Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KoparkaApokalipsy

Zamieszcza historie od: 1 lipca 2011 - 19:25
Ostatnio: 3 kwietnia 2019 - 20:20
  • Historii na głównej: 88 z 146
  • Punktów za historie: 48340
  • Komentarzy: 1797
  • Punktów za komentarze: 5260
 
Jakiś czas temu wywiązała się dyskusja o obyczajach w publicznych toaletach, a konkretnie o pukaniu oraz zamykaniu drzwi. Ku mojemu zdumieniu pojawiły się głosy, że pukanie jest bez sensu; że trzeba od razu szarpać za klamkę - jeśli ktoś się zamknął, to się zamknął, a jeśli nie, to jego strata (i szarpiącego w sumie też, ale wina na pewno tylko i wyłącznie aktualnego użytkownika przybytku).

Dzisiaj, mimo złotych rad użytkowników tego portalu, postanowiłam zapukać, albowiem, jak to zwykle bywa w starszych tego typu przybytkach, czerwone oznaczenie "zajętości" przy klamce było już wytarte i z zewnątrz nie dało się określić, czy budka jest zajęta. Usłyszałam głos pełen oburzenia:

"No już, już! Co się tak dobija?!".

Babeczka jeszcze przy wyjściu spojrzała na mnie wilkiem.

Przy okazji przypomniało mi się, że często, zapukawszy i nie usłyszawszy odpowiedzi, zabieram się dziarsko za klamkę i zastaję drzwi zaryglowane, a po chwili z kabiny wyłazi użytkowniczka, która na moje pukanie nawet nie pisnęła, że zajęte. Zaczynam się zatem wahać... Całe życie wydawało mi się, że nie ma nic sensowniejszego nad pukanie do kibelka, a tu proszę.

Może faktycznie coś robię nie tak?

ludzie

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (226)
Jeśli jesteś w Krakowie, możesz kupić bilet autobusowy/tramwajowy w automacie na jednym z licznych przystanków wyposażonych w ten cudowny sprzęt.

Jeśli jesteś w Krakowie i jesteś opiekunką grupy rozwrzeszczanych g*wnolatków na szkolnej wycieczce, oczywiście nadal możesz kupić bilet w automacie na przystanku, ale być może powinnaś była kupić bilet wcześniej, w automacie znajdującym się na pętli, w kiosku, w pobliżu punktu informacji i/lub sprzedaży biletów okresowych, może chwileczkę wcześniej, może poprzedniego dnia - mając na uwadze, że osobom pragnącym kupić bilet na przystanku może się delikatnie śpieszyć.

Ale OK, masz prawo skorzystania z automatu nie mniejsze, niż inni. Automaty są dla wszystkich.

Tak samo, jak ulgi.

Jeśli jesteś opiekunką rozwrzeszczanej szkolnej wycieczki, możesz dzięki dekretowi włodarzy Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacji skorzystać ze zniżki i kupić jeden bilet grupowy. Zajmie ci to trzydzieści sekund. Wybór biletu, wsypanie do automatu pieniążków, zgrzytu zgrzytu, wydruk i masz bilet.

Ale OK, niekorzystanie z ulg to szlachetny gest obywatela gardzącego socjalizującą polityką. Duma jest dla każdego.

Tak samo, jak edukacja.

Jeśli jesteś opiekunką rozwrzeszczanej szkolnej wycieczki, to zapewne skończyłaś podstawówkę i umiesz czytać, skoro dopuszczono cię do pracy z dziećmi. Jeśli umiesz czytać, to wiesz, co oznacza pojawiające się okienko z napisem "wybierz ilość biletów". Kupienie pojedynczych biletów dla każdego z grupy zajmie ci jakieś czterdzieści pięć sekund. Wybierz rodzaj biletu, wybierz ilość, potem być może dodaj innego rodzaju bilet (np. dla siebie, bez zniżki), zaakceptuj wybór, wrzuć pieniążki, zgrzytu zgrzytu, wydruk, masz bilety.

Serdecznie dziękuję pani opiekunce, która nie skorzystała z żadnej z tych opcji.

Najpierw kupiła jeden bilet.

Wybierz rodzaj. Wrzuć pieniążki. Zgrzytu, zgrzytu. Wydruk. Masz bilet.

Potem kupiła drugi bilet.

Wybierz rodzaj. Wrzuć pieniążki. Zgrzytu, zgrzytu. Wydruk. Masz bilet.

Potem kupiła trzeci bilet.

Wybierz rodzaj. Wrzuć pieniążki. Zgrzytu, zgrzytu. Wydruk. Masz bilet.

Potem kupiła.... k*wa mać.

Potem kupiła czterdziesty bilet.

Wybierz rodzaj. Wrzuć pieniążki. Zgrzytu, zgrzytu. Wydruk. Masz bilet.

Wiem, powinnam była coś zrobić, ale szczerze mówiąc mnie zatkało.

komunikacja_miejska

Skomentuj (45) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 183 (211)
Mojej żonie umiera ojciec. Nie jest to nagła choroba, ale trzy miesiące temu sprawa wyraźnie się pogorszyła, padł magiczny zwrot "leczenie paliatywne". Od tego czasu sytuacja pogarsza się z tygodnia na tydzień.

Oczywiście oprócz trudnych emocji są problemy całkiem zwyczajne: karmienie, mycie, pilnowanie 24/7 (jeszcze, dopóki ma siłę obrócić się i jakimś cudem spaść z łóżka mimo balustrady), a do tego znoszenie dzikich faz, bo choroba i leki wpływają na świadomość, a niestety nie zmieniły facetowi charakteru i teraz rodzina, do tej pory opier*dalana za byle co, jest opier*dalana już nawet za wyimaginowane przewinienia.

Jak się czuje ktoś w takiej sytuacji?

Okropnie.

Czy ma głowę do tego, żeby być książką telefoniczną i sekretarką dla koleżanki, która nie umie sobie sama znaleźć potrzebnego numeru w sieci?

Pewnie nie.

Czy ktokolwiek normalny wydzwaniałby do osoby w tej sytuacji z podobną prośbą?

Pewnie nie.

Ale jest kogoś, kogo takie zasady nie dotyczą.

Osóbka tak wrażliwa, że kiedy nam zdechła papuga, ona musiała wziąć lewe L4, żeby odbyć żałobę. Tak wrażliwa, że próby namawiania jej przez pracodawcę, by jednak wzięła d* w troki i zaczęła wypełniać swoje obowiązki uznała za mobbing.

Osóbka tak wrażliwa, że od wczoraj zamęcza moją żonę telefonami i wypisywaniem litanii błagań na messengerze, bo jej zdycha papuga. Żona jedną ręką karmi ojca (pierniczącego coś o wielorybach i Nemo), a drugą opisuje osóbce, co może zrobić, by jakoś ustabilizować stan ptaka.

Osóbka nie znajdzie sobie sama telefonu do weterynarza, sama nie zadzwoni, a na prostą radę "to do przyjazdu weterynarza trzymaj ją w cieple, np. zagrzej worek ryżu w mikrofali i połóż na nim ręcznik, a na ręczniku papugę" reaguje wyciem "Aleeeee błaaagaaaaam, pomóóóóóoż, ja nieee wieeeeem gdzieee mam ryyyyyż!". W końcu papugę ogarnęła dwunastoletnia córka osóbki, bo mamusia nie dała rady otworzyć szafki w kuchni.

Spytacie, dlaczego żona nie powie osóbce, żeby spier* raz na zawsze?
Cóż, też się nad tym zastanawiam. I wiem, że w tej sytuacji powinna mieć dość asertywności, by zapewnić sobie spokój i możliwość spędzenia czasu z ojcem nawet, jeśli ten zalicza właśnie mocny odlot. Chyba tutaj po prostu ja muszę się zająć sprawą.

Dlaczego ja nie nakopię osóbce do ty*łka, żeby miała wreszcie prawdziwy powód do płaczu?
Żona prosiła, żeby tego nie robić.

Coś czuję, że po powrocie żony od rodziców czeka nas poważna rozmowa.

Człek człekowi wilkiem a kiwi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (166)
Dzisiaj znowu trochę bólu wiadomo czego.

Jest dużo "krzywdzących stereotypów" dotyczących gejów. Kij z twierdzeniami typu: biegają w spódniczkach, lubią Cher i Bonnie Taylor (to akurat prawda), malują się i noszą różowe koronkowe majtki.

Są zarzuty dużo cięższego kalibru: że są niemoralni, egoistyczni, wyuzdani, wulgarni, krzywdzą innych dla własnej przyjemności, ich związki są oparte wyłącznie na pożądaniu i nietrwałe.

No i teraz mamy taką sytuację: W ciągu paru lat do kin z hukiem weszły dwa filmy, które mają się zmierzyć z tematyką związków między mężczyznami.

Pierwszy: Są sobie dwaj średnio myślący kolesie, rzucają do siebie wulgarnymi tekściochami i spotykają się głównie na seks. Jeden z nich ma dziewczynę i wesoło ją sobie zdradza.

Drugi: Są sobie dwaj kolesie, robią mało smaczne rzeczy, łączy ich głównie seks. Jeden z nich sypia z tym drugim, chociaż widać, że w zasadzie nawet go nie lubi, zresztą dzieli ich intelektualna przepaść, bo ofiara seksualnego predatora jakby nie patrzeć jest prawie dzieckiem. Jeden z nich ma dziewczynę i wesoło ją sobie zdradza.

Wydawałoby się, że reakcja środowiska walczącego z krzywdzącymi stereotypami powinna być ostra: jak można pokazywać gejów w tak złym świetle?
Było inaczej. "Środowisko" zachwyca się filmami, bo pokazują... jacy to geje są biedni, krzywdzeni i w ogóle święci; co złego, to nie oni, tylko cały świat jest okrutny, a oni sami to złote serduszka i puchate aniołeczki.

Innymi słowy w moim odczuciu w tym momencie spora część członków grup LGBT oficjalnie przyznała, że podpisuje się pod ideologią "mogę być men*dą, jestem mniejszością, więc mi wolno".

Pewnie znajdzie się ktoś, kto powie "Ty nie wiesz, jak to jest, jak się ma całe życie pod górkę i wszyscy nienawidzą". Fajnie, ale czy to, że ktoś ma w życiu trudniej daje mu prawo do krzywdzenia innych?

Żeby było jasne: sama też jestem "w mniejszości", ale nie uważam, by to dawało mi prawo do stosowania do własnego zachowania jakichś mniej rygorystycznych norm etycznych, a takie podwójne standardy doprowadzają mnie do wścieklicy. I może to nie miejsce na tego typu wynurzenia, ale jestem ciekawa, czy chociaż w komentarzach rozwinie się ciekawa dyskusja.

Nie czas to i nie miejsce

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (219)

#79792

(PW) ·
| Do ulubionych
Była historia o sukience za 99 zł zamiast 240.

Lubię dzwony. W zasadzie od podstawówki nie noszę innych spodni - zawsze, gdy się skuszę na inny fason, doszedłszy do wniosku, że dzwony są dla lamusów, potem tego żałuję, bo wyglądam jak lizak.

Ostatnio poszłam do zwykłego butiku, kupić sobie właśnie dzwony. Pytam o konkret, bo wiem, czego chcę.

Pani mierzy mnie wzrokiem i prycha:

"W tym rozmiarze? Dzwony? No na pewno nie! Nigdzie pani nie znajdzie!”.

Kilka lokali dalej znalazłam takie na mnie, były też jeszcze większe. Z ciekawości pogooglałam, czy jest jakieś prawo zabraniające grubym ludziom noszenia dzwonów. Okazało się, że wręcz przeciwnie, nie powinni nosić rurek bo - nie zgadniecie - wyglądają jak lizaki.

Do dziś nie wiem, o co tej pani chodziło.

Sklepowa

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 148 (204)
Albo Szwedzi są najbardziej cierpliwym narodem świata, albo u nich Ikea wygląda zupełnie inaczej. Obstawiam to drugie.

Godzina 17.00
Idziemy pobrać numerek do kolejki w dziale kuchni. Projekt gotowy, trzeba tylko wypisać listę zakupów dla panów z magazynu. Pestka. Co mogłoby pójść nie tak?

Dowiadujemy się, że system numerków nie działa, proszę siadać, pani przyniesie, jak zadziała.

Godzina 17.20
Pani przynosi numerek z informacją, że "w kolejce oczekuje 3 osób". Stanowisk do konsultacji jest chyba z 5. Idealnie.

Godzina 17.30-17.45
Poprzednie konsultacje powoli się kończą, coraz to kolejni konsultanci są wolni, zaczynają się zbierać w wianuszku koło pani numerkowej i o czymś zawzięcie dyskutować. W końcu paru z nich zaprosiło kolejne grupki klientów do swoich stoliczków. Na oko tak ze cztery.

Fajnie, czyli teraz w kolejce przed nami oczekuje minus jeden osób. Nie ma bata, musimy być następni.

Godzina 18.00
Nie jesteśmy. Idziemy spytać, ile jeszcze numerków przed nami. Członek wie, ale chyba tak z pięć. Pani proponuje, że jak będzie nasza kolej, to po nas zadzwoni.

Już mamy się zwijać na zwiedzanie Ikei, gdy zauważamy, że numerek wywoływany jest może przez pięć milisekund, po czym jeśli klienci nie dobiegną do wywoływaczki dzikim sprintem, konsultant bierze byle kogo.

Godzina 18.20
Jakaś pani prosi o numerek i dostaje go z informacją, że nie ma gwarancji, iż dzisiaj w ogóle uda się panią przyjąć, bo już za dużo ludzi czeka i w ogóle proszę spadać.

Pani pyta, czy w takim razie może dostać numerek na kolejny dzień. Nie może, bo różnie bywa, czasami nie ma tłoku, proszę spadać.

Pani wyjaśnia, że jest już w Ikei pięćdziesiąty czwarty dzień z rzędu i jeszcze nigdy nie zdążyli jej obsłużyć, więc chyba jednak zawsze jest tłok i to trochę żenujące, że jeszcze się nie dostosowali. Pani numerkowa wyjaśnia, że jednak da się umówić na konkretny dzień i godzinę... odpłatnie.

Pani klientka faktycznie spada.

Godzina 18.40.
Jacyś szczęśliwcy wreszcie dopadli do konsultantki. Kupują kuchnię z transportem... na 30 września, bo wcześniej się nie da. Do tego czasu Ikea przechowa im meble. Odpłatnie.

Konsultantka tłumaczy, że powinni się cieszyć, bo i tak Ikea im idzie na rękę.

Państwo spadają.

Godzina 19.00
Widzimy, jak konsultant, który był zajęty tą samą rodziną od kiedy przyszliśmy, przechodzi koło nas. Alleluja, skończyli! A wała. Pan idzie im pokazać, jak wygląda szuflada.

Cała konsultacja chyba musiała się zacząć od dialogu:
- Dzień dobry, poproszę kuchnię.
- A jaką?
- A jakie są?

Godzina 19.10
Na wszelki wypadek idziemy do pani numerkowej spytać, czy może w związku z awarią systemu nie stało się tak, że nasz numerek gdzieś przepadł i teraz wyświetlają się już kolejne. Ona nie wie. Chyba będziemy następni, ale w sumie członek wie. Niby teraz idzie kolejka numerków zaczynających się od C (czyli takich, jak nasz), ale potem może być A, B albo D.

A czemu stosują tak debilny system kilku różnych serii numerków zaczynających się od różnych literek? Też nie wiadomo.

Godzina 19.30
Wreszcie nasza kolej.

Godzina 19.32
Po krzyku. Zlecenie wypisane, idziemy do kasy.

Godzina 20.00
Idziemy do magazynu

Godzina 21.20
Dostajemy meble.

Ikea

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (164)

#79755

(PW) ·
| Do ulubionych
Współlokatorzy. Na szczęście w moim życiu to zamknięty rozdział, ale mam w zanadrzu jeszcze kilka historii.

W ostatnim mieszkaniu mieliśmy ogródek. Współlokatorki od wiosny nudziły, że chcą podzielić przestrzeń w nim, że posądzą sobie w swojej części maliny, pomidorki, truskawki, bawełnę i drzewa kauczukowe.

Teren podzieliłyśmy na karteluszku. My z Królewną z Drewna w którąś wiosenną sobotę powywalałyśmy śmieci, stare liście, zryłyśmy ziemię, wstawiłyśmy plastikowe krawężniki (włączyła mi się adrenalina i trochę mnie poniosło, więc ogarnęłam cały ogródek, nie tylko naszą część) i powiedziałyśmy współlokatorkom, że mogą już zakładać plantację.

Za jakiś czas zachciało nam się kwiatków. Obsiałyśmy swoją część jakimiś nasionami z saszetek za pisiont groszy kupionych na zasadzie "o, pisze, że że kwiatki". Jedyne, co pamiętam to to, że w jednej z saszetek były nasiona nasturcji. Reszta zawierała jakieś mieszanki rodzimego zielska.

Nasturcje zostały zasiane w jednym klombiku, a kilka saszet słowiańskiej, prawilnej mieszanki na sąsiednim.

Po jakimś czasie kwiatki wyrosły. Mieszanka wyglądała jak zwykła, wiejska, sielska łąka. Przy bardziej wygórowanych wymaganiach rzeczywiście można było uznać ten klombik za zaniedbany. Za to nasturcje rosły bez śladu zachwaszczenia i dumnie prezentowały swoje secesyjne kształty, urocze duże liście i malownicze wiotkie łodygi. W efemerycznych pąkach już rozpalały się dziewicze rumieńce, mających zaraz rozwinąć płatki kwiatów. Tymczasem część przeznaczona na plantację bawełny zarastała perzem, a ziemię rozdziobywały kruki i sępy.

Któregoś pięknego dnia, gdy akurat obie z Królewną byłyśmy poza domem, jedna z lokatorek zadzwoniła, że już teraz zaraz mamy jej powiedzieć, co rośnie w ogródeczku, bo ona będzie plewić. Zgodnie z prawdą odpowiedziałam, że nie pamiętam składu prawilnej rodzimej mieszanki, obok są nasturcje, a jeszcze dalej ich perz, ale ni członka jej tego nie wytłumaczę oralnie, bo potrzebuję kartki i mapki. Niech zaczeka 2 godziny, wrócimy z Królewną, pokażemy palcem i niech pieli, a najlepiej niech pieli własną część (której położenie znała), a od naszej się odstosunkuje.

Wróciliśmy po 2 godzinach. Perz rósł tak, jak wcześniej. Mieszanka też. A nasturcje? Upier*lone przy samej ziemi.

Czemu?

A, bo ona nie wiedziała, co to było.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 165 (187)
Pamiętacie historię o wojującej feministce, purystce językowej, która pisze najeżone błędami buduarowe romansidła o mdlejących idiotkach, czekających na księcia z bajki?

Nie, nie ma bingo, ale jest ciąg dalszy.

Z powiastkami tymi jest pewien problem. Okładka oraz opis nie krzyczą: "bzdurna makulatura dla durnych bab". Wręcz przeciwnie, wszystko urządzone jest tak, że na pierwszy rzut oka można się pomylić i wziąć książki za coś wartego przeczytania.

Z tego względu znalazło się parę osób (w tym ja), które po książki sięgnęły i doznały estetycznego szoku połączonego z niedowierzaniem, że ktoś tak piszący zdał maturę z polskiego. Osoby te postanowiły na forach i portalach wyrazić swoje opinie, aby ostrzec podobnych im czytelników przed zwodniczymi hasłami na okładce.

Autorka z godną podziwu wytrwałością wyszukuje te opinie i wkleja u siebie na fejsbuku z komentarzami:

"O! Mam hejtera! Nędzny zawistnik!"

"O! Znów ten sam pożerany zawiścią menel intelektualny! Zakłada sobie ciągle nowe konta, by mnie gnębić!"

"Czyż on nie ma wstydu?! Ile jeszcze fałszywych kont sobie założy?!"

"To prześladowanie! Czy on nie ma nic lepszego do roboty, tylko zakładać fikcyjne konta i mnie dręczyć?"

"Abderyta i filister! Sam chciałby tak pisać, ale nie potrafi, więc mnie stalkuje!"

Zastanawiam się, czy w głowie tej biednej, udręczonej nadmiarem talentu artystki kiedyś pomieści się, że komuś jej książki naprawdę mogą się nie podobać oraz że takich osób może być więcej niż jedna... ale nie zanosi się na to.

Gwoli wyjaśnienia: nie, nie jestem psychofanką. To znajoma, z którą mam kontakt, powiedzmy, "służbowy" (związany z hobby, ale kontaktujemy się ze względu na konkretne zajęcie, a nie wzajemną sympatię) i stąd wiem, co się u niej dzieje.

PS: Tak mnie naszło... Przy lekturze nie mogłam się nadziwić redakcji, a raczej jej brakowi. Tekst wygląda, jakby prosto z dysku autorki poszedł do drukarni, bez śladu korekty czy próby jakiegoś wyprostowania nagromadzonych absurdów, błędów gramatycznych i rzeczowych, groteskowo nieudanych, pretensjonalnych sformułowań, całych hałd powtórzeń oraz ogólnego braku sensu.

Z początku myślałam, że po prostu redaktor i korektor dali ciała, ale coraz bardziej zaczynam wierzyć, że może jednak oni chcieli dobrze, tylko królowa tupnęła nóżką i nie pozwoliła ingerować w swoje wiekopomne dzieła.

Sprobujcie sobie tylko wyobrazić, że jakiś nędzny redaktorzyna, fizol literatury, ćwok bez doktoratu próbuje Wielkiej Pani Artystce wyjaśnić, iż zdanie "Gołymi rękami wykopywała kamienie, które krwawiły intensywnie" zawiera błąd.

No co taki skryba może wiedzieć?

Feministkopisarka

Skomentuj (77) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (195)
Pewna knajpa zorganizowała pokaz filmu z muzyką na żywo.

Fajna sprawa, nawet bardzo... tylko, że większości uczestników eventu nie dane było się nią cieszyć.

Knajpa jest mikroskopijna, zatem zarezerwowałam stolik odpowiednio wcześniej. W czasie rozmowy z panem barmano-menadżero-wszystko dowiedziałam się, że był w pracy czwarty dzień i nie ogarniał.

Po przybyciu na miejsce okazało się, że... rezerwacja owszem, jest, ale nie ma, bo sala jest mała, ludzie przyszli, są, siedzą, stoją, leżą i się nie mieszczą, no olaboga, chaos, ragnarok, no kto by to przewidział?! W podobnej sytuacji, jak my było jeszcze kilka grup, bo okazało się, że na sali mieszczącej przy dobrych wiatrach ze 20 osób zarezerwowano miejsca dla dwukrotnosci tej liczby, po czym wesoło zignorowano fakt, że gdy osoby z rezerwacjami się zjawiły, sala była już po dwakroć pełna.

Na szczęście mniej ufający ludziom członkowie naszej paczki przybyli na miejsce godzinę wcześniej, zatem miałam gdzie usiąść (a dokładnie trafiły mi się 2/3 krzesła). Gdy już udało się opanować miejsce, przyszła pora na bar.

7 osób (słownie: siedem), które stały przede mną pan barman obsługiwał 20 minut, albowiem był to ten sam pan barman, z którym rozmawiałam wcześniej i który był w pracy czwarty dzień, i nie ogarniał. Pot spływał mu po czole, a on dwoił się i troił, ale niestety wciąż okazywało się, że czegoś nie może znaleźć albo nie pamięta kodu... do niego nie mam żalu, ale jakim trzeba być kretynem, by postawić za barem dzieciaka bez doświadczenia gdy organizuje się event i wie się, że na daną godzinę zwali się tłum ludzi, wskutek czego w momencie wyrośnie ultra kolejka tysiąclecia?

Co do sali i rezerwacji... teraz na FB owej knajpy toczą się boje, a na uwagi rozczarowanych klientów knajpa odpowiada, że sala mała i magicznie jej nie powiększą. OK, ale czy to tak trudno ocenić, ile osób faktycznie się zmieści i chociażby rozdać darmowe wejściówki, albo dzwoniącym z prośbą o rezerwację powiedzieć "sory, mamy komplet"?

Jednym słowem: ultra ścisk, zero możliwości cieszenia się pokazem, duchota i najdłużej wyczekiwane piwo świata... a to wszystko przecież nie jest winą organizatorów, bo mieli małą salę i nowicjusza na barze. No co pan, panie, zrobisz? Nic pan nie zrobisz. Któż mógłby przewidzieć, że z tego wynikną problemy?

Zielona wróżka

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 143 (153)
Wyobraź sobie, że jesteś weterynarzem. Specjalizowałeś/łaś się w psach i kotach, bo tego ludzie mają najwięcej i o pacjentów najłatwiej. Ogarniasz jeszcze szczury i króliki, bo to też ssaki i z grubsza podobnie wszystko wygląda.

Przychodzi jednak pacjent z jakimś egzotycznym dziwadłem. Ledwo umiesz rozpoznać gatunek, nie mówiąc już o płci czy wieku. Zdarza się. Teraz ludzie trzymają coraz dziwniejsze stworzenia; kiedy studiowałeś, jeszcze się o takich nie słyszało.

Oczywiście nie masz pojęcia, co temu dziwadłu dolega. Co robisz?

A) Mówisz klientowi, że nie masz kompetencji, żeby się zająć dziwadłem i odsyłasz do kolegi po fachu, który może się na tym znać.

B) Ściemniasz klientowi, że to bardzo trudny i rzadki przypadek, prosisz, żeby przyszedł jeszcze raz następnego dnia, bo musisz się skonsultować ze specjalistą. Przez noc googlasz objawy i czytasz artykuły, by zacząć leczyć dziwadło w oparciu o swoją wiedzę ogólną, kompetencje w rozumieniu treści specjalistycznych artykułów i nowo nabyte informacje.

C) "Panie, zara mu damy antybiotyk i przejdzie jak ręką odjął!"

Już się pewnie domyślacie, którą opcję wybiera wielu weterynarzy. Niestety, klienci takich konowałów potem nie chcą słuchać rad hodowców podobnych zwierząt, bo przecież byli u weterynarza, on powiedział, że to quisquidoza plusquamperfectu i że trzeba antybiotyk i już. A potem... oj, zwierzątko jednak umarło. Widocznie antybiotyk był za słaby.

Weteryniarz

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 162 (184)