Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Jorn

Zamieszcza historie od: 13 lutego 2011 - 12:25
Ostatnio: 7 lipca 2020 - 10:40
  • Historii na głównej: 10 z 21
  • Punktów za historie: 2631
  • Komentarzy: 4799
  • Punktów za komentarze: 14897
 

#31713

(PW) ·
| Do ulubionych
"Damianek poskromiony", czyli długa opowieść o tym, dlaczego jestem za powrotem do czasów batożenia rozwydrzonych bachorów, dlaczego przeróbki u sąsiadów mogą okazać się przydatne i dlaczego zemsta, choć teoretycznie niska, prymitywna i niegodna, daje bardzo, bardzo dużą satysfakcję.

Damianek wciąż żyje (niestety) i wciąż raczy sąsiadów właściwą sobie aktywnością społeczną (czyli niszczeniem mienia bez względu na to, do kogo należy i prześladowaniem maluchów). Ostatnio rozwinął swoje umiejętności artystyczne i z malowania błotem przerzucił się na malowanie farbami. Po ścianach, drzwiach, oknach piwnicznych, lustrze w windzie, domofonach i - co jest najgorsze do zniesienia - szybach samochodowych. Czekam tylko, aż któryś ze wściekłych sąsiadów, którzy muszą parkować przed blokami, złapie go za czuprynę i wypsika puszkę ze sprayem prosto w gardziel, po cichu liczę na lokalnych dresów. Albo ktoś go profilaktycznie rozjedzie.

Odkąd sąd rodzinny postanowił nie karać jakoś specjalnie szczeniaka za napaść na mnie "bo dziecko jest chore", dzieciak utrwalił się w przeświadczeniu, że wszystko mu ujdzie na sucho. Na szczęście tatuś, który lubił startować do wszystkich z pięściami, dostał bardzo porządny oklep od "niewykrytych sprawców" w piwnicy, więc przynajmniej nie bije innych dzieci w obronie jedynaka. Ten zaś zapamiętał solidnego kopa, jakiego mu sprezentowałam, kiedy mnie, mówiąc wprost, oszczał, więc co jakiś czas znajdujemy z mężem na wycieraczce prezenty w postaci zdechłych kotów, psich odchodów, wylanych puszek smaru, tłuczonego szkła i innych sympatycznych drobiazgów.
Ale ostatnio gnojek przegiął pałę.

Wracaliśmy z mężem z miasta. Winda nie działa (lubi brać urlop na żądanie średnio raz w tygodniu, żadna nowość), więc na 10 piętro wchodziliśmy po schodach. W mieszkaniu sąsiadki i jej chłopaka właśnie trwa remont, więc wiercenie jest jedynym dźwiękiem, który słychać na korytarzu. A już na pewno nie można usłyszeć, że ktoś używa schodów, dlatego element zaskoczenia był po naszej stronie, kiedy zobaczyliśmy Damianka pracowicie polewającego czymś nasze drzwi, wycieraczkę i ścianę wokół.
Układ korytarza jest taki, że stojąc przed naszymi drzwiami, jest się zwróconym plecami w stronę schodów, więc my widzieliśmy jego, a on nas nie... przez dwie sekundy. W trzeciej mój mąż już trzymał go za kark.
Dzieciakowi chyba zabrakło tchu z zaskoczenia (bycie wyrwanym w górę przez ponad dwumetrowego chłopa za włosy i szyję do przyjemnych doznań raczej nie należy), bo próbował się wyrywać, ale jakoś nie wrzeszczał. Z mojej twarzy wyczytał chyba, że na kopniaku się tym razem nie skończy, bo zrobił się biały jak ściana i coś piszczał.

Pociągnęliśmy z mężem nosami i zdębieliśmy, bo oto pacholę święte i setką ciężkich dolegliwości dotknięte (co do prawdziwości chorób Damianka patrz http://piekielni.pl/15385) pieczołowicie nawilżało nasze drzwi benzyną...
W bloku brak alarmu przeciwpożarowego, bo to nie te czasy w budowlance, sfajczenie drzwi to najlepsza z możliwości, gdyby zdążył wszystko podpalić.

Mąż chciał go zwyczajnie zrzucić ze schodów, ale wpadłam na lepszy (i o wiele bardziej upokarzający) pomysł. Kazałam mu go trzymać i dla pewności zatkać usta, zastukałam do sąsiadów remontujących (z którymi jesteśmy w bardzo bliskiej przyjaźni) i nieremontujących, ale którzy akurat należą do niedawnych ofiar parkingowego artysty. Na widok zdobyczy twarze im pojaśniały od uśmiechów (po wyjaśnieniu co robił, chcieli go zatłuc, Marta musiała trzymać chłopaka, bo leciał z młotkiem). W razie czego będą świadkami, że wszystko odbyło się samo z siebie, a my staraliśmy się biednego chłopca powstrzymać. W kilku słowach wtajemniczyłam ich w plan.

Chłopak sąsiadki (wspomnianej na piekielnych kilkukrotnie Marty) zaczął wiercić szczególnie intensywnie, sama sąsiadka przyniosła dużą żelazną miskę, a [ja] zajęłam się [D]amiankiem.
[Ja] Zdejmuj buty.
Dzieciak patrzył na mnie biały i wyraźnie nierozumiejący, co się dzieje.
[Ja] Zdejmuj. I do miski. Bo sama zdejmę. Michał, opuść go, ale trzymaj.
Mąż postawił gnojka na podłodze i Damian postanowił spróbować ucieczki, ale został osadzony szarpnięciem za włosy.
Posikał się. A potem zdjął i wrzucił buty do miski. Podałam mu butelkę benzyny.
[Ja] Lubisz się bawić ogniem? To lej.
Popatrzył na mnie - w jego twarzy było coraz więcej lęku.
[Ja] LEJ.
Polał.
[Ja] Podpal.
Widać zrozumiał, że podpalenie tych butów to najszybszy sposób, żeby się uwolnić, bo podpalił. Dymiło, śmierdziało, spaliło się. Podniosłam miskę, spojrzałam na niego i wycedziłam.
[Ja] Nigdy więcej się do mnie nie zbliżaj.
Damianek postanowił przemówić.
[D] I tak umrzesz, łysolu! (No, dowalił. Widać sporo o tym rozmawiają w domu.)
Uciekł.

Mamy nową wycieraczkę, razem z Martą umyłyśmy drzwi i ścianę, zawartości miski roztropnie się pozbyłyśmy. Do tej pory nie było odwiedzin ani mamusi, ani tatusia. Mam nadzieję, że skoro nie zadziałał ból, to zadziała strach i dzieciak trochę się opamięta.
Wiecie co?
Nawet nie jest mi głupio.

Skomentuj (216) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1464 (1588)

#25947

(PW) ·
| Do ulubionych
O piekielnych nauczycielach.

Czas akcji: wczesne lata ’80, czyli okres Totalnego Braku Wszystkiego. Młodszym czytelnikom wyjaśniam, że socjalistyczna gospodarka zawsze miała problemy z dostarczeniem do sklepów towarów, które klienci chcieliby lub potrzebowali kupić, ale lata 1980-82 były najgorsze. Kupienie czegokolwiek było ogromnym wyzwaniem.

W roli Piekielnych wystąpili pewna nauczycielka WF i nauczyciel wychowania muzycznego w mojej szkole.

Pierwsza się uparła, żeby każdy uczeń miał strój do ćwiczeń składający się z białej koszulki i granatowych spodenek i na nic nie zdały się argumenty, że o ile białe koszulki dawało się jakoś zdobyć, to granatowe spodenki były towarem absolutnie niedostępnym. W sklepach bywały czerwone i zielone, czasem czarne, ale takie idiotki nie zadowalały: albo granatowe, albo pała i wypad z lekcji. W efekcie spora część uczniów przychodziła na WF w gaciach zafarbowanych na granatowo domowymi sposobami.

O ile nie udało mi się stwierdzić (a może nie pamiętam), co powodowało wuefistką, o tyle piekielność muzyka wynikała z totalnego oderwania od rzeczywistości. Taki artysta niespełniony. Program nauki przewidywał próbę nauczenia uczniów gry na flecie. Pan muzyk się uparł, że flet ma być z prawdziwego zdarzenia, drewniany względnie metalowy. I absolutnie nie było mowy o korzystaniu z fletów plastikowych, jedynych dostępnych na rynku dzięki prywatnej inicjatywie rzemieślników. W innych szkołach popiskiwali na tych plastikowych fletach, nasz pan muzyk absolutnie się na taki nie zgodził. Pamiętam, że ojciec ze mną po ten nieszczęsny flet jechał 50km, bo tam mieszkał znajomy znajomego, który przywiózł za jakieś kosmiczne pieniądze drewniany flet z RFN i był skłonny go odsprzedać. Nic na tym nie zarobił, była to przysługa, ale ze względu na przeliczniki walutowe cena była i tak z kosmosu.

Fletu w szkole użyłem raz, kiedy to pan muzyk nauczył nas grać dźwięk „sol”, a następnie się zniechęcił, a może obraził za to, że jednak niektórzy mieli te flety plastikowe i więcej do gry na flecie nie wrócił.

Niestety dla moich rodziców szkoła była takim autorytetem, że chryi żadnej z tego nie zrobili.

Szkoła w głębokim PRLu

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 731 (787)

1