Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Italiana666

Zamieszcza historie od: 26 sierpnia 2019 - 16:05
Ostatnio: 14 czerwca 2020 - 16:23
  • Historii na głównej: 1 z 2
  • Punktów za historie: 162
  • Komentarzy: 61
  • Punktów za komentarze: 30
 

#86633

~zupaogorkowa ·
| Do ulubionych
Jestem w moim mężem od 11 lat i właśnie zaczynam odkrywać, że chyba jest kimś innym, niż sądziłam.

Rok temu postanowiliśmy starać się o dziecko i jestem obecnie w siódmym miesiącu ciąży. Gdy rozmawialiśmy o dzieciach wcześniej byliśmy zgodni, że nie będziemy rozpieszczać i kupować masy niepotrzebnych bzdur. Mój mąż ma trochę inne wyobrażenie "bzdur" niż ja. Powoli kompletujemy wyprawkę dla dziecka, mam sporo rzeczy od mojej siostry po jej dzieciach, ale jednak brakuje kilku rzeczy, w oczach mojego męża kompletnie zbędnych.

Wanienka? A po co? Można się z dzieckiem myć w dużej wannie. Przewijak? Niepotrzebny. Dziecko można przewijać na podłodze, kanapie, łóżku, pralce. A że przewijak chciałam z komodą na dziecięce ciuchy? Bzdura! Ciuchy dziecka mam sobie upchać w mojej części szafy. Łóżeczko? A po co? Ile mu posłuży? Rok, dwa? Lepiej niech śpi w wózku, a kiedyś kupimy mu normalne łóżko. Jaki wózek najlepszy? Widział na OLX jakiś za darmo. Wygląda to to jak siedem nieszczęść. Ale za darmo.

Mój mąż nigdy wcześniej nie zachowywał się jak skąpiec. Nie jestem ubodzy, nigdy nie oszczędzaliśmy na potrzebnych rzeczach. A mój mąż uważa, że na dobrą sprawę dziecko pierwsze trzy lata nie powinno nic kosztować, skoro moja siostra ma dzieci w wieku przedszkolnym to na pewno ma wszystko, czego potrzebujemy dla noworodka. Zaczynam czarno widzieć naszą przyszłość...

mąż

Skomentuj (105) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 181 (209)

#86618

~karmelowa ·
| Do ulubionych
Medycyna to trudny kierunek studiów, nikt chyba nie zaprzeczy. Miałam koleżankę, nazwijmy ją Matylda. Uczyła się właśnie na pewnym uniwersytecie medycznym i afiszowała się tym przy każdej okazji, doprowadzając wszystkich do szału. Można powiedzieć, że była taką stereotypową studentką prawa. Przykłady?

1. Materiał.

Podczas spotkania w kawiarni Matylda powiedziała:

— Wiesz, karmelowa, ciągle muszę się uczyć. Bez przerwy. Jutro mam egzamin, muszę wkuć A, B, C i D, jest tego strasznie dużo...

— Współczuję. Pewnie zaraz po spotkaniu idziesz się uczyć?

— No co ty, przecież umówiłam się jeszcze z Markiem, a potem idę do kina na seans nocny. Nie mam ochoty się tego uczyć.

Rozmawiałyśmy dalej przez chwilę, po czym Matylda znowu zaczęła:

— Strasznie ciężko jest na medycynie. Już się nie wyrabiam. Nie mam czasu na życie towarzyskie.

Czyli cały czas nudziła o tym, ile to musi pracować, ale wziąć się do tego już nie...

2. Najgorzej.

Najgorzej miała zawsze Matylda. Gdy ktoś na jej narzekania o ilości nauki przed sesją odpowiadał coś w stylu "Rozumiem cię, też muszę dużo wkuć", od razu zaczynały się opowieści o tym, że my nie wiemy, co to znaczy mieć naprawdę dużo do nauki. Wszystkie kierunki dla niej były banalne w porównaniu do medycyny. Zgadzam się, większość z nich faktycznie jest łatwiejsza, ale dla Matyldy byliśmy idiotami w porównaniu do przyszłych lekarzy.

3. Plebs.

Po drugim roku stwierdziła, że właściwe to ona nie ma co się zadawać z takim plebsem jak my (czyli znajomymi z klasy w podstawówce i gimnazjum, którzy nie poszli na medycynę). Postanowiła się wyprowadzić z mieszkania (mieszkałam razem z Matyldą i trzema koleżankami).

I co się okazało? Nasza przyszła lekarka wyleciała z uczelni na trzecim roku. Postanowiła rozpocząć studia na kierunku X, czyli moim. Nie zdała.

uniwersytet_medyczny

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (159)

#86593

~biurowagatka ·
| Do ulubionych
Do opisania tu tej historii skłoniła mnie rozmowa z moją mamą, która uznała, że przesadziłam z reakcją na piekielność ze strony kolegi z pracy.

Kilka lat temu zaczęłam pracę w korpo. Bardzo polubiłam cały zespół, poza jednym kolegą, A. Jeśli miałabym go opisać - z wyglądu typ harcerzyka, długie, przetłuszczone włosy, okulary na drucikach, lekka nadwaga, trochę pryszczy. Z charakteru, no cóż, skoro już zdradziłam, że go nie polubiłam to znaczy, że z charakteru mi nie podpasował. Do wszystkich, a przede wszystkim do nowych pracowników, zwracał się nieuprzejmie, tonem rozkazującym lub sugerującym, że ma o coś pretensje.

Przez kilka pierwszych tygodni ciągle mnie pouczał, wtedy traktowałam to jak koleżeńską troskę o zespół, ale po jakimś czasie, gdy już byłam pewna, że pracę wykonuje dobrze i dostawałam wyłącznie pozytywny feedback, zaczęło mnie to mocno irytować, szczególnie, że w sumie ja i A. nie mieliśmy żadnych wspólnych zadań i w sumie podejrzewałam, że on nie bardzo ma pojęcie o mojej pracy.

Ignorowałam jego uwagi, koleżanka poradziła mi, abym krótko i zwięźle dała mu do zrozumienia, że nie życzę sobie tych uwag, bo podobnie traktował wszystkich, często próbował wymądrzać się w kwestiach, o których nie miał pojęcia. Za radą koleżanki grzecznie poprosiłam kolegę o niewtrącanie się z moje zadania. A. był oczywiście oburzony, nazwał mnie zarozumiałą i bezczelną małolatą (jestem o 5 lat młodsza od niego), ale dał mi spokój. Po jakimś czasie nasze stosunki stały się w miarę normalne, choć nadal go nie lubiłam.

A. nie miał szacunku dla innych ludzi. Pamiętam jak raz późnym popołudniem opuszczaliśmy razem biuro i mijaliśmy pana sprzątającego. Powiedziałam mu "do widzenia", na co on odpowiedział z uśmiechem. A. zapytał mnie po wyjściu biura, dlaczego odzywam się sprzątacza. Odpowiedziałam, że uważam, że to kwestia kultury, a on stwierdził, że jestem niepoważna, bo przecież my, jako pracownicy biurowi, nie powinniśmy odzywać się do "fizycznych".

Innym razem do biura przyszedł mąż mojej koleżanki, który pracował na budowie. Zapomniał kluczy z domu, więc wszedł do lobby w stroju roboczym, aby koleżanka podała mu klucze. Niestety, widział to A. i jeszcze długi czas śmiał się z koleżanki, że ma męża robola. Kilkakrotnie kazała mu się odczepić, ale jej nerwy jeszcze bardziej go nakręcały. Dopiero gdy za którymś razem inny kolega kazał mu w końcu skończył z tymi żenującymi przytykami, zamknął się i już nie wracał do tematu.

A. wstrętnie wypowiadał się o swoich rodzicach. Pochodził (chyba) z biednej rodziny, nie mówił tego wprost, ale za każdym razem nazywał swoich rodziców nieudacznikami, patologią i tak dalej. Na jakiejś imprezie firmowej ktoś go podpytał o to, co rodzice mu takiego zrobili. Pili, bili, może coś gorszego? Skąd. Mówił tylko, że są wieśniakami bez gustu, nigdy do niczego nie doszli i śmierdzą (sic!).

Nakreśliłam wam jaki był A., ale to tylko wstęp. Otóż po jakimś czasie A. zaczął mnie podrywać. Robił to w tak beznadziejny sposób, że przez długi czas sądziłam, że totalnie mnie nie trawi. Potrafił np. przy całym zespołem zaproponować mi pączka, a gdy odmówiłam krzyczał na całe biuro:

- No bierz, widać, że lubisz!

Albo również przy całym zespole krzyczeć:

- Ty w takiej spódniczce! Kobieto, postaw lepiej na spodnie!

Któregoś dnia podczas przerwy wyżalałam się koledze na te wszystkie zachowania A., a on uświadomił mi, że A. od dawna rozgłasza po biurze, że mu się podobam i poderwie mnie "sposobem". I te chamskie uwagi to był jego "sposób". Kolega poradził też zwrócenie się do HR, ale postanowiłam spróbować sprawę załatwić na razie bez osób trzecich.

W międzyczasie A. zaczął dawać mi coraz śmielsze sygnały, że chętnie dałby się zaprosić na randkę. Tak. Dokładnie tak. Nie, że on chciałby mnie zaprosić, tylko na przykład:

- Jak ci się dzisiaj nudzi, to mogę do ciebie wpaść.
- Jak nie masz z kim iść na wesele kuzynki, to ja z tobą pójdę.
- Pomogłem ci ostatnio przy kserze, zrewanżowałabyś się kolacją!

Postanowiłam wprost powiedzieć mu, że mnie nie interesuje i nie zaproszę go nigdzie. A. się zapowietrzył, stwierdził, że coś sobie uroiłam i nigdy się mną nie interesował, tylko był miły, bo widział, że nikt mnie nie lubi i jestem samotna. Od tego czasu sprawiał mi mniejsze i większe przykrości przy każdej okazji, potrafił "bułkę przez bibułkę" obrazić mnie na firmowym czacie, a do tego zaczął rozpowiadać, że podrywałam go i próbowałam zaciągnąć do łóżka.

Uznałam, że to ponad moje siły i zwróciłam się do HR. Pokazałam zapisy z czatu, także koledzy potwierdzili, że A. najpierw chwalił się, że mnie poderwie, aby kilka tygodni później twierdzić, że to ja próbowałam go zaciągnąć do łóżka.

Sprawa nabrała rozgłosu w firmie, HR stanął po mojej stronie i zostałam zapytana, czy usatysfakcjonuje mnie nagana dla A. i przeniesienie do innego zespołu. Chciałam się na to zgodzić, ale potem wyobraziłam sobie spotykanie się z A. na przerwach, byłam pewna, że nie zrezygnuje z głupich docinków i plotkowania. Przypomniałam sobie, jak traktował innych ludzi i powiedziałam "nie". W związku z tym A. został zwolniony. Atmosfera w biurze zdecydowanie się poprawiła i wszyscy odetchnęli z ulgą, gdy A. po raz ostatni opuścił biuro.

Gdy opowiedziałam to mojej mamie, dowiedziałam się, że mocno przesadziłam, bo złamałam chłopakowi karierę, a on tylko chciał być miły, stwierdziła, że faceci mają taki styl okazywania uczuć i powinnam się w ogóle cieszyć, że ktoś zwrócił na mnie uwagę, bo nie jestem ani piękna, ani szczupła (jej słowa).

Od tego czasu jest mi źle. Niby wiem, że zrobiłam dobrze, ale zasiała ziarno wyrzutów sumienia w moim sercu. Pierwszy raz kwestionuję słuszność mojej decyzji i jest mi z tym... po prostu źle.

korpo

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 223 (251)

#86594

~vaesel ·
| Do ulubionych
Lata temu wyjechałam do Danii w celach zarobkowych, jednak kraj na tyle mi się spodobał, że postanowiłam zostać na stałe. Nie ukrywam, że jednym z powodów był mój teraz już ex-facet.
Na początek powiem Wam coś o Duńczykach. Jest to moje osobiste zdanie, może ktoś się nie zgodzi, ale uważam, że to cholernie zakłamany naród. Rzadko kiedy potrafią o czymś trudnym pogadać wprost, powiedzieć prosto w oczy. Są zawsze uśmiechnięci, zrelaksowani, rzadko okazują negatywne emocje, nawet takie sprawy jak zwolnienie czy zerwanie potrafią przeprowadzić promiennie się uśmiechając i zapewniając, że cholernie cię lubią.

Mój ex był właśnie taki. Poznaliśmy się w pracy, na początku podobało mi się to jego pozytywne nastawienie, wyluzowanie, brak narzekania. Gdy byliśmy ze sobą rok pojawił się pierwszy zgrzyt dotyczący mieszkania razem. Skończyła mi się umowa na wynajem pokoju i mam problemy ze znalezieniem nowego. Były zaproponował, abym zamieszkał u niego - wynajmował własne mieszkanie. Mówiliśmy o okresie przejściowym, aż znajdę nowy pokój. Po 2 tygodniach pomieszkiwania u niego miałam poczucie, że fajnie się zgrywamy, wynajem jest cholernie drogi, więc zagadałam temat - a jakbyśmy tak na dobre zamieszkali razem? Były ochoczo przytaknął, super, fajnie, świetny pomysł, zaoszczędzimy na czynszu, bla bla.
Po pół roku przy okazji jakiejś sprzeczki wypomniał mi, że wepchnęłam mu się do mieszkania na siłę i nie chciałam się wyprowadzić. Fajnie coś takiego usłyszeć nie? Oczywiście zraniona duma kazała się wyprowadzić, ale po paru dniach znowu spijaliśmy sobie z dzióbków i temat umarł śmiercią naturalną.

Mój ex miał też przyjaciółkę. No wiadomo, nie podobało mi się, że spędza z inną kobietą dużo czasu, ale cóż, znał ją od dzieciństwa, więc nie miałam zamiaru się mieszać. No ale jednak trudno mi było zaakceptować, że zdarzało się, że u niej spał albo że wychodzili sobie w dwójkę do kina, na piwo, pikniki i inne duperele. Czasem zastanawiałam się czy jest w związku ze mną czy z nią? Znów - zagadałam temat, powiedziałam, że ok, rozumiem, że przyjaciółka, ale skoro jest ze mną to postawmy jakieś granice. Usłyszałam znów:

- Jasne, jasne, masz rację, tak, absolutnie porozmawiam z nią!

Rozmawiał długo, bo przez kolejne kilka miesięcy nic się nie zmieniło. Ta patologiczna sytuacja rozwiązała się sama, gdy jego psiapsiółka znalazła sobie faceta i szybka zapomniała o wspaniałej przyjaźni z moim chłopem.
Nigdy nie przedstawił mnie swoim rodzicom, zawsze twierdził, że ma z nimi raczej luźny kontakt i nie interesują się jego życiem osobistym. W rzeczywistości po czasie okazało się, że odwiedzał ich sam w tajemnicy przede mną.

Gdy byliśmy już 2 lata razem dostałam propozycję pracy w innym mieście. Była to dla mnie ogromna szansa skoku zawodowego i bardzo mi na tym zależało. Mój były miał niezłą pracę, ale już wcześniej mówił, że chciałby ją zmienić, ale brak mu motywacji. No to nadarza się okazja - wspólna przeprowadzka. Przedstawiłam mu swój pomysł. Co usłyszałam?

- Wow, kochanie, super, świetna wiadomość, no tak, oczywiście, że się z Tobą przeprowadzę, Odense jest super, ale się cieszę!

Pokrzepiona tymi słowami przyjęłam ofertę pracy, zaczęłam szukać nam mieszkania, ogólnie przygotowywać przeprowadzkę. Ba! Zaczęłam nawet przeglądać ogłoszenia o pracę dla mojego ex. Wypowiedzenie w pracy podobno złożył, szukał nowej. Znalazłam nam mieszkanie, za tydzień mieliśmy się przeprowadzać i powoli zaczęliśmy pakowanie. To znaczy ja zaczęłam. I tak pakując jakieś pierdołki pytam go:

- Skarbie, a tą figurkę też bierzemy czy ona tu już była?

Były:

- A bo wiesz, apropos tego... no to ja się jednak nie przeprowadzam

- Że co proszę słucham?
- No nie, bo wiesz, tam raczej nie ma dla mnie pracy, a tą lubię, no i mam tu znajomych, a poza tym z nami, no nie wiem, jednak chyba na dłuższą metę to nie wypali. No ale wszystkiego dobrego w nowej pracy, na pewno ci się uda. Figurkę możesz wziąć jak chcesz.

Tym sposobem tydzień przed przeprowadzką, rozpoczęciem nowej pracy i nowego życia z facetem moich marzeń, siedziałam zaryczana na kartonach, podczas gdy on przekonywał, że histeryzuję i przesadzam i wszystko trzeba widzieć pozytywnie. Oczywiście z perspektywy czasu uważam, że wyświadczył mi przysługę, tylko zastanawiam się, jakby się to skończyło, gdybym nie zapytała o tę figurkę... ;)

duński facet

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 109 (129)

#86577

~bialyoleander ·
| Do ulubionych
Chciałam wam opisać najbardziej piekielną osobę jaką znam, czyli mojego brata, który zniszczył mi dzieciństwo i młodość.

Mam brata i siostrę, matka wychowywała nas samotnie, ojca pijaka wywaliła jak byłam malutka, później pamiętam tylko kilka spotkań z nim i jego zapijaczoną gębą. Jak miałam 5 lat całkowicie ulotnił się z naszego życia. Matka dużo pracowała, pomagała jej moja babcia, która była sama nieco sfisiowana i generalnie byliśmy zostawieni sami sobie. Mi i siostrze brak ojca szczególnie nie doskwierał, za to brat miał pretensje do matki, że wywaliła ojca na zbity pysk, często spędzał z ojcem czas, gdy ten postanowił uciec do innego miasta, chciał nawet jechać z nim, ale staruszek chyba przestraszył się, że będzie miał krnąbrnego nastolatka na karku i wyprowadził się nie zostawiając nowego adresu.

Od tego czasu brat się staczał, narkotyki, pijaństwo, koledzy bandziory. Ciągle przyprowadzała go policja, robił w domu awantury, próbował bić matkę i babcię. Jak tych nie było w pobliżu wyżywał się na mnie i na siostrze. Pamiętam na przykład jak walnął mnie z pięści w brzuch lub uderzył moją głową o ścianę. Głową mojej siostry rozwalił lustro w łazience, kiedyś popchnął ją tak, że przeleciała przez całe mieszkanie i siła uderzenia otworzyła drzwi wejściowe do mieszkania, tak, że wylądowała na korytarzu. Terror psychiczny taki jak na przykład zabieranie plecaka z książkami, zabieranie kluczy, żebyśmy nie mogły wyjść do szkoły lub niszczenie ubrań i sprzętów, był na porządku dziennym.

Policja przyjeżdżała, przez jakiś nie skutkowało to niczym, mówili matce, że mogą go przetrącić, żeby mu się odechciało, a sąd załatwi kuratora. Matka oczywiście nie chciała dać go skrzywdzić, a kuratora bała się jak diabeł święconej wody. Policja łagodziła sprawę doraźnie i odjeżdżała.
Sytuacja zmieniła się gdy mój brat pobił babcię tak, że zabrało ją pogotowie. Sprawą zainteresowała się prokuratura i brat w wieku lat 16 stanął przed sądem i został skazany na poprawczak.
Podczas 2 lat w poprawczaku przeszedł przemianę duchową, stał się świętszy od papieża, wrócił przeprosił mnie, mamę, siostrę, babcię, niemal płakał przepraszając. Matka kazała nam mu wybaczyć, żeby mógł zacząć nowe życie ze spokojnym sumieniem.
Świętojebliwość braciszka trwała do pierwszych kłopotów ze znalezieniem pracy po szkole. Maturę zdał kiepsko, na studia się nie wybierał, do pracy żadnej się nie nadawał. Matka odmówiła dawania kasy na piwko i fajki i awantury zaczęły się od nowa. Nie, aż takie jak przed odsiadką, ale w domu zrobiło się wesoło. Gdy znowu próbował nas potraktować pięściami, matka poszła po rozum do głowy i wywaliła go za drzwi, jak niegdyś ojczulka.
Obecnie brat ma ponad 40 lat, ja niewiele mniej. Założył rodzinę, ma dzieci, żonę. Nie wnikam jak jest u nich w domu, mamy sporadyczny kontakt.

Ale nadal podczas tych spotkań napływają mi łzy do oczu. Dlatego, że podczas, gdy ja nie mogę myśleć o swoim dzieciństwie bez wspomnienia strachu, bólu i widoku mojej siostry wylatującej przez drzwi oraz babci osłaniającej się rękami przed jego ciosami, on potrafi się z tego śmiać. Śmieje się, bo był młody, głupi i zagubiony. Do dziś ma do matki pretensje, że wywaliła najpierw ojca, a potem jego z domu. Uważa, że gdyby wiecznie pijany ojciec z nami mieszkał, bylibyśmy wielką, szczęśliwą rodziną. Raz przy okazji jakichś świąt to bydlę śmiało się przy stole z tego jak ryczałam, bo groził, że spali mi podręczniki i zeszyty szkolne i przykładał zapalniczkę do twarzy. On się śmiał z tego w głos, jakby opowiadał najzabawniejszy kawał na świecie. Nie wytrzymałam, uderzyłam go w twarz i wygarnęłam, że jest moim najgorszym koszmarem i zniszczył mi pół życia. Prychnął tylko, że jest stuknięta i jak mogę to rozpamiętywać po 20 latach.

Ja tego nie rozpamiętuję, to mnie prześladuje. Do dziś reaguję panicznie, gdy mój mąż mówi, że naszemu synowi przydało by się lanie. Zaczynam wtedy układać w głowie plan, co zrobię, jeśli faktycznie kiedyś podniesie na niego rękę. Wiem, że to tylko gadanie, ale setki razy widziałam w głowie, jak uderza jego głową o ścianę lub coś gorszego.
Jestem skrzywiona psychicznie przez mojego brata i nikt mi nie odda tych lat.

rodzina

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 174 (202)

#86506

~Diablak ·
| Do ulubionych
W okresie obecnej pandemii dużo mówi się o przemocy domowej. Opowiem więc moją historię – morał na końcu.

W dzieciństwie mieszkałem z rozwiedzioną matką, bratem, babcią i „siostrą”, a właściwie złem w czystej postaci, na potrzeby niniejszej historii Piekielną.

Piekielna była najstarszą z rodzeństwa, zdominowała cały dom i znęcała się psychicznie i fizycznie nad wszystkimi domownikami. Moja babcia nie chodziła i od czasu do czasu trzeba było ją położyć, posadzić, przekręcić. Jak to starsza osoba trochę jęczała – Piekielna machała wtedy nad nią rękami jakby chciała ją uderzyć i krzyczała: czego się drzesz lub zamknij się. Nie można było wejść do pokoju, w którym mieszkała babcia, jak przebywała w nim Piekielna (np. oglądała TV). Mój młodszy brat był tratowany jak chłopiec na posyłki, a moja matka jak służąca. Moja matka zachowywała się jak całkowicie ubezwłasnowolniona osoba zdominowana przez nastolatkę. Ja miałem chyba najgorzej, wiele razy słyszałem, że jestem do niczego, byłem kopany, bity, wyzywany. Moja matka nie miała prawa kupować mi nowych ubrań – chodziłem w ubraniach z ciucholandu. Jak dostałem od kogoś pieniądze, były mi one często zabierane.

Przez okres około 15 lat Piekielna zgotowała całej rodzinie piekło na ziemi. Ja zaliczyłem dwie próby samobójcze i regularnie się ciąłem, miałem depresję. Piekło się skończyło głownie dzięki partnerowi mojej mamy. Gdy Piekielna rozbiła szklankę na mojej głowie, on zawiózł mnie do szpitala na zszywanie, po czym nie wytrzymał i zaczął rozmawiać z moją matką. Coś zaczęło w niej pękać. Punkt kulminacyjny nastąpił, gdy moja babcia była w szpitalu i mieli ją przywieść do domu po wyzdrowieniu. Moja mama wyszła do sklepu, w tym czasie zadzwonił ktoś ze szpitala, że przywiozą babcie, odebrała Piekielna. Nie wiem, co Piekielna powiedziała, ale jak mama wróciła ze sklepu, to przyszedł dzielnicowy z interwencją, że nie chcemy odebrać babci. Moja mama już nie wytrzymała i kazała się wynosić Piekielnej (już wtedy dwudziestoparoletniej osobie) z domu.

Omijam pogrzeby, ślubu i inne uroczystości rodzinne, na których może być Piekielna. Spotkanie z nią kończy się tygodniem koszmarów – w których uderzam ją siekierą, ale nic nie mogę jej zrobić, a ona śmieje mi się w twarz. Mam syndrom dorosłego dziecka z rodziny dysfunkcyjnej, jak mój brat. Problemy z otwartością, zaangażowaniem, a tym samym ze zbudowaniem trwałego związku z kobietą. Gdy dzwoni moja matka i mówi, że mnie kocha, nie potrafię jej odpowiedzieć i mam ochotę zapytać, dlaczego pozwoliła na ten wieloletni koszmar. Nadal szukam DOMU i z bratem wspieram się jak mogę. Mam nadzieję, że kiedyś uda mi się wyzdrowieć.

Kto był piekielny?
1. Piekielna – nie znam innego człowieka choćby w 1/10 tak złego.
2. Moja matka, bo pozwoliła na to piekło.
3. Mój ojciec, który miał wszystko w dupie i liczył się dla niego tylko alkohol.
4. Rodzeństwo mojej matki i jednocześnie dzieci babci – wiedzieli o wszystkim i nic nie zrobili, nic.
5. Miejscowi księża, matka raz zwróciła się do nich o pomoc – usłyszała tylko „pomodlimy się” – tylko tyle.
6. Pedagog w moim liceum – jak nie wiedziała, to po wielu rozmowach powinna się domyślać.
7. Psycholog, do której trafił mój brat z nerwicą.
8. Rodzice moich kolegów z liceum – wiedzieli ode mnie jak wygląda moje życie.

Tyle osób i nikt ich nic nie zrobił przez tyle lat. Nie bądź obojętny/obojętna. Pamiętaj – sadysta, to nie tylko ojciec znęcający się nad rodziną.

rodzina

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (186)

1