Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Kociator

Zamieszcza historie od: 20 grudnia 2018 - 13:31
Ostatnio: 31 stycznia 2019 - 12:09
  • Historii na głównej: 2 z 2
  • Punktów za historie: 186
  • Komentarzy: 33
  • Punktów za komentarze: 92
 

#83961

(PW) ·
| Do ulubionych
Ciąg dalszy o piekielnym sklepie zoologicznym, tym razem o podejściu do pracowników.

Niektóre sklepy pracują w trybie 1-1 lub 2-2 po 12 godzin każda zmiana. Ja sama złego zdania o tym systemie powiedzieć nie mogłam, bo przed podjęciem pracy w sklepie zoologicznym pracowałam na stacji benzynowej, też po 12 godzin i źle tego nie wspominam (chociażby z racji tego, że mój kierownik pozwalał nam usiąść i odsapnąć gdy sklep był pusty). Niemniej jednak moje doświadczenia podczas pracy w sklepie z[ł]oologicznym bardzo różniły się od pracy na stacji benzynowej.

Po pierwsze, siedzenie było tematem tabu. Wprawdzie zasady BHP mówią, że trochę nie wypada kazać pracownikom stać przez 12 godzin. Z racji tego za kasą stał malutki taborecik na którym technicznie można było usiąść. Technicznie ów taborecik stał tam, aby w razie inspekcji kierownik mógł wskazać i rzec "o tam, to nasi pracownicy mogą sobie klapnąć jeżeli czują się zmęczeni". W praktyce siadanie na taborecie było stricte zakazane. Znajdował się on bowiem w oku kamery centrali, która w zwyczaju miała ganić pracowników za korzystanie ze Świętego Stołka.
Tak jak usiąść, to tylko podczas dwóch przerw - jednej piętnastominutowej i jednej dwudziestominutowej. Ale tylko wtedy, gdy miało się przydzieloną 12-godzinną zmianę. Pracownikom którzy przychodzili "jedynie" na 10 godzin przysługiwała jedynie piętnastominutowa przerwa. Aha, fajnie.

Podczas tych 12 godzin starsi stażem pracownicy obsługiwali kasę, zaś młodsi latali w tę i nazad zazwyczaj sprzątając. Próbowaliście kiedyś umyć kuwetę 54cm na 46cm pod zwykłym kranem? Ja tak, bo oczywiście nasz przybytek nie był zaopatrzony w zlew gospodarczy, tylko najzwyklejszy łazienkowy zlew pod który nawet wiadra na mop nie dało się przystawić. Poplamione brudną wodą buty to była codzienność.

Bolący kręgosłup to także była codzienność. Akurat stanie nie było najgorsze. Po 12 godzinnej zmianie, podczas której nieustannie coś sprzątasz, zamiatasz czy szorujesz, często na kolanach, bo najniższe półki z reguły są najbrudniejsze. Po takiej dwunastogodzinnej zmianie wracałam do domu, kąpałam się, jadłam obiad i kładłam się spać, bo nazajutrz kolejna wyczerpująca dwunastka. A później dwa dni wolnego spędzałam, nie mogąc nawet siedzieć.

Wszystko za najniższą krajową na umowie na zlecenie.
Z tego, co widziałam, to rotacja pracowników w takich sklepach jest nieziemska. Nie dziwię się.

handel sklep zoologiczny

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 92 (134)

#83787

(PW) ·
| Do ulubionych
O handlu żywym towarem.

W akcje desperacji rozpoczęłam pracę w markecie zoologicznym. Praca sama w sobie była wprawdzie wykańczająca fizycznie, jednak nie piekielna. Piekielne było w niej traktowanie zwierząt dostępnych w asortymencie sklepu zarówno przez kierownictwo, które na tym zarabiało, jak i polskie prawo które przymyka oko na mniejsze zwierzęta dostępne w asortymencie wielu sieciówek zoologicznych.

Powiedzcie mi, drodzy czytelnicy, dlaczego w XXI wieku dozwolone jest sprzedawanie żywych zwierząt bez uprzedniego zagwarantowania im opieki weterynaryjnej na czas pobytu w sklepie? Bo trochę trudno mi jest pojąć, czemu taki sklep nie ma podpisanej umowy z żadnym weterynarzem, a chore zwierzęta odstawiane są na zaplecze, byleby tylko odizolować je od zdrowych osobników i nie popsuć wizerunku sklepu. Co się dalej z nimi dzieje? Albo odzyskują zdrowie i powracają na wystawę, albo umierają. Natury nie oszukasz. Kierowniczego skąpstwa także.

Kolejnym problemem który nie ułatwiał życia naszym zwierzakom był panujący w tym czasie upał. W najgorętsze dni lata sklep, z racji braku jakiejkolwiek klimatyzacji nie licząc jednego elektrycznego, metrowego wiatraka postawionego obok stanowiska akwarysty, przeistaczał się w istny piekarnik. Pracując dwanaście godzin w tej duchocie pocieszałam się myślą, że moja sytuacja nie jest wcale taka zła - zwierzęta, których klatki umieszczone były w promieniach gorącego słońca, odczuwały wysokie temperatury znacznie gorzej.

Hodowcy też niekiedy przechodzili ludzkie pojęcie. Dostaliśmy raz gryzonia, samiczkę. Jak się okazało, była w ciąży. Na szczęście zdążyła urodzić zanim ktoś ją kupił.
Mieliśmy także ptaka, który według hodowcy zmieniał upierzenie, a brak lotek to jedynie stan przejściowy. Oczywiście, była to ściema. Wątpię, by ktoś byłby zainteresowany kupnem częściowo nieopierzonej papużki, która nawet latać nie może. Smutna prognoza jest taka, że to zwierze dożyje reszty swoich dni w sklepie, ściśnięte w małej wolierze z pięcioma innymi ptakami karmione ekonomiczną karmą.

Wiem, że przeglądając Internet spotykacie się z ogromem "apeli społecznych", które mają za zadanie poruszyć wasze umysły i sumienia. Ja na sumienia i otwarte umysły porywać się nie będę. Niemniej jednak prawda jest taka - chcesz kupić sobie małe zwierzątko? Gryzonia? Ptaszka? Kup u sprawdzonego hodowcy, nawet jeżeli wiąże się to z dodatkowymi kosztami. Nie ryzykuj, że dostaniesz chore lub ciężarne zwierzę. Nie napędzaj wyzysku futrzaków, bo na tym tracisz zarówno ty, jak i niczemu winny zwierzak.

[Nie chcę rzucać nazwy sieci, a wychodzę z założenia, że podobna praktyka stosowana jest wszędzie. Obecny stan rzeczy nie ulegnie poprawie, chyba że przedstawione zostaną przepisy, które taki proceder po prostu ukrócą albo ludzie nauczą się nie kupować zwierząt w marketach].

sklep_zoologiczny gryzonie ptaki handel_żywym_towarem

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 94 (122)

1