczekać, zanim system zaakceptuje". No spoko, czekam, butelka z wodą zeszła, luba przywiozła prowiant i ciuch na zmianę, siedzę. Czekam chyba z godzinę wraz z Pigułą, po czym wchodzi (a raczej wtacza się) "doktur".
D- Oj, a co to sobie pan zrobił, że to tak zapętlane?
J- A ręką mi się wkręciła w szprychy w rowerze. Docisnąłem gazę, obwiązałem bandażem i czekam.
D- (podniesionym tonem) To trzeba było nie zapierd@lać na tym rowerze, albo od razu w samochód trzeba było uderzyć to byśmy od ręki na bloku operacyjnym szyli.
J- (zmieszany) Nie, nie z powodu samochodu...
D- Dobra, znam wielu pedalarzy, jeździjta jak chceta, organów brakuje.
Siedzę w grobowej ciszy, a ten ogląda jak cieknie mi krew po rękach i po podłodze od czasu do czasu wyginając(!!!) mi palce w różne kierunki świata.
D- To nie do operacji, tylko trzeba zszyć (no co ty kurl@ nie powiesz???). Pan se usiądzie tutaj.

Wchodzi kolejna Piguła, wbija mi strzykawki ze znieczuleniem w różne miejsca na ręce. Minęło już 8 godzin odkąd siedzę w szpitalu. Pada genialne pytanie: "NFZ czy prywatnie?".
J- A jaka jest różnica?
P- Prywatnie 1000 złotych(!!!), NFZ ze składek.
J- A jaka różnica w jakości?
P- To na NFZ to nić jakaśtam do zdjęcia po paru tygodniach, prywatnie to żelowe szwy.
1000 nie mam przy sobie, luba też, bankomatu nie ma na terenie szpitala. Trudno, na NFZ. No spoko, zaszyte. Dostaję karteczkę, ze zwolnieniem i skierowanie na zdjęcie szwów.

Następnego dnia, nie mając nic do roboty jadę do szpitala, doczekałem swoje do rejestracji, wsuwam im te karteczkę przez okienko.
Piguła w rejestracji:
P- Zdjęcie szwów?
J- Tak chyba tam napisali.
P- No tak, tak. Na kolejny wolny termin się zapisać?
J- Tak, na wizytę i zdjęcie szwów.
P- Wolny termin na badanie kontrolne to połowa grudnia, na zdjęcie to początek roku(!!!).
Już wyjaśniam niewtajemniczonych: po ok. 2-3 tygodniach powinno zdjąć się te nici, bo może wdać się zakażenie, a wizyta po ok. 3-4 dniach, aby sprawdzić, czy nie ma martwicy.
No spoko, nie ma terminów, pójdę i zabulę te 200 zeta na prywatna wizytę. Termin?
"Pan jutro przyjdzie to lekarz zobaczy". I zobaczył, obraz nędzy i rozpaczy, bo niektóre szwy nachodziły na siebie po 3 razy.

Reasumując:
Za składki, które każdy z nas płaci zmarnowałem cały dzień+ sporo cierpliwości i zdrowie fizyczne jak i psychiczne.
Za 200 złotych jednorazowo do okienka- zdjęto mi nitki, które po dwóch dniach już zaczęły się rozkładać (a miały dotrwać do stycznia), wymodelowano mi ułożenie palców, założono żelowe szwy, które podobno 1000 złotych kosztują i zrobiono to w godzinę. Kolejna wizyta za skromne 200 złotych za tydzień. I w mojej głowie rodzi się pytanie: Mogę gdzieś wypisać się z płacenia składek zdrowotnych? Bo protokół do odszkodowania już złożyłem wraz z pielęgniarką w okienku w prywatnej klinice.

Szpital służba zdrowia NFZ

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 186 (216)

#82986

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko i odnośnie bardzo popularnego tematu: ratownicy się op*******ją/ "to wszysko wina ratofnikuf, że muj brajanek sie topi".

Czerwona flaga. Odgwizdaliśmy pana z dzieckiem dwa razy. Za trzecim podchodzę do niego (jak kierownik) i mówię mu, że obowiązuje zakaz kąpieli.

Co zrobił pan? Stanął metr od tabliczki "Plaża strzeżona” i wszedł z dzieckiem do wody. Po 5 minutach drze mordę, że nie widzi swojego dziecka. Sprzęt zebrany, 2 ratowników dostało informację, gdzie mają szukać, weszli do wody.

Po 2-3 minutach z tłumu gapiów podchodzi do mnie matka z chłopcem (tym dzieckiem, które odgwizdywali moi koledzy) i pyta, co się stało, bo jej mąż wszedł tam do wody.

Zawołaliśmy ojca, który już się popłakał z dyżurki i co się okazało? Pan był tak zajęty skakaniem na falach, że dopiero po 3-4 minutach zauważył, że jego latorośl/narośl zniknęła, tj. poszła do mamy, bo zachciało jej się kupę. Telefon do straży miejskiej o zaistniałym incydencie i mandat dla pana. 500 zł.

500 zł - na tyle wyceniono akcję ratowników podczas wysokich fal i silnego wiatru...

EDIT: Tutaj (dla mnie) piekielności są dwie: zachowanie ojca oraz wysokość kary nałożonej na niego. 500 zł. Ryzykowanie życia ratowników, którzy wchodzą do wody wyceniono tak samo, jak przekroczenie prędkości o 50 km/h (co również jest niebezpieczne dla użytkowników dróg). To 500 złotych jest dla większości osób niczym i gdyby zrobić z tego kwotę 5000, to byłoby nauczką dla ludzi i przestrogą dla innych.

EDIT 2: Przed wejściem do wody (w każdych warunkach - nieważne, czy woda w morzu jest jak jezioro, czy jest fala 1 metr wysokości) zakładamy kamizelki, mamy szelki, a w przypadku nurkowania - butlę z powietrzem. Nie jest to zabezpieczenie w 100%, bo sprzęt może zawieść, ale nigdy do wody ratownicy nie wchodzą pojedynczo i w tym małym % przypadków, gdzie sprzęt zawodzi musimy liczyć na doświadczenie kolegów.

Ratownik

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 179 (193)
Podsumowanie pierwszego weekendu sierpnia (czy jak kto woli czarnego weekendu nad wodą - 14 martwych, wielu w szpitalach).

Sobota rano, sanepid mówi - można wejść do wody, ale fala wysoka. Siła wiatru też poza skalą, więc czerwona flaga. Nasz pobyt ogranicza się do gwizdania na ludzi, którzy wchodzą do wody na naszym kąpielisku i tłumaczenia im, że fala jest za wysoka. Większość ludzi rozumie, co im mówimy, ale nie ON.

ON to pływak naczelny, woda mu niestraszna, a my się tylko go czepiamy. Wywiązuje się taka konwersacja:

O: Co gwizdasz, głupia ci*o!!! (do mojej koleżanki na zmianie)
K: Nie wolno wchodzić do wody, fala jest za wysoka...
O: A co mnie to ku**a obchodzi?
Ja: A to, że nie wolno panu wchodzić do wody i proszę zwracać się do nas grzecznie.
O: JA JESTEM RATOWNIKIEM WOPR, JA WIEM, ŻE JAK FLAGA JEST CZERWONA, TO WAM SIĘ PO PROSTU NIE CHCE PRACOWAĆ, BO ZIMNO NA DWORZE, A DO WODY BY WAM SIĘ NIE CHCIAŁO WCHODZIĆ!!!

Pomijam fakt sensu jego wypowiedzi, ale nawet jakby ten gość był ratownikiem WOPR, to on nie pływał, tylko człapał po tej wodzie, ledwo się na niej utrzymując (fala wepchnęła go na część strzeżoną).

J: Niestety, ale do odwołania czerwona flaga, pogoda musi się zmienić.
O(złapał już buraka na twarzy): To ja ku**a płacę je***e klimatyczne za wasze siedzenie, a wy się cały dzień op*******cie. Znajdźcie se lepsze wymówki niż jakieś glony czy fala jest dla was za wysoka, BO NIE UMIECIE PŁYWAĆ!!! PEWNIE DOSTALIŚCIE DOKUMENTY POD BIURKIEM!!!

Pana odprawiliśmy z uśmiechem na twarzy i życzeniami udanych wakacji. Uwaga: klimatyczne, które płacicie za pobyt w ośrodkach, idzie do kasy miasta.

Ale dyżur musi być ekscytujący i mrożący krew w żyłach. Koło 16 zrobiło się bardzo zimno (odczuwalna 15 stopni i deszcz), dostajemy zgłoszenie od straży pożarnej, że jedzie do nas ekipa nurków. Na plaży niestrzeżonej ok. kilometr od nas ktoś wypłynął na materacu i zaginął. Żona, która zgłosiła zaginięcie męża, z dwójką dzieci już do nas idzie. Według prądów powinien być na wysokości naszej wieży. Odziany w kamizelkę wsiadam na ponton motorowy i szukam (zgodnie z rozkazem dyspozytora). Po 2-3 minutach widzę coś, co pływa. Materac, a na nim mężczyzna.

Podpływam, wyłączam silnik i wskakuję do wody, płynę z boją, mając z tyłu głowy fakt, że torba ratunkowa została w bazie, a reanimacji nie przeprowadzę na łodzi. Krzyczę w tej wodzie pytanie, czy pan mnie słyszy. A ten podnosi głowę cały zapłakany (z twarzy Janusz z wąsem), że się zgubił i zmarzł. Układam go na pontonie, okrywam folią termiczną (jest na wyposażeniu), mówię, że już znalazłem gościa i nie ma potrzeby nurków, tylko karetkę żeby szybko przysłali. Przypiąłem go pasami do deski (profilaktycznie), biorę scyzoryk z zamiarem zatopienia pontonu (bo sorry, mając osobę, która może wymagać pomocy medycznej, nie będę spuszczał z materaca powietrza, a następnie brał go na ponton, bo po prostu się nie zmieści), a Janusz chwyta mnie za rękę:

Janusz: Co ty k***a robisz z tym pontonem?
Ja: Zatapiam, poza tym to jest materac.
Janusz: Mam to w dupie, jak se to nazwiesz, zapłaciłem za to 2 stówy. Zwrócisz koszta.
Ja: Nic nie zwrócę, a teraz wracamy na brzeg.

W ciągu tej minuty powrotu usłyszałem tyle wyzwisk, ile się tylko da, że niszczenie "jego mienia" i w ogóle to mam go wypuścić, bo on się dobrze czuje. Dopłynęliśmy do brzegu, czekamy z nim, żeby przekazać go karetce, a w międzyczasie jego syn (+/-15 lat) drze ryja (bo to nawet nie był krzyk) na moją koleżankę, że jak go nie dostrzegliśmy wcześniej. Zaczął ją szarpać i po chwili (nawet nie zdążyłem zareagować) dostał boją w twarz. Zawinął się szybko za matkę, która również zareagowała agresywnie w stosunku do mojej koleżanki. Na szczęście akurat przyjechało pogotowie wraz z policją i zabrali Janusza i jego żonę z dziećmi.
Tak że weekend uważam za udany na moim stanowisku. Jedyna pozytywna osoba to dziewczynka 5-6 lat, która grzecznie zapytała, dlaczego jest czerwona flaga i po naszym wytłumaczeniu grzecznie podziękowała.

Ratownik

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (204)
Zrobiło się gorąco, to i ludzi więcej nad morzem. Każdy chciałby popluskać się w wodzie, schłodzić się po opalaniu, ale flaga dalej czerwona.

Sanepid dał nam instrukcje: czerwona flaga do odwołania. Ale ludzie wiedzą lepiej. Kilka sytuacji które prezentuje, co robimy, jak "nic nie robimy”.

Plażowicz (P): "Bo ratownicy to się tylko o********ją, jak dają czerwoną flagę!!!"...
Pół godziny później: "Skaleczyłem się/głowa mnie boli, pomocy”.

(P): "Ja płacę klimatyczne na wasze utrzymanie, gówniarze, a wy się o********cie za moje pieniądze”.
Nawet nie mija kwadrans: "Dziecko mi zginęło, pomocy”.

(P): "Ja się znam na wodzie, mój syn jest ratownikiem i on nigdy nie wiesza czerwonej flagi”.
Po chwili: "Swędzi mnie, boli mnie, co mi jest?" (nie wiem, może sinice, przed którymi ostrzegają wszędzie).

Ludzie, wiedząc, że siedzimy i obserwujemy plażę, idą na chama zaraz za kąpielisko strzeżone i śmieją się, że my ich wyciągniemy.

Jakież było zdziwienie pani z kolonii, że nie chcę popilnować dzieci, oburzyła się i chciała wciskać nam kasę do kieszeni. Kiedy nie chcieliśmy jej przyjąć, fuknęła i odwróciła się, po czym weszła z nimi na plaży niestrzeżonej, a potem darła na nas mordę, że jesteśmy darmozjady. A następnego dnia płynęliśmy już po dziecko.

Ratownik

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (102)

1