Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KwarcPL

Zamieszcza historie od: 19 maja 2019 - 18:08
Ostatnio: 4 marca 2021 - 11:22
  • Historii na głównej: 7 z 7
  • Punktów za historie: 759
  • Komentarzy: 343
  • Punktów za komentarze: 1090
 

#87770

(PW) ·
| Do ulubionych
Wysiadłem na dworcu w mieście gdzie U... nie kursuje. No trudno, trzeba będzie skorzystać z usług taksówki. Mam do nich ograniczone zaufanie, więc sprawdziłem wszystko zawczasu. Do celu niecałe 3 km a na rozklekotanym Passacie cennik, 4zł za kilometr czyli podróż wyniesie mnie w zaokrągleniu 12zł. Dla pewności jeszcze się zapytałem i dobrze, że to zrobiłem.

- Przepraszam, ile kosztowałby dojazd do X.
- No... 25 zł.
- Ile!? To ja chyba spytam kolegi obok.
- Zaraz! A ile byś dał?
- Tyle ile wychodzi z taryfy, 12.
- Dobra, wsiadać.

Dowiózł, wziął kasę i odjechał w dziwnym pośpiechu. Ledwo co zdążyłem drzwi zamknąć a ten już gaz do dechy. Dlaczego tak go nagliło? Ano chciał zdążyć nim skapnę się, że nie dostałem paragonu. Jak mnie nie udało się zrobić w balona to chociaż skarbówkę. I oni śmieli nazywać U... nieuczciwą konkurencją?

taksowka

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 142 (156)

#87758

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak jak obiecałem, druga część historii z ukradzionym samochodem. Tym razem będzie o piekielnej spółdzielni, która miała w nosie dobro mieszkańców i aby tylko kłody pod nogi rzucała.

Znajomi zaczęli od rozwieszenia plakatów "ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". Po kilku godzinach dozorca wszystkie pozrywał i przyszedł do nich z pretensjami, że co oni sobie wyobrażają? Przecież takim czymś odstraszają potencjalnych nabywców i zaniżają wartość lokali, bo kto by chciał mieszkać w okolicy gdzie kradną samochody?

No to może z innej mańki? Zamontujmy kamery. Napisali w tej sprawie do leśnych dziadkach z zarządu i czekali na odpowiedź... pół roku. Tyle to trwało, że autentycznie znajomi zapomnieli, że wyszli z taką propozycją.

No, ale mniejsza z tym. Grunt, że sprawa pchnięta do przodu. Tylko jest jeden szkopuł. Otóż spółdzielni wyszło, że montaż 10 kamer to wydatek... słownie trzystu tysięcy i nie, nie przesłyszeliście się. Zawsze się człowiekowi wydawało, że takie rzeczy to tylko w przetargach publicznych, ale skutecznie wyprowadzili z błędu i jeszcze na dokładkę dodali ironiczne "to teraz musicie tylko przekonać mieszkańców do podniesienia czynszu o kilkaset złotych". Znajomi nie wiedzieli czy się śmiać czy płakać.

Niemniej traf chciał, że u mnie miesiąc-dwa wcześniej montowali monitoring, więc przekazałem im namiary, a oni zgadali się na wstępną wycenę, która zgodnie z oczekiwaniami była rząd wielkości mniejsza, bodaj 35 tysięcy za 12 kamer. Czyli, że nie kilkaset złotych miesięcznie więcej, ale kilkadziesiąt. To by się dało przepchnąć. W znajomych wstąpiła nowa nadzieja.

Ale beton szybko zabrał się za jej gaszenie, ale nie robił nic wyrachowanego (przynajmniej na tym etapie). Po prostu zaczęli stawiać bierny opór. Znajomi potrzebowali poznać kilka szczegółów (jak wygląda sprawa podpięcia się do sieci, gdzie można postawić rejestrator itd.) coby firma mogła przygotować ostateczne wyliczenia. Spółdzielnia stwierdziła, że nie udzieli takich informacji, bo nie i co nam zrobicie?

No dobra, ale skoro mieli własną wycenę to ktoś musiał przygotować dla nich ofertę, a co za tym idzie, odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania. Trop był dobry, niemniej nie obyło się bez oporów. Na maila nie wyślą, bo nie, ale udało się wywalczyć wgląd w biurze spółdzielni. Niezbyt im to było na rękę, bo znajdowało się w innym mieście i było otwarte w z lekka absurdalnych godzinach, ale dali radę się stawić.

Na miejscu było wesoło, oj wesoło. Typ prowadzący biuro spółdzielni nie omieszkał skomentować co myśli o tym karygodnym procederze. "Kto to słyszał, że to mieszkańcy wychodzą z inicjatywą? Od tego jest spółdzielnia!" (sic!). Ale to nie koniec dziwnych tekstów jakie od niego usłyszeli. Na przykład zaczął dawać aluzje do branży w jakiej pracują. Musiał ich obczaić na FB, ale czemu się z tym obnosił? Chciał dać do zrozumienia, że są na cenzurowanym. Chyba tak, bo zaczął się podpytywać czy wszystkie opłaty regulują na czas i tak dalej...

Ale Was pewnie interesuje oferta i co w niej tyle kosztowało? Z tego co znajomi mówili to wszystkiego było ponad miarę. Kamery chyba najdroższe jakie znaleźli w katalogu, do tego serwer do trzymania nagrań za 20 tysi, 2 wielkie telewizory z górnej półki i... etat dla ochroniarza coby siedział w kanciapie i obserwował co się dzieje na rejonie. Aż dziw, że nie pomyśleli o samochodzie służbowym albo 3 stróżach, coby o każdej porze dnia i nocy ktoś czuwał na posterunku.

O i najlepsze. Uznali, że jako zaplecze monitoringu nie może służyć jedno z dostępnych pomieszczeń gospodarczych i wszystko musi się mieścić u nich w biurze. No tak, jak się chce pełnoprawnej serwerowni, wielkich ekranów i tak dalej to potrzeba przestrzeni. Tylko czemu to jest najlepsze? Bo stwierdzili, że należy pod to zmodernizować instalację internetową, a to by się wiązało z przekopaniem chodnika i części jezdni, co generowało większość kosztów. Nie pytajcie co w tej co była brakowała, bo nie wiem. I spółdzielnia pewnie też nie wiedziała. Ewidentnie wymyślali koszty z kosmosu by ubić oddolną inicjatywę. Widocznie to, że mieszkańcy coś sami od siebie zaproponowali weszło tak bardzo leśnym dziadkom na ego, że chcieli go zablokować dla zasady a to, że faktycznie przydałby się monitoring już ich nie obchodziło.

W każdym razie znajomi powoli tracili motywację. Walka z betonem spółdzielnianym to było kopanie się z koniem. Narażasz im się, a sprawa wcale nie posuwa się do przodu. Jakby chociaż mieszkańcy stali za nimi to jeszcze, ale nie. Poparcie kończyło się na deklaracjach. Także koniec końców machnęli ręką i wynajęli miejsce na parkingu strzeżonym.

spoldzielnia_mieszkaniowa

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (150)

#87749

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajomym ukradli samochód, spod bloku. Koleżanka zauważyła to o 18:00 i zadzwoniła po policję. Ta przyjechała po godzinie i uznała, że najpewniej zaparkowała gdzie indziej i zapomniała. Zaprosili ją więc do radiowozu i przez godzinę wozili po osiedlu, bo a nuż się znajdzie. No niestety, ale nie.

W tzw. międzyczasie dotarł jej narzeczony i razem pojechali złożyć zeznania na komendzie. Zeszło im to do 22:00. Z racji późnej godziny, działania wyjaśniające miały zacząć się od następnego dnia z rana, czyli jak nie będzie czego szukać, bo po tylu godzinach samochód już dawno dawno będzie w częściach.

No, ale może dołożyli wszelkiej staranności by wyjaśnić sprawę? No, nie bardzo. Po dwóch tygodniach ciszy znajomy postanowił zacząć śledztwo na własną rękę. Między innymi zagadał do osiedlowych sklepów o nagrania z monitoringu. Zapytał też czy policja już u nich była. Nie, nie była.

Na czym więc polegały ich działania wyjaśniające skoro nawet tego nie zrobili? Niech zgadnę, schowali akta do szuflady z napisem "umorzyć za miesiąc z powodu niewykrycia sprawcy". I jak tu mieć dobrą opinię o nich?

Jakby kto pytał to samochodu nie udało się odnaleźć, ale całe szczęście był ubezpieczony, więc chociaż kasę odzyskali. A sprawa ma drugi wątek ze spółdzielnią, który opiszę w osobnej historii.

policja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (182)

#87738

(PW) ·
| Do ulubionych
To teraz porozmawiajmy o piekielnym pracodawcy.

Wynegocjowałem na przełomie stycznia i lutego ubiegłego roku podwyżkę. Co prawda mniejszą niż chciałem, ale satysfakcjonowała mnie, więc teraz tylko czekać na aneks do umowy, ale stało się coś czego nikt nie przewidział. Koronawirus dotarł do Polski i zaczął się odgórny lockdown. Jak tylko przeszliśmy na home office, to szef wszystkich szefów wystosował maila do całej załogi, że jest jak jest i dlatego muszą zawiesić wszelkie decyzje finansowe. Do odwołania. Niby zrozumiałe, ale czy aby na pewno?

Miesiąc później trochę się uspokoił i napisał kolejnego maila. Tym razem, że pandemia naszej branży to właściwie nie dotyka i 2020 nie będzie gorszy od 2019 a wiele wskazuje, że może być nawet lepszy. Oczywiście ani słowa o odmrożeniu podwyżek i premii. Chyba nie przemyślał zbytnio sprawy, bo nastroje wcale się nie uspokoiły a wręcz przeciwnie, w firmie zawrzało. Bo skoro sytuacja ekonomiczna jest jednak dobra, to z jakiej racji decyzje finansowe dalej są zawieszone?

Pobujałem się jeszcze z miesiąc mając nadzieję, że może ktoś na górze w końcu pójdzie po rozum do głowy, ale nic z tego. No to trudno, w takim razie zaczynam rozglądać się za nową pracą. Wiadomo, była pandemia, więc trochę to trwało, ale w końcu dostałem ofertę zatrudnienia za sporo więcej niż bym zarabiał po podwyżce, której nie było.

Poszedłem więc do zwierzchnika powiedzieć, że jestem tu jeszcze miesiąc i uciekam, ale poprosił bym jeszcze nie rzucał papierami, bo właśnie odmrożono podwyżki. No co za zbieg okoliczności! Ale dobra, w nowej firmie będę zarabiał tyle i tyle, jak zrównacie to zostaję z Wami. Odpowiedź miałem dostać następnego dnia. Zaskoczenia nie było, spasowali.

No trudno, trzeba się w takim razie pożegnać. Z kolegami z pracy, których polubiłem umówiłem się na piwo. Nie znali szczegółów moich negocjacji płacowych, więc przegadali sytuację ze swojej perspektywy. W dużym skrócie mieli spory bulwers, że podwyżki dalej zawieszone i zastanawiali się kiedy w końcu ruszą.

Dopiero ode mnie usłyszeli, że są od jakiegoś miesiąca na tapecie. Czyli, że co? Dopóki nie straszyłeś odejściem, dopóty były dla Ciebie dalej zamrożone? To mnie utwierdziło w przekonaniu, że dobrze robię uciekając stamtąd i z tego co wiem, wielu kolegów z pracy poszło w moje ślady i podziękowało pandemicznym Januszom.

praca

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 185 (197)

#87734

(PW) ·
| Do ulubionych
To może teraz opowiem o Januszach z portalu na O.., ale z drugiej strony. Kumplowi marzyła się profesjonalna rakieta tenisowa. Nowa kosztowała 800 zł a on znalazł używkę na ww. stronie za bodaj 300. Stan idealny, więc okazja zacna, ale on stwierdził, że wywalczy jeszcze niższą cenę.

Jak napisał, że weźmie za 200 to sprzedawca, zgodnie z oczekiwaniami, kazał mu spadać na drzewo. On jednak nie powiedział ostatniego słowa. Zaczął namawiać znajomych, w tym mnie, by napisali do oferenta, że więcej niż 200 to ta rakieta nie jest warta. Ja się oczywiście popukałem w czoło, ale znając życie ktoś przystał na to i mu "pomógł".

I teraz naszło mnie na przemyślenia. A co jeśli to norma i te wszystkie propozycje nie do odrzucenia to 2-3 Januszy robiących sztuczny tłok?

sklepy_internetowe

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 145 (161)

#87733

(PW) ·
| Do ulubionych
Zaktywizowałem się ostatnio na Piekielnych i komentując cudze historie przypomniało mi się kilka własnych. Pozwólcie więc, że będę się nimi sukcesywnie z Wami dzielił. Na początek coś lekkiego, sprzedaż internetowa.

Urządzanie mieszkania zacząłem od kuchni, do której kupiłem za nieco ponad 1500 zł zmywarkę szeroką na 45 cm. Niestety w międzyczasie projekt się zmienił i jednak będziemy montować 60-tkę. No zdarza się, normalnie bym oddał do sklepu, ale 2 tygodnie od zakupu już minęły, więc musiałem wystawić na pewnym portalu.

Jako, że sprzętu nawet nie rozpakowywałem i tak jak przyszedł ostretchowany na pół palecie, tak stał, to uznałem, że 1000 zł to będzie uczciwa cena. Wszak nabywca byłby ponad 500 zł do przodu. Pod warunkiem, że sam by zmywarkę odebrał. Przesyłka paletowa jest droga i czasochłonna, więc nie chciało mi się w nią bawić. O czym też nadmieniłem w opisie. Tak samo jak o tym, że cena nie podlega negocjacji. No i wyprzedzając pytania, które na pewno by się pojawiły, wytłumaczyłem dlaczego pozbywam się nowej zmywarki. Z mojej strony sprawa była przejrzysta, a ofertę uważałem za dobrą.

Niestety Janusze mieli lepsze. Propozycji nie do odrzucenia w stylu "700 zł i biorę" czy "800 i przesyłka na Twój koszt" nie jestem w stanie zliczyć. Całe szczęście nigdzie mi się nie śpieszyło i mogłem je ignorować. Osobiście uważam, że piekielniejsi byli ludzie, którzy zgadzali się na moją stawkę i umawiali na odbiór a potem się nie stawiali. Zmywarka stała w dopiero urządzanym lokum, w którym nikt nie mieszkał. Także musiałem się zorganizować i tam przyjechać tylko po to, by posiedzieć z majstrem przy kawie, bo potencjalny nabywca nawet telefonów nie odbierał.

Jakby kto był ciekawy to pytania o rzeczy zawarte w opisie pojawiły się i tak, a oferta długo nie wisiała, jakieś 2-3 tygodnie, zanim pozbyłem się zmywarki, ale to już poza portalem.

sklepy_internetowe

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 112 (130)

#84604

(PW) ·
| Do ulubionych
Witajcie, od lat byłem biernym czytelnikiem, ale w końcu zebrałem się w sobie by podzielić się swoimi historiami. Zacznę może od najbardziej piekielnej osoby, która mi się w życiu przytrafiła, czyli sąsiada. A jakże, nie mogło być inaczej.

Słowem wprowadzenia były to czasy studenckie, czyli dobre pięć-sześć lat temu. Stara ekipa mieszkaniowa się rozpadła, więc wynająłem kawalerkę w dogodnej lokalizacji. Niski czynsz, blisko do uczelni i na miasto, spokojna okolica, normalnie cud-miód i orzeszki... do czasu. Wszystko za sprawą jednego sąsiada, który początkowo nie zdradzał żadnych symptomów piekielności. Mieszkał bezpośrednio pod nami, niby wyglądał jak typowy Sebastian, ale nie robił żadnych problemów, wręcz przeciwnie, był nawet uprzejmy.

No, ale urodziła mu się córka i wtedy wszystko się zmieniło. Jak to z niemowlętami bywa, ona płacze co chwilę, a tobie już brakuje pomysłów co teraz nie pasuje. Sebastian w próbie zracjonalizowania owego fenomenu stwierdził, że to musi być przez tych studentów z góry. Wszyscy wokół mieszkali tu od dawna, często od urodzenia, więc dla dresika z instynktem terytorialnym, kandydatura na kozła ofiarnego była oczywista.

Jak przyszedł pierwszy raz z pretensjami to był zaskakująco spokojny. Ot powiedział, że ma małe dziecko i mu płacze, bo jest za głośno. Trochę się zdziwiłem, bo za bardzo nie miałem jak i czym mu hałasować, nawet telewizora nie było, który mógłby za głośno słuchać. Spytałem więc co to za kakofonia. On stwierdził, że jakby kto szafę trzydrzwiową przesuwał. Tutaj kompletnie zbaraniałem, bo nawet jakbyśmy chcieli to nie mielibyśmy czego przestawić, zwłaszcza w takich gabarytach. Nasza stancja jeśli chodziło o wyposażenie to oferowała absolutne minimum. Nawet chciałem pokazać, ale Sebastian uwierzył na słowo. Stwierdziliśmy więc, że to nie mogę być ja, ale postaram się zwracać uwagę i rozeszliśmy się w poczuciu wzajemnego konsensusu. Nawet sprawiłem wykładzinę pod biurko coby fotele mniej szurały przy przesuwaniu.

I teraz rodzą się dwa pytania: Gdzie ta piekielność i skąd wiem, że to na pewno nie ja? Śpieszę z wyjaśnieniami. Wszystko zrozumiecie jak opowiem o jego drugiej "interwencji" jakiś tydzień później. Mieszkanie od 10:00 stało puste, wróciłem z uczelni jakoś po 20:00. Nawet nie zdążyłem się rozebrać, a ten dzwoni do drzwi (do tej pory się zastanawiam czy on miał takie szczęście, że mnie trafił akurat jak wróciłem, odbijał się od klamki aż do skutku czy może czatował w oknie aż kto w końcu wróci). Otwieram mu więc w kurtce i pytam o co chodzi. On, że jest głośno, a ma być cicho. Grzecznie tłumaczę, że to nie mogłem być ja, bo przez cały dzień nikogo było i ledwo co wróciłem, widać zresztą. G... go to obchodzi, ma być cisza i ch...!

Miły Sebastian się skończył, odpalił się tryb bojowy. Przychodził aperiodycznie. Raz stawił się tydzień po poprzednim podejściu, raz miałem miesiąc spokoju aż prawie o nim zapominałem. Niemniej zawsze wyglądało to z grubsza tak samo: Do ch... ma być k... cisza, bo jest hałas jakby kto w szafę trzydrzwiową napier... i g... mnie obchodzi, że nawet jej nie masz! W końcu przestałem wariatowi otwierać. To zaczął krzyczeć za mną jak się mijaliśmy na chodniku.

Zaczęło się robić naprawdę niemiło, ale jakoś znosiłem go relatywnie długo, sam nie wiem dlaczego. Aż w końcu miarka się przebrała. Było gdzieś po 23:00, ja już leżę w łóżku i przeglądam Piekielnych na telefonie aż ten nie zaczął się dobijać. Ja ani nie myślę otwierać, ale typ nie daje za wygraną, więc "no dobra, niech mu już będzie, wysłucham standardowej wiązanki i pójdę spać, bo tak to będzie mi do rana napieprzać". Otwieram, a ten z krzykiem, że "Ty k.., ty ch..., masz być k... cicho, bo jak ci w...lę to zgubisz wszystkie zęby, ty k..., ty ch...!" - i poszedł.

Nie no, tego było już za wiele. Ani wyzwisk, ani gróźb karalnych znosić nie będę. Z samego rana uderzyłem do administratora. Miły, starszy Pan, ale niestety mało pomocny. Jedynie pokiwał głową i powiedział, że faktycznie z Sebastianem są problemy i nie jestem pierwszy lokatorem, z którym szedł na noże. No nic, spróbuję u najemniczyni. Pani Wiesia, kochana kobieta. Wzięła syna i przyjechała tak szybko jak się dało. Najpierw do nas, wysłuchała dokładnie o co poszło, a potem prosto do Sebastiana. Zbeształa go jak sralucha, aż słów mu zabrakło, a potem... załatwiła eksmisję w trybie pilnym. Jak się okazało, właściciel jego mieszkania był jej dobrym znajomym i równie w porządku facetem co ona, więc jak tylko się dowiedział co się wyprawia to stwierdził, że patologii pod swoim dachem tolerować nie będzie.

PS. Czy to koniec? Na dłuższy tak, ale była runda druga, którą opiszę w drugiej części jeśli wyrazicie zainteresowanie.
PPS. Wszelkie imiona rzecz jasna zostały zmienione.

blok mieszkanie osiedle kamienica

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (169)

1