Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

LadyMakbet

Zamieszcza historie od: 24 maja 2011 - 18:39
Ostatnio: 17 października 2017 - 22:44
  • Historii na głównej: 14 z 15
  • Punktów za historie: 5370
  • Komentarzy: 69
  • Punktów za komentarze: 531
 

#74397

(PW) ·
| Do ulubionych
Sporo tu ostatnio historii przedślubnych, więc i ja dodam swoją.

Kilka, może kilkanaście tygodni przez Tym Wielkim Dniem listę gości mieliśmy już właściwie zamkniętą, najważniejsze rzeczy załatwione - wiadomo. Piekielną okazała się tu moja [M]ama.

M: Dlaczego nie zaprosiłaś Zosi i Michasi?
Ja: Yyy.. a kim one są? [słowo honoru, że wtedy po raz pierwszy w życiu o nich usłyszałam].
M: No jak to? Przecież... [i tu nastąpił wywód o rodzinnych koligacjach, tak długi, że zgubiłam się w połowie].
Ja: Nic mi to nie mówi. Dlaczego miałabym je zaprosić?
M: Bo ja się w dzieciństwie tak bardzo lubiłam z Zosią, a Michasia to jej mama [czy tam na odwrót]!
Ja: A kiedy ty się z nimi ostatnio kontaktowałaś?
M: No... chyba na pogrzebie wujka Ziutka [17 lat wcześniej!]. Ale koniecznie musisz je zaprosić, to taka bliska rodzina!

Uległam, tym bardziej że rodzice sporo dokładali do wesela. I co się okazało? Zosia i Michasia odpisały grzecznie mojej mamie [nawet nie mnie, chociaż na zaproszeniu widniał mój adres], że... nie przyjadą, bo nie znają żadnej Lady Makbet i nie miały nawet pojęcia o jej istnieniu.

wesele

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 159 (169)

#80415

(PW) ·
| Do ulubionych
Wybrałam się do Biedronki po pieluchy dla mojej pociechy. Miała być promocja – 3 paczki w cenie 2 – co pozwoliłoby zaoszczędzić 30 złotych, dla mnie to sporo. Przed wyjściem z domu sprawdziłam dokładnie w gazetce, czy promocja na pewno obowiązuje tego dnia w „moim” sklepie, żeby nie iść nadaremno.

W samej Biedrze zastałam straszny bałagan, co mnie nawet nie zdziwiło, bo wiadomo, godziny popołudniowe, personel nieliczny, ludzi sporo. Rzeczone pampersy znalazłam w zupełnie innym miejscu, niż być powinny i wyglądało na to, że wzięłam ostatnie 3 paczki w całym markecie.

Będąc już przy kasie, zauważyłam na wyświetlaczu, że mój rachunek wynosi dużo więcej, niż się spodziewałam. Zgłosiłam to kasjerowi, pytając, czy zostanie naliczony rabat na pieluchy. Kasjer zapewnił, że tak, a jeżeli będzie jakiś problem, to on zawoła kierowniczkę i wszystko wyjaśnimy. Niestety po sfinalizowaniu transakcji okazało się, że mam do zapłacenia około 100 złotych zamiast prognozowanych przeze mnie 70. Kasjer poradził, żebym zapłaciła, a kierowniczka zwróci mi różnicę. Do tego momentu wszystko wydawało mi się w porządku. Niestety, minutę później przyszła wspomniana [K]kierowniczka.

K: Co się stało?
[J]a: Dzień dobry. Zgodnie z ulotką te pieluchy powinny być w promocji, a tymczasem… (i tu opisałam mój problem).
K: No chyba sobie pani żartuje! Mnie nie interesuje, co jest na stronie internetowej, ja nie mam czasu na takie bzdury. Mnie interesuje, co jest w moim sklepie. Widziała pani przy tych pieluchach karteczkę z promocją?
J: Przepraszam, ale pieluchy były ostatnie i leżały w dziale ze środkami czystości, gdzie miałabym szukać tej karteczki?
K: No to już jest pani problem, ja nie odpowiadam za to, co jest w ulotce.
J (wciąż grzecznie): Rozumiem. W takim razie chciałabym zwrócić zakup. Zgłaszałam kasjerowi przed zapłaceniem, że kwota się nie zgadza, polecił zapłacić i potem wyjaśnić sprawę, co też czynię.
K: Nie ma takiej możliwości!
J: Dlaczego? Przecież jeszcze nie odeszłam od kasy!
K: Bo ja wiem, po co to pani zrobiła. Pani chciała wyłudzić naklejki na świeżaki.

W tym momencie opadła mi szczęka… Nie zbieram ich, moje dziecko jest jeszcze na szczęście za małe na to szaleństwo – naklejki co prawda biorę, ale potem oddaję je znajomym, których pociechy marzą o Truskawce Tosi czy jak jej tam.

J: Naklejki oddam razem z pieluchami, to nie o nie chodzi.
K: Artykuły dziecięce nie podlegają zwrotowi, przecież to jest niehigieniczne.
J: Jak najbardziej rozumiem tę zasadę, ale podkreślam, że jeszcze nie odeszłam od kasy. Co pani zdaniem zdążyłam zrobić tym pieluchom, czego nie mógłby zrobić ktokolwiek na sali sprzedaży przed zakupem?
K: Ja nie mam obowiązku przyjmowania zwrotów. Żadnych, a tym bardziej dziecięcych.
J: Wiem, że takie są przepisy. Tyle że jako klientka czuję się dwa razy z rzędu wprowadzona w błąd: raz przez ofertę na oficjalnej stronie sklepu, a dwa przez kasjera, który polecił mi sfinalizować transakcję pomimo moich wątpliwości i zapewniał, że pieniądze zostaną zwrócone.
K: No dobrze, niech pani będzie. Ale niech sobie pani zapamięta, że to ostatni raz.
(Tak jakbym kiedykolwiek cokolwiek oddawała w tym sklepie…)

Ok, teoretycznie sprawa zakończona po mojemu, pieniądze zwrócone. Jestem z natury uczciwa, więc chcę też oddać te nieszczęsne naklejki. I tu następuje chyba największa piekielność.
K: Pff! Niech je sobie pani weźmie. I co, warto było?

Teraz się zastanawiam, czy:
a) to ze mną jest coś nie tak, że chciałam skorzystać z oficjalnej oferty sklepu? (Informacja o promocji widniała nie tylko w ulotce, ale też w osobnym regulaminie, więc raczej nie był to błąd w druku)
b) kierowniczka miała zły dzień albo po prostu z natury jest despotyczna i złośliwa?
c) naprawdę ludziom do tego stopnia odwala przez świeżaki, że personel Biedronek każdego klienta uważa za wyłudzacza lub złodzieja?

Biedronka

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (213)

#75053

(PW) ·
| Do ulubionych
Około dekadę temu pracowałam w Empiku jako kierowniczka działu książki. Na polecenie managera współodpowiadałam też za rekrutację do tego działu, co w moim mieście nie było wcale proste. Kandydaci na doradców klienta chcieli pracować głównie przy multimediach, a ci, którzy zgłaszali się „na książkę”, to byli często filozofowie z Bożej łaski (chodzi o typ człowieka, nie o wykształcenie), którym marzyło się dywagowanie o literaturze, a nie sumienna, często czysto fizyczna praca.

Dzisiaj opiszę Wam dwa przypadki osób, których nie zatrudniliśmy, moim zdaniem ze względu na ich piekielność. Imiona zmyślone, cała reszta nie.

1.(Pani) Karolina
Kobieta przed 40., która większość życia przepracowała w księgarni. Oprócz doświadczenia miała też wiedzę, na rozmowie wypadła rewelacyjnie, więc została zaproszona na dzień próbny. I wtedy się zaczęło. Na pytanie, czy możemy sobie mówić po imieniu (taka zasada obowiązywała całą załogę), prychnęła z niezadowolenia, ale łaskawie się zgodziła. Zwracała się jednak do mnie tonem oficjalnym i pełnym imieniem (czyli np. „Aleksandro” zamiast „Olu”). Pracę miała zacząć od ułożenia niewielkiego działu tematycznego zgodnie z zasadami merchandisingu (instrukcję dostała do ręki wraz z objaśnieniem). Kiedy poszłam zobaczyć, jak jej idzie, okazało się, że nic nie leży tak, jak powinno.

Wyjaśnienie Karoliny:
„Bo wy tu macie wszystko źle!
Dwanaście lat pracowałam w księgarni XYZ, więc wiem jak się układa książki!
Będzie tak, jak ja mówię!
Moje tłumaczenia, że Empik jest sieciówką, zasady są wspólne i po to dałam jej instrukcję, nie pomogły. Karolina wie lepiej i ona nam tu zrobi porządek. Stwierdziłam, że się nie dogadamy i pani nie została zatrudniona. Jej reakcją był telefon do managera… z żądaniem zwolnienia mnie jako osoby niekompetentnej, która się nie zna na swojej pracy. Komentarz zbędny…
*Nie wiem, czy układanie wg wielkości bądź koloru okładek, a nie alfabetu, pomoże w znalezieniu czegoś na półce, ale może to ja się faktycznie nie znam…

2.Irmina
Dziewczyna w wieku 25 lat, po dwóch kierunkach studiów (geologia i ekonomia lub coś podobnego).
Przysłała CV na 3 strony i list motywacyjny na 8, napisany co prawda poprawną polszczyzną, ale za to stylem przypominającym artykuły z „Faktu”. Np. „Zdobyte w pocie czoła prawo jazdy kategorii B i posiadany krążownik szos marki opel corsa o barwie dojrzałych sycylijskich pomidorów, sprawiają, iż góry i doliny szarych acz malowniczych polskich dróg i dróżek nie są mi straszne”.

Podczas rozmowy z managerem i ze mną potwierdziła pierwsze wrażenie. Była niesamowicie zarozumiała, ale to jeszcze byłabym w stanie przeżyć, bo klienci zapewne szybko nauczyliby ją pokory (kto pracował w sklepie, ten wie, o czym mówię). Gorzej, że nie potrafiła wskazać żadnej posiadanej umiejętności, która mogłaby być przydatna na stanowisku doradcy klienta. Wiedzę branżową też miała znikomą, jeśli nie liczyć książek z geologii, których znajomością się chwaliła.

Zamiast niej zatrudniliśmy inną dziewczynę, która była na rozmowie tego samego dnia. Irmina wróciła kilka dni później, domagając się spotkania z managerem. Nie zastała jednak ani jego, ani mnie. Wyżyła się zatem na kierowniku dyżurnym, któremu oznajmiła, że bez niej ten sklep padnie i jeszcze pożałujemy, że nie przyjęliśmy osoby z takim wykształceniem. Zrobiła awanturę na pół sklepu – krzyczała, machała rękami… Nagranie z monitoringu obejrzeliśmy chyba wszyscy.

Na szczęście przyjęta wówczas do pracy dziewczyna świetnie się sprawdziła i jakoś nie musieliśmy żałować odrzucenia tak niezwykłej kandydatury…

Empik

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 237 (255)

#74894

(PW) ·
| Do ulubionych
Czytając historię o (nie)załatwieniu pracy Bartusiowi [http://piekielni.pl/74890], złapałam się na ciągłym potakiwaniu. Podobna roszczeniowa postawa różnych "krewnych i znajomych Królika" również dała mi się we znaki, choć bezpośrednio nie byłam stroną w sprawie.

Kiedy chodziłam jeszcze do liceum, mój tata został dyrektorem lokalnego oddziału pewnej firmy. Otrzymał przy tym zauważalną podwyżkę, ale nie na tyle wysoką, żeby znacząco zmienił nam się standard życia. Poza tym podlegał głównemu zarządowi firmy, który podejmował lub akceptował większość istotnych decyzji. Nie przeszkodziło to jednak dwóm rodzajom piekielności ze strony "bliskich".

1. Plotki.
Tuż po awansie taty dowiedzieliśmy się, że wg dalszej rodziny rodzice wybudowali dworek pod miastem, a w naszej klitce w bloku mieszkają nadal tylko po to, żeby gówniara (czyt. ja) miała bliżej do szkoły. Prócz dworku rodziciel rzekomo stał się także posiadaczem ferrari/jaguara/mercedesa (zależy od wersji). Dlaczego zatem wciąż jeździł do pracy starym fordem? Ha! Bo zawsze był dziwakiem. Proste, prawda? Gdy w wakacje poszłam do pracy, żeby sobie zarobić na wyjazd ze znajomymi, jedna z ciotek rozpowiedziała, że mój ojciec (nazwijmy go Marek) nie ma sumienia, bo sam się pławi w luksusach, a dziecko zmusza do niewolniczej harówki. Puenty niestety brak, bo z takimi argumentami trudno rzeczowo dyskutować.

2. "Załatw mojemu synkowi robotę".
Takich przypadków było co najmniej kilka. Opiszę jeden, który najbardziej zapadł mi w pamięć. Otóż pewnego dnia odwiedził nas daleki znajomy ojca, którego wcześniej znałam jedynie ze słyszenia. Przyniósł 0,7 litra Finlandii, co już wskazywało, że nie są na co dzień blisko, bo mój tata wódki nie cierpi, a i spotkań przy flaszce nie praktykuje. W każdym razie gość postawił butelkę i od razu przeszedł do rzeczy. Brzmiało to mniej więcej tak:

[K]olega: Marek, słuchaj no... Bo mój Piotruś roboty szuka... Znalazłbyś może coś dla niego?
[T]ata: Mam jeden wakat. Jeśli Piotrek ma prawo jazdy, to mógłby zostać kierowcą. Pozna branżę, podszkoli się, to zrobię z niego handlowca. Dla młodego chłopaka to dobre zajęcie na start i przyzwoicie płatne.
K: Marek, czyś ty oszalał? Jakim kierowcą? Nie po to Piotruś kończył studia, żeby teraz być jakimś robolem zwykłym! No weź mu coś innego znajdź po starej znajomości, żeby było zgodne z jego wykształceniem.
T: A jakie on ma wykształcenie?
K (z dumą w głosie): ZARZĄDZANIE skończył!
T: Pracował gdzieś?
K: Nie, skąd. Przecież mówię, że się uczył.
T: Nie ma doświadczenia, jest po zarządzaniu... To co tak właściwie ten twój Piotruś umie?
K: Wszystko!
T: Pytałem raczej... hmm... kim on jest z zawodu po tych studiach?
K: No jak to kim? DYREKTOREM!

Piotruś kierowcą, handlowcem ani tym bardziej dyrektorem nie został, za to kolega oczywiście porozpowiadał (dokładnie jak w historii o Bartusiu), że mój ojciec jest bucem, któremu kasa uderzyła do głowy i traktuje innych z góry. Od tamtej historii minęło już dobre kilkanaście lat, a ja nadal nie pojmuję podejścia tego faceta i jemu podobnych...

firma w mieście powiatowym

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 284 (292)

#74304

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia autobusowa, ale akurat niezwiązana z walką o wolne miejsce. Sami ocenicie, kto był tutaj najbardziej piekielny. Do rzeczy.

Wracam sobie z pracy komunikacją miejską. Początek popołudniowego szczytu, ludzi sporo, ale jeszcze można oddychać, a nawet się przemieszczać. Obok mnie grupka uczniów z pobliskiego gimnazjum, a kawałek dalej piekielna [P]asażerka. Gimnazjaliści rozmawiają kulturalnie (bez wulgaryzmów, dziwnych komentarzy itd.), ale zdecydowanie za głośno. W końcu zaczynają wrzeszczeć mi nad uchem. Zwracam więc uwagę - grzecznie, z uśmiechem, bez niepotrzebnej spiny. Chłopcy równie grzecznie przepraszają i zaczynają mówić ciszej. Oczywiście działa do następnego razu, wiadomo jak to w tym wieku - emocje często biorą górę nad rozsądkiem. Ale chłopaki w porządku, spojrzałam - przycichli znowu, luzik.

Przejechaliśmy w ten sposób kilka przystanków, aż nagle słychać wrzask. Głos należy do piekielnej Pasażerki - eleganckiej pani w wieku ok. 45-50 lat.
P: Zabierz, gówniarzu, ten plecak! Za grosz rozumu i kultury nie masz! Ile razy będziesz mi o włosy haczył! Może pomyśl trochę! (itd...)
Fakt, babka miała rację, bo jeden z uczniów niechcący trącał ją plecakiem. Przeprosił, plecak zdjął, ale to niestety nie zadowoliło piekielnej, bo darła się chyba do najbliższego przystanku nie tylko na niego, ale i na jego kolegów. Właściwie nie wiadomo, za co.

Parę minut później autobus zatrzymuje się na przystanku w centrum miasta. Pani piekielna chce wysiąść, ale musi w tym celu minąć ową grupkę chłopców, którzy stoją w przejściu. Myślicie, że powiedziała "przepraszam" albo w inny sposób zasugerowała im, że chce przejść? Otóż nie! Zaczęła się drzeć, że oni wszyscy mają wysiąść z autobusu, żeby zrobić jej miejsce, wyzywając ich przy tym znowu od bezczelnych gówniarzy. Dodam, że w autobusie nie było aż takiego ścisku, inni pasażerowie przechodzili obok gimnazjalistów i jakoś dawali radę.

I teraz następuje puenta. Ostatnie słowa piekielnej Pasażerki przed opuszczeniem pojazdu, skierowane oczywiście do uczniaków, brzmiały:
P: Ze szkoły wracacie, co? Beznadziejna ta wasza szkoła, skoro nikt was w niej kultury nie nauczył!

Żałuję, że nie zdążyłam jej odpowiedzieć, bo:
a) pani piekielnej też jak widać nikt nie nauczył kultury;
b) czy to ja czegoś nie rozumiem, czy PODSTAWY KULTURY WYNOSI SIĘ Z DOMU?

komunikacja_miejska

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 141 (177)

#74687

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno, dawno temu byłam początkującą drużynową i po raz pierwszy organizowałam wyjazd moich podopiecznych na trzytygodniowy obóz harcerski. I tu kończy się baśniowość, a zaczyna piekiełko.

Po zbiórce, na której ostatecznie należało wpłacić całą kwotę za wyjazd (<400 zł), podeszła do mnie mama [A]si - jednej z harcerek. Gdy tylko zostałyśmy same, kobieta zaczęła płakać. Wydukała przez łzy, że Asia tak bardzo marzy o tym obozie, ale niestety - ona właśnie straciła pracę, mężowi szef od trzech miesięcy zalega z wypłatą, a mają dwoje dzieci... no i cóż, Asia nie pojedzie, bo ich nie stać.

Przejęłam się ogromnie. Jako, że nie miałam jeszcze doświadczenia organizacyjnego, obdzwoniłam kogo się dało - od hufcowej, poprzez komendanta zgrupowania, aż do wydziału finansowego okręgu. W końcu udało mi się załatwić Asi wyjazd za darmo. Chciałam tylko, żeby jej rodzice pokryli koszt ubezpieczenia, które organizowałam we własnym zakresie (dosłownie kilka zł), ale powiedzieli, że nie są w stanie zapłacić nawet tego. Poczułam się głupio, że w ogóle ich o to poprosiłam. Wyłożyłam ze swoich, mama dziewczynki prawie całowała mnie za to wszystko po rękach.

Nadszedł dzień wyjazdu. Asia siedziała w autokarze tuż za mną obok swojej koleżanki [E]wy. W pewnym momencie usłyszałam ich rozmowę:
E: Wzięłam ze sobą 70 złotych, a ty?
A: Rodzice dali mi 250, ale kupiłam sobie spodnie i zostało mi coś ponad 2 stówy.

W pierwszej chwili pomyślałam, że mała kłamie, bo wstyd jej przed Ewą, że nic nie dostała. Ale nie - jeszcze tego samego dnia przyniosła mi te pieniądze na przechowanie. Rozumiem, że rodzice chcieli dać dziecku parę groszy. Gdyby wpłacili choć symboliczną kwotę za ten obóz, nie miałabym pretensji. A tak - poczułam się zwyczajnie oszukana, żeby nie powiedzieć gorzej. Poza tym 200 złotych kieszonkowego na 3 tygodnie w lesie, to było (i jest) naprawdę bardzo dużo...

EPILOG:
Jesienią tego samego roku wybierałam się z drużyną na zlot. Kiedy podałam koszt (50 zł!), Asia jak na zawołanie się rozpłakała i powtórzyła mi mniej więcej to, co jej mama przed obozem. Nauczona doświadczeniem, oznajmiłam stanowczo, że żadnego dofinansowania nie dostanie. I wiecie co? Na następnej zbiórce Asia bez szemrania wręczyła mi 50 złotych...

obóz harcerski

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 425 (435)

#74625

(PW) ·
| Do ulubionych
Kiedy opowiedziałam koleżance z pracy swoją historię z oddawaniem mebli (http://piekielni.pl/74606), ona w zamian uraczyła mnie własną, którą za jej zgodą tutaj zamieszczam. Jest to właściwie historia w historii, ale postaram się przekazać wszystko w sposób przejrzysty.

Po śmierci ojca koleżanka opróżniała jego mieszkanie. Meble i inne sprzęty postanowiła oddać potrzebującym. Zadzwoniła więc do MOPSu (lub podobnej instytucji, dokładnie nie pamiętam), który przysłał odpowiednią ekipę. Wśród wydawanych rzeczy znajdował się m.in. zadbany tapczan, w którym zepsuty był jeden zawias - należało go albo wymienić, albo po prostu jedną ręką trzymać klapę podczas wyjmowania i wkładania pościeli. Szef wspomnianej ekipy odmówił zabrania tego tapczanu. Zdziwionej koleżance wytłumaczył, że żaden z beneficjentów MOPSu nie przyjmie uszkodzonej rzeczy, choćby to uszkodzenie było nieznaczne.

Ponieważ koleżanka wyraziła swoje zbulwersowanie, że ludzie rzekomo nie mają na chleb, a nie chcą porządnego mebla, pan z MOPSu opowiedział jej o przypadku, z którym dopiero co miał do czynienia. Otóż państwo X, od lat bezrobotni i korzystający z pomocy społecznej, zgłosili zapotrzebowanie na meble do dużego pokoju, które dość szybko otrzymali. Minęło kilka miesięcy i państwo X znowu zgłaszają, że chcą meble. MOPS wysłał pracownika, żeby sprawdził, w czym rzecz... Otóż faktycznie, w mieszkaniu mebli nie było. Zostały porąbane na opał, bo przydziałowy węgiel państwo X sprzedali za wódkę, a czymś trzeba chatę ogrzać...

Słowem wyjaśnienia: naprawdę rozumiem, że różne wydarzenia zmuszają ludzi do korzystania z pomocy społecznej. Wcale nie uważam, że należy takim osobom dawać byle co i udawać, że zbawia się świat. Piekielne jest natomiast to, że część z nich świadomie żeruje na ciężkiej pracy reszty społeczeństwa i jeszcze ma pretensje, że dostaje za mało.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 309 (315)

#74606

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia zarówno z piekielnym, jak i smutnym akcentem.

Jakiś czas temu wymienialiśmy z mężem meble w jednym z pokoi. Stare były solidne, w dobrym stanie, myśleliśmy więc, co tu z nimi zrobić. W końcu postanowiliśmy je oddać za darmo, myśląc, że może uszczęśliwimy kogoś potrzebującego. I to był niestety błąd.

Wystawiliśmy ogłoszenie na OLX i niemal natychmiast znaleźli się chętni. Ustaliłam z nimi termin odbioru, upewniłam się, że mają własny transport, powiedziałam, że to III piętro bez windy itd.

Przyjechali godzinę za wcześnie, ja dopiero wracałam z pracy, a mąż właśnie brał kąpiel. I teraz uwaga - po odbiór kompletu mebli, którego część była wykonana z litego drewna, zjawił się bardzo szczupły mężczyzna z filigranową żonką i... pięcioletnim (na oko) synkiem. I tu zaczęły się pretensje:

- że meble niespakowane (były zabezpieczone do transportu i przystawione prawie do samych drzwi... nie wiem, mieliśmy je kokardką przewiązać czy co?)
- że trzeba nosić, a oni myśleli, że mój mąż im to sam zaniesie do samochodu (w końcu zadzwonili po jakiegoś pijanego szwagra, żeby pomógł)
- że ciężkie i niewygodnie się trzyma
- że nie ma windy (patrz wyżej), klatka za wąska etc.

Oczywiście okazało się, że wszystkie meble nie wejdą im jednocześnie do auta i muszą obracać na dwa razy. Więc co zrobili? Zastawili sąsiadowi szafą drzwi do mieszkania i na dobrą godzinę odjechali (oczywiście odsunęliśmy z mężem tę szafę, ale chodzi o fakt). Wreszcie przyjechali, zabrali, a my mogliśmy spokojnie oszacować straty. Porysowane nowe panele jeszcze bym jakoś przeżyła, ale państwo poobijali ściany na całej klatce schodowej, która w dodatku była świeżutko po remoncie. Zadzwoniłam do gościa, prosząc żeby chociaż oddał za farbę - i usłyszałam, że to moja wina, bo nie zapewniłam mu ekipy ani warunków (???) do transportu. Już nie wspomnę, że za te meble nie usłyszeliśmy nawet dziękuję... Dałam za wygraną, sami z mężem wygipsowaliśmy i odmalowaliśmy co trzeba.

A gdzie wspomniany smutny akcent? Jak pisałam, państwo przyjechali z synkiem. Chłopiec cały czas kręcił się nam po mieszkaniu, w pewnym momencie dotarł do kącika z legowiskiem naszego psa. Wskazał na nie palcem i powiedział: "Mamusiu, chciałbym mieć kiedyś tyle zabawek, co ten piesek..."

Państwo ewidentnie nie byli zamożni (łagodnie mówiąc) i pod tym względem cieszymy się, że mogliśmy im pomóc. Ale nie trzeba być bogatym, żeby umieć się zachować i chociaż podziękować za przysługę...

przysługa

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 327 (345)

#74490

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o rozmowie kwalifikacyjnej opowiedziana przez Fisstech (http://piekielni.pl/73992) przypomniała mi moją sprzed kilku lat, w pewnym sensie podobną.

Szukałam pracy (na początek jakiejkolwiek) w mieście oddalonym o 200 km od mojego ówczesnego miejsca zamieszkania. Padło na telemarketing. Z pewnych względów zatrudnienie mogłam podjąć dopiero od 1 sierpnia, co też zaznaczyłam w formularzu aplikacyjnym. Firma ogłaszała, że w związku z licznymi nowymi projektami prowadzi rekrutację ciągłą, więc wszystko wydawało się w porządku.

Jakoś w połowie maja zadzwoniono do mnie z zaproszeniem na rozmowę. Pani przez telefon zweryfikowała moje dane i zapytała, czy chęć zatrudnienia od sierpnia jest aktualna, co potwierdziłam. Wzięłam więc dzień urlopu i pojechałam te 200 km na spotkanie.

Pierwsze pytanie [R]ekruterka zadała mi jeszcze w korytarzu:
R: Czy to prawda, że może pani zacząć dopiero od sierpnia?
Ja: Tak, tak jak napisałam i mówiłam.
R: To właściwie możemy w tym momencie zakończyć rozmowę, ponieważ obecnie szukamy kogoś do projektu od 1 czerwca.
Ja: Osoba dzwoniąca do mnie zaprosiła mnie tutaj pomimo tego terminu...
R: Skoro już pani jest, to mogę z panią porozmawiać.

Sama rozmowa trwała prawie godzinę i była raczej typowa dla tego rodzaju pracy. Rekruterka nawiązywała kilka razy do mojego CV, co dowodzi, że jednak je przeczytała. Natomiast koniec spotkania wyglądał bardzo podobnie jak u Fisstech.

R: Nie zatrudnimy pani, bo po pierwsze szukamy kogoś od czerwca, a po drugie ma pani za wysokie kwalifikacje. Po co nam tutaj ktoś, kto prędzej czy później zacznie szukać pracy w swoim zawodzie?
Ja: Po co w takim razie mnie państwo zapraszali na rozmowę, jeżeli już same dokumenty aplikacyjne wskazywały, że nie nawiążemy współpracy?
R: Bo napisała pani ciekawy list motywacyjny, a my potrzebujemy osób, które się ładnie wysławiają.

Ręce opadły. I szczęka też. Do samej ziemi.

telemarketing

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 248 (256)

#11313

(PW) ·
| Do ulubionych
Tym razem piekielne okazałyśmy się chyba obie z [E]kspedientką w równym stopniu.

Jakiś czas temu przez Bożym narodzeniem jedna z firm produkujących napoje (chyba Hortex, ale nie jestem pewna) wprowadziła taką promocję, że za ileś tam kodów kreskowych z opakowań soków otrzymywało się maskotkę - reniferka z kocykiem. Owe nagrody można było odebrać w salonikach prasowych Kolportera.

Historia właściwa. Uzbierałam potrzebną liczbę kodów i udałam się do najbliższego saloniku po odbiór, zamierzając przy okazji wrzucić totka (ważne). Pech chciał, że trafiłam na sporą kolejkę - akurat była kumulacja w Lotto. Grzecznie odstałam swoje, wrzuciłam kupon totka i wyciągnęłam kody kreskowe, prosząc o reniferka.
E: Nie wydam pani.
[J]a: Dlaczego?
E: Nie widzi pani? Ja nie mam czasu, jest kolejka, ja tu mam kumulację!
J: Również stałam w tej kolejce i również wysłałam kupon w tej kumulacji, a teraz chciałabym odebrać maskotkę, ponieważ głównie po nią przyszłam.
E: Proszę przyjść jutro.
J: Jutro będę przez 12 godzin w pracy, niestety nie dam rady.
E: To w ogóle proszę przyjść kiedy indziej.
J: To znaczy?
E: Nie wiem. Kiedy indziej.
(to oczywiście tylko skrót dialogu - kobieta spokojnie zdążyłaby wydać nagrodę w tym czasie, zamiast się kłócić)
J: Czy mogę w takim razie rozmawiać z pani przełożonym? Skoro pani nie ma dla mnie czasu, to może on lub ona znajdzie.
E: Kierownika nie ma, będzie za pół godziny.
J: Dobrze, poczekam. - i stanęłam sobie przy stojaku z widokówkami, udając, że je przeglądam.
E: No dooobraaaaa, ja tu mam kumulację, ale skoro pani koniecznie musi, to dostanie pani tę swoją zabawkę.

Policzenie kodów i podanie reniferka zajęło ekspedientce nie więcej niż 2 minuty, a na pewno krócej, niż ta cała rozmowa... która w dodatku zirytowała również połowę osób w kolejce za mną.

Kończąc: następnego dnia podzieliłam się tą historią ze znajomymi w pracy (pracowałam jeszcze wówczas w E.) i wspólnie doszliśmy do wniosku, że u nas za takie potraktowanie klienta jak nic dostalibyśmy "dyscyplinarkę".

Kolporter

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 398 (466)