Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

LenaMalena

Zamieszcza historie od: 30 kwietnia 2015 - 10:30
Ostatnio: 19 października 2016 - 10:59
  • Historii na głównej: 7 z 11
  • Punktów za historie: 2697
  • Komentarzy: 335
  • Punktów za komentarze: 2555
 

#71921

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Znajomą z pracy zdradził mąż.

Znajoma dowiedziała się jak nazywa się dziewczyna, która odbiła jej męża i znalazła ją na portalu społecznościowym. Posłała jej pokaźną wiązankę, wygarnęła wszystko i pożyczyła rychłej śmierci (dziecku dziewczyny też). Przez jakiś czas znajoma nękała nie tylko tą kobietę, ale pisała też do jej znajomych, których znała już chyba wszystkich na pamięć. Znam sprawę bardzo dokładnie, ponieważ znajoma mnie i inne osoby prosiła o pomoc w dręczeniu tej dziewczyny.

Moja znajoma miała tylko informacje dotyczące imienia, nazwiska, miasta i orientacyjnego wieku kochanki męża. Pisała nie do tej dziewczyny. Prawdziwej nie znalazła w necie, pomimo usilnych starań (między innymi w pracy, zaniedbując przy tym swoje obowiązki).

Sugerowaliśmy znajomej w pracy, że powinna przeprosić dziewczynę, którą bezpodstawnie oskarżyła i około dwóch tygodni nękała, ale nie udało się. Znajoma stwierdziła, że szm..ta zasłużyła sobie tym, że nazywa się tak samo jako kochanka jej męża i pewnie jest jej rodziną, więc jej też się należy.

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 453 (489)
zarchiwizowany

#71800

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Będzie długo, uczciwie informuję.

Jakiś czas temu natknęłam się przypadkiem na dawną znajomą z czasów podstawówki i gimnazjum, nazwijmy ją Martą. Kiedyś byłyśmy kimś w rodzaju przyjaciółek, choć to bardziej ja byłam jej przyjaciółką, a ona moją koleżanką, bo niestety słabo angażowała się w znajomość. Pamiętam że często nie mogłam na nią liczyć, że nie kojarzyła ważnych faktów dotyczących mojego życia i w ogóle mało o mnie wiedziała. Była trochę dziwaczna, ale dawała się lubić. Jak poszłyśmy do różnych liceów to kontakt powoli słabł, a potem urwał się całkowicie i nawet nie było mi szczególnie przykro z tego powodu. Dlatego zdziwiłam się, gdy po przypadkowym spotkaniu Marta w zasadzie z dnia na dzień postanowiła odnowić znajomość.

Zaczęło się od zapraszania mnie na różnego rodzaju spotkania i wydarzenia. Najpierw rzadko, potem coraz częściej. Kilka razy zdarzyło mi się pójść, ale spędzałam czas bez większego zainteresowania, więc zaczęłam odmawiać. Mówiłam szczerze, że koncert poezji śpiewanej nie jest dla mnie, podobnie jak kino niezależne czy spotkanie z jakimś azjatyckim filozofem. Delikatnie dałam Marcie do zrozumienia, że mogę się z nią spotkać raz na jakiś czas, ale nie kilka razy w tygodniu. Wydawało się, że zrozumiała, choć na krótko.

Pamiętam jak którego razu dostałam smsa z zaproszeniem na wyjazd pod namiot. Dokładnie w nocy z czwartku na piątek spytała się czy nie pojechałabym z nią, Gośką, Piotrkiem i jakimś Skibą na Mazury. Znacie te osoby? Ja też nie. Ale co tam, mogę sobie jechać z obcymi ludźmi nie wiadomo gdzie na całe dwa dni i zaszaleć! Po jakimś czasie dowiedziałam się, że tym obcym ludziom zwolniło się miejsce w aucie i żeby zapłacić mniej za benzynę szukali kogoś na doczepkę…

Innym razem Marta na siłę próbowała namówić mnie, żebym nie proszona przyszła na urodziny naszej wspólnej znajomej. Podczas trwania imprezy dzwoniła i zachęcała do zabawy informując, że o prezent nie muszę się martwić (uda, że to co solenizantka dostała było też ode mnie), że wrócimy razem taksówką, że zawsze to lepiej gdzieś wyjść do ludzi niż się nudzić samemu w domu. I tak pisała do mnie smsy i pisała zapominając o tym, że kilka dni wcześniej informowałam ją, że w weekend mam wesele w rodzinie.

W ogóle dosyć często zdarzyły się sytuacje, gdy informowałam o czymś Martę, a ona o tym zapominała.
Wysyłała mi maile z informacją o koncercie wokalistów, których muzyki nie znoszę (o czym nieraz ją informowałam). Albo w poniedziałek mówiłam, że pracuję cały tydzień na drugą zmianę, a w środę Marta pytała się, czy spotkamy się popołudniu… Zdarzało się jej też pisać do mnie w nocy smsy o wszystkim i o niczym, a potem dopytywać się czemu nie odpisywałam… Kilka razy pytała też co się dzieje z moim telefonem stacjonarnym, bo ktoś ciągle mówi, że żadna LenaMalena tu nie mieszka, a ja od dobrych kilku lat nie mam już stacjonarnego! Musiała wygrzebać jakiś zakurzony numer i męczyć obcych ludzi.

Namolność Marty zaczęła dokuczać mi tak bardzo, że postanowiłam konkretnie powiedzieć jej co o tym myślę. I tak jak wcześniej - miałam spokój, ale tylko na jakiś czas. Gdy na nowo zaczęła mnie zamęczać zaproszeniami na dziwaczne spotkania zaczęłam się zastanawiać czy nie ma czegoś z głową, albo czy nie należy do jakiejś sekty do której chce mnie wciągnąć, albo czy się przypadkiem we mnie nie zakochała (taki pomysł podsunął mi kolega). Postanowiłam to przeczekać i zaczęłam całkowicie ignorować jakiekolwiek informacje od niej, a było ich sporo. Pisała smsy, maile, dzwoniła, a jak nie odbierałam to potrafiła się głupio dopytywać smsem czemu nie odbieram od niej telefonów! Raz zdenerwowała mnie tak mocno, że napisałam do niej krótkiego i dość chamskiego maila. Jak emocje opadły to stwierdziłam, że chyba byłam za ostra, ale okazało się, że nie, bo Marta i tak nie z bardzo przejęła się tym co napisałam…

Gdy Marta nie mogła się ze mną skontaktować bezpośrednio, postanowiła … nachodzić mnie w domu*. Wpadała, bo chciała pogadać, a nie odbieram od niej telefonu… Nie wiem ile razy do mnie przychodziła, ale kilka razy dostałam smsa, że była u mnie pod drzwiami i nie otwieram (bo k..wa nie ma mnie w domu!). Uprzedziłam domowników, żeby w żadnym wypadku nie mówili Marcie gdzie poszłam (gotowa do mnie przyjść), a jak byłam w domu to też prosiłam mówić, że mnie nie ma. Raz zdarzyło się, że zadzwonił domofon, odbieram, a tam jak z czasów podstawówki: „Dzień dobry, mówi Marta, czy zastałam LenęMalenę?”. A po potwierdzeniu: „Wyjdziemy gdzieś się przejść?”. Już miałam powiedzieć, że mama mi nie pozwala… Raz rozmawiała przez domofon z moją siostrą, ale była przekonana, że to ja i miała pretensję, że udaję siostrę… (mamy podobne głosy).

W końcu wydawało się, że moja taktyka ignorowania zadziałała i miałam spokój na kilka długich tygodni. Sporadycznie dostawałam smsy z pytaniem co u mnie słychać. Aż tu nagle któregoś razu, gdy byłam już w łóżku, około 22-23 godziny dzwoni domofon. Byłam trochę wystraszona, że może komuś coś się przydarzyło, że to policja, ale niepotrzebnie. To Marta przyszła złożyć mi życzenia urodzinowe!!!** Zatrzasnęłam jej drzwi przed nosem.

Po tym wydarzeniu w zasadzie przez całą noc nie mogłam się uspokoić. Miałam wrażenie, że Marta to jakaś wariatka i że chyba jedynym sposobem jest zgłoszenie sprawy na policję. Z drugiej strony wiedziałam, że wśród naszych wspólnych znajomych miała co prawda opinię dziwaczki, ale zachowywała się w granicach normy.

Następnego dnia rano, jeszcze nabuzowana, poszłam do Marty. Powiedziałam jej krótko, że nie chcę utrzymywać z nią żadnych kontaktów i żeby wreszcie się ode mnie odczepiła. W takcie rozmowy dowiedziałam się co nią kierowało. Otóż okazało się (nie wiem na jakiej podstawie), że Marta ubzdurała sobie, że jestem samotna, że nie mam znajomych, chłopaka (to akurat była prawda), że ciągle siedzę w domu i że ona czuje się w obowiązku mi pomóc, bo w końcu jest moją przyjaciółką! Przyjaciółką, która w zasadzie nic o mnie nie wiedziała, z którą nie rozmawiałam przez kilka lat!, choć mieszkałyśmy stosunkowo blisko siebie.

Nie sądziłam, że wszystko tak się potoczy, nawet teraz jak o tym myślę, to wydaje mi się to nieprawdopodobne. Obecnie mam spokój od kilku miesięcy, ale postanowiłam sobie, że jak wszystko zacznie się od nowa to pójdę na policję. Trochę to głupie napuszczać policję na koleżankę, która uważa się za moją przyjaciółkę, ale chyba nie będę miała wyboru.

*Zdziwiłam się, że pamiętała mój numer mieszkania, bo w czasach szkolnych zawsze miała problem z zapamiętam w której klatce mieszkam i pod jakim numerem, ale kto ją tam wie czy wcześniej nie obdzwoniła moich sąsiadów.

** A w szkole nigdy nie potrafiła zapamiętać kiedy mam urodziny...

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 24 (122)

#71079

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mam kuzynkę, która ma męża, dzieci i mieszkanie na kredyt, a więc standard. Nie ona jedna w rodzinie, ale tylko ona uważa się za poszkodowaną, a co za tym idzie ciągle wymagającą wsparcia i pomocy. Mąż kuzynki pracuje jako kierowca tira, więc często go nie ma i to może być główna przyczyna takiej wzmożonej pomocy mojej rodziny, ale nie jedyna. Ku mojemu zdziwieniu rodzina często ulega kuzynce, a ona korzysta.

Kuzynka nie ma prawa jazdy. Kilka lat temu wspominała, że sobie zrobi, ale ostatnio zapewniała moją ciotkę, że w zasadzie to nie ma po co. Mąż może ją wszędzie zawieźć, a jak nie może, to prawie zawsze znajdzie się ktoś inny z autem. Kuzynka autobusem też jeździ, nie powiem, ale jednak za często słyszę, że ktoś zawiózł ją to tu, to tam... Moją siostrę też kilka razy poprosiła o podwózkę, a przy okazji miała w planach odwiedzenie kilku sklepów. Raz siostra uległa, ale potem stwierdziła, że nie będzie poświęcać kilku godzin na wożenie kuzynki po mieście. Szczytem wszystkiego było jak kuzynka pojechała z wujkiem i ciotką do sklepu meblowego, a potem tylko na chwilę wyszła do koleżanki. Wróciła od fryzjera po ponad godzinie.

Inna kwestia to opieka nad dzieciakami. Moje dwie ciotki i kuzyn uparli się, że kuzynce należy się odpoczynek od dzieci (są w wieku wczesnoszkolnym), więc kuzynka dosyć często gdzieś sobie wychodzi, a dzieciaki lekcje odrabiają a to z wujkiem, a to z babcią, a modlitw na religię uczy ich dziadek. Kilka razy ja również zostałam poproszona o pomoc, ale odmówiłam. Dlaczego?

Jechałam z kuzynką autem na rodzinną imprezę i wysłuchiwałam jej pełnego złości monologu, jak to teściowa opiekująca się dzieciakami powiedziała kuzynce, o której ma wrócić do domu, bo całego dnia z wnukami siedzieć nie będzie. Kuzynka zgodziła się przykładowo wrócić na 16.00, choć już w aucie zapowiadała, że wcześniej jak o 19-tej nie ma zamiaru być w domu. Nikt nie będzie jej mówił, o której ona ma wracać do domu, że ona nie tylko domem żyje i może sobie wracać o której chce. Współpasażerowie delikatnie przekonywali ją, że nie bardzo ma rację (w tym ja), ale potem w zasadzie sami dali się przekonać do tego, że teściowa to zła kobieta, a w całej sytuacji poszkodowana jest oczywiście! kuzynka, która musi znosić taką babę... Nie muszę chyba mówić, że przez resztę imienin jak bumerang powracał ten temat i złośliwe chichoty kuzynki, że jest 17.00, ona nawet nie ma zamiaru wracać, a teściowa na nią czeka... No i reszta rodzinki wspierała kuzynkę w tej jakże tragicznej sytuacji z teściową, która własnymi wnukami nie chce się opiekować.

Z rodzinnych opowieści wiem, że zdarzały się sytuacje, gdy ktoś miał posiedzieć z dzieciakami przez 1-2 godziny, a siedział 4 godziny, bo kuzyneczka gdzieś sobie jeszcze pojechała, ale o tym nie poinformowała. Złość była, ale krótkotrwała. Widziałam też jak kuzynka opiekuje się dzieciakami sama będąc w gościach. Generalnie siedzi i non stop gada, a jej pociech pilnują najczęściej inni, podobnie jest zresztą ze sprzątaniem. Nawet w ostatnie święta, jak przyjechała wcześniej do naszej babci na Wigilię, to nie pomogła w przygotowaniach, a tuż przed przyjściem gości zamknęła się na balkonie i przez ponad pół godziny rozmawiała przez telefon...

Niedawno kuzynka poprosiła moją siostrę o pomoc w sprzedaży ciuchów i innych rzeczy na portalu internetowym. Jak się szybko okazało, przez pomoc rozumiała zrobienie wszystkiego za nią, bo ona niestety nie umie wystawiać rzeczy na sprzedaż, a trochę pieniędzy by się jej przydało (a jakoś siedzieć na pewnym portalu i wrzucać tam codziennie zdjęcia to potrafi, podobnie jak coś kupić przez internet, ale sprzedać to już nie). Siostra nie zgodziła się, a sprawą ostatecznie zajął się nasz wspólny kuzyn.

Nie wiem z czego dokładnie wzięło się w mojej rodzinie przekonanie, że kuzynce należy się specjalne traktowanie. Sama widzę jak czasami, niby od niechcenia, poskarży się na coś i robi to tak długo, aż ktoś w końcu zareaguje. Odkąd urodziła dzieci w zasadzie nikt o nic ją nie prosi, no bo ona taka biedna, że musi się zajmować dziećmi. Kuzynka świetnie wykorzystuje okazję, bo nie można już tylko powiedzieć, że po prostu korzysta z pomocy.

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 213 (261)

#70346

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Ciąg dalszy wcześniejszej historii o sąsiadce non-stop parkującej przed blokiem.

Sąsiadka ponownie została zastawiona przez auto (stała sobie w środku pomiędzy jednym, a drugim samochodem), ponieważ za daleko jej było iść z parkingu do klatki, dlatego musiała, no po prostu musiała sobie skrócić ten dystans kilkunastu metrów i dosłownie jednym susem wyjść z auta wprost na schodki klatki. Tyle, że tym razem nie zaparkował za nią nie złośliwy sąsiad, tylko samochód pewnej znanej firmy sprzedającej meble. Panowie nie mieli możliwości by nawet bokiem! przenieść choćby krzesło!, nie mówiąc już o czymkolwiek większym. Nie chcąc tracić swojego i klientów czasu, zadzwonili na straż miejską i tamci przyjechali po ok. 10-15 minutach.

Słyszałam trochę tłumaczenia sąsiadki, gdy z psem wychodziłam i wracałam i dowiedziałam się m.in., że (to standard przecież) ona stanęła raptem na momencik, że chciała wyjechać, ale panowie meblarze ją zastawili i zamiast pozwolić jej wyjechać, od razu zadzwonili na straż miejską! Że ona jest dziś na nogach od 5.45 (???) i że to na pewno jakiś sąsiad napuścił tych od mebli, żeby od razu dzwonić na straż, zamiast polubownie załatwić sprawę. Że przecież tu każdy parkuje przed blokiem i to od zawsze! Sąsiadka darła się tak głośno, że było ją słychać kilka pięter w górę, ale chyba nadal nie zrozumiała w czym rzecz.

Najgorsze w tym wszystkim jest to, że głupia sąsiadka zawsze, zawsze ma miejsce przed blokiem, bo reszta mieszkańców bloku zostawia auta na parkingu. Tylko ona zrobiła sobie swój mały, prywatny parking w promieniu kilku metrów od schodów klatki schodowej.

Tylko czekać jak przed blok podjedzie karetka i sanitariusze chyba nad głową będą trzymali nosze z osobą chorą.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 360 (374)

#69879

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Mój blok usytuowany jest w taki sposób, że przed klatkę spokojnie mogą podjechać 3 auta, zaparkować sobie na trochę, a później każde z nich może w dowolnym momencie odjechać. Warunek jest jeden – kierowcy muszą zaparkować umiejętnie, ale moi sąsiedzi nie mają z tym problemu. Z wyjątkiem jednej pani.

Jest u mnie w bloku taka niepisana zasada, że tuż przy klatce parkuje się tylko na chwilę, a tak to zajmuje się miejsca parkingowe, które są oddalone od bloku o kilkanaście-kilkadziesiąt metrów. Owa sąsiadka od kilku dobrych lat nie mieszka już w bloku, ale za to często odwiedza swoją matkę. Nie wiadomo czemu ubzdurała sobie, że będzie parkowała tuż przy klatce, zupełnie jakby miała iść do drzwi swojego własnego domu na własnej posesji, a nie do bloku w którym mieszka kilkadziesiąt rodzin. Sąsiadka robi tak prawie zawsze i nie ma większego znaczenia czy przyjeżdża na 10 minut czy na cały dzień, czy parking jest pusty czy nie, czy wchodzi z torbami zakupów czy ma puste ręce, czy jest z dziećmi czy bez. Czasem parkuje 3 metry od klatki, czasem kawałek dalej, czasem zostawia sporo wolnego miejsca do przejścia, czasem stanie idealnie na środku chodnika, w wyniku czego lekkim bokiem trzeba omijać auto. Widziałam kilka razy jak matka z wózkiem miała do wyboru obejść blok dookoła i wejść do klatki z drugiej strony, albo przejść obok samochodu, zahaczając wózkiem o krzaki i jeszcze uważać na to, by nie urwać szanownej sąsiadce lusterka.

Mam psa i z racji częstych spacerów sporo wiem co się dzieje na moim osiedlu. Wiem, że od dłuższego czasu ludzie mają dosyć aroganckiego zachowania sąsiadki i tego, że nie reaguje na zwracanie uwagi. Wszyscy idą sobie od parkingu, nieważne czy pada czy świeci słońce, czy jest mróz czy go nie ma, a sąsiadka nawet nie zadaje sobie trudu by przejechać się po parkingu i poszukać wolnego miejsca, tylko od razu wjeżdża prosto pod klatkę.

Cierpliwość lokatorów musiała się kiedyś skończyć i nie wiem czy to w wyniku zaplanowanej zmowy czy spontanicznego działania, ale dali nauczkę szanownej sąsiadce. Dowiedziałam się, że kilka dni temu zablokowali jej auto, parkując pod blokiem w taki sposób, że z żadnej strony nie mogła wyjechać. Zdenerwowała się podobno bardzo, bo gdzieś tam się śpieszyła, a z powodu „głupoty innych” (jak to określiła) straciła czas i groziła zemstą. Sąsiedzi tłumaczyli jej podobno, że jakby zostawiała auto na parkingu, tak jak wszyscy, to problemu by nie miała. Oni, zupełnie tak jak ona przez ostatni długi czas, tylko na chwileczkę zaparkowali i zaraz mieli wracać :).

Podobno jeden z kierowców siedział na klatce, obserwował całe zajście i czekał na odpowiedni moment, żeby wyjść, choć nie jest to potwierdzona informacja.

Skomentuj (54) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 353 (409)
zarchiwizowany

#69602

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
Pojawiły się ostatnio historie o rozmienianiu w sklepie pieniędzy na drobne i tak mi się przypomniało co mnie spotkało.

Chodziłam wtedy do podstawówki, może był to początek gimnazjum. Pewnego dnia, zamyślona i rozkojarzona poszłam przed lekcjami do sklepu. Był to jeden z mniejszych samoobsługowych sklepów osiedlowych, w którym kupiłam sobie jakieś jedzenie za kwotę maksymalnie 5-8zł. Pamiętam, że w portfelu odrobinę brakowało mi do zapłacenia pełnej sumy, więc w duchu odetchnęłam, że mam jeszcze 100zł od mamy, dane na zapłacenie za coś do szkoły.

Do dziś pamiętam ryk kasjerki, która warknęła na mnie jak zobaczyła czym chcę zapłacić. Pamiętam jej słowa, że: „Jak się chce rozmieniać pieniądze, to trzeba iść do banku, a nie do sklepu”. Pamiętam, że jedna kobieta, która kupowała przede mną i już wychodziła, wtórowała na do widzenia kasjerce, a osoby stojące w kolejce za mną patrzyły się i nie zareagowały. Kasjerka wyżywała się na mnie na całego, równocześnie wydając mi reszty z moich nieszczęsnych 100zł.

Drogę do szkoły pokonałam zapłakana. Przez jakiś czas był we mnie strach przed chodzeniem do sklepu i jak mogłam wymigiwałam się od brania od rodziców wyższych nominałów, bojąc się powtórki z sytuacji.

Nie zareagowałam, bo wtedy zdecydowanie brakowało mi asertywności (nie należałam do tzw. wyszczekanych dzieciaków), a poza tym byłam zszokowana zachowaniem kasjerki. Teraz pewnie rzuciłabym zakupy, poszła i nie dałabym się tak traktować.

Warto pamiętać, że nie każdy płacący banknotem z wysokim nominałem od razu chce je rozmienić. Może ma w portfelu tylko tyle pieniędzy a małe zakupy zrobić musi.

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 51 (193)

#68668

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Taka tam drobna manipulacja ceną w znanej sieciówce spożywczej.

Kupiłam na wagę banany w cenie 3,49zł/kg (dokładnie 1,095). Towar zważyłam sama i na naklejce wyszło mi do zapłaty 3,82zł. (wszystkie 3 wartości były wydrukowane na nalepce). Kupiłam też inne produkty i dopiero w domu sprawdziłam rachunek. Nie wiem, naprawdę nie wiem jakim cudem, ale w jakiś sposób system skanowania sam wygenerował nową cenę moich bananów, mnożąc faktyczną wagę przez wyższą cenę (4,99zł/kg*), w wyniku czemu zapłaciłam 5,46zł. Kupiłam też jabłka, ale tutaj wszystko było w porządku.

Wyglądało to trochę tak, jakby wyświetlona na naklejce cena była zmyłką dla klienta, bo nie była dopasowana do wygenerowanego kodu kreskowego, który (jak przypuszczam) zawierał faktyczną informację o cenie produktu.

Ten sklep oszukał mnie już dwa razy (czego jestem pewna, choć nie wiem ile razy nie zorientowałam się, że mnie kantuje) i od tego czasu, jak już się zdarzy, że robię tam małe zakupy, to zawsze dokładnie sprawdzam cenę i kontroluję pracę kasjerki. Teraz tego nie zrobiłam, bo do głowy by mi nie przyszło, że cena 3,82zł zostanie nabita jako 5,46zł. Jestem już mądrzejsza o nowe doświadczenie.

*jest to zwyczajowa cena bananów w tym sklepie, obowiązująca poza promocją.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (250)
zarchiwizowany

#66375

przez (PW) ·
| było | Do ulubionych
W nawiązaniu do wcześniej historii o pasożytach na uczelni.

Mam w tym semestrze zajęcia, na których obecność nie jest obowiązkowa. Są pierwsze, więc teoretycznie można nie przyjść jak się nie chce. Wykłady prowadzone są w ten sposób, że wyświetlanych jest kilka informacji na slajdach, a reszta jest mówiona. Przepisywanie slajdów bez notowania dodatkowych treści jest w zasadzie bezcelowe, chyba że ktoś chce mieć tylko zarys tematu, a resztę sobie poszukać. Same slajdy jednak nie wystarczą nawet jako plan, bo to zaledwie mały procent poruszanych zagadnień przez całe zajęcia, bo czasem jest to kilka krótkich zdań, czasem jakieś nazwiska itp.

Ja notuję sobie wykład, inaczej robi jednak pewna grupka dziewczyn, która siedzi przede mną. Przez całe zajęcia dziewczyny bawią się telefonem, albo czytają sobie gazetki, a jak tylko widzą, że slajd się zmienia, jak zaklęte zaczynają pisać. Piszą nawet coś, co nie ma znaczenia: jakąś sentencję którą wykładowczyni sobie znalazła, jakiś cytat (nawet po łacinie), a raz to nawet zaczęły przepisywać historyjkę, którą prowadząca wyświetliła tylko po to, by coś nam zobrazować. Z rzadka notowały coś, co było mówione. Potem dziewczyny wracają do swoich zajęć. Po kilku minutach znowu to samo. I tak całe 1,5 godziny.

Tuż po ostatnim ustnym kolokwium okazało się, że jednak warto było notować (choć nigdy w to nie wątpiłam), bo bez notatek nie dało się zaliczyć. Wchodziliśmy parami i chyba wszyscy spodziewali się, że będzie łatwiej, ale ponad połowa grupy zaliczyła. Jak wspomniane dziewczyny weszły do sali, to za chwilę wyszły, bo na żadne pytanie nie znały odpowiedzi. Zorientowały się, że to co sobie znalazły w necie nie jest wystarczające. A tyle się uczyły! A tyle czasu straciły na szukanie wszystkiego! Były oburzone, że wykładowczyni pytała o coś, czego nie było! Potem były złe, bo dowiedziały się, że było, nawet na tych zajęciach, na których one siedziały, tylko że nic nie notowały. Bo tego nie było na slajdzie.

Oczywiście nie tylko wspomniane dziewczyny nie zaliczyły. Jakoś udało im się zdobyć od innych dobre notatki, kserowane hurtowo i czasami bez wiedzy autora. Skąd o tym wiem? Bo słyszałam jak rozmawiały między sobą, że ta i ta zaliczyła dobrze, więc ma dobre notatki i trzeba je zdobyć. Ale po co się pytać czy można skorzystać, prawda? Dziewczyny zauważyły, że ktoś idzie do ksera, złapały tą osobę przed windą, wcisnęły w rękę pieniądze i powiedziały, żeby im też zrobić kilka kopii. Solidarność osób bez zaliczenia była na tyle silna, że za kilka minut dziewczyny miały już w rękach cały materiał z wykładów.

Nie powiem, dziewczyny uczą się na błędach i na następnych zajęciach widać było, że notują i że się starają. Potem jednak wszystko minęło, telefon wzywał niemiłosiernie i było po staremu. Z drobnym wyjątkiem.

Raz widziałam jak po zajęciach dziewczyny podeszły do kogoś i poprosiły o pożyczenie notatek. Notatek z zajęć, na których były. I niewiele robiły. Dostały je.

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 3 (281)

#66198

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Jest sobie u mnie na osiedlu nieduże skrzyżowanie. Tuż przy nim sklep spożywczy i budka z fast foodem. Zazwyczaj gdy ktoś jedzie samochodem i chce kupić jedzenie, to skręca sobie w prawo i parkuje na malutkim parkingu. Nie wszyscy.

Dwa razy widziałam, jak samochód (wydaje mi się, że ten sam, ale pewności nie mam) zatrzymuje się na pasie do skrętu w prawo, jakieś 10-15 metrów przed światłami. Kierowca włącza awaryjne (albo i nie) i jakby nigdy nic przeskakuje przez trawnik oddzielający chodnik od jezdni, idzie do budki i zamawia sobie jedzenie. Czeka tak kilka minut przy okienku, a potem wsiada do auta i odjeżdża.

Za pierwszym, jak siedziałam na balkonie, zdziwiło mnie czemu auto tak długo stoi przed światłami, skoro przed nim pusto. Nie wiedziałam czy się zepsuło, czy kierowca zasłabł, czy coś innego. Kierowcy chyba też nie wiedzieli o co chodzi, bo ustawili się za tym autem widmem w ilości dość sporej i tak czekali, aż w końcu wyminęli je z lewej i jechali dalej. Za drugim razem widziałam akcję od początku – od wyjścia z auta, do powrotu z kebabem.

Można? Można.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 311 (371)

#66071

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z uczelni, która trwa już od początku roku akademickiego, a w semestrze letnim osiągnęła swoje apogeum.

Jestem na pierwszym roku studiów humanistycznych, na których trzeba dużo czytać różnych tekstów źródłowych. Czasem są to materiały do pracy na zajęciach, czasem podstawa do zaliczenia kolokwium. W pierwszym semestrze została założona grupowa poczta i tam wrzucano wszystkie teksty, materiały itp. Coraz częściej było jednak widać, że robi to tylko kilka osób. Starościna postanowiła więc pogadać z grupą i dać do zrozumienia, że nie może być tak, że na prawie 50 osób tylko kilka szuka tekstów. Grupa przyznała rację i przyniosło to efekt, ale na krótko.

Wszystko miało się zmienić, gdy okazało się, że jeden przedmiot będzie opierał się na czytaniu na każde ćwiczenia kilku tekstów i praca na zajęciach będzie podstawą do wystawienia oceny. W skali całego semestru wyszło tego naprawdę sporo, średnio 4 teksty na jedne zajęcia. Starościna zamieściła na poczcie pytanie jak dzielimy się tekstami. Nie było odzewu. Gdy ktoś usunął tego maila, zapytała znowu. Odpowiedziało kilka osób, głównie te które do tej pory dzieliły się z grupą swoimi znaleziskami. Widać grupa miała zamiar dalej pasożytować na kilku osobach, które poświęcają czas i często kasę (kserowanie w czytelni), a sama co najwyżej drukować podane jak na tacy teksty, choć to też nie zawsze.

Osoby, które najczęściej angażowały się w szukanie tekstów zgadały się, by przez tydzień nic nie wrzucać na pocztę i w ten sposób zmobilizować leniwych do współpracy. Dzień przed zajęciami, na które sporo trzeba było sporo przeczytać, pojawiły się proszące, błagające, a czasem wręcz żądające posty o udostępnienie tekstów. Ktoś tam się ugiął i coś wrzucił. Poprawy nie było, ale prośby owszem.

W końcu jedna dziewczyna wprost napisała, że ona już nic więcej na pocztę nie wrzuci, bo ma dość pasożytów. Spotkała się z falą krytyki. Od anonimów (takie mam odważne osoby w grupie) dowiedziała się m.in., że:
- jest kujonką i samolubem, bo ma teksty, a nie chce się nimi dzielić;
- co jej szkodzi wrzucić te materiały, skoro je ma;
- jak już jest w bibliotece, to może zebrać wszystkie potrzebne teksty (napisał to ktoś, kto chyba nigdy nawet nie szukał materiałów i nie wie, że często jedna książka jest w jednej bibliotece, druga w innej, a trzeciej nigdzie nie można dostać);
- inni nie mają czasu szukać w bibliotekach książek, bo pracują! (tak jakby ci szukający tekstów nie pracowali, albo ich doba miała 40 godzin);
- inni mają życie prywatne, towarzyskie, uczelnia nie jest całym ich życiem;
- ktoś chyba całkowicie niezorientowany w temacie, spytał się po co kilka osób ma szukać tego samego, skoro może jedna osoba. Gdzie był jak pojawiły się propozycje podziału pracy, nie wiem.

Wszystko wskazuje na to, że pasożyty poczuły się urażone tym, że muszą coś robić. Na dzień dzisiejszy jest tak, że grupa jest mocno podzielona. Nie wiem jak dalej będzie nam się studiowało. Powstały małe grupki i to wewnątrz nich wymieniamy się informacjami, materiałami, książkami. Jak trzeba było opracować około 80 pytań na kolokwium, też zrobiliśmy to wewnątrz swojej małej społeczności.

Co i raz pojawiają się jeszcze nieśmiałe zapytania ze strony anonimów z prośbą o wrzucenie czegoś, ale reakcje na to są sporadyczne. Ani nie smuci, że pasożyty zostają bez materiałów na kolokwium, ani nie cieszy jak go nie zaliczą, bo nie mieli się z czego nauczyć.

Skomentuj (63) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 320 (400)