Profil użytkownika
Kacek3city
| Zamieszcza historie od: | 21 listopada 2014 - 22:07 |
| Ostatnio: | 10 grudnia 2025 - 16:21 |
- Historii na głównej: 22 z 30
- Punktów za historie: 2490
- Komentarzy: 45
- Punktów za komentarze: 147
Moja poprzednia dzisiejsza historia z czasów kanarskich przypomniała mi jeszcze jedną sytuację z pasażerami z Ameryki Południowej.
Razem z dwiema koleżankami rozpoczęliśmy kontrolę w autobusie. Sprawdzam państwa, którzy po odcieniu skóry można wnioskować, że są z Ameryki Południowej właśnie. Pan pokazuje dwa bilety całodzienne, które są nieskasowane. Pan łamanym polsko-angielskim na moje pytanie czemu bilety są nieskasowane odpowiada, że nie wiedział i że skasuje je teraz (a trzeba dodać, że siedział przy kasowniku).
Odpowiedziałem mu, że teraz już nie ma co kasować biletów, ponieważ trwa kontrola i bilety są nieskasowane, a gdy Pan zorientował się, że ani ja ani jedna z koleżanek nie odpuścimy, nagle zapomniał i polskiego, i angielskiego i dalsza rozmowa odbywała się za pomocą translatora Google. Pan twierdził, że nie mają dokumentów, że nie wiedzieli jeszcze jak kasować bilety (przypominam siedział przy kasowniku, a na tej linii jest duży przemiał pasażerów, więc na pewno widzieli, jak ludzie kasują bilety dosłownie pod ich nosem). Jego partnerka okazała się trochę mądrzejsza, bo na nasze pytanie czy mają chociaż zdjęcia swoich paszportów powiedziała, że tak. W związku z czym warunkowo zaczęliśmy wypisywać im wezwania na podstawie zdjęć paszportów.
Gdy koleżance brakowało już tylko którejś z danych pani, czy to daty wydania dokumentu czy daty urodzenia, pasażer nagle wyrwał jej telefon i powiedział, że nie, on chce poczekać na granicznych. Na nasze stwierdzenie, że może to załatwić polubownie, bo jego partnerka już jest zdenerwowana ewidentnie na niego, bo na niego krzyczy i żeby nie dokładać jej stresu niech odda jej ten telefon, wypisujemy wezwania, i oni mogą iść sobie w swoją stronę. W końcu dał się przekonać i oddał swoje partnerce telefon. Ta pokazała z powrotem zdjęcie swojego paszportu i potem jego paszportu.
Wezwania wypisane, wytłumaczyliśmy co i jak. Odwołaliśmy Straż Graniczną i sprawa mogłaby się tutaj zakończyć.
Po dojechaniu do krańcówki państwo zapytali nas jak mają teraz dojechać tam, gdzie chcieli się znaleźć. Powiedzieliśmy im, że muszą wsiąść w tramwaj tej i tej linii i pojechać nim aż do samego końca i będą na miejscu. Z braku laku też musieliśmy wsiąść w ten tramwaj, ponieważ nie mieliśmy innej możliwości. W tramwaju pan cały czas łaził za moją koleżanką i wypytywał ją, znowu po polsku, czyli umiał „to gdzie ta policja?” Gdy my wysiedliśmy na jednym z przystanków, oni wysiedli za nami. Powiedziałem im, że to jest tramwaj, którym mogą sobie jechać tam, gdzie chcieli, ale nie zdążyli już do niego wrócić.
Stojąc na przystanku, druga koleżanka zagaiła o coś siedzących tam pasażerów, a wspomniany Kolumbijczyk podszedł do nas i pyta co z tą Policją? Odpowiadamy mu więc przez translator Google, że już mówiliśmy, że Straż Graniczna jest odwołana, dostali wezwania i mogą je zapłacić później, więc nie wiemy po co oni z nami wysiadali z tramwaju, o którym mówiliśmy, że mogą nim dojechać do swojego celu. Pan zaczął w nerwach coś krzyczeć. Nie znam hiszpańskiego, ale wiem co znaczy w tym języku słowo perro (pies) więc analogicznie słowo perra będzie oznaczało suka. W tym momencie zarówno obie koleżanki jak i ja powiedzieliśmy panu już w paru dosadnych słowach, żeby uważał na słowa, bo koleżanki nie pozwolą sobie, żeby tak je nazywał, a ja tym bardziej stanę w ich obronie. Nagle pan stchórzył i razem ze swoją partnerką odeszli w siną dal.
Ja wiem, że to jest zawód, którego pasażerowie nie lubią, ale bez przesady. Nie masz biletu albo nie skasowałeś? Trudno, weź to na klatę, bo kombinowanie, zwłaszcza w głupi sposób i wyzywanie kontrolerów do niczego nie doprowadzi.
Razem z dwiema koleżankami rozpoczęliśmy kontrolę w autobusie. Sprawdzam państwa, którzy po odcieniu skóry można wnioskować, że są z Ameryki Południowej właśnie. Pan pokazuje dwa bilety całodzienne, które są nieskasowane. Pan łamanym polsko-angielskim na moje pytanie czemu bilety są nieskasowane odpowiada, że nie wiedział i że skasuje je teraz (a trzeba dodać, że siedział przy kasowniku).
Odpowiedziałem mu, że teraz już nie ma co kasować biletów, ponieważ trwa kontrola i bilety są nieskasowane, a gdy Pan zorientował się, że ani ja ani jedna z koleżanek nie odpuścimy, nagle zapomniał i polskiego, i angielskiego i dalsza rozmowa odbywała się za pomocą translatora Google. Pan twierdził, że nie mają dokumentów, że nie wiedzieli jeszcze jak kasować bilety (przypominam siedział przy kasowniku, a na tej linii jest duży przemiał pasażerów, więc na pewno widzieli, jak ludzie kasują bilety dosłownie pod ich nosem). Jego partnerka okazała się trochę mądrzejsza, bo na nasze pytanie czy mają chociaż zdjęcia swoich paszportów powiedziała, że tak. W związku z czym warunkowo zaczęliśmy wypisywać im wezwania na podstawie zdjęć paszportów.
Gdy koleżance brakowało już tylko którejś z danych pani, czy to daty wydania dokumentu czy daty urodzenia, pasażer nagle wyrwał jej telefon i powiedział, że nie, on chce poczekać na granicznych. Na nasze stwierdzenie, że może to załatwić polubownie, bo jego partnerka już jest zdenerwowana ewidentnie na niego, bo na niego krzyczy i żeby nie dokładać jej stresu niech odda jej ten telefon, wypisujemy wezwania, i oni mogą iść sobie w swoją stronę. W końcu dał się przekonać i oddał swoje partnerce telefon. Ta pokazała z powrotem zdjęcie swojego paszportu i potem jego paszportu.
Wezwania wypisane, wytłumaczyliśmy co i jak. Odwołaliśmy Straż Graniczną i sprawa mogłaby się tutaj zakończyć.
Po dojechaniu do krańcówki państwo zapytali nas jak mają teraz dojechać tam, gdzie chcieli się znaleźć. Powiedzieliśmy im, że muszą wsiąść w tramwaj tej i tej linii i pojechać nim aż do samego końca i będą na miejscu. Z braku laku też musieliśmy wsiąść w ten tramwaj, ponieważ nie mieliśmy innej możliwości. W tramwaju pan cały czas łaził za moją koleżanką i wypytywał ją, znowu po polsku, czyli umiał „to gdzie ta policja?” Gdy my wysiedliśmy na jednym z przystanków, oni wysiedli za nami. Powiedziałem im, że to jest tramwaj, którym mogą sobie jechać tam, gdzie chcieli, ale nie zdążyli już do niego wrócić.
Stojąc na przystanku, druga koleżanka zagaiła o coś siedzących tam pasażerów, a wspomniany Kolumbijczyk podszedł do nas i pyta co z tą Policją? Odpowiadamy mu więc przez translator Google, że już mówiliśmy, że Straż Graniczna jest odwołana, dostali wezwania i mogą je zapłacić później, więc nie wiemy po co oni z nami wysiadali z tramwaju, o którym mówiliśmy, że mogą nim dojechać do swojego celu. Pan zaczął w nerwach coś krzyczeć. Nie znam hiszpańskiego, ale wiem co znaczy w tym języku słowo perro (pies) więc analogicznie słowo perra będzie oznaczało suka. W tym momencie zarówno obie koleżanki jak i ja powiedzieliśmy panu już w paru dosadnych słowach, żeby uważał na słowa, bo koleżanki nie pozwolą sobie, żeby tak je nazywał, a ja tym bardziej stanę w ich obronie. Nagle pan stchórzył i razem ze swoją partnerką odeszli w siną dal.
Ja wiem, że to jest zawód, którego pasażerowie nie lubią, ale bez przesady. Nie masz biletu albo nie skasowałeś? Trudno, weź to na klatę, bo kombinowanie, zwłaszcza w głupi sposób i wyzywanie kontrolerów do niczego nie doprowadzi.
komunikacja_miejska pasażerowie
Ocena:
89
(97)
Ja chyba przestanę latać albo będę zawsze wracał pociągiem, bo znowu mam na co narzekać przy locie powrotnym.
Poleciałem na weekend do Pragi. Podróż w pierwsza stronę bez niespodzianek, ale powrót z pewnymi problemami. Byliśmy na lotnisku około 2h wcześniej, gdy upewniałem się w aplikacji do którego terminala mamy iść i czy jest już wyznaczona bramka zobaczyłem informację o opóźnieniu samolotu o pół godziny. OK, zdarza się, jest taka ni zima, ni jesień więc może odladzali samolot, może była mgła. Mimo tego, że w aplikacji była już informacja o opóźnieniu, na lotnisku na tablicach nie było o tym żadnej informacji do samego końca, cały czas, że lot będzie o czasie.
Po boardingu, gdy wszyscy już siedzieli i stali w oczekiwaniu na samolot, który nadal nie przyleciał na tablicy nad gate’em pojawiła się informacja o tym półgodzinnym opóźnieniu, w tym czasie w aplikacji linii była już informacja o kolejnym opóźnieniu. Siedzieliśmy tam około 40 minut podczas gdy pracownicy lotniska (bo nie wierzę, że nie mają komunikacji, że lot będzie opóźniony skoro w aplikacji linii jest taka informacja to tym bardziej lotnisko musi wiedzieć o opóźnieniu żeby odpowiednio poprzesuwać inne loty i zrobić miejsce w kolejce dla nas) wiedząc, że samolot będzie opóźniony mogli rozpocząć boarding później, bo od tego momentu już nie ma, jak wyjść do toalety czy po coś do picia podczas takiego długiego czekania.
Za mną w kolejce była jakaś kobieta. Pracownik gate’u ją odprawił, a jak kobieta usiadła, inna pracownica gate’u podeszła do niej i zaczęła na nią podnosić głos, krzycząc coś po czesku i nachylając się do niej jakby chciała ją zastraszyć. Podziałało, bo kobieta w pewnym momencie zaczęła płakać. Pracownica cały czas darła się na nią jak na psa a ta próbowała jej powiedzieć, że nie rozumie, bo nie zna czeskiego. W końcu pracownica pokazała jej rękami prostokąt i kobieta domyśliła się, że chodzi chyba o paszport albo kartę pokładową więc jej je podała. Ta jej dosłownie wyrwała te rzeczy z ręki, coś tam popatrzała i oddała dalej coś mówiąc po czesku. Mam nadzieję, że ta pracownica to odosobniony przypadek, bo takie zachowanie wobec pasażerki było co najmniej bardzo słabe. Kobieta normalnie się odprawiła, spokojnie usiadła, miała tylko małą torebkę, więc mieściła się w limitach bagażu, pracownik gate’u który ją obsługiwał nie miał z nią żadnego problemu więc nie wiem o co się pracownica czepiała, o rosyjski paszport czy po prostu miała zły dzień?
Gdy w końcu z głośników podali informację, że zapraszają do wyjścia i „do samolotu wsiądziecie Państwo przez rękaw” wszyscy się ucieszyli. Rękawem okazały się trzy autobusy: jeden opisany lotem do Neapolu i dwa nieopisane. Po kilku minutach kierowcy chyba się zorientowali, że ta chmara stojących ludzi się zastanawia o co chodzi i podejmuje próby zwrócenia uwagi kierowców, żeby ich zapytać o coś i jest to związane z tym co mają wyświetlone na tablicach kierunkowych. Kierowca pierwszego autobusu zmienił „kierunek” na odpowiedni i to samo uczynili jego dwaj pozostali koledzy.
Jeśli tak to wygląda na co dzień na tym lotnisku to współczuję szczerze tym którzy stamtąd latają. Na szczęście problemy na lotnisku nie zburzyły mi wrażeń z wyjazdu.
Poleciałem na weekend do Pragi. Podróż w pierwsza stronę bez niespodzianek, ale powrót z pewnymi problemami. Byliśmy na lotnisku około 2h wcześniej, gdy upewniałem się w aplikacji do którego terminala mamy iść i czy jest już wyznaczona bramka zobaczyłem informację o opóźnieniu samolotu o pół godziny. OK, zdarza się, jest taka ni zima, ni jesień więc może odladzali samolot, może była mgła. Mimo tego, że w aplikacji była już informacja o opóźnieniu, na lotnisku na tablicach nie było o tym żadnej informacji do samego końca, cały czas, że lot będzie o czasie.
Po boardingu, gdy wszyscy już siedzieli i stali w oczekiwaniu na samolot, który nadal nie przyleciał na tablicy nad gate’em pojawiła się informacja o tym półgodzinnym opóźnieniu, w tym czasie w aplikacji linii była już informacja o kolejnym opóźnieniu. Siedzieliśmy tam około 40 minut podczas gdy pracownicy lotniska (bo nie wierzę, że nie mają komunikacji, że lot będzie opóźniony skoro w aplikacji linii jest taka informacja to tym bardziej lotnisko musi wiedzieć o opóźnieniu żeby odpowiednio poprzesuwać inne loty i zrobić miejsce w kolejce dla nas) wiedząc, że samolot będzie opóźniony mogli rozpocząć boarding później, bo od tego momentu już nie ma, jak wyjść do toalety czy po coś do picia podczas takiego długiego czekania.
Za mną w kolejce była jakaś kobieta. Pracownik gate’u ją odprawił, a jak kobieta usiadła, inna pracownica gate’u podeszła do niej i zaczęła na nią podnosić głos, krzycząc coś po czesku i nachylając się do niej jakby chciała ją zastraszyć. Podziałało, bo kobieta w pewnym momencie zaczęła płakać. Pracownica cały czas darła się na nią jak na psa a ta próbowała jej powiedzieć, że nie rozumie, bo nie zna czeskiego. W końcu pracownica pokazała jej rękami prostokąt i kobieta domyśliła się, że chodzi chyba o paszport albo kartę pokładową więc jej je podała. Ta jej dosłownie wyrwała te rzeczy z ręki, coś tam popatrzała i oddała dalej coś mówiąc po czesku. Mam nadzieję, że ta pracownica to odosobniony przypadek, bo takie zachowanie wobec pasażerki było co najmniej bardzo słabe. Kobieta normalnie się odprawiła, spokojnie usiadła, miała tylko małą torebkę, więc mieściła się w limitach bagażu, pracownik gate’u który ją obsługiwał nie miał z nią żadnego problemu więc nie wiem o co się pracownica czepiała, o rosyjski paszport czy po prostu miała zły dzień?
Gdy w końcu z głośników podali informację, że zapraszają do wyjścia i „do samolotu wsiądziecie Państwo przez rękaw” wszyscy się ucieszyli. Rękawem okazały się trzy autobusy: jeden opisany lotem do Neapolu i dwa nieopisane. Po kilku minutach kierowcy chyba się zorientowali, że ta chmara stojących ludzi się zastanawia o co chodzi i podejmuje próby zwrócenia uwagi kierowców, żeby ich zapytać o coś i jest to związane z tym co mają wyświetlone na tablicach kierunkowych. Kierowca pierwszego autobusu zmienił „kierunek” na odpowiedni i to samo uczynili jego dwaj pozostali koledzy.
Jeśli tak to wygląda na co dzień na tym lotnisku to współczuję szczerze tym którzy stamtąd latają. Na szczęście problemy na lotnisku nie zburzyły mi wrażeń z wyjazdu.
zagranica lotnisko
Ocena:
108
(120)
Moja historia #92332 trafiła właśnie na główną a wczoraj stwierdziłem, że do wspomnianej w niej apteki już raczej nie zawitam. Pszypadeg? Nie sondzem. A oto, dlaczego takową decyzję podjąłem:
W roli przypomnienia: ostatnią z kilku przewin pań z apteki było to, że nie mogą mi wydać opatrunków, ponieważ nie mają karty produktu w systemie a te robi Warszawa a, że jest sobota to najwcześniej w poniedziałek ktoś może to zrobić.
Udałem się wczoraj do tej apteki z recepta. Na recepcie 2 rzeczy i farmaceutka mówi, że jednej z tych rzeczy nie może nawet zamówić, bo nie ma karty produktu. Na moje stwierdzenie, że jakoś ostatnio się dało padła standardowa odpowiedz pań z tej apteki w takiej sytuacji, czyli „na pewno tak nie było, co pan opowiada”. Zapytałem więc o drugą rzecz z recepty, odpowiedź brzmiała, że nie ma sensu tego zamawiać, bo wtedy nigdzie nie będę mógł zamówić ani wykupić tej pierwszej jak ona tu otworzy receptę. Nie miałem siły i chęci na dalszą dyskusję z kimś kto kłamie mi prosto w twarz, bo można wykupić jedną rzecz z recepty u nich a drugą gdzie indziej bez żadnego problemu, jedynie nie mógłbym wykupić części opakowań w jednej aptece a części w drugiej. Poszedłem więc do innej apteki na sąsiedniej ulicy, gdzie bez problemu zamówiłem oba specyfiki.
Jak widać da się obsługiwać pacjentów bez kłamania i wykręcania się. Ja jestem młody to mogę sobie pozwolić na chodzenie dalej do innej apteki, ale na moim osiedlu mieszka sporo starszych ludzi, dla których zrobi to dużą różnicę czy pójdą do najbliższej apteki czy do tej kilkaset metrów dalej co wymaga dłuższego spaceru albo jazdy tramwajem.
W roli przypomnienia: ostatnią z kilku przewin pań z apteki było to, że nie mogą mi wydać opatrunków, ponieważ nie mają karty produktu w systemie a te robi Warszawa a, że jest sobota to najwcześniej w poniedziałek ktoś może to zrobić.
Udałem się wczoraj do tej apteki z recepta. Na recepcie 2 rzeczy i farmaceutka mówi, że jednej z tych rzeczy nie może nawet zamówić, bo nie ma karty produktu. Na moje stwierdzenie, że jakoś ostatnio się dało padła standardowa odpowiedz pań z tej apteki w takiej sytuacji, czyli „na pewno tak nie było, co pan opowiada”. Zapytałem więc o drugą rzecz z recepty, odpowiedź brzmiała, że nie ma sensu tego zamawiać, bo wtedy nigdzie nie będę mógł zamówić ani wykupić tej pierwszej jak ona tu otworzy receptę. Nie miałem siły i chęci na dalszą dyskusję z kimś kto kłamie mi prosto w twarz, bo można wykupić jedną rzecz z recepty u nich a drugą gdzie indziej bez żadnego problemu, jedynie nie mógłbym wykupić części opakowań w jednej aptece a części w drugiej. Poszedłem więc do innej apteki na sąsiedniej ulicy, gdzie bez problemu zamówiłem oba specyfiki.
Jak widać da się obsługiwać pacjentów bez kłamania i wykręcania się. Ja jestem młody to mogę sobie pozwolić na chodzenie dalej do innej apteki, ale na moim osiedlu mieszka sporo starszych ludzi, dla których zrobi to dużą różnicę czy pójdą do najbliższej apteki czy do tej kilkaset metrów dalej co wymaga dłuższego spaceru albo jazdy tramwajem.
apteka
Ocena:
100
(104)
Kilkuaktowa historia o piekielności apteki sieciowej.
Drobne wprowadzenie z poprzedniej historii:
Moja mama ze względu na chorobę musiała brać silne przeciwbóle w tabletkach oraz w plastrach i z tego powodu chodziła do poradni leczenia bólu. Lekarz tam przyjmujący pisze ręcznie recepty, a jego charakter pisma jest tragiczny a nawet gorzej, przez co farmaceuci z kilkudziesięcioletnim stażem mieli problem z jego rozczytaniem i potrafił też źle wypisać receptę. Przy tego typu lekach apteka wpisuje to w specjalny zeszyt a recepta musi się zgadzać dokładnie i nie może być sytuacji, że farmaceuta wie jakie są dawki leku i opakowania więc się domyśla, że chodzi np. o dawkę 400 mikrogramów, 2 razy dziennie, 2 opakowania po 56 sztuk, czyli dawka 800 dziennie razem do wydania 44800.
AKT I:
Farmaceutki w aptece blisko naszego domu wyrozumiałe, więc widząc jak mamie się chce ryczeć, bo wie, że leków nie dostanie a chodzi o naprawdę silne, zaproponowały, że zamówią lek, bo i tak nie ma go na stanie a my jutro doniesiemy poprawioną receptę, bo do zamówienia recepta nie jest potrzebna więc nawet nam na rękę. Przez kilka miesięcy robiliśmy tak, że jeśli recepta była źle wypisana to zamawiały panie leki, a my ogarnialiśmy poprawioną receptę na następny dzień. My zadowoleni, bo była pewność, że lek będzie, a farmaceutki mają dobrą opinię, bo było nie było, pomagają w ten sposób. Podobnie było w aptece tej sieci w galerii, w której wówczas pracowałem, obsługa mnie znała i wiedzieli o jakie leki i w jakich ilościach chodzi więc często widząc mnie w kolejce tylko pokazali 4 palce, ja kiwnąłem głową, że tak a farmaceuta kciuk w górę, że ok a następnego dnia odbierałem medykamenty.
Gdyby tak było ciągle to nie pisałbym tej historii tutaj. W tej pierwszej aptece paniom się nagle odwidziało i w żywe oczy kłamały, że nie, tak nie wolno, nigdy tak nie robiły, one muszą mieć receptę etc. Tam, gdzie pracowałem (przypominam, ta sama sieć) problemu nie robili i byli zdziwieni, że ich koleżanki zmieniają zdanie. W związku z tym leki zamawialiśmy tam, gdzie pracowałem, bez żadnego problemu.
AKT II:
W piątek po oddaniu osocza poszedłem do swojej lekarz rodzinnej z prośbą o wypisanie recepty na żelazo ze zniżką dla krwiodawcy. Pani Doktor tabletki wypisała, uprawnienie na receptę naniosła a ja udałem się do apteki je zakupić uzbrojony w legitymację ZHDK i zamówić mamy opatrunki. Panie farmaceutki debatowały kilka minut nad moją receptą, a na moje pytanie czy coś nie tak z receptą nie odpowiedziały (przychodnia kilkaset metrów dalej co widać na recepcie po adresie przychodni, po drodze do domu więc jeśli coś nie tak to idę i proszę o poprawienie recepty). W końcu wydały mi tabletki z paragonem na 0.00 zł a mamy opatrunki do odbioru jutro, bo na zamówienie, co mnie nie dziwi, wiadomo, że nie mają wszystkich rodzajów wszystkich produktów. Dzień później, czyli sobota, idę po zamówione opatrunki.
Farmaceutka z wczoraj mnie zaprasza do swojej kasy i tako rzecze:
[F]: Jest problem z pana receptą, bo lekarka napisała na 100% a nie na bezpłatne dla ZHDK. Teraz trzeba poprawić, bo mamy tylko kilka dni na naprawienie tego.
[J]: To najwcześniej w poniedziałek, bo dzisiaj lekarki nie ma
[F]: Dobrze, ale to trzeba załatwić
[J]: No ok. A mamy opatrunki?
[F]: Nie mogę ich wprowadzić do systemu, bo nie mam karty produktu założonej a tym się zajmują w Warszawie a nikt tam już nie pracuje dzisiaj.
[J]: To co mam teraz zrobić?
[F]: A potrzebne to panu tak pilnie?
[J]: No, dobrze byłoby je mieć a też nie chcę chodzić 10 razy po to.
[F]: No to mogę panu dać jeden, pan zostawi pieniądze i nabiję całość w poniedziałek jak pan z tą receptą na żelazo przyjdzie
[J]: (lekko już podirytowany, bo to nie jest pierwsza taka sytuacja z nimi, a te opatrunki regularnie u nich zamawiam) Czyli mam w poniedziałek znowu przyjść to może już będzie w systemie?
[F]: No tak a ja panu dzisiaj jeden dam tak nieoficjalnie a nabiję, jak załatwi pan z tym żelazem
No cóż, dała ten jeden więc jedno na plus. W drodze do domu poszedłem do przychodni, wyłuszczyłem sprawę i w poniedziałek ma dzwonić Doktor.
AKT III:
Lekarka nie zadzwoniła, ale dostałem kod recepty na żelazo. Dzwonię więc do apteki. Raz nikt nie odbiera i włącza się w końcu „abonent nie może odebrać”. Dzwonię drugi raz, w końcu ktoś odebrał. Mówię o co chodzi, ale pani nic nie wie, nie rozumie, zawoła kierowniczkę. Kierowniczka też nic nie wie, nie rozumie. Mówię, że oddzwonię za chwilę, bo jestem w pracy i mam klientkę. Dzwonię po niecałych 5 minutach, 3 razy nikt nie odbiera więc stwierdzam, że to nie ja potrzebuję tej recepty więc mam to gdzieś. We wtorek idę po mamy opatrunki. Czekam 5 minut aż w końcu któraś z pań zobaczy kolejkę do kas. Podchodzi farmaceutka ta co wyżej. Opatrunki nabiła a recepta wg niej dalej źle, pokazuje mi, że odpłatność 100% i uprawnienie ZK a powinno być odpłatność B. Już mocniej poirytowany, ale nic nie mówię o tym pytam co teraz i otrzymuję odpowiedź „musi lekarka poprawić”. Dobra dusza jestem i po drodze mam tę przychodnię więc wchodzę i mówię w recepcji co i jak. „Pani Doktor jest w gabinecie”. Streszczając całą nadprogramową wizytę: w systemie recept nie da się tego żelaza inaczej wypisać niż na 100% i dopisać uprawnienie ZK, bo ten środek nie jest refundowany a to, że jest darmowy wynika z Ustawy tak jak leki dla seniorów, odpłatność 100% i uprawnienie S więc lek darmowy. Pokazała mi nawet w systemie jak to wygląda na przykładzie tego żelaza i innego leku. Stwierdza, że się tam po pracy przejdzie, skoro panie nie wiedzą co mają zrobić a po co mają mnie męczyć i ścigać o to. Mówię jej, że to nie powinien być mój problem a tym bardziej jej, bo w końcu przeszło na 0.00 zł, skoro paragon taki wydrukowało, ale Pani Doktor chyba tam poszła faktycznie albo apteka to olała lub było za późno, bo nie dzwonili do mnie więcej.
Mnie tylko w tej sytuacji z żelazem zastanawia jedno: gdyby nie mamy opatrunki ja do teraz nie miałbym potrzeby iść do apteki więc by nie miały opcji mi o tym problemie powiedzieć a na recepcie nie ma nr telefonu pacjenta. Co by apteka zrobiła gdybym się po to nie zjawił? A z opatrunkami zastanawia mnie jakim cudem nie mają karty produktu skoro zamawiają ten produkt i wydają go regularnie od kilku miesięcy?
Drobne wprowadzenie z poprzedniej historii:
Moja mama ze względu na chorobę musiała brać silne przeciwbóle w tabletkach oraz w plastrach i z tego powodu chodziła do poradni leczenia bólu. Lekarz tam przyjmujący pisze ręcznie recepty, a jego charakter pisma jest tragiczny a nawet gorzej, przez co farmaceuci z kilkudziesięcioletnim stażem mieli problem z jego rozczytaniem i potrafił też źle wypisać receptę. Przy tego typu lekach apteka wpisuje to w specjalny zeszyt a recepta musi się zgadzać dokładnie i nie może być sytuacji, że farmaceuta wie jakie są dawki leku i opakowania więc się domyśla, że chodzi np. o dawkę 400 mikrogramów, 2 razy dziennie, 2 opakowania po 56 sztuk, czyli dawka 800 dziennie razem do wydania 44800.
AKT I:
Farmaceutki w aptece blisko naszego domu wyrozumiałe, więc widząc jak mamie się chce ryczeć, bo wie, że leków nie dostanie a chodzi o naprawdę silne, zaproponowały, że zamówią lek, bo i tak nie ma go na stanie a my jutro doniesiemy poprawioną receptę, bo do zamówienia recepta nie jest potrzebna więc nawet nam na rękę. Przez kilka miesięcy robiliśmy tak, że jeśli recepta była źle wypisana to zamawiały panie leki, a my ogarnialiśmy poprawioną receptę na następny dzień. My zadowoleni, bo była pewność, że lek będzie, a farmaceutki mają dobrą opinię, bo było nie było, pomagają w ten sposób. Podobnie było w aptece tej sieci w galerii, w której wówczas pracowałem, obsługa mnie znała i wiedzieli o jakie leki i w jakich ilościach chodzi więc często widząc mnie w kolejce tylko pokazali 4 palce, ja kiwnąłem głową, że tak a farmaceuta kciuk w górę, że ok a następnego dnia odbierałem medykamenty.
Gdyby tak było ciągle to nie pisałbym tej historii tutaj. W tej pierwszej aptece paniom się nagle odwidziało i w żywe oczy kłamały, że nie, tak nie wolno, nigdy tak nie robiły, one muszą mieć receptę etc. Tam, gdzie pracowałem (przypominam, ta sama sieć) problemu nie robili i byli zdziwieni, że ich koleżanki zmieniają zdanie. W związku z tym leki zamawialiśmy tam, gdzie pracowałem, bez żadnego problemu.
AKT II:
W piątek po oddaniu osocza poszedłem do swojej lekarz rodzinnej z prośbą o wypisanie recepty na żelazo ze zniżką dla krwiodawcy. Pani Doktor tabletki wypisała, uprawnienie na receptę naniosła a ja udałem się do apteki je zakupić uzbrojony w legitymację ZHDK i zamówić mamy opatrunki. Panie farmaceutki debatowały kilka minut nad moją receptą, a na moje pytanie czy coś nie tak z receptą nie odpowiedziały (przychodnia kilkaset metrów dalej co widać na recepcie po adresie przychodni, po drodze do domu więc jeśli coś nie tak to idę i proszę o poprawienie recepty). W końcu wydały mi tabletki z paragonem na 0.00 zł a mamy opatrunki do odbioru jutro, bo na zamówienie, co mnie nie dziwi, wiadomo, że nie mają wszystkich rodzajów wszystkich produktów. Dzień później, czyli sobota, idę po zamówione opatrunki.
Farmaceutka z wczoraj mnie zaprasza do swojej kasy i tako rzecze:
[F]: Jest problem z pana receptą, bo lekarka napisała na 100% a nie na bezpłatne dla ZHDK. Teraz trzeba poprawić, bo mamy tylko kilka dni na naprawienie tego.
[J]: To najwcześniej w poniedziałek, bo dzisiaj lekarki nie ma
[F]: Dobrze, ale to trzeba załatwić
[J]: No ok. A mamy opatrunki?
[F]: Nie mogę ich wprowadzić do systemu, bo nie mam karty produktu założonej a tym się zajmują w Warszawie a nikt tam już nie pracuje dzisiaj.
[J]: To co mam teraz zrobić?
[F]: A potrzebne to panu tak pilnie?
[J]: No, dobrze byłoby je mieć a też nie chcę chodzić 10 razy po to.
[F]: No to mogę panu dać jeden, pan zostawi pieniądze i nabiję całość w poniedziałek jak pan z tą receptą na żelazo przyjdzie
[J]: (lekko już podirytowany, bo to nie jest pierwsza taka sytuacja z nimi, a te opatrunki regularnie u nich zamawiam) Czyli mam w poniedziałek znowu przyjść to może już będzie w systemie?
[F]: No tak a ja panu dzisiaj jeden dam tak nieoficjalnie a nabiję, jak załatwi pan z tym żelazem
No cóż, dała ten jeden więc jedno na plus. W drodze do domu poszedłem do przychodni, wyłuszczyłem sprawę i w poniedziałek ma dzwonić Doktor.
AKT III:
Lekarka nie zadzwoniła, ale dostałem kod recepty na żelazo. Dzwonię więc do apteki. Raz nikt nie odbiera i włącza się w końcu „abonent nie może odebrać”. Dzwonię drugi raz, w końcu ktoś odebrał. Mówię o co chodzi, ale pani nic nie wie, nie rozumie, zawoła kierowniczkę. Kierowniczka też nic nie wie, nie rozumie. Mówię, że oddzwonię za chwilę, bo jestem w pracy i mam klientkę. Dzwonię po niecałych 5 minutach, 3 razy nikt nie odbiera więc stwierdzam, że to nie ja potrzebuję tej recepty więc mam to gdzieś. We wtorek idę po mamy opatrunki. Czekam 5 minut aż w końcu któraś z pań zobaczy kolejkę do kas. Podchodzi farmaceutka ta co wyżej. Opatrunki nabiła a recepta wg niej dalej źle, pokazuje mi, że odpłatność 100% i uprawnienie ZK a powinno być odpłatność B. Już mocniej poirytowany, ale nic nie mówię o tym pytam co teraz i otrzymuję odpowiedź „musi lekarka poprawić”. Dobra dusza jestem i po drodze mam tę przychodnię więc wchodzę i mówię w recepcji co i jak. „Pani Doktor jest w gabinecie”. Streszczając całą nadprogramową wizytę: w systemie recept nie da się tego żelaza inaczej wypisać niż na 100% i dopisać uprawnienie ZK, bo ten środek nie jest refundowany a to, że jest darmowy wynika z Ustawy tak jak leki dla seniorów, odpłatność 100% i uprawnienie S więc lek darmowy. Pokazała mi nawet w systemie jak to wygląda na przykładzie tego żelaza i innego leku. Stwierdza, że się tam po pracy przejdzie, skoro panie nie wiedzą co mają zrobić a po co mają mnie męczyć i ścigać o to. Mówię jej, że to nie powinien być mój problem a tym bardziej jej, bo w końcu przeszło na 0.00 zł, skoro paragon taki wydrukowało, ale Pani Doktor chyba tam poszła faktycznie albo apteka to olała lub było za późno, bo nie dzwonili do mnie więcej.
Mnie tylko w tej sytuacji z żelazem zastanawia jedno: gdyby nie mamy opatrunki ja do teraz nie miałbym potrzeby iść do apteki więc by nie miały opcji mi o tym problemie powiedzieć a na recepcie nie ma nr telefonu pacjenta. Co by apteka zrobiła gdybym się po to nie zjawił? A z opatrunkami zastanawia mnie jakim cudem nie mają karty produktu skoro zamawiają ten produkt i wydają go regularnie od kilku miesięcy?
apteka
Ocena:
125
(143)
poczekalnia
Skomentuj
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Przypomniała mi się historia z czasów, gdy byłem kanarem.
Jechaliśmy tramwajem, zaczynamy kontrolę i jeden z pasażerów nagle rzuca się do skasowania biletów, czyli klasyka: liczył, że uda mu się przejechać bez kasowania, ale jednak trafił na kontrolę. Pasażer tak jak i jego partnerka okazali się mówić po angielsku i hiszpańsku a nie po polsku, a gdy zorientowali się, że nie odpuścimy to nagle angielskiego zapomnieli, czyli też klasyka. Zaczęli więc pisać do nas na translatorze Google. Pierwsze co to zapytali, ile wynosi kara, więc odpowiedzieliśmy i pojawiła się z pani strony propozycja korupcji, że zapłaci 100 zł za ich dwójkę i zapominamy o sprawie. Powiedziałem jej, że udam, że nie widziałem tej propozycji i powtórzyłem, że mogą opłacić kary kartą, gotówką lub prosimy o dokumenty i wtedy wypisujemy wezwania do zapłaty i mogą zapłacić sobie później. Państwo twierdzili, że nie mają dokumentów i że są tutaj na wakacje (Serio? Przyjeżdżasz na wakacje z Ameryki Południowej bez dokumentów?) Pani powtórzyła propozycję 100 zł za ich dwójkę tym razem do mojego kolegi co obaj skwitowaliśmy ostrzeżeniem, że jeszcze jedna taka propozycja a skończy się to na wezwaniu Straży Granicznej tym bardziej jeżeli twierdzą, że nie mają dokumentów a SG dołoży jeszcze swoje zarówno za brak dokumentów jak i za propozycję przekupstwa (nie omieszkaliśmy informacji o tym umieścić w opisie kontroli).
W końcu po bardzo długiej jeździe z państwem udało im się znaleźć dokumenty i zapłacić część kary gotówką i część kartą pisząc nam na translatorze, że ograbiliśmy ich ze wszystkich pieniędzy, bo przyjechali tu na miesiąc miodowy i teraz nie mają za co żyć ani za co wrócić. Tu już próbowałem naprawdę się nie zaśmiać: twierdzą, że przyjechali na wakacje, ale nie mają dokumentów a w końcu pokazują POLSKIE KARTY STAŁEGO POBYTU i że są tutaj na miesiąc miodowy i nie mają zaplanowanych przelotów w drugą stronę, skoro nie mają rzekomo za co wrócić a przelecieli pół świata sądząc po tym co było wpisane w dokumentach?
W tej pracy widziałem sporo, ale tak durnych i pomieszanych tłumaczeń to nie słyszałem chyba ani razu...
Jechaliśmy tramwajem, zaczynamy kontrolę i jeden z pasażerów nagle rzuca się do skasowania biletów, czyli klasyka: liczył, że uda mu się przejechać bez kasowania, ale jednak trafił na kontrolę. Pasażer tak jak i jego partnerka okazali się mówić po angielsku i hiszpańsku a nie po polsku, a gdy zorientowali się, że nie odpuścimy to nagle angielskiego zapomnieli, czyli też klasyka. Zaczęli więc pisać do nas na translatorze Google. Pierwsze co to zapytali, ile wynosi kara, więc odpowiedzieliśmy i pojawiła się z pani strony propozycja korupcji, że zapłaci 100 zł za ich dwójkę i zapominamy o sprawie. Powiedziałem jej, że udam, że nie widziałem tej propozycji i powtórzyłem, że mogą opłacić kary kartą, gotówką lub prosimy o dokumenty i wtedy wypisujemy wezwania do zapłaty i mogą zapłacić sobie później. Państwo twierdzili, że nie mają dokumentów i że są tutaj na wakacje (Serio? Przyjeżdżasz na wakacje z Ameryki Południowej bez dokumentów?) Pani powtórzyła propozycję 100 zł za ich dwójkę tym razem do mojego kolegi co obaj skwitowaliśmy ostrzeżeniem, że jeszcze jedna taka propozycja a skończy się to na wezwaniu Straży Granicznej tym bardziej jeżeli twierdzą, że nie mają dokumentów a SG dołoży jeszcze swoje zarówno za brak dokumentów jak i za propozycję przekupstwa (nie omieszkaliśmy informacji o tym umieścić w opisie kontroli).
W końcu po bardzo długiej jeździe z państwem udało im się znaleźć dokumenty i zapłacić część kary gotówką i część kartą pisząc nam na translatorze, że ograbiliśmy ich ze wszystkich pieniędzy, bo przyjechali tu na miesiąc miodowy i teraz nie mają za co żyć ani za co wrócić. Tu już próbowałem naprawdę się nie zaśmiać: twierdzą, że przyjechali na wakacje, ale nie mają dokumentów a w końcu pokazują POLSKIE KARTY STAŁEGO POBYTU i że są tutaj na miesiąc miodowy i nie mają zaplanowanych przelotów w drugą stronę, skoro nie mają rzekomo za co wrócić a przelecieli pół świata sądząc po tym co było wpisane w dokumentach?
W tej pracy widziałem sporo, ale tak durnych i pomieszanych tłumaczeń to nie słyszałem chyba ani razu...
komunikacja_miejska pasażerowie
Ocena:
28
(44)
Historia Sadystki (biorąc pod uwagę jej zawód, nick nieprzypadkowy :D ) https://piekielni.pl/66895 przypomniała mi moje perypetie z bolącym zębem.
W 2014 zaczął mnie mocno boleć ząb. Pojechałem na tzw. Pogotowie dentystyczne i dostałem wyrok: ząb do kanałowego leczenia, kanały są 3 więc 3 wizyty, każda płatna osobno a łączny koszt około 1100 zł (dokładnej kwoty nie pamiętam, ale nieco ponad 1000). Ząb leczyłem w tej przychodni, zaleceń się słuchałem, ząb nie bolał, bo martwy po zatruciu.
Mija 7 lat, ten sam ząb zaczyna niemiłosiernie boleć. Jadę na tzw. Pogotowie dentystyczne, tym razem inna przychodnia ma dyżur. Niewiele mogą zrobić w ramach pogotowia, może mi Pani dać znieczulenie, które zejdzie za 6-8 godzin albo polecić jakie silne przeciwbóle wziąć. Dzień później poszedłem do przychodni, która robiła kanałowe. Zrobili RTG, między sobą poszeptali, że jeden kanał jest nieruszony. Stwierdzają, że ząb jest do usunięcia, ale to musi chirurg zrobić a oni nie mają. Przychodnia obok ma chirurga, ewentualnie przychodnia 300m w drugą stronę też ma.
Poszedłem do tej pierwszej, obejrzeli ząb, płytkę z RTG „Nie chcę mówić źle o kolegach, ale to może wyglądać jakby faktycznie jeden kanał nie był zrobiony”, nie podjęli próby usuwania, bo jest spora opuchlizna co oznacza infekcję ergo znieczulenie nie zadziała tak mocno jak powinno a po co mi dodatkowy ból. Dali receptę na antybiotyk, podali jaki byłby koszt usunięcia u nich (600 zł) i umówiliśmy się na za tydzień a przy wpisywaniu moich danych pielęgniarka zapytała czy to ta ulica naprzeciwko, odpowiedziałem, że tak więc na rękę mi, że są tak blisko mnie.
Tydzień później dostaję telefon z przychodni, że chirurg nie przyjedzie (jest tam tylko raz w tygodniu) bo coś się stało, nie wiedzą co, bo zapłakany, zdenerwowany. Przepraszają, pytają, czy opuchlizna zeszła i czy wytrzymam, mówię, że tak. Tydzień później przychodzę do nich około 15 po myśląc, że umówiony jestem na wpół do. Od progu pretensje, że miałem być 00 i chirurg pojechał przed chwilą i nie wróci, bo są korki.
Ok, mój błąd, ale jak zapytałem czy nie mogli zadzwonić albo napisać, tym bardziej wiedząc, że mi zależy i mieszkam 5 minut od nich a numer mają i sami dzwonili pytali, jak się czuję, pielęgniarka nie wiedziała co ma powiedzieć. Jedynie poradziła żebym pojutrze z samego rana poszedł na Akademię Medyczną i skłamał, że to nagłe, bo tam studenci wyrywają za darmo w ramach doszkalania się pod okiem wykładowców.
Poszedłem do wspomnianej wcześniej przychodni w drugą stronę. Terminy za 2 miesiące „od razu uprzedzam pytanie, książeczka krwiodawcy nic panu nie da”. Usłyszałem też złotą radę o studentach jak wyżej. Na szybko poszukałem w Internecie, gdzie usunąć ząb, bo leki powoli przestawały wystarczać a nie jestem typem który łyka je garściami, jak biorę drugi Apap to znaczy, że jest ze mną źle.
Pracowałem wtedy jako kanar i będąc w pracy, w środku lata miałem momentami ochotę poprosić kolegę, żeby mi przywalił to może ten ząb wypadnie albo sprowokować jakiegoś pasażera, żeby to zrobił, byleby tylko się uwolnić od tego bólu. Znalazłem jedną przychodnię dosyć blisko. „Tu blisko termin za 3 dni, ale na tamtej ulicy dzisiaj za 3 godziny. Koszt? 400 zł.” Bierę.
Chirurg obejrzała, dała znieczulenie, była bardzo delikatna i bez żadnego bólu usunęła ząb, założyła szew i kazała skontrolować za 2 tygodnie i dała zalecenia. Do dzisiaj polecam tę przychodnię innym, bo kosztowo nie jest źle a i ekipa jest tam naprawdę dobra.
Znalazłem potem SMS z przychodni, gdzie rzekomo przegapiłem termin, miałem rację i wizyta była umówiona na wpół do, więc chirurg pojechał sobie zanim w ogóle miała się wizyta odbyć.
Jak tu się potem nie dziwić, że ludzie unikają dentysty jak ognia, skoro trafiają na dentystów, którzy nie dokańczają leczenia a pieniądze za wizytę biorą albo na przychodnię, gdzie nie pilnują sami swoich terminów a koszt jest o połowę wyższy niż w innych miejscach lub też z bolącym zębem słyszą termin za miesiące albo radę, żeby iść i skłamać, żeby to studenci zrobili.
W 2014 zaczął mnie mocno boleć ząb. Pojechałem na tzw. Pogotowie dentystyczne i dostałem wyrok: ząb do kanałowego leczenia, kanały są 3 więc 3 wizyty, każda płatna osobno a łączny koszt około 1100 zł (dokładnej kwoty nie pamiętam, ale nieco ponad 1000). Ząb leczyłem w tej przychodni, zaleceń się słuchałem, ząb nie bolał, bo martwy po zatruciu.
Mija 7 lat, ten sam ząb zaczyna niemiłosiernie boleć. Jadę na tzw. Pogotowie dentystyczne, tym razem inna przychodnia ma dyżur. Niewiele mogą zrobić w ramach pogotowia, może mi Pani dać znieczulenie, które zejdzie za 6-8 godzin albo polecić jakie silne przeciwbóle wziąć. Dzień później poszedłem do przychodni, która robiła kanałowe. Zrobili RTG, między sobą poszeptali, że jeden kanał jest nieruszony. Stwierdzają, że ząb jest do usunięcia, ale to musi chirurg zrobić a oni nie mają. Przychodnia obok ma chirurga, ewentualnie przychodnia 300m w drugą stronę też ma.
Poszedłem do tej pierwszej, obejrzeli ząb, płytkę z RTG „Nie chcę mówić źle o kolegach, ale to może wyglądać jakby faktycznie jeden kanał nie był zrobiony”, nie podjęli próby usuwania, bo jest spora opuchlizna co oznacza infekcję ergo znieczulenie nie zadziała tak mocno jak powinno a po co mi dodatkowy ból. Dali receptę na antybiotyk, podali jaki byłby koszt usunięcia u nich (600 zł) i umówiliśmy się na za tydzień a przy wpisywaniu moich danych pielęgniarka zapytała czy to ta ulica naprzeciwko, odpowiedziałem, że tak więc na rękę mi, że są tak blisko mnie.
Tydzień później dostaję telefon z przychodni, że chirurg nie przyjedzie (jest tam tylko raz w tygodniu) bo coś się stało, nie wiedzą co, bo zapłakany, zdenerwowany. Przepraszają, pytają, czy opuchlizna zeszła i czy wytrzymam, mówię, że tak. Tydzień później przychodzę do nich około 15 po myśląc, że umówiony jestem na wpół do. Od progu pretensje, że miałem być 00 i chirurg pojechał przed chwilą i nie wróci, bo są korki.
Ok, mój błąd, ale jak zapytałem czy nie mogli zadzwonić albo napisać, tym bardziej wiedząc, że mi zależy i mieszkam 5 minut od nich a numer mają i sami dzwonili pytali, jak się czuję, pielęgniarka nie wiedziała co ma powiedzieć. Jedynie poradziła żebym pojutrze z samego rana poszedł na Akademię Medyczną i skłamał, że to nagłe, bo tam studenci wyrywają za darmo w ramach doszkalania się pod okiem wykładowców.
Poszedłem do wspomnianej wcześniej przychodni w drugą stronę. Terminy za 2 miesiące „od razu uprzedzam pytanie, książeczka krwiodawcy nic panu nie da”. Usłyszałem też złotą radę o studentach jak wyżej. Na szybko poszukałem w Internecie, gdzie usunąć ząb, bo leki powoli przestawały wystarczać a nie jestem typem który łyka je garściami, jak biorę drugi Apap to znaczy, że jest ze mną źle.
Pracowałem wtedy jako kanar i będąc w pracy, w środku lata miałem momentami ochotę poprosić kolegę, żeby mi przywalił to może ten ząb wypadnie albo sprowokować jakiegoś pasażera, żeby to zrobił, byleby tylko się uwolnić od tego bólu. Znalazłem jedną przychodnię dosyć blisko. „Tu blisko termin za 3 dni, ale na tamtej ulicy dzisiaj za 3 godziny. Koszt? 400 zł.” Bierę.
Chirurg obejrzała, dała znieczulenie, była bardzo delikatna i bez żadnego bólu usunęła ząb, założyła szew i kazała skontrolować za 2 tygodnie i dała zalecenia. Do dzisiaj polecam tę przychodnię innym, bo kosztowo nie jest źle a i ekipa jest tam naprawdę dobra.
Znalazłem potem SMS z przychodni, gdzie rzekomo przegapiłem termin, miałem rację i wizyta była umówiona na wpół do, więc chirurg pojechał sobie zanim w ogóle miała się wizyta odbyć.
Jak tu się potem nie dziwić, że ludzie unikają dentysty jak ognia, skoro trafiają na dentystów, którzy nie dokańczają leczenia a pieniądze za wizytę biorą albo na przychodnię, gdzie nie pilnują sami swoich terminów a koszt jest o połowę wyższy niż w innych miejscach lub też z bolącym zębem słyszą termin za miesiące albo radę, żeby iść i skłamać, żeby to studenci zrobili.
dentyści
Ocena:
106
(118)
poczekalnia
Skomentuj
(4)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Historia Sikoreczki https://piekielni.pl/92472 skłoniła mnie do opisania zachowania mojej sąsiadki.
MOPR i administracja ją znają bo już co najmniej 2 razy opróżniali jej mieszkanie ze wszystkich śmieci które tam naniosła z okolicznych śmietników, cała okolica ją zna z tego powodu oraz tego, że dokarmia bezdomne koty (nie tylko ona, inna sąsiadka współpracująca z fundacją pomagającą kotom zapytała czy mogą z partnerem postawić budkę dla nich na moim podwórku a tym które tam nie przychodzą dają jedzenie przez płot jednego z warsztatów, w ten sposób okoliczne psy nie wyjedzą tych smakołyków), ale rzuca im jedzenie na uliczkach przed innymi domami albo obok aut. Tak samo dokarmia gołębie za co już dostawała mandaty, bo robiła to nagminnie na miejskim terenie. Na sugestię sąsiadów, żeby przynajmniej nie rzucała tego jedzenia ptakom pod czyjeś auta odpowiada, że „chyba im się nudzi i nie mają innych problemów.”
Ma ona psa, szczuropodobne coś w typie chihuahuy. Rzuca się toto na wszystko i wszystkich.
Niejednokrotnie rzucał się na mnie albo na mojego psa. Idąc kiedyś do pracy mijam posesję sąsiadki, furtka zamknięta, psa nie widać ani nie słychać. Odchodzę dobre 200 metrów po drodze skręcając. Nagle czuję szarpanie za spodnie a to w/w coś mnie szarpie. Sąsiadka niespiesznym krokiem podchodzi i łaskawie go zabiera. Na moją sugestię, że mogłaby psa pilnować odpowiedziała, że on nie jest agresywny (serio? Pies, który przebiegł taki dystans i to jeszcze za róg ulicy nie jest agresywny?). Sytuacja taka zdarzyła się nie tylko mi. Gdy jeszcze byłem kanarem, siedzimy z kolegą w autobusie na pętli i czekamy na odjazd. Wchodzi w/w sąsiadka ze swoim psem. Ja ich ignoruję kompletnie, a gdy przechodzili koło mnie pies rzucił się na mnie i znowu próbował ugryźć. Na sugestie moje, kolegi i kierowcy o obowiązku zakładania kagańca psu w autobusie powiedziała, że takich nie produkują i, że sami mamy sobie założyć a tak w ogóle to ja też mam psa. Na kolejnym przystanku została w kilku słowach wyproszona z autobusu przez nas trzech razem z kierowcą. Opierała się, ale w końcu wyszła. Powinniśmy wezwać Policję, jeśli nie chce opuścić pojazdu, ale nie chcieliśmy robić problemu kierowcy, który zaraz kończył pracę i uznaliśmy, że 4 km spaceru będą wystarczającą karą, bo był to ostatni autobus na tej trasie a nocny tamtędy nie jeździ. Nie chciałem się kłócić i liczyłem naiwnie, że to ją czegoś nauczy więc nie zgłaszałem tego na SM ani Policję ani nie prosiłem o zabezpieczenie monitoringu. Całej okolicy opowiedziała jaki to ja jestem zły, okrutny i podły, ale jakoś nikt nie stanął po jej stronie, ciekawe, dlaczego. W ostatnią niedzielę wychodziłem z domu a ona grzebała w swoim śmietniku. Pies mnie zobaczył z daleka i znowu się na mnie rzucił a ona nie trzymała smyczy (oczywiście wcale nie był agresywny). Znowu niespiesznym krokiem podeszła i powoli go złapała. Na moją sugestię, że może wypadałoby powiedzieć jakieś przepraszam pozostała głucha milczała, a jak powiedziałem, że głupoty pieprzyć do ludzi to potrafi to powiedziała, że mojej mamie powiedziała prawdę. A powiedziała jej, że nasz pies się na nią rzucił i ją przewrócił. Miała na myśli sytuację, gdy po 3 nad ranem grzebała w naszym śmietniku a nasz pies w ciemności jej nie rozpoznał a zobaczył kogoś obcego na sowim terenie i wyczuł pewnie chihuahuę który rzucał się na niego i na mnie wiele razy, więc stanął w obronie swojego terytorium i swojego pana. Nikomu się krzywda nie stała, ale oczywiście jej pies jako jedyny nie jest agresywny tylko wszystkie inne. W niedzielę czara goryczy się przelała i zgłosiłem sprawę do SM, dzielnicowego, administracji i OTOZ, bo ta kobieta nie powinna mieć psa albo przynajmniej ktoś ją powinien najpierw nauczyć jak się psem opiekować a szkoda, żeby ktoś kiedyś psa uszkodził za to, że ma durną właścicielkę. Mało tego, pies prawdopodobnie nie był nigdy zaszczepiony, ale to może być plotka choć prawdopodobna.
MOPR i administracja ją znają bo już co najmniej 2 razy opróżniali jej mieszkanie ze wszystkich śmieci które tam naniosła z okolicznych śmietników, cała okolica ją zna z tego powodu oraz tego, że dokarmia bezdomne koty (nie tylko ona, inna sąsiadka współpracująca z fundacją pomagającą kotom zapytała czy mogą z partnerem postawić budkę dla nich na moim podwórku a tym które tam nie przychodzą dają jedzenie przez płot jednego z warsztatów, w ten sposób okoliczne psy nie wyjedzą tych smakołyków), ale rzuca im jedzenie na uliczkach przed innymi domami albo obok aut. Tak samo dokarmia gołębie za co już dostawała mandaty, bo robiła to nagminnie na miejskim terenie. Na sugestię sąsiadów, żeby przynajmniej nie rzucała tego jedzenia ptakom pod czyjeś auta odpowiada, że „chyba im się nudzi i nie mają innych problemów.”
Ma ona psa, szczuropodobne coś w typie chihuahuy. Rzuca się toto na wszystko i wszystkich.
Niejednokrotnie rzucał się na mnie albo na mojego psa. Idąc kiedyś do pracy mijam posesję sąsiadki, furtka zamknięta, psa nie widać ani nie słychać. Odchodzę dobre 200 metrów po drodze skręcając. Nagle czuję szarpanie za spodnie a to w/w coś mnie szarpie. Sąsiadka niespiesznym krokiem podchodzi i łaskawie go zabiera. Na moją sugestię, że mogłaby psa pilnować odpowiedziała, że on nie jest agresywny (serio? Pies, który przebiegł taki dystans i to jeszcze za róg ulicy nie jest agresywny?). Sytuacja taka zdarzyła się nie tylko mi. Gdy jeszcze byłem kanarem, siedzimy z kolegą w autobusie na pętli i czekamy na odjazd. Wchodzi w/w sąsiadka ze swoim psem. Ja ich ignoruję kompletnie, a gdy przechodzili koło mnie pies rzucił się na mnie i znowu próbował ugryźć. Na sugestie moje, kolegi i kierowcy o obowiązku zakładania kagańca psu w autobusie powiedziała, że takich nie produkują i, że sami mamy sobie założyć a tak w ogóle to ja też mam psa. Na kolejnym przystanku została w kilku słowach wyproszona z autobusu przez nas trzech razem z kierowcą. Opierała się, ale w końcu wyszła. Powinniśmy wezwać Policję, jeśli nie chce opuścić pojazdu, ale nie chcieliśmy robić problemu kierowcy, który zaraz kończył pracę i uznaliśmy, że 4 km spaceru będą wystarczającą karą, bo był to ostatni autobus na tej trasie a nocny tamtędy nie jeździ. Nie chciałem się kłócić i liczyłem naiwnie, że to ją czegoś nauczy więc nie zgłaszałem tego na SM ani Policję ani nie prosiłem o zabezpieczenie monitoringu. Całej okolicy opowiedziała jaki to ja jestem zły, okrutny i podły, ale jakoś nikt nie stanął po jej stronie, ciekawe, dlaczego. W ostatnią niedzielę wychodziłem z domu a ona grzebała w swoim śmietniku. Pies mnie zobaczył z daleka i znowu się na mnie rzucił a ona nie trzymała smyczy (oczywiście wcale nie był agresywny). Znowu niespiesznym krokiem podeszła i powoli go złapała. Na moją sugestię, że może wypadałoby powiedzieć jakieś przepraszam pozostała głucha milczała, a jak powiedziałem, że głupoty pieprzyć do ludzi to potrafi to powiedziała, że mojej mamie powiedziała prawdę. A powiedziała jej, że nasz pies się na nią rzucił i ją przewrócił. Miała na myśli sytuację, gdy po 3 nad ranem grzebała w naszym śmietniku a nasz pies w ciemności jej nie rozpoznał a zobaczył kogoś obcego na sowim terenie i wyczuł pewnie chihuahuę który rzucał się na niego i na mnie wiele razy, więc stanął w obronie swojego terytorium i swojego pana. Nikomu się krzywda nie stała, ale oczywiście jej pies jako jedyny nie jest agresywny tylko wszystkie inne. W niedzielę czara goryczy się przelała i zgłosiłem sprawę do SM, dzielnicowego, administracji i OTOZ, bo ta kobieta nie powinna mieć psa albo przynajmniej ktoś ją powinien najpierw nauczyć jak się psem opiekować a szkoda, żeby ktoś kiedyś psa uszkodził za to, że ma durną właścicielkę. Mało tego, pies prawdopodobnie nie był nigdy zaszczepiony, ale to może być plotka choć prawdopodobna.
sąsiedzi pies
Ocena:
46
(54)
Krótka historia o taksówkarzu.
W piątek musiałem przemieścić się na sporą odległość, ale uciekł mi PKS. Mając alternatywę czekania godzinę na kolejny stwierdziłem, że sprawdzę ceny Boltów i tym podobnych. Na Free now wyszło obiecująco więc zamówiłem kurs przez Żappkę, żeby złapać kupon (zawsze to 15 zł) i dostać punkty.
Gdy wsiadłem do auta wywiązał się dialog:
[Kierowca] Takie pytanko, mogę ten kurs anulować a pojedziemy za gotówkę?
[Ja] No ok.
[K] To Pan mi da te 67 zł a tamto panu zwrócą
[J] To będę stratny, bo za ten kurs już mi pobrali 50 zł
[K] Nie będzie Pan, bo Panu to zwrócą a mi Pan da w gotówce
[J] No właśnie będę, bo oddadzą 50 a Pan chce 67. To 17 jestem do tyłu.
[K] To w takim razie ja ten kurs anuluję a Pana proszę o wyjście, bo mi się ten kurs nie opłaca.
[J] Wie Pan co? To jest kpina co Pan robi.
[K] Nie, to jest biznes.
[J] Jak Pan ma takie podejście do pasażerów to nie wróżę z tego biznesu.
Po wyjściu od razu anulowałem kurs i ponownie zamówiłem taxi. Inny kierowca Free now wziął ten kurs bez problemu. Po drodze od razu napisałem skargę na tego pierwszego kierowcę, bo jeszcze mógłbym zrozumieć, gdyby chciał ode mnie tyle co Aplikacja wzięła ode mnie. Mogę udawać, że nie wiem, że chodzi o ominięcie prowizji dla Free now, żeby miał na czysto 50 zł, ale nie zgodzę się, żeby chciał mnie naciągnąć na to co mu się wyświetla jako wartość kursu. Jeśli mu się kurs nie opłaca to nie trzeba było akceptować. Czekam na odpowiedź z BOK Free now.
W piątek musiałem przemieścić się na sporą odległość, ale uciekł mi PKS. Mając alternatywę czekania godzinę na kolejny stwierdziłem, że sprawdzę ceny Boltów i tym podobnych. Na Free now wyszło obiecująco więc zamówiłem kurs przez Żappkę, żeby złapać kupon (zawsze to 15 zł) i dostać punkty.
Gdy wsiadłem do auta wywiązał się dialog:
[Kierowca] Takie pytanko, mogę ten kurs anulować a pojedziemy za gotówkę?
[Ja] No ok.
[K] To Pan mi da te 67 zł a tamto panu zwrócą
[J] To będę stratny, bo za ten kurs już mi pobrali 50 zł
[K] Nie będzie Pan, bo Panu to zwrócą a mi Pan da w gotówce
[J] No właśnie będę, bo oddadzą 50 a Pan chce 67. To 17 jestem do tyłu.
[K] To w takim razie ja ten kurs anuluję a Pana proszę o wyjście, bo mi się ten kurs nie opłaca.
[J] Wie Pan co? To jest kpina co Pan robi.
[K] Nie, to jest biznes.
[J] Jak Pan ma takie podejście do pasażerów to nie wróżę z tego biznesu.
Po wyjściu od razu anulowałem kurs i ponownie zamówiłem taxi. Inny kierowca Free now wziął ten kurs bez problemu. Po drodze od razu napisałem skargę na tego pierwszego kierowcę, bo jeszcze mógłbym zrozumieć, gdyby chciał ode mnie tyle co Aplikacja wzięła ode mnie. Mogę udawać, że nie wiem, że chodzi o ominięcie prowizji dla Free now, żeby miał na czysto 50 zł, ale nie zgodzę się, żeby chciał mnie naciągnąć na to co mu się wyświetla jako wartość kursu. Jeśli mu się kurs nie opłaca to nie trzeba było akceptować. Czekam na odpowiedź z BOK Free now.
taxi free now
Ocena:
148
(154)
poczekalnia
Skomentuj
(5)
Pobierz ten tekst w formie obrazka
Moja mama ze względu na chorobę musiała brać silne przeciwbóle w tabletkach oraz w plastrach i z tego powodu chodziła do poradni leczenia bólu. Lekarz tam przyjmujący nadal pisze ręcznie recepty, bo „nie będzie się na stare lata uczył komputerów” (miał wtedy jakieś 45 lat więc faktycznie bardzo stary). Nie byłoby to problemem, gdyby nie to, że jego charakter pisma jest tragiczny a nawet gorzej przez co farmaceuci z kilkudziesięcioletnim stażem mieli problem z jego rozczytaniem. Sam jestem dysgrafikiem i udzielałem korepetycji i osobiście widziałem może 2 gorsze charaktery pisma. Przy innych lekach jego pismo nie byłoby problemem, widać nazwę leku i prawdopodobną dawkę i ilość, więc farmaceuta wydaje takie ilości, ale przy tego typu lekach które mama brała apteka wpisuje to w specjalny zeszyt a przy kontroli jest to jedna z pierwszych sprawdzanych rzeczy i recepta musi się zgadzać dokładnie: lek X, dawka Y tyle razy dziennie, Z tabletek (razem tyle i tyle leku ogólnie i tyle dziennie), nie może być sytuacji, że farmaceuta wie jakie są dawki leku i opakowania więc się domyśla, że chodzi np. o dawkę 400 mikrogramów, 2 razy dziennie, 2 opakowania po 56 sztuk czyli dawka 800 dziennie razem do wydania 44800 mikrogramów. Pan doktor często zapominał o podstawowych rzeczach związanych z tego typu receptami np.
- Dawka leku do wydania musi być podana w takich samych jednostkach jak wypisana dawka w „porcji” czyli skoro dawka leku to 400 mikrogramów a tabletek 112 to na recepcie nie może być 44,8 miligrama, dawka podana w mikro to i łącznie musi być w mikro, czyli 44800 mikrogramów
- Należy wpisać dawkowanie, ponieważ apteka nie może wydać więcej leku niż na bodajże 180 dni
- Jeśli pacjent jest uprawniony do otrzymania leku ze zniżką to tę zniżkę należy wpisać, w przeciwnym wypadku lek kosztuje grubo ponad 500 zł za ilości starczające mojej mamie wtedy na tydzień
- Któregoś razu zapomniał wpisać coś co na recepcie oznaczone jest cyfrą rzymską, wybaczcie, ale nie pamiętam, czy to był oddział NFZ czy jakieś oznaczenie poradni, ale było wymagane. Jeszcze robił problem i wyśmiewał aptekę, że kazali mi się wrócić z tą receptą.
- Potrafił nie przyjść rano do pracy i powiedzieć, że nie przyjdzie dopiero gdy przychodnia do niego zadzwoniła i zapytali, gdzie jest
Na szczęście, jeśli go nie było w przychodni, gdy chcieliśmy odebrać lek i trzeba było poprawiać receptę to inny lekarz nie robił problemu i wypisywał te leki na elektronicznej recepcie choć można było odnieść wrażenie, że jest to już dla nich standardem i robią to w zasadzie automatycznie, przyzwyczajeni do problemów z receptami od tego lekarza. Po kilku problematycznych sytuacjach zacząłem z mamy receptą od razu chodzić do apteki czy wszystko się zgadza a po jakimś czasie znalazłem aptekę blisko przychodni i tam prosiłem o jej sprawdzenie zanim poszedłem do domu, żeby w razie W się wrócić do przychodni. Ciekawe jest to, że widząc nazwisko lekarza od razu wiedzieli o co chodzi i nie musiałem tłumaczyć sytuacji.
Kolejną piekielnością było to, że zamiast próbować ulżyć to po prostu zwiększał dawki leków do niebezpiecznych poziomów a na sugestię, że są leki w spreju do nosa które działają szybciej i są w niższych dawkach oraz ze względu na drogę podania nie obciążają już i tak naruszonego żołądka odpowiadał „Tak, to byłoby dobre. (chwila pauzy) No, tu jest recepta na tabletki. Do widzenia”. Skończyło się to tym, że mama leżąc w szpitalu, gdzie podawali jej inne leki przeciwbólowe przez co nie odczuwała bólu dostała mówiąc kolokwialnie delirki i musieli ją związać pasami, bo chciała uciekać z oddziału, pobiła salową kulą (na szczęście mama nie ma tyle siły więc skończyło się na strachu) i widziała swojego szwagra, który nie żył wówczas już kilkanaście lat. Mamie do dziś jest za to głupio.
Żałuję, że nie złożyłem sam na niego skargi, bo mama nie chciała rezygnować z tego lekarza ze względu na to, że terminy do niego były szybkie (ciekawe, dlaczego). Na szczęście dzisiaj mama ma dobrą lekarz rodzinną do której i ja chodzę (naprawdę nadaje się kobita na anielskich) i to ona wypisuje mamie leki, sama z siebie kombinuje, jak pomóc i doradza, gdzie są lepsze terminy, bo pacjenci mówili.
- Dawka leku do wydania musi być podana w takich samych jednostkach jak wypisana dawka w „porcji” czyli skoro dawka leku to 400 mikrogramów a tabletek 112 to na recepcie nie może być 44,8 miligrama, dawka podana w mikro to i łącznie musi być w mikro, czyli 44800 mikrogramów
- Należy wpisać dawkowanie, ponieważ apteka nie może wydać więcej leku niż na bodajże 180 dni
- Jeśli pacjent jest uprawniony do otrzymania leku ze zniżką to tę zniżkę należy wpisać, w przeciwnym wypadku lek kosztuje grubo ponad 500 zł za ilości starczające mojej mamie wtedy na tydzień
- Któregoś razu zapomniał wpisać coś co na recepcie oznaczone jest cyfrą rzymską, wybaczcie, ale nie pamiętam, czy to był oddział NFZ czy jakieś oznaczenie poradni, ale było wymagane. Jeszcze robił problem i wyśmiewał aptekę, że kazali mi się wrócić z tą receptą.
- Potrafił nie przyjść rano do pracy i powiedzieć, że nie przyjdzie dopiero gdy przychodnia do niego zadzwoniła i zapytali, gdzie jest
Na szczęście, jeśli go nie było w przychodni, gdy chcieliśmy odebrać lek i trzeba było poprawiać receptę to inny lekarz nie robił problemu i wypisywał te leki na elektronicznej recepcie choć można było odnieść wrażenie, że jest to już dla nich standardem i robią to w zasadzie automatycznie, przyzwyczajeni do problemów z receptami od tego lekarza. Po kilku problematycznych sytuacjach zacząłem z mamy receptą od razu chodzić do apteki czy wszystko się zgadza a po jakimś czasie znalazłem aptekę blisko przychodni i tam prosiłem o jej sprawdzenie zanim poszedłem do domu, żeby w razie W się wrócić do przychodni. Ciekawe jest to, że widząc nazwisko lekarza od razu wiedzieli o co chodzi i nie musiałem tłumaczyć sytuacji.
Kolejną piekielnością było to, że zamiast próbować ulżyć to po prostu zwiększał dawki leków do niebezpiecznych poziomów a na sugestię, że są leki w spreju do nosa które działają szybciej i są w niższych dawkach oraz ze względu na drogę podania nie obciążają już i tak naruszonego żołądka odpowiadał „Tak, to byłoby dobre. (chwila pauzy) No, tu jest recepta na tabletki. Do widzenia”. Skończyło się to tym, że mama leżąc w szpitalu, gdzie podawali jej inne leki przeciwbólowe przez co nie odczuwała bólu dostała mówiąc kolokwialnie delirki i musieli ją związać pasami, bo chciała uciekać z oddziału, pobiła salową kulą (na szczęście mama nie ma tyle siły więc skończyło się na strachu) i widziała swojego szwagra, który nie żył wówczas już kilkanaście lat. Mamie do dziś jest za to głupio.
Żałuję, że nie złożyłem sam na niego skargi, bo mama nie chciała rezygnować z tego lekarza ze względu na to, że terminy do niego były szybkie (ciekawe, dlaczego). Na szczęście dzisiaj mama ma dobrą lekarz rodzinną do której i ja chodzę (naprawdę nadaje się kobita na anielskich) i to ona wypisuje mamie leki, sama z siebie kombinuje, jak pomóc i doradza, gdzie są lepsze terminy, bo pacjenci mówili.
słuzba_zdrowia
Ocena:
30
(38)
W końcu znalazłem chwilę by opisać moją podróż z czerwca.
Poleciałem z kumplem do Belgradu, ja dawno nie byłem w Serbii a chciałem jemu pokazać kraj, który pokochałem na studiach.
Podróż w pierwszą stronę przebiegła bezproblemowo. Droga powrotna już taka fajna nie była. Gdy miał się zacząć boarding nagle dostałem maila od LOT-u, że odwołują nasz lot i w zamian polecimy lotem za około 2h i tak samo zmieniają nam lot z Warszawy do Gdańska i w celu odbioru nowych kart pokładowych mamy podejść do obsługi w gate-cie. Podeszliśmy do gate-u by w ogóle dowiedzieć się, dlaczego zmienili nam lot i czy możemy pozostać przy poprzednim locie z Warszawy do Gdańska, bo na spokojnie zdążymy się przesiąść nawet z tego późniejszego lotu. Zależało nam na tym, ja miałem opcję powrotu do domu nawet w nocy, kumpel mieszka daleko od Gdańska i z tego pierwotnego lotu zdążyłby na PKS do domu. Obsługa zlała naszą prośbę o nieprzenoszenie nam lotu z Warszawy (potem okazało się, że dobrze, że tak się stało). Wytłumaczeniem obsługi było to, że lot został odwołany z powodu pogody uniemożliwiającej lot.
Owszem, gdy jechaliśmy na lotnisko i gdy już czekaliśmy w terminalu mocno padał deszcz, ale były to opady krótkie choć intensywne. Na pytania zadawane przez wielu pasażerów, dlaczego w takim razie od razu odwołują lot zamiast go najpierw opóźnić w nadziei na poprawę pogody (a ta nadzieja ewidentnie jest, bo mamy polecieć za nieco ponad 2h innym planowym lotem) nikt nie odpowiadał. Malo tego, inne samoloty odlatywały we wszystkich kierunkach, nie tylko ja sprawdzałem radary pogodowe pokazujące, że burze znad Belgradu odeszły i udają się w drugą stronę niż lecimy więc pogoda była wygodną wymówką. Gdy zbliżał się już czas na rozpoczęcie boardingu na lot, którym ostatecznie mieliśmy polecieć, ażeby zdążyć nas wszystkich ulokować w samolocie a nie było żadnej informacji, kiedy ten się rozpocznie podeszliśmy z jedną z pasażerek zapytać, kiedy zaczną nas wpuszczać do samolotu. Pracownica rozmawiała w tym momencie przez radio z innym pracownikiem na temat bagaży i że nie wiadomo czy się wszystkie zmieszczą do bagażnika.
Gdy skończyła rozmawiać wywiązał się taki dialog:
[Pracownica Lotniska]: (po angielsku) W czym mogę pomóc?
[Pasażerka]: (j/w) Kiedy zaczniecie boarding? Niedługo będzie godzina odlotu a dalej nie ma informacji, kiedy będziemy mogli w końcu wsiąść do samolotu.
[PL]: (j/w) Na razie nie wiadomo, kiedy będziemy mogli Państwa wpuścić. Lot może być opóźniony z powodu meteo… (tu zaczęła szukać słowa jak to powiedzieć po angielsku)
[Ja]: (po serbsku) Moment, przed chwilą rozmawiałaś z kimś przez radio, że nie wiadomo czy bagaże się pomieszczą a nam próbujesz znowu wmówić, że chodzi o pogodę. Jaka jest prawda, bo to już nie jest śmieszne?
[PL]: (po serbsku, z szokiem w oczach, bo zdała sobie sprawę, że słyszałem o co chodzi) Tak, jak powiedziałam, przez burze nad Serbią nie wiadomo, kiedy lot się odbędzie.
[Ja]: Burze znad Serbii odchodzą na południe, jest piękna słoneczna pogoda, co widać za oknami. Jeśli dalej wierzy Pani, że to jest prawdziwy powód to powodzenia.
Ostatecznie do samolotu wpuszczono nas pół godziny po planowej godzinie odlotu. W samolocie tego samego typu, którym mieliśmy lecieć pierwotnie zmieścili się pasażerowie z tego pierwotnego lotu i ci którzy mieli lecieć tym samolotem, nawet były wolne miejsca. Gdy wszyscy usiedli, pilot ogłosił przez megafon, że przez strajk włoski prowadzony przez węgierskich kontrolerów lotów odlecimy za kolejne 40 minut. Na szczęście to dodatkowe opóźnienie wyniosło zaledwie 20 minut. Wylądowaliśmy już po odlocie naszego pierwotnego lotu do Gdańska więc byliśmy skazani na lot, który nam odgórnie dano. Ten również był opóźniony o ponad pół godziny i ostatecznie wylecieliśmy po północy (można było odnieść wrażenie, że wszyscy pracownicy próbują zrobić wszystko, żeby lot jednak odbył się przed 24).
Po wylądowaniu w Gdańsku zamówiliśmy sobie Bolty i popołudniu na spokojnie zajęliśmy się pisaniem reklamacji do LOT-u, ponieważ:
- lot został odwołany w ostatniej chwili
- ostatecznie wylądowaliśmy ponad 4 godziny po pierwotnej godzinie
- lot z Warszawy odbył się ostatecznie kolejnego dnia
- musiałem wziąć urlop na żądanie i straciłem przez to premię frekwencyjną w całości
- ja i kumpel musieliśmy zamówić Bolty, żeby wrócić do domów a KM jechalibyśmy za darmo.
LOT reklamacji nie uznał dalej twierdząc, że chodziło o burze.
Ja rozumiem, że chodziło o ekonomię, ekologię etc. No bo wiadomo, że jeśli odbędzie się jeden lot a nie dwa to mniejsze koszty obsługi, paliwa, opłaty za emisje CO2, ale mogliby się poczuwać do odpowiedzialności za straty poniesione przez pasażerów. Na coś w końcu przepisy międzynarodowe na wypadek opóźnień są.
Poleciałem z kumplem do Belgradu, ja dawno nie byłem w Serbii a chciałem jemu pokazać kraj, który pokochałem na studiach.
Podróż w pierwszą stronę przebiegła bezproblemowo. Droga powrotna już taka fajna nie była. Gdy miał się zacząć boarding nagle dostałem maila od LOT-u, że odwołują nasz lot i w zamian polecimy lotem za około 2h i tak samo zmieniają nam lot z Warszawy do Gdańska i w celu odbioru nowych kart pokładowych mamy podejść do obsługi w gate-cie. Podeszliśmy do gate-u by w ogóle dowiedzieć się, dlaczego zmienili nam lot i czy możemy pozostać przy poprzednim locie z Warszawy do Gdańska, bo na spokojnie zdążymy się przesiąść nawet z tego późniejszego lotu. Zależało nam na tym, ja miałem opcję powrotu do domu nawet w nocy, kumpel mieszka daleko od Gdańska i z tego pierwotnego lotu zdążyłby na PKS do domu. Obsługa zlała naszą prośbę o nieprzenoszenie nam lotu z Warszawy (potem okazało się, że dobrze, że tak się stało). Wytłumaczeniem obsługi było to, że lot został odwołany z powodu pogody uniemożliwiającej lot.
Owszem, gdy jechaliśmy na lotnisko i gdy już czekaliśmy w terminalu mocno padał deszcz, ale były to opady krótkie choć intensywne. Na pytania zadawane przez wielu pasażerów, dlaczego w takim razie od razu odwołują lot zamiast go najpierw opóźnić w nadziei na poprawę pogody (a ta nadzieja ewidentnie jest, bo mamy polecieć za nieco ponad 2h innym planowym lotem) nikt nie odpowiadał. Malo tego, inne samoloty odlatywały we wszystkich kierunkach, nie tylko ja sprawdzałem radary pogodowe pokazujące, że burze znad Belgradu odeszły i udają się w drugą stronę niż lecimy więc pogoda była wygodną wymówką. Gdy zbliżał się już czas na rozpoczęcie boardingu na lot, którym ostatecznie mieliśmy polecieć, ażeby zdążyć nas wszystkich ulokować w samolocie a nie było żadnej informacji, kiedy ten się rozpocznie podeszliśmy z jedną z pasażerek zapytać, kiedy zaczną nas wpuszczać do samolotu. Pracownica rozmawiała w tym momencie przez radio z innym pracownikiem na temat bagaży i że nie wiadomo czy się wszystkie zmieszczą do bagażnika.
Gdy skończyła rozmawiać wywiązał się taki dialog:
[Pracownica Lotniska]: (po angielsku) W czym mogę pomóc?
[Pasażerka]: (j/w) Kiedy zaczniecie boarding? Niedługo będzie godzina odlotu a dalej nie ma informacji, kiedy będziemy mogli w końcu wsiąść do samolotu.
[PL]: (j/w) Na razie nie wiadomo, kiedy będziemy mogli Państwa wpuścić. Lot może być opóźniony z powodu meteo… (tu zaczęła szukać słowa jak to powiedzieć po angielsku)
[Ja]: (po serbsku) Moment, przed chwilą rozmawiałaś z kimś przez radio, że nie wiadomo czy bagaże się pomieszczą a nam próbujesz znowu wmówić, że chodzi o pogodę. Jaka jest prawda, bo to już nie jest śmieszne?
[PL]: (po serbsku, z szokiem w oczach, bo zdała sobie sprawę, że słyszałem o co chodzi) Tak, jak powiedziałam, przez burze nad Serbią nie wiadomo, kiedy lot się odbędzie.
[Ja]: Burze znad Serbii odchodzą na południe, jest piękna słoneczna pogoda, co widać za oknami. Jeśli dalej wierzy Pani, że to jest prawdziwy powód to powodzenia.
Ostatecznie do samolotu wpuszczono nas pół godziny po planowej godzinie odlotu. W samolocie tego samego typu, którym mieliśmy lecieć pierwotnie zmieścili się pasażerowie z tego pierwotnego lotu i ci którzy mieli lecieć tym samolotem, nawet były wolne miejsca. Gdy wszyscy usiedli, pilot ogłosił przez megafon, że przez strajk włoski prowadzony przez węgierskich kontrolerów lotów odlecimy za kolejne 40 minut. Na szczęście to dodatkowe opóźnienie wyniosło zaledwie 20 minut. Wylądowaliśmy już po odlocie naszego pierwotnego lotu do Gdańska więc byliśmy skazani na lot, który nam odgórnie dano. Ten również był opóźniony o ponad pół godziny i ostatecznie wylecieliśmy po północy (można było odnieść wrażenie, że wszyscy pracownicy próbują zrobić wszystko, żeby lot jednak odbył się przed 24).
Po wylądowaniu w Gdańsku zamówiliśmy sobie Bolty i popołudniu na spokojnie zajęliśmy się pisaniem reklamacji do LOT-u, ponieważ:
- lot został odwołany w ostatniej chwili
- ostatecznie wylądowaliśmy ponad 4 godziny po pierwotnej godzinie
- lot z Warszawy odbył się ostatecznie kolejnego dnia
- musiałem wziąć urlop na żądanie i straciłem przez to premię frekwencyjną w całości
- ja i kumpel musieliśmy zamówić Bolty, żeby wrócić do domów a KM jechalibyśmy za darmo.
LOT reklamacji nie uznał dalej twierdząc, że chodziło o burze.
Ja rozumiem, że chodziło o ekonomię, ekologię etc. No bo wiadomo, że jeśli odbędzie się jeden lot a nie dwa to mniejsze koszty obsługi, paliwa, opłaty za emisje CO2, ale mogliby się poczuwać do odpowiedzialności za straty poniesione przez pasażerów. Na coś w końcu przepisy międzynarodowe na wypadek opóźnień są.
lot opóźnienie reklamacja
Ocena:
135
(151)
1 2 3 > ostatnia ›
« poprzednia 1 2 3 następna »
Kacek3city