Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Kacek3city

Zamieszcza historie od: 21 listopada 2014 - 22:07
Ostatnio: 1 czerwca 2021 - 19:41
  • Historii na głównej: 7 z 9
  • Punktów za historie: 982
  • Komentarzy: 23
  • Punktów za komentarze: 58
 

#88111

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno spotkałem znajomego z którym pracowałem kilka razy w tej samej obwodowej komisji wyborczej i wymieniliśmy się wrażeniami z ostatnich kilku lat, gdyż od tamtego czasu pracowałem w innych OKW. Wszystkie imiona w historii są zmienione.

Jeśli ktoś pracował w składzie takiej komisji to wie jak to wygląda, dla niewtajemniczonych: w składzie komisji są: przewodniczący, jego zastępca a reszta to, mówiąc kolokwialnie, zwykli członkowie. Uprawnienia „władz komisji” to między innymi rozwiązywanie problemów wyborców np. gdy wyborcy nie ma w spisie wyborców, ale przede wszystkim pilnowanie członków by nie robili machlojek, nie łamali przepisów i by wybory w lokalu przebiegały spokojnie. Przewodniczącego i zastępcę wybiera się na pierwszym zebraniu tejże, które odbywa się kilka tygodni przed wyborami.

Podczas wyborów parlamentarnych byłem członkiem komisji. Opiszę problemy z zastępcą przewodniczącej. Problemy zaczęły się już na zebraniu i wyborze „władz”, Pani miała mocny ból pewnej części ciała związany z tym, że nie została wybrana przewodniczącą a jedynie zastępcą. Była to najwyraźniej duża zniewaga dla radnej dzielnicy, w której była OKW.

No trudno, jakoś się żyje, Pani radna odniosła częściowy sukces, bo była zastępcą przewodniczącego. Została nim tylko dlatego, że koleżanka przewodniczącej, z którą niejednokrotnie razem były w komisjach i świetnie razem współpracują (takie pary polecam, z doświadczenia wiem, że taką parę jest nierzadko lepiej wybrać, bo praca idzie sprawnie) zrezygnowała z kandydowania, żeby wszystko poszło szybciej a Pani radna mogła pójść z wnuczką do domu (o co sama głośno prosiła, jednakowoż dalej tracąc czas na „kampanię wyborczą” ażeby zostać wybraną).

Każda osoba ze składu komisji musi stawić się na obowiązkowym szkoleniu dla członków OKW a już szczególnie wypada, żeby przewodniczący i zastępca na nim byli. Pani zastępca nie odbierała telefonów, gdy przewodnicząca próbowała się z Nią skontaktować i nie zjawiła się w ogóle na naszym terminie szkolenia. Musiała być na innym choć obstawiam, że Okręgowa Komisja czasem dopuszcza przypadki, jeśli kogoś nie było a ma doświadczenie. Potem tłumaczyła się, że nie mogła znaleźć miejsca w którym było szkolenie (Serio? Miejsca będącego atrakcją turystyczną znaną w Polsce a pewnie i za granicą związanego z obaleniem komunizmu? Miejsca, w którym od lat te szkolenia się odbywają a pani radna twierdzi, że jest na każdych wyborach w komisji).

W dniu wyborów pani zastępca myślała, chyba że to ona jest przewodniczącą i w czasie, gdy obie były jednocześnie w lokalu wydawała polecenia wszystkim a nawet przewodniczącej, nikt się z nią nie kłócił o takie drobnostki. Gdy przewodnicząca skończyła swoją zmianę i miała czas wolny, władzę formalnie przejmuje zastępca.

Pani radna jest też mieszkańcem tego obwodu, więc większość mieszkańców ją zna. Gdy przychodził ktoś z jej znajomych zawsze sobie porozmawiali, to nie problem, spokojna okolica, nie ma tłoku w lokalu to niech gadają. Problemem było to, że w tych rozmowach głośno i wyraźnie mówiła kto głosował a kto nie czym łamała tajemnicę danych osobowych. Mało tego, jak dana osoba podchodziła do nas by się wylegitymować i dostać karty do głosowania głośno mówiła nazwisko tej osoby i adres i wskazywała która osoba ma spis z tej ulicy (mi to nie robi, ale jak jakiś złodziej zobaczy, że Pani Iksińska mieszkająca na Piekielnej 6/66 to staruszka raczej nie wyglądająca na groźną to może to wykorzystać do różnych celów).

Zwracaliśmy jej uwagę, że obowiązuje RODO, ale ja i członek komisji oddelegowany z ramienia szkoły, w której mieściła się OKW już przez zęby jej to mówiliśmy. Szczytem dla mnie była sytuacja, gdy jakaś [K]obieta zapytała po oddaniu głosu czy jej mąż Xxx Yyy jest w spisie. Zgodnie z przepisami mówię:

Ja: Nie mogę Pani takiej informacji udzielić, gdyż obowiązują mnie przepisy o ochronie danych osobowych.
K: Ale jak męża nie ma w spisie to on nie zdąży zagłosować, bo z pracy prosto jedzie.
J: Niestety, ale nie mogę takich informacji udzielać. Jeśli nie będzie go w spisie to dzwonimy do urzędu miasta i umożliwimy Mu zagłosowanie, jeśli przyjdzie przed 21:00.
K: Ale co Panu szkodzi?!
Tu włącza się [Z]astępca
Z: Już spokojnie, powiem Ci czy jest.
W tym momencie zasłaniam dodatkowo spis rękoma i mówię do niej:
J: Pani Mario, to, że Pani łamie RODO na każdym kroku to Pani sprawa o ile ktoś tego nie zgłosi wyżej, ale mi jeszcze niespieszno do płacenia grzywien i siedzenia w areszcie za złamanie tajemnic. Jeśli ten Pan przyjdzie to wtedy przekona się sam czy jest w spisie czy nie. Ja tę Panią widzę w życiu pierwszy raz, nie wiem czy to żona, siostra, matka czy zbieżność nazwisk więc nie wiem czy te osoby się znają.
Pani niepocieszona poszła a zastępca przez jakiś czas patrzyła na mnie wzrokiem jakbym jej całą rodzinę muchozolem wytruł.

Zastępca ani razu nie skorzystała z nakładki na spis (zalaminowany karton, z okienkiem który kładzie się na spis mający chronić przed odczytaniem przez wyborców czy ktoś głosował czy nie). Może błahostka, ale o paru przypadkach skargi na komisję za jej nieużywanie słyszałem.
W pewnym momencie przyszedł koniec mojej zmiany więc poszedłem do domu by wrócić do komisji wieczorem na liczenie głosów. Gdy wróciłem przed lokalem spotkałem jedną z członkiń która powiedziała, że mamy gości „chyba obserwatorzy międzynarodowi, bo tylko jeden po polsku mówi”.

Wchodzę do szkoły, mówię kulturalnie dobry wieczór i idę się rozebrać do pokoiku służącego nam za szatnię i kuchnię. Zanim zdjąłem kurtkę zastępca niemal wiesza się na mnie i konspiracyjnym tonem mówi:

Z: Obserwatorzy międzynarodowi.
J: Wiem, widziałem identyfikatory a Pani Ola przed szkołą mówiła, że mamy chyba obserwatorów.
Gdy przyszła przewodnicząca była niemiło zaskoczona obecnością gości a raczej tym, że zastępca choćby SMS-a Jej nie napisała o tym przez kilka godzin.

Liczymy karty które zostały, podpisy, liczbę osób uprawnionych, dopisanych… Matematyka się zgadza, zarówno na kalkulatorze, w mojej pamięci (sprawnie liczę, czasem mimowolnie zaczynam liczyć usłyszane czy zobaczone liczby) jak i na kartce pani zastępcy, otwieramy więc urnę.

Po podliczeniu głosów wychodzi Nam, że liczba głosów do Sejmu się zgadza a do Senatu brakuje jednego głosu. Zgodnie z przepisami opisujemy to w protokole. W punkcie „prawdopodobna przyczyna różnicy między sumą z punktów Xa do Xe a liczbą wyjętych kart z urny” wpisujemy zgodnie z instrukcją i szkoleniem „wyborca wyniósł kartę do głosowania czego komisja nie zauważyła”. Pani zastępca podnosi raban, że trzeba wzywać Policję, bo doszło do przestępstwa wyborczego i będą kłopoty.

Mówimy jej, że tu Policja nie jest potrzebna i, że musimy tak właśnie wpisać w protokół. Ta dalej swoje, My jej dalej spokojnie, że nie ma racji. W końcu wkurzony wyciągam z torby slajdy ze szkolenia (ponoć nikt ich nie bierze a Mi się przydają zawsze :) i czytam jej już nerwowym głosem, ale nie krzykiem, bo kulturę mimo wszystko zachowuję, konkretny slajd, w którym jest napisane:

J: „…komisja opisuje taką różnicę w protokole np. ”. Dalej się chce pani wykłócać jak nie ma pani racji? Gdyby była pani na szkoleniu to by pani wiedziała, kiedy wzywamy Policję.
Zastępca ucichła i już nie optowała za wzywaniem służb, które w taki dzień i tak mają co robić. Później na boku obserwatorka międzynarodowa zapytała mnie, dlaczego się na nią wkurzyłem więc jej powiedziałem, że każdy z nas ma jej po dziurki w nosie dzisiaj, ale tylko ja nie wytrzymałem i opisałem jej pokrótce co się działo.

Swoją drogą o rozmowy z tą obserwatorką zastępca miała do mnie pretensje, ponieważ rozmawiamy w języku obcym którego nikt tu nie rozumie w dodatku o sporcie (tego dnia był mecz Polska vs ojczyzna obserwatorki). Zwróciłem jej uwagę, że przecież angielskiego też nie rozumie, więc i tak by nie rozumiała rozmów a ja korzystam bo mogę podszlifować język który studiuję a obserwatorka porozmawiać w języku zbliżonym do ojczystego i przypomnieć sobie ten język gdyż miała go w szkole jako drugi język.

Na szczęście dalsza część procedur przebiegła na spokojnie, ale do wpisywania w system i drukowania protokołu wzięliśmy przewodniczącą, bo jej nerwy były już też na granicy.
Niby drobne piekielności, ale jak się je znosi cały dzień, bo ktoś myśli, że ze względu na wiek może wszystko to zaczynają naprawdę wkurzać. Tym bardziej gdy grożą konsekwencjami prawnymi.

Na szczęście, gdy byłem w tej OKW na każdych kolejnych wyborach to ta pani nie zgłaszała się do pracy w komisji a jedynie przychodziła zagłosować i zawsze zagadała co słychać, czy spokojnie idzie. Lubię ją, ale jak kiedyś będę z nią znowu w komisji to kupię hurtowo relanium.

wybory

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 72 (92)

#87563

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam do pisania historii po długiej przerwie.

Nadal pracuję przy obsługiwaniu parkingu w galerii handlowej, firma ta sama, ale już inna galeria, a w międzyczasie zdarzyło mi się przenieść się na inny obiekt, zostać zwolnionym (nie wiadomo za co), przywróconym, przeniesionym na obecny obiekt i zaliczyć kilka razy po kilka dni na innym naszym parkingu, gdy kolega był chory, a później został zwolniony.

Opiszę kilka rzeczy z parkingu, na którym pracuję obecnie.

Inna galeria handlowa niż w historiach sprzed 3 lat, parking na podobnych zasadach, ale tutaj na wjeździe kamera odczytuje numery rejestracyjne, drukuje je na bilecie i przypisuje w systemie do niego. W ten sposób, gdy zgubisz bilet to nie płacisz dodatkowej kary tylko wybierasz w kasie opcję „zgubiony bilet” i podajesz numery rejestracyjne. Płacisz tak jakbyś biletu nie zgubił, czyli za tyle ile stałeś i dostajesz kopię biletu. Wiele osób się cieszy z takiej opcji choć kilka razy w oczach widziałem myśl „kurde, myślałem, że mnie wypuści bez płacenia” (jestem ciekaw ilu takich cwaniaków zaskoczonych było).

Typowa sytuacja jak w poprzedniej galerii:
Dzwoni interkom z kasy:
Klient: Kasa nie oddała mi biletu.
Ja: Nie ma takiej fizycznej możliwości, gdyż maszyna nie może połknąć biletu. (Kasy są tak skonstruowane, że bilet wchodzi do połowy i można go od razu zabrać)
K: ALE JA TEGO BILETU NIE MAM!
J: Proszę jeszcze raz sprawdzić kieszenie i portfel, ponieważ kasa naprawdę tego biletu nie mogła wciągnąć.

Jeśli klient nadal się upiera, że biletu nie ma to mówię, że na ekranie jest opcja zgubiony bilet i klient drukuje go sobie sam. Zdarza się jednak, że klient jednak bilet znajduje, niejednokrotnie najpierw mówiąc magiczne zdanie "ale tu państwo za mną stali i widzieli, że wciągnęło", a ja słyszę potakiwania ludzi za klientem/klientką. Co ci ludzie sobie myślą, gdy bilecik się jednak znajduje, bo kasa go nie wciąga tylko jest w kieszeni, choć potwierdzali, że wciągnęło? Nie wiem.

Często też klienci przychodzą do biura i mówią, że zgubili bilet. Rozmowa jak wyżej z tym, że twarzą w twarz klienci sami się z siebie śmieją i mówią przepraszam.

Podobnie jak w poprzedniej galerii klienci mylą też wyraźnie oznaczone guziki „pobierz bilet” i „połącz z obsługą”, twierdząc, że jest tylko jeden guzik (ten prawidłowy ma niebieską diodę na środku i jest oznaczony dodatkowo jasnozieloną strzałką).

Rozpoznawanie tablic ma też swoje minusy - klienci nierzadko wyrzucają bilet „bo przecież odczytuje rejestracje”. No, czasem źle odczyta na wjeździe lub wyjeździe albo, tak jak teraz jesienno-zimową porą, tablice są brudne i system nie odczytuje nic albo tylko fragment, czasem klient podjedzie za blisko kamery i ta widzi fragment lub nic. Podobnie robią klienci abonamentowi, choć uczulamy ich przy podpisywaniu umowy, że podstawą wjazdu i wyjazdu jest karta abonamentowa, a rejestracje to usprawnienie, które zawsze może nie zadziałać.

Hitem jest klient, któremu notorycznie się to dzieje, każdy z nas go uczulał, że karta to podstawa, a i tak zawsze twierdzi, że nikt mu nic nie mówił.

parking galeria handlowa

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (141)

#87562

(PW) ·
| Do ulubionych
Wracam do pisania historii po długiej przerwie.
Nadal pracuję przy obsługiwaniu parkingu w galerii handlowej, firma ta sama, ale już inna galeria a w międzyczasie zdarzyło mi się przenieść się na inny obiekt, zostać zwolnionym (nie wiadomo za co), przywróconym, przeniesionym na obecny obiekt i zaliczyć kilka razy po kilka dni na innym naszym parkingu, gdy kolega był chory a później został zwolniony.
Opiszę kilka rzeczy z parkingu, na który się przeniosłem:

Był to parking małego centrum handlowego a sklep będący głównym najemcą (delikatesy premium) już nie istnieje. Zasady parkowania były w skrócie takie: przy wjeździe pobierasz bilet z maszyny, przy wyjeździe podajesz mi go, ja skanuję bilet i mówię Ci, ile jest do zapłaty.

Jeśli stałeś do 5 minut to system sam otwierał szlaban, jeśli dłużej to płacisz 4zł za każdą rozpoczętą godzinę (niepisaną zasadą było to, że do 15 czasem 20 minut wypuszczaliśmy, bo to jednak trochę sporo za tak krótki czas).

Od opłaty były 2 wyjątki: klienci kawiarni, restauracji, kwiaciarni, gabinetu dentystycznego oraz laboratorium diagnostycznego które były obok i nasz parking był najwygodniejszy dla nich mieli parking za darmo (firmy te płaciły ryczałtem za to) a klienci SKLEPU (podkreślam, SKLEPU a nie całego centrum które miało tę samą nazwę co delikatesy) mieli pierwszą godzinę za darmo (powiedzmy godzinę i 15 minut bo patrz wyżej) pod warunkiem pokazania paragonu za zakupy a przynajmniej zakupów ewidentnie wskazujących, że kupione tamże.

Typowa sytuacja nr1:
Ja: Dzień dobry…
Klient: (bez słowa podaje bilet i odwraca głowę w stronę szlabanu)
J: To będzie XX złotych
K: (podniesionym głosem) Ale ja w xyz byłem!
J: Mogę zobaczyć paragon?
K: (z fochem pokazuje paragon)
J: (nabijam zniżkę) to będzie YY zł
K: (już krzykiem) W XYZ BYŁEM, za darmo jest!
J: Pierwsza godzina tylko…
K: ja tu jestem codziennie! Nigdy nie musiałem płacić! (ja też od kilku miesięcy i widzę Cię pierwszy raz…)

Z pretensją płaci a często nawet rzuca we mnie pieniędzmi i paragonem. Często trafiali się prawdziwi stali bywalcy, mieli już przygotowany paragon, pełna kultura „Dzień dobry, dziękuję, do widzenia” i w sumie wracali trochę wiarę w kulturę ludzi.

Typowa sytuacja nr 2:
Dzień dobry, dzień dobry, to będzie tyle i tyle
K: A to nie ma darmowej godziny?
J: Tylko dla klientów xyz.
K: A to nie wiedziałem, puści mnie Pan ten jeden raz?
J: Niestety nie mogę, trochę już Pan/Pani stoi a ja jestem rozliczany z takich wypuszczeń.
Klient cofa, idzie do sklepu i kupuje byle co by z triumfem na twarzy wrócić do mnie i nie zapłacić za parking (przypominam, 4 zł a delikatesy premium więc mała woda to ponad złotówka) marnując swój czas.

Typowa sytuacja nr 3:
Podobnie jak w sytuacji nr 1 tylko, że klient ma paragon ze sklepu w centrum handlowym, ale nie z tego konkretnego (też dla mnie głupota, ale nie poradzę). Tłumaczę, że niestety, ale regulamin i cennik są jasne i jest tam wytłuszczone, że paragon ze sklepu xyz a nie z centrum xyz. Krzyk, oburzenie i albo zapłata jak w sytuacji nr 1 albo zakup wody, bułki, zapałek (wycofali je z tego sklepu w pewnym momencie, bo schodziły tylko w takiej sytuacji) jak w sytuacji nr 2.

Jednorazowa na szczęście sytuacja:
Na parkingu był postój taksówek konkretnej korporacji, mieli swoje abonamenty, spoko ludzie swoją drogą. Do wyjazdu podjeżdża taksówka
Taksówkarz: Dobry, klienta przywiozłem. (po tych słowach patrzy w szlaban gotowy do odjazdu)
ja: (skanuję bilet) To 4 zł poproszę.
T: Jak? Toć Wam klienta przywiozłem i od razu wyjeżdżam.
J: Stał Pan ponad 40 minut (swoją drogą, zaparkował niedaleko mojej budki i miał auto, które przyciąga wzrok więc nie wiem, czy liczył, że się nie zorientuję, czy jak?)
T: Ale przecież przed chwilą taksówka wyjechała bez problemu?!
J: Tak, bo ta korporacja ma z Nami umowę i na parkingu jest postój tej korporacji.
T: To ja nie zapłacę! I co?
J: To Pan nie wyjedzie.
Taksówkarz wycofał i stanął z boku a ja zadzwoniłem po policję, że klient się awanturuje. Widziałem, że też gdzieś dzwoni, co się później okazało, również na policję. Miałem też wrażenie, że jest nienaturalnie pobudzony więc albo leki albo coś gorszego. Gdy mundurowi przyjechali Taksówkarz szybko podszedł do budki, że chce zapłacić a ja mu to uniemożliwiam.

Powiedziałem, że to nieprawda i jaka jest prawda, nie zaprotestował co Policja uznała za przyznanie mi racji. Pouczyli Taksówkarza, że ja mam rację i kazali zapłacić te 4 złote a mnie poprosili bym najpierw załatwiał takie rzeczy przez ochronę a potem służby choć mnie rozumieją.

Klasycznym problemem byli też niepełnosprawni domagający się krzykiem, że mają za darmo jako inwalidzi i machając tym niebieskim identyfikatorem (nie, nie mają darmowego parkowania. Odsyłam do Ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych „nie uprawnia do darmowego m.in.: parkowania”)

Z ciekawszych rzeczy usłyszałem kiedyś, że jestem „słoikiem pi***” choć mieszkam w tej metropolii całe życie oraz tekst osoby odpowiedzialnej w centrum za sprawy techniczne „no, to jeszcze tydzień i zamykamy, ale wasza firma o tym wie co nie?” No właśnie nikt nic nie wiedział a sklep działał jeszcze ponad prawie rok w międzyczasie przedłużając kasjerkom umowy co miesiąc aż się nie zbuntowały.

parking

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 115 (135)

#78800

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na parkingu galerii handlowej:

Telefon z kasy:
Klientka: Dzień dobry, ja wsadziłam bilet i mi pokazało 5 zł a jak wsadziłam drugi raz to pokazało już 9 zł.
Ja: Najwidoczniej przekroczyła Pani już 4 godziny parkowania i stąd ta opłata.
K: Ale jak wsadziłam bilet najpierw to pokazało 5 zł i ja chcę tyle zapłacić!
J: To proszę zapłacić te 9 zł które zostało naliczone.
K: Ale mi pokazało najpierw, że 5 zł!
(Jej chłopak/mąż/kolega który z nią był jej mówi, że sama jest sobie winna)
K: Ja jako klientka mam prawo się rozmyślić i zapłacić później!
J: Czyli idąc Pani tokiem rozumowania: Mogła Pani podejść do kasy od razu po wjeździe, pokazałoby Pani 0 zł do opłaty i tyle by Pani chciała zapłacić?
K: Proszę coś z tym zrobić, bo już się robi kolejka.
J: To proszę zapłacić za parking, by tej kolejki nie blokować.
K: Ja nie będę z Panem dyskutować! Ja chcę zapłacić 5 zł.
J: Jeśli nie chcę Pani ze mną dyskutować, to proszę zapłacić za parking i nie blokować kolejki, która jak sama Pani zauważyła, już się stworzyła.
K: Gdzie mogę złożyć reklamację?
J: Za chwilę podam Pani numer do centrali naszej firmy. Ma Pani jak zapisać?
K: Niech to Pana nie interesuje!
(Jej partner ją uspokaja)
J: Mogę już dyktować?
K: Jak będę mogła pisać to Panu powiem! Już!
J: (podaję numer) O ile dobrze pamiętam, centrala jest czynna od 9 rano.
K: Pana numer służbowy.
J: Nie posiadam takiego... (jest to prawda, nie mam numeru służbowego).
K: (śmiech) PANA NUMER SŁUŻBOWY!
J: Nie posiadam takiego numeru. Mogę...
K: Niech Pan nie będzie bezczelny. Ja sobie Pana zidentyfikuję! Ostatni raz pytam o numer służbowy.

Tu następuję kilkukrotne powtórzenie Klientce, że nie mam takiego numeru i mogę podać nazwisko - "MNIE NIE INTERESUJE JAK PAN SIĘ NAZYWA!"

J: Czy w czymś jeszcze mogę pomóc?
K: Już niech się Pan nie odzywa dla własnego dobra.

(Jej partner mówi jej, że sama jest sobie winna, a "drze ryja na mnie").

Z niecierpliwością czekam na skargę na mnie, bo nie mam numeru służbowego.

Parking Galeria Handlowa 3Miasto

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 255 (259)

#78165

(PW) ·
| Do ulubionych
Może mało piekielne, ale dosłownie sprzed chwili:

(Dla przypomnienia: pracuję na parkingu galerii handlowej)

Dzwoni interkom:
Ja: Obsługa parkingu, słucham?
Klient: No słuchaj, bilet nie działa.
J: Jak to bilet nie działa?
K: No normalnie, czego nie rozumiesz, że bilet nie działa?!
J: Na pewno...
K: Wkładam z obu stron i nic.
J: Na pewno wkłada pan bilet prawidłowo, czyli tą strzałką do przodu?
K: O...
I tu słychać dźwięk odjeżdżania w stronę zachodzącego słońca! WRÓĆ! W stronę zachmurzonego nieba.

Pomijam już przejście od razu na ty, ale na każdym wyjeździe przy otworze do wkładania biletu jest naklejka jak ten bilet włożyć...

Parking Galeria Handlowa 3Miasto

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (178)
zarchiwizowany

#77803

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jak już wiadomo, pracuję na parkingu galerii handlowej.

Zepsuł nam się terminal kart płatniczych w jednej z kas, z początku przyczepiliśmy kartkę "Awaria czytnika kart płatniczych, płatność w kasie tylko gotówką". Co chwilę ludzie przychodzili do naszego biura "bo kasa nie działa" lub "bo pisze, że awaria". Po powtórzeniu co tam jest napisane płacili gotówką. W końcu zakleiliśmy terminal kartką (1. Mniejsza kartka, mniej widoczna ale dająca lepiej do zrozumienia co się dzieje 2. Nie ma tam słowa "awaria" więc naiwnie myśleliśmy, że ludzie jednak czytają ze zrozumieniem) z napisem, że terminal kart płatniczych nieczynny i płatność tylko gotówką. Jestem w pracy dopiero 8 godzin a po 20 takim przypadku dzisiaj przestałem liczyć :/

Druga rzecz jaka nas nawiedziła to zniszczony szlaban. Z tego co słyszałem to gość nie wykręcił busem i walnął w szlaban przez co ten spadł. Oświadczenie spisane, dane zebrane. Ponoć sam się zobligował, przepraszał trochę się załamał ceną "No cóż, mój błąd. Mogłem uważać." Szlaban a w zasadzie pozostałości po nim obwiązane biało-czerwoną taśmą, urządzenie zablokowane automatycznie tak, że da się tylko połączyć z obsługą. Na ekranie maszyny napis "urządzenie zablokowane", odebrałem ze 40 połączeń dziennie z pytaniem "Czemu jest zablokowane i co teraz?" Mówiłem, że uszkodzony szlaban i proszę skorzystać z wjazdu po prawej (kwestia cofnięcia o dosłownie 3 metry i podjechania lekko w prawo). Żeby nie było nudno to ktoś tę taśmę zerwał. Nie wiadomo czy przejechał czy po złości czy po prostu mu się spodobała. Parę osób tak wjechało i ŻĄDAŁO ode mnie wydania im biletu parkingowego, bo było otwarte. Na moje pytanie czy nie dało im do myślenia, że z tego wjazdu dynda taśma, obok jest zamknięty wjazd a wyjazd będący z lewej też jest zamknięty usłyszałem "Ja się nie znam, bo nie jestem z Gdańska"

Teraz wiem, że jak pojadę do innego miasta to mogę na parkingu robić różne głupoty i tłumaczyć się "bo ja nie stąd"

P.S. Od wrzucenia tej historii, 5 osób już pytało czy może zapłacić mi. Dla co poniektórych YAFUD

Parking Galeria Handlowa 3miasto

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 26 (90)

#76769

(PW) ·
| Do ulubionych
Jak już wspomniałem w poprzedniej historii, pracuję na parkingu galerii handlowej. Tym razem wspomnę o sytuacjach związanych z klientami kina.

Drobne wyjaśnienie: Idąc do kina można skorzystać z tego, że płaci się 5 zł mniej na parking (w efekcie pierwsze 3 godziny parkowania są za darmo). Kino ma naszą maszynkę o nazwie „Walidator” i, fachowo ujmując, walidują bilety, by kasa odliczyła te 5 zł. Informacja o tym jest na stronie internetowej galerii oraz w kinie.

Dzwoni interkom z wyjazdu:
- Ja byłam w kinie i mi każe zapłacić.
- Momencik… Faktycznie, przekroczyła pani te 3 godziny parkowania.
- Ale jakie 3 godziny?! Miało być za darmo!
- Darmowe są pierwsze 3 godziny parkowania.
Dźwięk odjeżdżającego samochodu.

Tym razem z kasy.
- Byłam w kinie i kasa chce ode mnie 5 zł.
- Czy bilet był walidowany w kinie?
- Nie?
- To proszę się cofnąć do kina, by to zrobili i powinno być dobrze.
Ani dziękuję, ani nic i nie wiadomo, czy sobie klientka poszła, czy tam stoi…

W listopadzie walidator się zepsuł i nie można było zrobić walidacji. W związku z tym ustalone z kinem, że klienci podjadą do wyjazdu i powiedzą, że są z kina i zdalnie wypuścimy. Po miesiącu walidator nowy dojechał i wszystko działa.

Standardowa sytuacja do dziś (miesiąc ponad odkąd wszystko działa), interkom z wyjazdu.
- Z kina. (Pomijam już formę tych słów, momentami mam ochotę odpowiedzieć „A ja z Gdańska, miło mi”)
- Tak, w czym problem?
- No wyjechać chciałem.
- Jeśli bilet jest opłacony, to proszę go włożyć do wyjazdu i szlaban się podniesie.
- JAKIE OPŁACONE?! PRZECIEŻ WYPUSZCZACIE!
- Od miesiąca kino waliduje bilety i nie wypuszczamy.
- I co teraz? Ja chcę wyjechać!
- Proszę wrócić do kina i ewentualnie zapłacić, jeśli będzie jeszcze coś do zapłaty.

- Ja z kina.
- Kino waliduje bilety i trzeba zapłacić, jeśli przekroczyło się 3 godziny.
- Ale ostatnio jak byłem, to wypuszczaliście...
- Ale od miesiąca już wszystko działa.
- I co teraz? Kino już zamknięte?
- Proszę zapłacić za parking.
Gość pruł po parkingu chyba z 50 na godzinę i omal nie wyrżnął w ścianę na zakręcie.

O tym jak próbować oszukać:
- Ja z kina.
- Walidacje w kinie już działają.
- A to nie wiedziałem. To wypuści mnie pan?
- Proszę iść do kina, żeby przewalidowali bilet.
- Ale ja jestem pracownikiem kina.
- Gdyby wasz kierownik powiedział naszemu kierownikowi, a on nam, to bym wypuścił…
- Ale ja jestem kierownikiem kina.
- To proszę wrócić zwalidować sobie bilet.
Minutę później bilet opłacony.

Nie mam pretensji do kina, że są takie sytuacje, bo przecież nie będą pytać każdego, czy przyjechał autem. Informację wywiesili o walidacjach i nam to wystarczy. Zastanawiam się tylko ile ludzie zrobią i jak nakłamią, żeby nie zapłacić kilka złotych...

parking galeria handlowa 3miasto

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (171)

#76767

(PW) ·
| Do ulubionych
Pracuję na parkingu galerii handlowej. Chciałbym podzielić się z Wami paroma sytuacjami, które są standardem w mojej pracy.

Zanim zacznę wspomnę tylko, że na parkingach naszej firmy płaci się w kasach automatycznych (wg klientów "bankomatach"). Na 3 poziomach parkingu jest ich 8.

Podchodzenie do okienka, bez słowa dawanie biletu i po 3-5 sekundach „Mogę tu zapłacić?”.

Dzwoni interkom z kasy:
- Kasa nie oddała mi biletu.
- Nie ma takiej fizycznej możliwości, gdyż maszyna nie może połknąć biletu. (Kasy są tak skonstruowane, że bilet wchodzi do połowy i można go od razu zabrać)
- ALE JA TEGO BILETU NIE MAM!
- Dobrze, już idę panu/pani udowodnić, że maszyna nie może połknąć biletu.

Jak mam szczęście, to zdążę podejść zanim klient znajdzie ten bilet w kieszeni, ale uparci też się zdarzają.

- Ja chciałem wyjechać. A mi tu pokazuje do opłaty.
- Faktycznie, w systemie widzę, że bilet jest nieopłacony.
- A to trzeba zapłacić?

- Zgubiłem bilet. I co teraz?
- Opcje są dwie: pozytywna wersja - znaleźć bilet, zapłacić i wyjechać, mniej pozytywna to podejść do kasy automatycznej, wybrać opcję „zgubiony bilet” i zapłacić 50 zł.
- Ile/Ile, ku***?

Są jeszcze sytuacje związane z klientami kina, ale to już na inny wpis. Sytuacje bardziej śmieszne niż piekielne, ale jak ma się z nimi do czynienia po parę razy dziennie, to człowiek zaczyna się zastanawiać nad inteligencją narodu.

Parking Galeria Handlowa 3miasto

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (130)
zarchiwizowany
Historia youngsoojung http://piekielni.pl/64679 przypomniała mi moje przeżycia. Ja miałem trochę inaczej. We wrześniu 2007 dostałem jedyny w życiu mandat za cokolwiek (nie licząc upomnienia za przejście na czerwonym świetle i innego upomnienia za głupotę kumpla). Jakież było ,moje zdziwienie gdy we wrześniu 2014 dostałem list z kancelarii windykacyjnej z Katowic (mieszkam w 3 mieście) , że mam zapłacić prawie 300 zł bo nie zapłaciłem mandatu za jazdę na gapę. Jako ,że wtedy miałem 13 lat nieskończone jeszcze (parę dni brakło w chwili wystawienia mandatu) mama , która do dziś (26 rok leci) pracuje w komunikacji miejskiej niegdyś jako dyspozytor dzisiaj jako ktoś od wszystkiego, miała to załatwić. Dzień później wróciła do domu i ponoć to załatwiła. I tak w błogiej nieświadomości minęło nam 7 lat. Wniosek: Dobrze ,że szef zarządu transportu miejskiego to jej kumpel z dawnych lat pracy i jako dyrektor wysłał prośbę do tej kancelarii o anulowanie długu, jeśli ja wyślę im 18 zł (lepsze to niż 280). A co na to mama ? "Zbyli mnie za mój pysk" No zaje... super! Kobieta która jest dla mnie synonimem walki o swoje na zasadzie którą streściła kiedyś " ze mnie jest kawał cholery ale o swoje walczę" została zbyta i olała sprawę. Taka piekielność ze strony kochanej mamusi której mogę powiedzieć wiele, taka przyjaciółka jakby. No cóż zawiodła mnie trochę.

Piekielność ze strony zarządu transportu i znanej w niektórych miejscach kraju nad Wisłą Z.W. Renoma, przez 7 (słownie siedem) lat nie dostałem żadnego upomnienia, listu no nic. Ale po 7 latach kancelaria przysłała mi list więc zły adres (który mogłem podać dowolny bo nie miałem przy sobie dokumentów). Ktoś może mi wytłumaczyć czemu przez tyle czasu nikt się nie zgłosił w tej sprawie ? Tym bardziej, że za namową mamy powiedziałem, że pracuje w komunikacji, podałem nazwisko, numer służbowy, miejsce pracy, stanowisko a kanar który mnie spisał tego samego dnia rozmawiał z moją mamą o tej sprawie na dyspozytorni gdzie mama pracowała wówczas a kanary pili kawę. Mój kraj taki piekny.

komunikacja_miejska rodzina

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -42 (52)

1