Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Izamirabela

Zamieszcza historie od: 2 listopada 2014 - 17:48
Ostatnio: 2 września 2018 - 0:36
  • Historii na głównej: 6 z 6
  • Punktów za historie: 1713
  • Komentarzy: 45
  • Punktów za komentarze: 128
 

#68705

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję w znanym hipermarkecie, zatrudniona przez agencję pracy. Jestem pracownikiem kasowym, głównie jestem na linii, ale zdarza się, że zostaję "wrzucona" na mały punkt gastronomiczny w markecie - kurczaki, pizza, garmażerka, cuda wianki. Przychodzę w swoich ciuchach do pracy na kasie zwykłej, jedynie zaopatruję się w fartuch.

Punkt mieści się obok lad z wędlinami i serami. Tak się złożyło, że były tam trzy osoby na trzy wagi i praca szła dobrze.

Do czasu aż jedna z wag nie odmówiła współpracy. Zrobił się kociołek, dziewczyny nie miały czasu naprawić, poprosiły mnie o pomoc. Poszłam, zaczęłam dłubać przy wadze, która nota bene poddać się nie chciała - dalej w bluzce z napisem KASY.

Widać było, że nie jestem stąd. Widać było, że zajęta. Ale nie minęły 3 minuty, jak facet z kolejki ryknął: "PANI NAM PODA! Sopockiej 10 plastrów, ale ma być cienko!”.

Zagotowało się we mnie, ale ze stoickim spokojem odpowiedziałam, zgodnie z prawdą, że nie mam przeszkolenia na krajalnicę, że jak naprawię wagę, będzie szybciej obsłużony, a jakbym przyszła podawać, to spytałabym, czego pan sobie życzy.

Oczywiście jestem bezczelna, będzie skarga. Nie mogę się doczekać tej skargi za niewypełnienie nieswoich obowiązków.

Najlepsze, że pan był następny w kolejce i dostał swoją Sopocką cienko krojoną po jakichś 2 minutach.

sklepy

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (259)

#81079

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie na temat osób zza wschodniej granicy.

Z góry powiem, nic a nic nie mam do ludzi innej narodowości, sama mam w rodzinie osoby z tamtych rejonów i to są świetni ludzie, generalnie nie patrzę nigdy przez prymat pochodzenia.

Jest jednak jedna przywara osób głownie z okolic Ukrainy i Białorusi, która mocno działa mi na nerwy i o niej właśnie dziś opowiem.

Pracuję w handlu i mam dość spory wachlarz obowiązków, z których najlżejszym jest sprzedaż papierosów. Zazwyczaj obcokrajowycy posługują się w celu zakupu łamanym polskim lub angielskim, a jeśli z jakiegoś powodu nie możemy się dogadać, to posiłkują się translatorem i transakcja jakoś idzie. Co zaś robi spory odsetek przyjezdnych zza wschodniej granicy? Mówi po swojemu. Ot tak, po prostu podchodzi i, jak gdyby nigdy nic, posługuje się językiem, którego ja nie mam obowiązku znać.

Oczywiście nie jest to problem w przypadku marki papierosów, która zwykle brzmi tak samo, ale określenia kolorów, smaków, prośby o długie lub cienkie już dla mnie oczywiste nie są. Jasne, po czasie nauczyłam się już mniej więcej tych słów, wiem już, o co im chodzi, ale ja przepraszam bardzo, czy tak ciężko nauczyć się kilku niezbędnych do komunikacji słów w języku kraju, do którego jedziesz, albo choćby w języku uznanym za międzynarodowy?

Nie wyobrażam sobie, żeby pojechać do Włoch i poprosić o czerwone Malboro. Mam kilkunastu ulubieńców, którzy ewidentnie nawet się nie starają, od lat z uporem maniaka postępują w ten sposób. Może zaleje mnie fala hejtu, ale w takich wypadkach jestem wredna i, mimo że już rozumiem, wypytuję i nie sprzedaję, póki nie wyduka słowa po polsku (i olaboga, zawsze się to udaje).

Moi inni ulubieńcy pokazują mi papierosy palcem bez słowa. Wtedy mamy zabawę w szarady, bo dziwnym trafem nie posiadam superwzroku, który rysuje mi linię prostą od palca, którym pan/pani wskazuje aż do celu.

Mimo iż naprawdę nie mam nic personalnie do tych ludzi, uważam, że jakieś minimum komunikacyjne powinno się posiadać, jadąc do obcego kraju. Może być to nawet język angielski.

Fajki to tylko najczęstszy przykład, bo nie sprawia wielkiego problemu, ale jeśli taki przychodzi do mnie z inną sprawą (zwrot, reklamacja, pytanie etc.), to niestety często odchodzi z kwitkiem, bo nie rozumiem go i tyle. Odchodzi wkurzony, a ja nawet winna się nie czuję.

Czy ktoś rozumie, czemu ci ludzie tak robią?

Skomentuj (90) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 101 (169)

#78401

(PW) ·
| Do ulubionych
Chciałabym poruszyć temat zooterrorystów.

Mam dwie koteczki. Jedną przygarnęłam po tym, jak w garażu okociła mi się dzika kotka, a druga to typowa znajdka - po prostu do mnie przyszła :)

Panienki nie przepadają za sobą, ale są zadbane, wykarmione i pod opieką weterynarza. Niestety, ale mi się nie przelewa, dlatego karmię je najczęściej tanimi karmami, raz na jakiś czas dostaną Orijen czy Animonde, trochę częściej daję im serduszka.

I to mamy pierwsza piekielność: ludzi, którzy zarzucają mi brak serca, bo jak to tak kota karmić Whiskasem? To okrutne i w ogóle be, nie wolno! Na tłumaczenia o braku środków słyszę:
- To masz sobie odmawiać przyjemności, żeby koty miały co jeść, nie masz prawa ich truć!
- To już lepiej wypuść te koty na wolność, będą miały lepiej niż na tych śmieciach, którymi je karmisz.

To wygląda na to, że jedynym sposobem na szczęście kotów jest zamknięcie schronisk. Przecież tam karmią tym, co najtańsze.

Jeśli chodzi o drugi "argument", moje koty nie siedzą zamknięte w domu, mają też podwórko. Jak mają taką ochotę, to mogą sobie zapolować jak koty wolno żyjące.

Skoro im tak źle, to równie dobrze mogą pójść w długą, więc ciekawe czemu te biedne koty jeszcze u mnie siedzą?

Drugi przykład ataku zwierzomaniaków nie dotyczył mnie, ale przeczytałam pewna dyskusję na twarzoksiążce.

W skrócie: po zmarłej osobie zostały 3 czy 4 (nie pamiętam dokładnie ile) duże psy. Rodzina ogłosiła, że szuka dla nich kochających domów. A tu w komentarzach atak, że jak to tak? Pieski się przyzwyczaiły, muszą zostać w rodzinie, bo czemu nie. Jak się chce to miejsce się znajdzie i tyle, przedpokój czy kawałek sieni. Tak nie można, przecież te psy pożyją jeszcze tylko 3 lub 4 lata.

Zatkało mnie szczerze mówiąc, bo chyba nie można ładować się w czyjeś życie i siadać mu na ambicji, żeby ugrać ciasny przedpokój dla 3 dużych psów.

Oczywiście, rodzina mogłaby psy zabrać, ale widocznie mają powód, że tego nie zrobili. Wcale nie muszą mieć kawałka sieni, nie muszą mieć pieniędzy, choćby na najtańszą karmę. Ba, nawet nie muszą mieć ochoty, by wziąć kilka psów.

Przykład trzeci: znajda przyszła do mnie w ciąży. Przygotowałam jej kącik i zdaje sobie sprawę, że będę musiała małym albo znaleźć dom, albo objąć opieką. Liczę się z tym, nie chce abortować już tak dużych kociaków. Zostałam za to zrugana przez koleżankę, bo nie wolno mi rozmnażać kotów. Szkoda tylko, że jako dzikuska nie zadała mi pytania, czy może się puścić.

Ludzie, kochajmy zwierzaczki, ale nie kosztem zdrowego rozsądku.

Skomentuj (135) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 200 (254)

#68792

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałam dziś cudowny, wolny dzień od pracy, więc wybrałam się do najbliższego dyskontu spożywczego na większe zakupy. To, że był to dyskont jest istotne, bo w takich sklepach produkty często nie wyciągane są z kartonów, tylko w nich wystawiane na półki. A więc łażę sobie spokojnie i wybieram ryż do sałatki, a tu po chwili widzę babsko o gabarytach 2x2, które jakimś cudem dupskiem (chyba?) strąciło karton z makaronami. Nie pytajcie, naprawdę nie wiem jak to zrobiła, sięgała po coś, a potem jak się odwracała karton rąbnął o ziemię.

Makarony oczywiście posypały się na pół alejki, babsko idzie dalej. Myślę - może nie powinna się schylać, może ma lenia, dobra, nieistotne. Sama miałam dużo czasu, sama tego dnia pracy nie uraczyłam, więc spokojnie zbieram makarony do kartonu. Na szelest opakowań babka-gigant odwróciła się i spojrzała na mnie mniej więcej jak na coś bardzo zepsutego. Po chwili zaczęła się wydzierać, że jak ja śmiem wyręczać tych leni, zabierać im pracę, sprzątnięcie tego to ich zasrany obowiązek, mam nie pomagać, bo jeszcze się przyzwyczają i będą wymagać, że jak coś zrzuci to sprzątnie (sic!).

Nie, nie będzie mega riposty, nokautu ani nic z tych rzeczy. Miałam wyjątkowo dobry humor, napomknęłam tylko paniusi, że normalny człowiek nie wychowany w dziczy szanuje czyjąś pracę i sprząta po sobie, po czym spokojnie skończyłam układać i postawiłam karton na miejscu resztę tyrady baby zbywając ciszą i spokojem.
Generalnie nic nie trzeba dodawać, ale naprawdę się zastanawiam, skąd w ludziach tyle nienawiści?

sklepy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 366 (416)

#68075

(PW) ·
| Do ulubionych
Kochani rodzice.
Jak już idziecie na zakupy z latoroślą, która musi zjeść w ich trakcie, a jest jeszcze na etapie prób zjedzenia papierka wraz z batonikiem, to weźcie proszę dwa - jeden dajcie szkrabowi, drugi kasjerce. Nikt nie każe Wam kupować drugiego, można zostawić na kasie.
Nie zamierzaliście batona otwierać, ale tak wyszło? No trudno, to możecie jeszcze raz przejechać przez tę alejkę lub wziąć batona sprzed kasy.

Jako kasjerka nie mam żadnej przyjemności w skanowaniu brudnego, lepkiego, zaślinionego papierka, ciężko to zrozumieć? Jak jesteście dumni, że dziecko samo zjadło, to możecie kasjerkę zagadać, na zasadzie "widzi Pani jaki jestem już duży?". Chętnie się uśmiechnę czy i skomentuję miło. Ale działania typu "Ładnie zjadłeś, daj pani!" I dzieciak z zacieszem wyciąga do mnie to, czego nie strawiło - to jest obrzydliwość i odechciewa mi się wszystkiego.
Szanujmy się.

market

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 357 (443)

#62756

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracując na kasie spotkałam więcej chodzących diabłów niż w całym moim życiu. Czasami mam wrażenie, że ludzie przy kasie pragną się dowartościować i podnieść swoje już rozdmuchane ego. Pokażę tylko kilka kwiatków, które zapadły mi w pamięć:

Mój DRUGI dzień pracy na kasie, tydzień wcześniej miałam szkolenie które trwało plus minus sześć godzin. Ok, nieważne, już pracuję. W pewnym momencie zacięła się moja kasa, nie było w tym niczyjej winy, ot złośliwość rzeczy martwych. Kolejek nie było, dużo kas czynnych, na rozwiązanie sprawy z moim stanowiskiem czekała oczywiście pani, którą kasowałam i z własnego wyboru mała rodzinka za nią. Ogarnięcie kasy trwało jakieś 10 minut, w końcu doszłam do rodzinki. Wszystko byłoby ok, gdyby nie fakt, że walały się jej papryki, z czego cena była tylko na jednej. Tego dnia położyli nam koło kasy wagę i kazali sprawdzać takie sytuacje. Więc położyłam te papryki na wadze i odezwała się Piekielna:

- Co pani wyprawia?! Najpierw pół godziny czekamy na kasę, a teraz pani jeszcze opóźnia?!
- Przepraszam, ale takie coś jest zabronione (tłumaczę, że waży się w woreczkach), jeżeli nie sprawdzę mogę dostać karę (i to był fakt, tego dnia nieźle patrzyli nam na ręce)
- I dobrze, należy się pani! Zgłoszę to do pani przełożonego! To do cholery niepodobne, żeby tyle czasu stać przy kasie, jest pani zbyt powolną kasjerką by tu pracować!
Oczywiście nie zgłosiła, co mnie wcale nie dziwi. Najciekawsze, że ta powolna kasjerka na koniec miesiąca dostała premię za szybkość kasowania.

Druga pani. Spokojny poranek otwartych było naprawdę wiele stanowisk, nigdzie nie było kolejki. Mi wyszły banknoty 50, 10 i 20zł, miałam sam bilon. Akurat zdarzył się jakiś mały wypadek na sklepie i kazali mi poczekać na rozmiankę 10 minut. Ok, nie problem. Widzę, że następna pani ma w ręku 200zł i przepraszam mówiąc, że nie będę jej w stanie wydać, spytałam czy nie ma karty - nie miała. Poprosiłam, by przeszła do koleżanki bo zwyczajnie musiałabym jej dać worek bilonu. I awantura, że co proszę, ona ma się z tym wszystkim przenosić?! Ja rozumiem, normalnie bym wstała i pomogła jej przenieść rzeczy, z tym, że pani (nie staruszka, młodziak) miała na taśmie... Jogurt i kajzerkę. Nie przeszła, czekała uparcie na rozmiankę patrząc na mnie morderczo, a obok były kasy bez kolejki - z tym, że nam nie wolno rozmieniać między sobą.

Trzeci przypadek to Pan i Władca, tak go nazwałam. Siatki wiszą u nas przed kasą. Pan poprosił mnie o reklamówkę. Poprosiłam, by wziął i pokazałam gdzie wisi. I takie panisko w moim wieku zrobiło mi raban, że on nie będzie brał, bo ja tu jestem od podawania i mam mu wstać i tę siatkę dać. A takiego wała. Nie wstałam, powiedziałam, że nie mogę co było zgodne z prawdą. Gdy nie odpuściłam wziął siatkę... I chciał ją za darmo za to, że nie podałam.

Praca na kasie to czasami zwyczajny kabaret na żywo.

sklepy

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 564 (670)

1