Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

LadyRabbit

Zamieszcza historie od: 30 sierpnia 2020 - 18:54
Ostatnio: 14 czerwca 2022 - 19:13
  • Historii na głównej: 2 z 2
  • Punktów za historie: 230
  • Komentarzy: 1
  • Punktów za komentarze: 0
 

#89380

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Czytając zawsze historie o psach miałam wrażenie, że ludzie nie mogą być aż tak bezmyślni.., a jednak mogą.

Mieszkam ja sobie na wsi. Nawet "Wieś" mamy w nazwie. Co prawda może tylko 10% domów to gospodarstwa gdzie można jeszcze spotkać krówki, kurki i stodołę. Następne 50% to letniskowy i reszta to stali mieszkańcy. Jak pogoda jest ładna to sporo ludzi spaceruje sobie z jednego końca wsi na drugi.

Korzystając dzisiaj z ładnej słonecznej pogody i że w końcu mam wolne i nie trzeba gnić w biurze to zapadła szybka decyzja: czterołap na smycz i idziemy na lody! Ale aby na te lody dojść to muszę przejść całą wieś. Mieszkam na jednym końcu, a lodziarnia jest ze 200 m za znakiem z drugiej strony.

Małe wprowadzenie: czterołap jeszcze jest szczeniakiem albo już młodziakiem. Ma półtora roku, jest socjopatą i średnio reaguje na inne psy, ale daje się pokierować więc wielkiej dramy na spacerach nie ma. Na szczęście bo utrzymać pieseczka 40 kg na smyczy, który się szarpie nie jest łatwo.
Więc tak dreptamy sobie soszą, podziwiając jakie to ludzie mają ładne ogródki, aż tu nagle przy jednym gospodarstwie rzucają się na ogrodzenie dwa psy, z zachowania bardzo agresywne. Nic nadzwyczajnego, pies odciągnięty, komenda idziemy dalej i już. Psy przy płocie szaleją i jakby mogły to by przez siatkę przeszły. Przyspieszamy żeby się jak najszybciej oddalić aż tu nagle oba ujadacze wylatują na szosę... przez otwartą na oścież bramę!! Ujadacze w szale, mój aż bulgocze i się rwie. Jakoś udało nam się oddalić, ciągnąć psa za sobą co łatwe nie było.

I tak się zastanawiam czy tak ciężko jest zamykać bramę od posesji skoro psy latają luzem?! I to nie było jedyne takie gospodarstwo z pieskami luzem i otwartą bramą...

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 160 (174)

#87064

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Covid-19, temat kontrowersyjny strasznie. Jedni w wirusa wierzą, inni nie. System mamy jaki mamy i nic na to nie poradzimy, i o tym systemie właśnie będzie mowa.

Na początku sierpnia w moim zakładzie pracy okazało się, że mamy osobę zakażoną. Zanim wyszło na jaw, że jest pozytywna, to osoba ta przychodziła do pracy przez tydzień mimo, że źle się czuła. Traf chciał, że osoba ta zaraziła kilka innych osób. Rozeszło się szybko, na szczęście zakład szybko zareagował i podjął odpowiednie kroki. Pech taki, że po przeprowadzeniu u wszystkich testów kilkanaście osób wylądowało w domu z wynikiem pozytywnym, kilkadziesiąt na kwarantannę jako kontakt z osobą zarażoną.
Jak wygląda dalsza droga przez mękę z wirusem? Na pewno nie jest kolorowa.

Pierwszy test w pracy wyszedł nierozstrzygający, po 5 dniach następny już pozytywny i się zaczęło...
Dzień po otrzymaniu pozytywnego wyniku dzwonię do sanepidu, myślę sobie- sama się zgłoszę, szybciej pójdzie, koszmar prędzej się skończy. Aha, jak pomyślałam tak zrobiłam. Rozmowa z sanepidem przebiegła mniej więcej tak:

Ja: Dzień dobry, LadyRabbit z tej strony. Mam pozytywny wynik na koronawirusa i chciałam się do Was zgłosić.
Sanepid: OOoooooooo, znalazła się nasza zagubiona owieczka!
Ja: Jak to?!
S: A dostaliśmy dzisiaj rano informacje z wojewódzkiego sanepidu, że mamy osobę w powiecie z pozytywnym wynikiem i tylko inicjały L.B., żadnych danych kontaktowych jeszcze nie mamy. Bardzo dobrze, że się Pani zgłasza sama! Poproszę dane...

*podałam wszystko co Pani chciała, łącznie z danymi domownika. Dostałam informacje, że test będę miała wykonany w 10 dobie od otrzymania pozytywnego wyniku i mam się jeszcze zgłosić do lekarza pierwszego kontaktu, żeby być pod stałą opieką.

Niby wszystko ładnie pięknie jak do tej pory. Myślę sobie, że skoro za pierwszym razem dodzwoniłam się do PSSE to gładko pójdzie.
Dzwonię do sanepidu zapytać czy oby na pewno wpisali mnie na listę do testu, bo pies z kulawą nogą się mną nie interesuje. Ani telefonu, ani policji na kontroli. Nic. Pani mi mówi, że tak, dzisiaj test, proszę czekać bo pewnie będą dopiero po południu. Przyjechali koło 16, test zrobili tylko mi - o domowniku nic nie wiedzieli. No to następnego dnia znowu telefon do sanepidu zapytać o wynik i zapytać co z testem domownika i dlaczego nie miał wczoraj razem ze mną! Pani mi mówi, że ona nie wie, ale test będzie jutro wykonywany u nas obydwojga. Minęły dwa dni- dzwonię zapytać o nasze wyniki i zapytać kiedy następny test u domownika i czy mogę swoje wyniki na maila prosić bo trzeba przecież zaświadczenie o zwolnieniu z izolacji załatwić. A Pani mi radosnym głosem mówi, że drugi test będzie za 4 dni! Czyli między testami u domownika 6 dni, zamiast dwóch.

Zdenerwowanie osiągnęło poziom krytyczny. Ja mając dwa wyniki negatywne dowiaduje się że mam jeszcze tydzień siedzieć w domu bo domownika wpisali na testy tydzień później. Bez sensu i logiki, zamiast gonić karetkę po wymaz na moje zadupie dwa razy, gonili trzy. Dodatkowo wypadało, że wyniki miały być w sobotę, więc dodatkowe 2 dni czekania do poniedziałku, żeby z sanepidem coś wywalczyć.

I tym oto sposobem zamiast siedzieć na izolacji/kwarantannie 14 dni, przesiedziałam 27.

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 135 (143)

1