Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

KwarcPL

Zamieszcza historie od: 19 maja 2019 - 18:08
Ostatnio: 5 sierpnia 2022 - 16:04
  • Historii na głównej: 8 z 8
  • Punktów za historie: 900
  • Komentarzy: 398
  • Punktów za komentarze: 1367
 

#89415

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Słowem wstępu jesteśmy z dziewczyną na zdalnym, kochamy pieski i mamy z nimi doświadczenie, więc powstał pomysł, by sobie dorobić opieką nad nimi. Wygłaskamy czworonoga i jeszcze nam za to zapłacą. Zdawałoby się, że plan idealny, ale skoro spotykamy się na tym portalu to coś musiało pójść nie tak. Co konkretnie? Odpowiedź jest oczywista, właściciele. Nie poczuwali się do niczego, nawet do powiedzenia jakie są faktyczne potrzeby pupilka. Dlatego co opiekę to mieliśmy coraz weselej.

1. Kochana psina, ale tak zapuszczona przez właścicieli, że to niepojęte. OK, mają działkę z ogródkiem, więc siłą rzeczy zwierzak szybciej się zabrudzi niż kanapowiec z bloku, ale naprawdę im nie przeszkadzało, że po głaskaniu trzeba myć ręce? Dziewczyna po kilku minutach gładzenia jej po grzbiecie miała dłonie tak czarne jakby się w piaskownicy bawiła. Mnie byłoby wstyd oddać psa w takim stanie do mieszkania. Poza tym ona była nauczona przebywać z nimi w domu i naprawdę pasowało im to, że z suni kładącej się obok nich na kanapie sypie się jak ze starego dywanu? A już dla jej komfortu powinni obcinać jej pazurki, bo były długie jak u krogulca i co chwilę się zahaczały po koc co ją strasznie frustrowało. Podobnie jak próba wytarcia stalaktytów ze śpiochów. Co tylko potwierdzało, że jej w ogóle nie kąpią.

2. Przeciwieństwo powyższego. Rasowy kanapowiec, któremu codziennie trzeba rozczesywać sierść, zakrapiać oczka i tak dalej. Na czym polega piekielność? Ano na tym, że babka zapomniała powiedzieć podczas wywiadu o tym, że ma specjalne potrzeby. No, ale psiak naprawdę ułożony a ona kontaktowa, więc praktycznie nie mamy do niej pretensji. Zwłaszcza, że na tle pozostałych ewenementów wręcz blednie.

3. Następny mieliśmy kundelka w typie beagle'a. Był on bezproblemowym pieszczochem, ale właścicielka z jakiegoś powodu kreowała go na psa specjalnej troski. Zaczęliśmy więc od propozycji zrobienia dnia próbnego. Z wywiadu i spaceru zapoznawczego nie wynikało nic dyskwalifikującego, więc postanowiliśmy dać szansę i jakież było nasze zaskoczenie kiedy żadne z jej ostrzeżeń się nie potwierdziło. Nasz podopieczny miał strasznie znosić rozłąkę i długo akceptować nowe miejsce. Było wręcz przeciwnie. Za nią nawet nie zaskomlał a u nas od razu się odnalazł.

Także diagnoza mogła być jedna, babka ewidentnie miała pupilkową hipochondrię. Zwłaszcza, że dała nam całą stronę maszynopisu z instrukcjami co robić a czego nie. Na przykład bigielek miał się bać rowerów i jak tylko jaki pojawi się na horyzoncie to należy "odejść na bok, odwrócić jego uwagę i przeczekać niebezpieczeństwo". Nic takiego nie zaobserwowaliśmy a był to okres letni i na każdym spacerze mijało nas paru cyklistów.

Jeszcze było kilka problemów, które przekazała ustnie. Jak chociażby to, że miał wybitnie nie lubić dotyku, zwłaszcza na głowie i szczytem interakcji z jego strony miało być położenie pyszczka na kolanie jak leży obok na kanapie. I znowu to musiały być jakieś jej projekcje, bo był to największy pieszczoch jakiego mieliśmy. Był ewidentnie niedogłaskany i wręcz domagał się miziania, zwłaszcza po głowie.

No i ostatni zmyślony problem, miał mieć skłonności do zbytniego pobudzania się i w związku z tym dała nam jakiś dyfuzor z feromonami, który ma go uspokajać. Tutaj od razu zapaliła mi się czerwona lampka a opieka nad nim potwierdziła przeczucia. Ten pies wcale nie miał nerwowego usposobienia, tylko był energiczny. Łaknął uwagi właścicielki i potrzebował dużo ruchu a ta stara baba nie dość, że nie chciała mu zapewnić ani jednego, ani drugiego to jeszcze wolała go wyciszać chińskimi wynalazkami, masakra.

Ludzie, jak jesteście zgrzybiałymi emerytami nie lubiącymi pieszczot i ruchu to bierzcie sobie, nie wiem, świnkę morską a nie beagle'a, któremu wmawiacie jakieś niestworzone rzeczy. Bo jedyny problem, który faktycznie z nim mieliśmy był taki, że w ogóle nie nauczyła go chodzić na smyczy. I wiecie co? Nie poświęciła mu nawet pół zdania w tej całej instrukcji. Widocznie prawdziwe problemy zachowuje dla siebie a z ludźmi dzieli się tylko tymi zmyślonymi.

A na koniec właścicielka, jakby było mało piekielności z jej strony, postanowiła się srogo spóźnić i nas o tym nie poinformować. Telefonów oczywiście też nie odbierała. Nosz kurde, dziewczyna była umówiona z innymi właścicielami i wszystko stoi przez nią. Po pół godzinie czekania stwierdziliśmy, że to nie ma sensu, ja zostaję a ona wychodzi. Tak też zrobiliśmy i wiecie co? Zdążyła się spotkać i wrócić a jej dalej nie było. Aż zaczęliśmy się bać czy aby nie znalazła sobie sposób na pozbycie się niechcianego psa. No, ale w końcu się z łaski swojej się zjawiła i była wręcz oburzona, że coś nam się nie podobała. My staraliśmy się być grzeczni a ona odpowiadała nam opryskliwym tonem.

- Przepraszam, ale dlaczego Pani się spóźniła?
- Bo nie wiedziałam, że tutaj jest tak kiepski dojazd.
* Nie żeby czwarty raz jechała tą trasą czy coś... *
- Ale mogła Pani chociaż zadzwonić.
- Nie wiedziałam, że będziecie mieć takie pretensje o to!
- A to nie jest normalne, że się dzwoni przy takim spóźnieniu?
- No jak widać nie dla każdego...
- Odbieranie telefonów też?

Na tamto pytanie już nie odpowiedziała. Zajęła się psem z wyraźnie wkurzoną miną, bo jak to tak pytać hrabinę dlaczego nie odebrała? Przecież to się nie godzi. Więc zmieniliśmy temat na psa:

- Pani jest pewna, że ten pies nie lubi głaskania? Bo mnie się wydaje, że jest wręcz przeciwnie.
- Co? Nie, on to jest wielki pieszczoch. Tylko ja mówiłam, że nie lubi być brany na kolana.
* Co? To ona świadomie kłamała? Ki czort? *
- Wcale tak nie było i wie Pani co? Z takim podejściem to Pani dziękujemy.
- Oczywiście, macie prawo wybierać sobie klientów jakich chcecie a ja mam prawo do opinii i ją umieszczę gdzie się ogłaszacie!

Wyszła nie mówiąc nawet "do widzenia". Co prawda, nas nie obsmarowała, ale potem do dziewczyny na privie napisała, że jest nieprofesjonalna, nie umie postępować z ludźmi i w związku z tym nie zamierza nam dopłacić za to, że się opiekowaliśmy dłużej niż było umówione. No tak, bo to przecież nasza wina, że mieliśmy swoje plany zamiast grzecznie czekać i jeszcze się głupio pytamy. Nie odbierała to nie odbierała.

4. No i ostatni podopieczny, po którym mieliśmy już wszystkiego serdecznie dosyć. Właścicielka powiedziała, że pies boi się burzy. Dziewczyna dopytała co to znaczy. Się stresuje, ale nie jest agresywny ani nie odwala innych jazd, czyli standard. I na to też się przygotowaliśmy. Na biedną psinkę, której trzeba potowarzyszyć w trudnej dla niego sytuacji a czekał nas horror, ale nie uprzedzajmy faktów.

Telewizor był włączony cały czas a jak tylko zaczęło kropić to zasłoniliśmy okna, coby uchronić go przed bodźcami na tyle na ile jest to możliwe, ale dużo to nie pomogło. Dobrze się nie rozpadało a ten już wył na cały regulator. Próbowaliśmy go czymś zająć, jakoś odciągnąć jego uwagę, ale nic to nie dawało. Już był tak spanikowany, że nie szło do niego dotrzeć a przecież jeszcze nawet burzy nie było. A jak w końcu pojawiły się błyskawice to była histeria na całego. Biegał po mieszkaniu jak opętany, drapał meble, gryzł klamki, skakał na ściany i próbował się wepchnąć do zamkniętej szafy. Jednym słowem totalna demolka a podejść do niego się nie dało, bo zrobił się agresywny. Na dziewczynę skoczył z zębami i ją podrapał jak próbowała go uspokoić. Mnie dziabnął jak odciągałem go od tej biednej szafy, której zaraz wyrwałby drzwi. A jak się rozkręcił to rzucał się nawet za to, że stało się nie tam gdzie powinno.

Dopiero włączenie muzyki na maksa go uspokoiło, ale to tylko rozwiązanie doraźne. Po jedno nie będziemy robić sąsiadom koncertu na pół dnia. Po drugie błyskawice wystarczały, by dostawał ataku paniki i na przykład wskoczył na domofon. Chyba byłoby trzeba sprawić sobie ciężkie zasłony jak z domu publicznego, które nic nie przepuszczają, by go opanować. Po trzecie nie na to się umawialiśmy.

Czegoś takiego jeszcze nie widziałem i mam nadzieję, że już nie zobaczę. W każdym razie byliśmy tak wykończeni i wkurzeni, że dziewczyna zadzwoniła po właścicielkę, by w trybie pilnym odebrała swojego szatana. Co na nasze szczęście zrobiła, ale na słowo "przepraszam" już z siebie nie wydobyła. Za to powiedziała, że pewnie i tak byśmy malowali ściany, nosz kurde! W ogóle się nie poczuwała do zaoferowania chociażby symbolicznej rekompensaty za szkody wyrządzone przez swojego psa. Na szczęście dziewczyna po ostatnich doświadczeniach zaczęła brać pieniądze z góry i powiedziała, że je sobie zatrzymuje. Z czego właścicielka była wyraźnie niezadowolona.

Co do psa to standardowa śpiewka, że Pimpuś tak nigdy i to naprawdę pierwszy raz. Terefere, w życiu nie uwierzę, że można mieć tak straumatyzowanego psa i nie być w ogóle tego świadomym. Bo jeśli boi się burzy tak bardzo, że biega po ścianach to nie jest to kwestia otoczenia. Znaczy jasne, znane miejsce czy obecność właścicielki są uspokajające, ale do pewnego stopnia i na pewno nie zdziałają cuda. Także nieważne kto, by stał obok nie sprawi to, że zamiast demolować meble zwinie się w kłębek i będzie skomlał.

A poza tym raczej nie u nas nauczył się otwierać klamki zębami. On już wiedział co robić kiedy chce się uciec przed burzą do zamkniętego pomieszczenia. Jeszcze jedna rzecz, właścicielka na spacerze zapoznawczym mówiła, że nigdy by nie dała swoje pupila do psiego hotelu a jak jej mówiliśmy jakie piekło nam zgotował to zarzekała się, że był w hotelu i nie było z nim problemów. Czyli albo wtedy, albo teraz kłamała. Poza tym skoro dobrze się tam czuł to czemu przestała korzystać z ich usług i szukała nowej opieki? Coś się tu nie klei...

pies psy wlasciciel wlasciciele psiarz psiarze

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (159)

#87770

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Wysiadłem na dworcu w mieście gdzie U... nie kursuje. No trudno, trzeba będzie skorzystać z usług taksówki. Mam do nich ograniczone zaufanie, więc sprawdziłem wszystko zawczasu. Do celu niecałe 3 km a na rozklekotanym Passacie cennik, 4zł za kilometr czyli podróż wyniesie mnie w zaokrągleniu 12zł. Dla pewności jeszcze się zapytałem i dobrze, że to zrobiłem.

- Przepraszam, ile kosztowałby dojazd do X.
- No... 25 zł.
- Ile!? To ja chyba spytam kolegi obok.
- Zaraz! A ile byś dał?
- Tyle ile wychodzi z taryfy, 12.
- Dobra, wsiadać.

Dowiózł, wziął kasę i odjechał w dziwnym pośpiechu. Ledwo co zdążyłem drzwi zamknąć a ten już gaz do dechy. Dlaczego tak go nagliło? Ano chciał zdążyć nim skapnę się, że nie dostałem paragonu. Jak mnie nie udało się zrobić w balona to chociaż skarbówkę. I oni śmieli nazywać U... nieuczciwą konkurencją?

taksowka

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (168)

#87758

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Tak jak obiecałem, druga część historii z ukradzionym samochodem. Tym razem będzie o piekielnej spółdzielni, która miała w nosie dobro mieszkańców i aby tylko kłody pod nogi rzucała.

Znajomi zaczęli od rozwieszenia plakatów "ktokolwiek widział, ktokolwiek wie". Po kilku godzinach dozorca wszystkie pozrywał i przyszedł do nich z pretensjami, że co oni sobie wyobrażają? Przecież takim czymś odstraszają potencjalnych nabywców i zaniżają wartość lokali, bo kto by chciał mieszkać w okolicy gdzie kradną samochody?

No to może z innej mańki? Zamontujmy kamery. Napisali w tej sprawie do leśnych dziadkach z zarządu i czekali na odpowiedź... pół roku. Tyle to trwało, że autentycznie znajomi zapomnieli, że wyszli z taką propozycją.

No, ale mniejsza z tym. Grunt, że sprawa pchnięta do przodu. Tylko jest jeden szkopuł. Otóż spółdzielni wyszło, że montaż 10 kamer to wydatek... słownie trzystu tysięcy i nie, nie przesłyszeliście się. Zawsze się człowiekowi wydawało, że takie rzeczy to tylko w przetargach publicznych, ale skutecznie wyprowadzili z błędu i jeszcze na dokładkę dodali ironiczne "to teraz musicie tylko przekonać mieszkańców do podniesienia czynszu o kilkaset złotych". Znajomi nie wiedzieli czy się śmiać czy płakać.

Niemniej traf chciał, że u mnie miesiąc-dwa wcześniej montowali monitoring, więc przekazałem im namiary, a oni zgadali się na wstępną wycenę, która zgodnie z oczekiwaniami była rząd wielkości mniejsza, bodaj 35 tysięcy za 12 kamer. Czyli, że nie kilkaset złotych miesięcznie więcej, ale kilkadziesiąt. To by się dało przepchnąć. W znajomych wstąpiła nowa nadzieja.

Ale beton szybko zabrał się za jej gaszenie, ale nie robił nic wyrachowanego (przynajmniej na tym etapie). Po prostu zaczęli stawiać bierny opór. Znajomi potrzebowali poznać kilka szczegółów (jak wygląda sprawa podpięcia się do sieci, gdzie można postawić rejestrator itd.) coby firma mogła przygotować ostateczne wyliczenia. Spółdzielnia stwierdziła, że nie udzieli takich informacji, bo nie i co nam zrobicie?

No dobra, ale skoro mieli własną wycenę to ktoś musiał przygotować dla nich ofertę, a co za tym idzie, odpowiedzieć sobie na te wszystkie pytania. Trop był dobry, niemniej nie obyło się bez oporów. Na maila nie wyślą, bo nie, ale udało się wywalczyć wgląd w biurze spółdzielni. Niezbyt im to było na rękę, bo znajdowało się w innym mieście i było otwarte w z lekka absurdalnych godzinach, ale dali radę się stawić.

Na miejscu było wesoło, oj wesoło. Typ prowadzący biuro spółdzielni nie omieszkał skomentować co myśli o tym karygodnym procederze. "Kto to słyszał, że to mieszkańcy wychodzą z inicjatywą? Od tego jest spółdzielnia!" (sic!). Ale to nie koniec dziwnych tekstów jakie od niego usłyszeli. Na przykład zaczął dawać aluzje do branży w jakiej pracują. Musiał ich obczaić na FB, ale czemu się z tym obnosił? Chciał dać do zrozumienia, że są na cenzurowanym. Chyba tak, bo zaczął się podpytywać czy wszystkie opłaty regulują na czas i tak dalej...

Ale Was pewnie interesuje oferta i co w niej tyle kosztowało? Z tego co znajomi mówili to wszystkiego było ponad miarę. Kamery chyba najdroższe jakie znaleźli w katalogu, do tego serwer do trzymania nagrań za 20 tysi, 2 wielkie telewizory z górnej półki i... etat dla ochroniarza coby siedział w kanciapie i obserwował co się dzieje na rejonie. Aż dziw, że nie pomyśleli o samochodzie służbowym albo 3 stróżach, coby o każdej porze dnia i nocy ktoś czuwał na posterunku.

O i najlepsze. Uznali, że jako zaplecze monitoringu nie może służyć jedno z dostępnych pomieszczeń gospodarczych i wszystko musi się mieścić u nich w biurze. No tak, jak się chce pełnoprawnej serwerowni, wielkich ekranów i tak dalej to potrzeba przestrzeni. Tylko czemu to jest najlepsze? Bo stwierdzili, że należy pod to zmodernizować instalację internetową, a to by się wiązało z przekopaniem chodnika i części jezdni, co generowało większość kosztów. Nie pytajcie co w tej co była brakowała, bo nie wiem. I spółdzielnia pewnie też nie wiedziała. Ewidentnie wymyślali koszty z kosmosu by ubić oddolną inicjatywę. Widocznie to, że mieszkańcy coś sami od siebie zaproponowali weszło tak bardzo leśnym dziadkom na ego, że chcieli go zablokować dla zasady a to, że faktycznie przydałby się monitoring już ich nie obchodziło.

W każdym razie znajomi powoli tracili motywację. Walka z betonem spółdzielnianym to było kopanie się z koniem. Narażasz im się, a sprawa wcale nie posuwa się do przodu. Jakby chociaż mieszkańcy stali za nimi to jeszcze, ale nie. Poparcie kończyło się na deklaracjach. Także koniec końców machnęli ręką i wynajęli miejsce na parkingu strzeżonym.

spoldzielnia_mieszkaniowa

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 147 (159)

#87749

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Znajomym ukradli samochód, spod bloku. Koleżanka zauważyła to o 18:00 i zadzwoniła po policję. Ta przyjechała po godzinie i uznała, że najpewniej zaparkowała gdzie indziej i zapomniała. Zaprosili ją więc do radiowozu i przez godzinę wozili po osiedlu, bo a nuż się znajdzie. No niestety, ale nie.

W tzw. międzyczasie dotarł jej narzeczony i razem pojechali złożyć zeznania na komendzie. Zeszło im to do 22:00. Z racji późnej godziny, działania wyjaśniające miały zacząć się od następnego dnia z rana, czyli jak nie będzie czego szukać, bo po tylu godzinach samochód już dawno dawno będzie w częściach.

No, ale może dołożyli wszelkiej staranności by wyjaśnić sprawę? No, nie bardzo. Po dwóch tygodniach ciszy znajomy postanowił zacząć śledztwo na własną rękę. Między innymi zagadał do osiedlowych sklepów o nagrania z monitoringu. Zapytał też czy policja już u nich była. Nie, nie była.

Na czym więc polegały ich działania wyjaśniające skoro nawet tego nie zrobili? Niech zgadnę, schowali akta do szuflady z napisem "umorzyć za miesiąc z powodu niewykrycia sprawcy". I jak tu mieć dobrą opinię o nich?

Jakby kto pytał to samochodu nie udało się odnaleźć, ale całe szczęście był ubezpieczony, więc chociaż kasę odzyskali. A sprawa ma drugi wątek ze spółdzielnią, który opiszę w osobnej historii.

policja

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 178 (190)

#87738

przez (PW) ·
| Do ulubionych
To teraz porozmawiajmy o piekielnym pracodawcy.

Wynegocjowałem na przełomie stycznia i lutego ubiegłego roku podwyżkę. Co prawda mniejszą niż chciałem, ale satysfakcjonowała mnie, więc teraz tylko czekać na aneks do umowy, ale stało się coś czego nikt nie przewidział. Koronawirus dotarł do Polski i zaczął się odgórny lockdown. Jak tylko przeszliśmy na home office, to szef wszystkich szefów wystosował maila do całej załogi, że jest jak jest i dlatego muszą zawiesić wszelkie decyzje finansowe. Do odwołania. Niby zrozumiałe, ale czy aby na pewno?

Miesiąc później trochę się uspokoił i napisał kolejnego maila. Tym razem, że pandemia naszej branży to właściwie nie dotyka i 2020 nie będzie gorszy od 2019 a wiele wskazuje, że może być nawet lepszy. Oczywiście ani słowa o odmrożeniu podwyżek i premii. Chyba nie przemyślał zbytnio sprawy, bo nastroje wcale się nie uspokoiły a wręcz przeciwnie, w firmie zawrzało. Bo skoro sytuacja ekonomiczna jest jednak dobra, to z jakiej racji decyzje finansowe dalej są zawieszone?

Pobujałem się jeszcze z miesiąc mając nadzieję, że może ktoś na górze w końcu pójdzie po rozum do głowy, ale nic z tego. No to trudno, w takim razie zaczynam rozglądać się za nową pracą. Wiadomo, była pandemia, więc trochę to trwało, ale w końcu dostałem ofertę zatrudnienia za sporo więcej niż bym zarabiał po podwyżce, której nie było.

Poszedłem więc do zwierzchnika powiedzieć, że jestem tu jeszcze miesiąc i uciekam, ale poprosił bym jeszcze nie rzucał papierami, bo właśnie odmrożono podwyżki. No co za zbieg okoliczności! Ale dobra, w nowej firmie będę zarabiał tyle i tyle, jak zrównacie to zostaję z Wami. Odpowiedź miałem dostać następnego dnia. Zaskoczenia nie było, spasowali.

No trudno, trzeba się w takim razie pożegnać. Z kolegami z pracy, których polubiłem umówiłem się na piwo. Nie znali szczegółów moich negocjacji płacowych, więc przegadali sytuację ze swojej perspektywy. W dużym skrócie mieli spory bulwers, że podwyżki dalej zawieszone i zastanawiali się kiedy w końcu ruszą.

Dopiero ode mnie usłyszeli, że są od jakiegoś miesiąca na tapecie. Czyli, że co? Dopóki nie straszyłeś odejściem, dopóty były dla Ciebie dalej zamrożone? To mnie utwierdziło w przekonaniu, że dobrze robię uciekając stamtąd i z tego co wiem, wielu kolegów z pracy poszło w moje ślady i podziękowało pandemicznym Januszom.

praca

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (208)

#87734

przez (PW) ·
| Do ulubionych
To może teraz opowiem o Januszach z portalu na O.., ale z drugiej strony. Kumplowi marzyła się profesjonalna rakieta tenisowa. Nowa kosztowała 800 zł a on znalazł używkę na ww. stronie za bodaj 300. Stan idealny, więc okazja zacna, ale on stwierdził, że wywalczy jeszcze niższą cenę.

Jak napisał, że weźmie za 200 to sprzedawca, zgodnie z oczekiwaniami, kazał mu spadać na drzewo. On jednak nie powiedział ostatniego słowa. Zaczął namawiać znajomych, w tym mnie, by napisali do oferenta, że więcej niż 200 to ta rakieta nie jest warta. Ja się oczywiście popukałem w czoło, ale znając życie ktoś przystał na to i mu "pomógł".

I teraz naszło mnie na przemyślenia. A co jeśli to norma i te wszystkie propozycje nie do odrzucenia to 2-3 Januszy robiących sztuczny tłok?

sklepy_internetowe

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 151 (169)

#87733

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Zaktywizowałem się ostatnio na Piekielnych i komentując cudze historie przypomniało mi się kilka własnych. Pozwólcie więc, że będę się nimi sukcesywnie z Wami dzielił. Na początek coś lekkiego, sprzedaż internetowa.

Urządzanie mieszkania zacząłem od kuchni, do której kupiłem za nieco ponad 1500 zł zmywarkę szeroką na 45 cm. Niestety w międzyczasie projekt się zmienił i jednak będziemy montować 60-tkę. No zdarza się, normalnie bym oddał do sklepu, ale 2 tygodnie od zakupu już minęły, więc musiałem wystawić na pewnym portalu.

Jako, że sprzętu nawet nie rozpakowywałem i tak jak przyszedł ostretchowany na pół palecie, tak stał, to uznałem, że 1000 zł to będzie uczciwa cena. Wszak nabywca byłby ponad 500 zł do przodu. Pod warunkiem, że sam by zmywarkę odebrał. Przesyłka paletowa jest droga i czasochłonna, więc nie chciało mi się w nią bawić. O czym też nadmieniłem w opisie. Tak samo jak o tym, że cena nie podlega negocjacji. No i wyprzedzając pytania, które na pewno by się pojawiły, wytłumaczyłem dlaczego pozbywam się nowej zmywarki. Z mojej strony sprawa była przejrzysta, a ofertę uważałem za dobrą.

Niestety Janusze mieli lepsze. Propozycji nie do odrzucenia w stylu "700 zł i biorę" czy "800 i przesyłka na Twój koszt" nie jestem w stanie zliczyć. Całe szczęście nigdzie mi się nie śpieszyło i mogłem je ignorować. Osobiście uważam, że piekielniejsi byli ludzie, którzy zgadzali się na moją stawkę i umawiali na odbiór a potem się nie stawiali. Zmywarka stała w dopiero urządzanym lokum, w którym nikt nie mieszkał. Także musiałem się zorganizować i tam przyjechać tylko po to, by posiedzieć z majstrem przy kawie, bo potencjalny nabywca nawet telefonów nie odbierał.

Jakby kto był ciekawy to pytania o rzeczy zawarte w opisie pojawiły się i tak, a oferta długo nie wisiała, jakieś 2-3 tygodnie, zanim pozbyłem się zmywarki, ale to już poza portalem.

sklepy_internetowe

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 118 (136)

#84604

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Witajcie, od lat byłem biernym czytelnikiem, ale w końcu zebrałem się w sobie by podzielić się swoimi historiami. Zacznę może od najbardziej piekielnej osoby, która mi się w życiu przytrafiła, czyli sąsiada. A jakże, nie mogło być inaczej.

Słowem wprowadzenia były to czasy studenckie, czyli dobre pięć-sześć lat temu. Stara ekipa mieszkaniowa się rozpadła, więc wynająłem kawalerkę w dogodnej lokalizacji. Niski czynsz, blisko do uczelni i na miasto, spokojna okolica, normalnie cud-miód i orzeszki... do czasu. Wszystko za sprawą jednego sąsiada, który początkowo nie zdradzał żadnych symptomów piekielności. Mieszkał bezpośrednio pod nami, niby wyglądał jak typowy Sebastian, ale nie robił żadnych problemów, wręcz przeciwnie, był nawet uprzejmy.

No, ale urodziła mu się córka i wtedy wszystko się zmieniło. Jak to z niemowlętami bywa, ona płacze co chwilę, a tobie już brakuje pomysłów co teraz nie pasuje. Sebastian w próbie zracjonalizowania owego fenomenu stwierdził, że to musi być przez tych studentów z góry. Wszyscy wokół mieszkali tu od dawna, często od urodzenia, więc dla dresika z instynktem terytorialnym, kandydatura na kozła ofiarnego była oczywista.

Jak przyszedł pierwszy raz z pretensjami to był zaskakująco spokojny. Ot powiedział, że ma małe dziecko i mu płacze, bo jest za głośno. Trochę się zdziwiłem, bo za bardzo nie miałem jak i czym mu hałasować, nawet telewizora nie było, który mógłby za głośno słuchać. Spytałem więc co to za kakofonia. On stwierdził, że jakby kto szafę trzydrzwiową przesuwał. Tutaj kompletnie zbaraniałem, bo nawet jakbyśmy chcieli to nie mielibyśmy czego przestawić, zwłaszcza w takich gabarytach. Nasza stancja jeśli chodziło o wyposażenie to oferowała absolutne minimum. Nawet chciałem pokazać, ale Sebastian uwierzył na słowo. Stwierdziliśmy więc, że to nie mogę być ja, ale postaram się zwracać uwagę i rozeszliśmy się w poczuciu wzajemnego konsensusu. Nawet sprawiłem wykładzinę pod biurko coby fotele mniej szurały przy przesuwaniu.

I teraz rodzą się dwa pytania: Gdzie ta piekielność i skąd wiem, że to na pewno nie ja? Śpieszę z wyjaśnieniami. Wszystko zrozumiecie jak opowiem o jego drugiej "interwencji" jakiś tydzień później. Mieszkanie od 10:00 stało puste, wróciłem z uczelni jakoś po 20:00. Nawet nie zdążyłem się rozebrać, a ten dzwoni do drzwi (do tej pory się zastanawiam czy on miał takie szczęście, że mnie trafił akurat jak wróciłem, odbijał się od klamki aż do skutku czy może czatował w oknie aż kto w końcu wróci). Otwieram mu więc w kurtce i pytam o co chodzi. On, że jest głośno, a ma być cicho. Grzecznie tłumaczę, że to nie mogłem być ja, bo przez cały dzień nikogo było i ledwo co wróciłem, widać zresztą. G... go to obchodzi, ma być cisza i ch...!

Miły Sebastian się skończył, odpalił się tryb bojowy. Przychodził aperiodycznie. Raz stawił się tydzień po poprzednim podejściu, raz miałem miesiąc spokoju aż prawie o nim zapominałem. Niemniej zawsze wyglądało to z grubsza tak samo: Do ch... ma być k... cisza, bo jest hałas jakby kto w szafę trzydrzwiową napier... i g... mnie obchodzi, że nawet jej nie masz! W końcu przestałem wariatowi otwierać. To zaczął krzyczeć za mną jak się mijaliśmy na chodniku.

Zaczęło się robić naprawdę niemiło, ale jakoś znosiłem go relatywnie długo, sam nie wiem dlaczego. Aż w końcu miarka się przebrała. Było gdzieś po 23:00, ja już leżę w łóżku i przeglądam Piekielnych na telefonie aż ten nie zaczął się dobijać. Ja ani nie myślę otwierać, ale typ nie daje za wygraną, więc "no dobra, niech mu już będzie, wysłucham standardowej wiązanki i pójdę spać, bo tak to będzie mi do rana napieprzać". Otwieram, a ten z krzykiem, że "Ty k.., ty ch..., masz być k... cicho, bo jak ci w...lę to zgubisz wszystkie zęby, ty k..., ty ch...!" - i poszedł.

Nie no, tego było już za wiele. Ani wyzwisk, ani gróźb karalnych znosić nie będę. Z samego rana uderzyłem do administratora. Miły, starszy Pan, ale niestety mało pomocny. Jedynie pokiwał głową i powiedział, że faktycznie z Sebastianem są problemy i nie jestem pierwszy lokatorem, z którym szedł na noże. No nic, spróbuję u najemniczyni. Pani Wiesia, kochana kobieta. Wzięła syna i przyjechała tak szybko jak się dało. Najpierw do nas, wysłuchała dokładnie o co poszło, a potem prosto do Sebastiana. Zbeształa go jak sralucha, aż słów mu zabrakło, a potem... załatwiła eksmisję w trybie pilnym. Jak się okazało, właściciel jego mieszkania był jej dobrym znajomym i równie w porządku facetem co ona, więc jak tylko się dowiedział co się wyprawia to stwierdził, że patologii pod swoim dachem tolerować nie będzie.

PS. Czy to koniec? Na dłuższy tak, ale była runda druga, którą opiszę w drugiej części jeśli wyrazicie zainteresowanie.
PPS. Wszelkie imiona rzecz jasna zostały zmienione.

blok mieszkanie osiedle kamienica

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 154 (172)

1