Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

LinaGreen

Zamieszcza historie od: 23 czerwca 2011 - 10:00
Ostatnio: 14 lipca 2017 - 13:41
  • Historii na głównej: 7 z 10
  • Punktów za historie: 4955
  • Komentarzy: 29
  • Punktów za komentarze: 167
 

#74783

(PW) ·
| Do ulubionych
Trafił mi się - niestety - wyjazd służbowy do Paryża. Dlaczego niestety? Hmmm.

Dwie firmy, z którymi mam częsty kontakt, mają siedziby w stolicy Francji. Po kilkunastu dyskusjach telefonicznych zgodnie postanowiliśmy, że dobrą opcją byłoby się w końcu spotkać na żywo. Gdzie jest chęć, jest i sposób. Tym sposobem był pociąg Eurostar z Londynu, gdzie na stałe mieszkam do Paryża (Gare du Nord). Wyjazd pierwszym pociągiem dnia o 5:40, powrót o 19 w ten sam dzień.

Nieludzka godzina wyjazdu wiązała się z pobudką o 4 rano, podróżą całkiem wygodnym pociągiem i zderzeniem z okrutną rzeczywistością w postaci jednego z najbardziej upalnych dni w roku, połączonym z tłumami w komunikacji miejskiej (poranny szczyt) i nowymi butami, które totalnie uprzykrzyły mi życie obcierając i palce, i pięty. Ale nic to, spotkania ważne, nie mam czasu się przejmować. Udało mi sie dojechać na pierwsze spotkanie na czas, potem z wywieszonym jęzorem popędzić na drugi koniec Paryża na spotkanie z drugą firmą, w przelocie kupując parę trampek, które i tak okazały się niewiele bardziej przyjazne dla moich obolałych stóp.

Drugie spotkanie skończyło się koło godziny 15, więc miałam kilka dobrych godzin na chociaż pobieżne rzucenie okiem na zabytki Paryża. No bo jak to, być w Paryżu i katedry Notre Dame nie zobaczyć. Stopy wytrzymają, nie są ze szkła. O jaka ja głupia byłam! Wytrzymałam niecałe dwie godziny zanim nogi i cała reszta człowieka odmówiły posłuszeństwa. Skwar i zmęczenie zrobiły swoje - zdecydowałam się pojechać na stację Gare du Nord wcześniej, aby w klimatyzowanym miejscu dojść do siebie. Tylko że na Gare du Nord nie ma ani klimy, ani miejsca - przynajmniej w części dla pasażerów pociągów Eurostar. „Poczekalnia” jest obleśnym kawałkiem przestrzeni z dwoma sklepikami i niewystarczającą ilością miejsc siedziących, gdzie panowała duchota i tłok. Cudem udało mi się znaleźć kawałek brudnej podłogi między walizkami, gdzie mogłam usiąść i przewegetować następną godzinę i pół.

Czekanie przedłużało się - najpiew padły komunikaty o opóźnieniu, a o 21:10 wszyscy pasażerowie zostali poinformowani, że z powodu pożaru trakcji pociągi zostały odwołane. Pasażerowie powinni „ewakuować się” ze stacji (tak było ogłoszone przez głośniki, ludzie prawie spanikowali, podejrzewająć atak terrorystyczny) i kontaktować się z Eurostarem przez infolinię w celu przebukowania biletów na inną datę. Na stacji zapanował chaos, ludzie głośno wyrażali swoje niezadowolenie podczas gdy ja na telefonie desperacko szukałam hotelu przy stacji. Udało się, szybka transakcja przez internet i 3 minuty piechotą od stacji czekało łóżko i łazienka, gdzie mogłam zmyć z siebie brud i zmęczenie z całego dnia. To znaczy, miało czekać. Gdy dotarłam na miejsce i pokazałam potwierdzenia z numerem rezerwacji i płatności pobranej z karty kredytowej, pan recepcjonista beztrosko stwierdził ze „nie mają wolnych pokoi, dużo ludzi przyszło”. Następną godzinę spędziłam na telefonie - próbując dodzwonic się na infolinię Eurostar i na infolinię Hotels.com gdzie rezerwowałam hotel. Zero sukcesu. Stwierdziłam "chrzanić to", kupiłam całkiem nowy bilet na pociąg na dzień następny i pogroziłam panu recepcjoniście policją, bo w końcu wzięli pieniądze (z karty) a odmówili wykonania usługi. W końcu pan recepcjonista zadzwonił do innego hotelu tej samej firmy, kazał im zaklepać dla mnie pokój i wyjaśnił jak tam mam dojechać metrem. Byłam już tak zmęczona że ledwo trzymałam się na nogach, więc bez protestów powlokłam sie pod podany adres.

Odważylibyście się zgadnąć, co czekało na mnie w drugim hotelu? Zgadza się, jeszcze bardziej nieprzyjemny recepcjonista, który ze złością oznajmił mi że oni nie mają wolnych pokojów i on nic mi na to nie poradzi. W odpowiedzi na jego zachowanie nie pozostało mi nic innego jak... rozpłakać się. Tak, stres całego dnia, zmęczenie, upał, obolałe stopy i absurd tej całej sytuacji po prostu mnie przerosły i zaczęłam cicho chlipać. Pan na moment spuścił trochę z tonu i kazał mi czekać, podczas gdy on przerzucał papiery i mamrotał do siebie pod nosem. Ja usiadłam w kącie recepcji, ocierając łzy przepoconą marynarką. Po chwili podeszła do mnie drobna Azjatka i nieśmiało zapytała czy nic mi nie jest. Porozmawiałyśmy chwilę, rozmowa pomogła mi ogarnąć trochę emocje. Okazało się że dziewczyna, zameldowana w hotelu jakieś pół godziny wcześniej, miała ten sam problem co ja - zapłaciła za pokój którego nie było w hotelu przy stacji i została przekierowana tutaj. Miała tyle szczęścia, że dostała ostatni wolny pokój, ale żeby nie było tak pięknie - pokój nie był posprzątany po poprzednich gościach i panował tam okropny bałagan.

Co działo się dalej? Problem zgłoszony został panu recepcjoniście, któremu totalnie popsuło to resztki humoru. Machając rękami, zaczął podnosić głos: on jest zajęty, tyle ludzi przyszło, jest późno (była już prawie północ) i jak on sobie ma z tym wszystkim poradzić - przecież on nie jest bogiem! W tym momencie straciłam cierpliwość - powiedziałam mu że tu nie trzeba boga żeby to ogarnąć - wystarczy robić co do niego należy - zająć się goścmi którzy zapłacili za usługę i skoro on tego nie potrafi, to chyba nie powinien tu pracować. W mało uprzejmych słowach poradziłam mu żeby sam posprzątał pokój mojej nowej znajomej, jeśli nie może się dodzwonić do nikogo z 'room service', a ja go mam gdzieś i jego, i jego hotel, i idę sobie szukać innego hotelu. Na szczęście po drugiej stronie ruchliwej ulicy między budynkami wciśnięty był niewielki hotelik, w którym recepcjonista okazał się bardziej pomocny. Widząc mój opłakany (dosłownie) stan, zaproponował mi ostatni dostępny pokój z którego w ostatniej chwili zrezygnowała jakaś para. Pokój nie miał klimatyzacji, był okropnie duszny i musiałam sobie sama przebrać poszewki na poduszkach bo wyglądały na używane (dostałam za to 10 euro rabatu) - ale dla mnie był idealny - miał łóżko i prysznic, a ja nie musiałam spać na ulicy.

Potem już było z górki - po kilku godzinach płytkiego, przerywanego snu (hałas z ulicy, niesamowita duchota w pokoju) wróciłam na Gare du Nord, przedarłam się przez tłumy ludzi próbujących dowiedzieć się kiedy mogą wyjechać z Paryża na biletach które poprzednio kupili ("może po południu, może wieczorem" - udało mi się podsłuchać) i dzieki biletowi który kupiłam poprzedniego wieczoru dostałam się na pokład pociągu. Dwie godziny później wysiadałam już na najpiękniejszej, najwspanialszej stacji London St. Pancrass International, obiecując sobie że nigdy w życiu już się do Paryża nie wybiorę.

I jeszcze epilog, który nieźle podniósł mi ciśnienie: po powrocie do Londynu wysłałam maila do Hotels.com, opisując całą sytuację i żądając zwortu pieniędzy, którego... mi odmówiono, bo hotel nie chciał dokonać zwrotu. Happy end jednak był - wystarczył telefon do Hotels.com, ponowne opisanie sytuacji i zszokowany pan po drugiej stronie słuchawki dokonał błyskawicznego przelewu całej sumy na moje konto.

Tym, którym nie chciało się czytać: Francuzi to penisy. Eurostar też.

Paryz

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 358 (410)

#69461

(PW) ·
| Do ulubionych
Na pustym biurku, które stoi obok mojego, często leżą słodycze różne i różniste. Przywozimy je, mój zespół i ja, z wypadów za granicę - czy to osobistych, czy służbowych. Po kilka sztuk, tak do kawy, nie żeby jakieś góry cukru i kalorii się przewalały, ale zawsze jest coś aby poprawić humor w zły dzień.

Ten nasz skarbiec upodobał sobie jakiś czas temu kolega z biura - facet bezczelny, obleśny, nieprzyjemny w obyciu i traktujący wszystkich jak śmieci. Nie pracujemy z nim bezpośrednio, ba, jego biurko jest po drugiej stronie piętra, ale pasożyt jeden potrafi przeleźć kilometry żeby się tylko napchać za darmo, czyimś kosztem. Potrafił wyżreć nam do cna wszystkie łakocie i jeszcze z pełnymi ustami nawrzucać nam co to za chłam przywozimy, my wsiury takie i owakie, i następnym razem to on chce widzieć jakieś markowe czekoladki i specjały z najwyższej półki.

Pewnego dnia pasożyt pojawił się przy naszych biurkach i wyczaił całkiem sporą, papierową torbę z bardzo popularnej cukierni. Torba stała na pustym biurku, w torbie ewidentnie coś było i pasożyt już się oblizywał na myśl o wyżerce. Ale torba jak stała, tak stoi, a żadne z nas się nie śpieszy to rozpakowania. Pasożyt posapał, połypał oczami i w miarę szybko skończyła mu się cierpliwość. Z wysyczanym "sharing is caring!" (kulawo przetłumaczone "dzielenie się z innymi jest wyrazem troski"), wpakował łapę do torby.

Sekundę później rozległo się wycie godne syreny przeciwmgielnej. Koledzy i koleżanki z zespołu rzucili się ratować pasożyta, ja rzuciłam się ratować torbę. Bo oczywiście nie było tam żadnych słodyczy - w torbie podróżowali Kevin, Bob i Stuart - moje kaktusy, które po pracy chciałam zabrać do koleżanki mieszkającej w domku z ogrodem, aby przesadzić ich do większych doniczek.

Pasożyta jak na razie od kilku dni nie widać, może się obraził.
Kevin, Bob i Stuart mają się dobrze, nie odnieśli większych obrażeń.

biuro

Skomentuj (40) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 639 (679)

#66756

(PW) ·
| Do ulubionych
Na fali historii o rowerzystach i kolejkach u lekarzy ja opowiem swoją... z zupełnie innej beczki.

Jakiś czas temu, w związku ze zmianą pracy, przeprowadziłam się z 'prowincji' do Londynu. Jak już się zadomowiłam i ogarnęłam sytuację, zaprosiłam do siebie koleżankę na kawę i plotki. A że koleżanka jest wielką fanką polskich przysmaków, po drodze do domu wpadłyśmy do pobliskiego polskiego sklepu.

W sklepie trwała dość intensywna dyskusja pomiędzy Panią Ekspedientką a Panią Turystką (PT) z nastoletnią córką, które starała się uzyskać jakieś informacje na temat podróżowania po Londynie. Pani Ekspedientka powtarzała dosyć często że 'ona nie z tej dzielnicy, ona się nie zna' i sugerowała tzw. Oysterkę (kartę miejską na doładowania), ale Pani Turystka uparcie twierdziła, że ona nie chce Oysterki i woli 'normalne' bilety. Widząc sfrustrowaną minę Pani Ekspedientki, zasugerowałam PT i jej córce, aby przeszły całe 30 metrów do stacji metra, które jest tuż obok i tam zapytały kogoś z obsługi. PT błyskawicznie odpowiedziała 'to pani mi pokaże gdzie to' i z klientki sklepu stałam się przewodnikiem.

Zaprowadziłam więc PT do pobliskiej stacji i pokazałam gdzie jest kasa/punkt informacyjny. Już chciałam się żegnać i życzyć miłego pobytu, gdy PT nagle zaczęła usilnie prosić żebym jeszcze nie szła, bo córka mówi po angielsku ale się wstydzi (!) i czy mogłabym tak na chwilkę potłumaczyć? Skoro tylko 'na chwilkę', to w sumie mogę pomóc. No i się zaczęło.

PT zaczęła wyrzucać z siebie pytania z prędkością karabinu maszynowego, tak że momentami ledwo nadążałam tłumaczyć w obie strony – do pani w okienku na angielski i potem do PT na polski. Ile kosztuje bilet na jeden dzień? A na trzy? (nie ma takiego) To tygodniowy? A jak nie wykorzysta całego tygodnia, to może zwrócić? A na ile stref? (Londyn podzielony jest na strefy komunikacyjne, od których zależą ceny biletów). To który będzie lepiej? A gdzie jest więcej atrakcji do zobaczenia? A ile czasu zajmie dojazd? A o której jest ostatni pociąg? A jaką ulgę dostanie córka, która jeszcze nie ma szesnastu lat? Twarz pani w okienku pozostawała obojętna, za to ja z każdym pytaniem traciłam cierpliwość, bo miało być tylko 'na chwilkę', a stałyśmy przy tym okienku już dobre pół godziny. Widziałam, że koleżanka też już przestępowała z nogi na nogę i było mi głupio z powodu takiego opóźnienia, więc chyba po setnym pytaniu powiedziałam 'dosyć'. Pani z okienka podała całe naręcze mapek, broszurek informacyjnych i tym podobnych świstków – córka PT może i się wstydziła mówić, ale z czytaniem chyba sobie poradzi, więc resztę mogły sobie same doczytać.

Z wyraźną niechęcią PT powstrzymała dalszy nawał pytań, podziękowała mi (a jednak) i... poprosiła mnie o numer telefonu – na wypadek gdyby się z córką zgubiły bo one nikogo w Londynie nie znają, no wie pani... Żeby uniknąć dalszych dyskusji i błagań, numer podałam i w końcu się pożegnałyśmy. Przez następne trzy dni żadnych zdesperowanych telefonów nie było, a ja mogłam odetchnąć z ulgą.

Ale spotkanie PT i jej córki nie jest piekielnością którą chciałam opisać. Bo każdy może przecież się znaleźć w sytuacji gdzie będzie potrzebna pomoc życzliwego rodaka. To, że moja cierpliwość została poddana na próbę to pikuś. Ja pewnie też nierzadko działam ludziom na nerwy. Nie, piekielnością było to co stało się kilka miesięcy później.

Zadzwonił mój telefon – numer którego nie rozpoznałam, ale kierunkowy +48, czyli z Polski. Pomyślałam, że to może ktoś rodziny dzwoni z nowego numeru i odebrałam. Dzwoniła oczywiście PT, która sobie przypomniała nasze spotkanie w Londynie, że ja taka pomocna byłam, więc ona ma taką małą sprawę...

Trochę pokrętnie wyjaśniła, że podczas pobytu w Londynie razem z córką kupiły zestaw biletów na różne atrakcje, ale nie zdążyły wszystkich wykorzystać. Zostały im bilety wstępu do akwarium i tak szkoda żeby się zmarnowały... Wciąż nie rozumiejąc o co PT chodzi zapytałam wprost, czy ona chce mi te bilety dać w podzięce za pomoc? Ależ nie! PT szybko wyjaśniła: bilety przekazała panu kierowcy autokaru którego poznały podczas podróży do Anglii. Ale ten pan przyjeżdża do Londynu i zaraz będzie wracał (?!) więc nie będzie miał czasu ich sprzedać, więc czy ja mogłabym pojechać na stację Victoria (oddalonej jakiejś 45 minut od mojego biura) jeszcze dzisiaj przed 18 (ja kończę pracę o 17), odebrać od niego te bilety i od razu je sprzedać, bo ich ważność upływa jutro. No a potem to już tylko wysłać 'piniążki' do Polski, najlepiej jakimś transferem, bo pocztą to będzie długo szło i może zginąć...

Wciąż nie do końca rozumiejąc o co jej chodzi zapytałam, czy ona już kupców ma i ja mam tylko te bilety przekazać, usłyszałam że nie, no ale to akwarium to takie fajne i znane (bzdura, całość można w 45 minut przelecieć) i na pewno nie będę miała problemów żeby te bilety sprzedać. Jak się pokręcę po Victorii, to na pewno ktoś z przyjezdnych Polaków się skusi...

W tym momencie przerwałam tyradę PT, oznajmiłam że ja już nie mogę rozmawiać bo jestem w pracy i szef daje mi znać, że muszę kończyć. Grzecznym, acz stanowczym tonem oznajmiłam, że absolutnie nie mam czasu aby ganiać po dworcach i próbować opchnąć jakieś lipne bilety, których ważność upływa prawie że natychmiast, po czym pożegnałam się i po rozłączeniu rozmowy zablokowałam numer.

I tak oto moja chęć niesienia pomocy rodakom za granicą znalazła swoją własną granicę. Jeśli to mnie zostanie przypięta łatka 'piekielnego Polaka', jakoś to przeżyję.

Londyn

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 442 (520)

#36660

(PW) ·
| Do ulubionych
Anglicy to dziwni ludzie – obiad jedzą na kolację, jeżdżą nie po tej stronie drogi co trzeba, a na Opla mówią Vauxhall. Zamiast ‘burzy w kółku’ na maskach samochodów widnieje gryf z chorągiewką. Warto jednak dodać, że nazwy modeli pozostały takie same, więc auta na ulicach to Vauxhall Astra czy Vauxhall Corsa.

Wybrałam się niedawno do salonu samochodowego na Wyspach, w celu załatwienia spraw różnych. Obsługujący mnie pan na chwilę się oddalił aby przynieść jakieś broszury, a ja czekałam rozglądając się po prawie pustym salonie. Uwagę moją przyciągnęła para komentująca samochody znajdujące się w pomieszczeniu ponieważ a) stali niecałe dwa metry ode mnie i b) rozmawiali po polsku – dosyć głośno, a motywem przewodnim konwersacji było słowo ‘Astra’. Oczywiście nie miałam zamiaru podsłuchiwać, ale dyskusja toczyła się prawie przy moim uchu. Kobieta, nazwijmy ją [B]ejb, usilnie perswadowała coś swojemu [M]isiowi.

B: Misiu, bo wiesz, ja chciałam jednak tapicerkę w kremowej skórze, bo Zosia taką ma i ja się tak dobrze czuję u niej w samochodzie.
M: Dobrze Bejb, zapytamy jak się ktoś pojawi czy mają na stanie Astry w jasnej skórze. Pewnie będą musieli sprowadzać. Zobacz, powystawiali te modele co im się słabo sprzedają, a te najlepsze pewnie trzymają na parkingu za salonem, ja znam te ich sztuczki...

Niestety w tym momencie odezwał się we mnie jakiś pokręcony instynkt patriotyczny i jak głupia postanowiłam podzielić się z rodakami dobrą radą:
J: Bardzo przepraszam, ale niestety tutaj nie kupią państwo Astry...
Jeszcze nie skończyłam mówić, a Pan Misiu już łypał na mnie okiem.
M: A ty co sobie myślisz, że ciebie stać, a nas nie? – z pogardą wysunął podbródek. – Ja tu zamierzam kupić samochód i ty mi się w biznes nie wtrącaj!
Miał racje człowiek. Ale takie ‘tykanie’ i agresja na starcie powodują, że jednak mój język czasem rozumu nie słucha.
J: Ale... Tutaj...
M: Mówiłem chyba coś, nie? Zjeżdżaj, ja chcę Astrę, to będę miał Astrę!
Nie dałam się i wypaliłam: Ale to jest salon Volvo, a nie Vauxhall!

Odpowiedział mi moment ciszy. Nie trwał długo - para wymieniła szybkie spojrzenia i do dyskusji włączyła się Bejb:
B: Ale to to samo! Nie znasz się, to się nie wtrącaj!
Po nieudanym podejściu numer dwa machnęłam ręką i postanowiłam się zastosować do tej wspanialej rady. Już miałam odejść, gdy jednak Pan Misiu przemyślał sprawę, podumał, poczerwieniał, obrócił się do towarzyszki i ryknął:
M: Vauhxall! Wiedziałem że coś nie pasuje! Widzisz głupia ci*o, jedną rzecz miałaś sprawdzić, a i tak spieprzyłaś!
L: Ale Misiu, bo tak mi się pomyliło, widzisz, na tą samą literę...
M: A weź mnie nie denerwuj, głupia mordo!

Dalszej rozmowy nie słyszałam. Państwo zdecydowali się opuścić salon, zostawiając mnie z poczuciem winy i zdecydowanym postanowieniem, żeby następnym razem trzymać gębę na kłódkę.

Pozdrawiam wszystkich kulturalnych Polaków za granicą – gdziekolwiek jesteście, świetnie się ukrywacie!

Imperium

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 529 (589)

#22789

(PW) ·
| Do ulubionych
Pojawiło się ostatnio kilka ‘międzynarodowych’ historii, więc i ja dorzucę swoje trzy grosze.

Od kilku lat pracuję w firmie, która ma oddziały w różnych krajach, lecz siedziba tych głównodowodzących znajduje się za Wielką Wodą. Zawsze bawiły mnie żarty o Amerykanach i ich "znajomości" świata poza granicami ich własnego kraju – aż do czasu gdy te wołki zbożowe, z którymi przyszło mi się użerać udowodniły mi, skąd te wszystkie żarty się biorą.

Jednym z "byznesow", którymi się zajmujemy jest wysyłanie tego i owego do różnych krajów. Część rzeczy znajduje się w lokalnych magazynach, część musi być wysłana bezpośrednio z Hameryki. Proces jest w większości zautomatyzowany; schodki pojawiają się gdy już po złożeniu zamówienia i wysłaniu instrukcji trzeba coś zmienić.
I tak klientowi nagle się przypomniało, że wróć, on już to i tamto ma, tak że praktycznie z całego zamówienia on chce tylko jedną rzecz, X.
Klient z siedzibą w Innsbrucku, więc podlega mojemu oddziałowi; szybko wysyłam maila do Stanów z poleceniem aby "anulowali wszystkie pozycje oprócz tej jednej, numer X".

Niestety, z powodu różnicy czasu, odpowiedź przeczytałam dopiero następnego dnia, a tam stoi jak byk: "anulowano pozycję X, pozostałe artykuły zostaną przygotowane do wysyłki". W tym momencie zwątpiłam w swoją znajomość angielskiego, który do tego czasu jeszcze mnie nie zawiódł, ale po szybkiej konsultacji z kolegą, z dziada-pradziada Anglikiem, doszliśmy do wniosku że e-mail był sformułowany poprawnie. Tylko poziom kumania odbiorcy nie spełnia oczekiwań...
Kolejny e-mail z wyjaśnieniem, tym razem z uwzględnieniem ograniczonej rozumności przeciwnika... errr kolegi za oceanem: "Do paczki włóż tylko X. Nic więcej. Resztę zostaw. Odłóż na półkę." – Podziałało.
Przyszedł kolejny mail, jeszcze w ten sam dzień, że spoko, on zrozumiał i przeprasza. Przesyłka będzie wysłana do Sydney w przeciągu 24 godzin.

No jakie Sydney? Gdzie Rzym, a gdzie Krym? No na pewno nie tam gdzie powinien. Nic to, że firma z nazwą typu "Schwartz und Schwartz GmbH", że zaadresowane do Herr Johan Schmitt, Cośtamstrasse Nein und Zwanzig. Jako kraj była wpisana Austria i chociaż brak kilku liter w nazwie, to na bank musi być to kraj kangurem i koalą płynący.
Haha. No dobra, gościu nie szkolony, mógł nie wiedzieć.

Sprawę udało się odkręcić, przesyłka poszła gdzie trzeba.

Ale po kimś z poziomu dyrektora można by było oczekiwać czegoś więcej. Hm, nie do końca. Otóż nasz dyrektor regionalny, przylatujący z JuEsEj z wizytą, odbierany przez podwładnych na lotnisku w Zurychu, z rozbrajającym uśmiechem wita się i wypala:
- Jak tu pięknie... Pierwszy raz jestem w Szwecji, tak się cieszę!
Szkoda nam się gościa zrobiło, zastanawialiśmy się czy nie zrobić zrzutki i nie wysłać go na Północ na kilka dni. Bo to w końcu nasza wina, Europejczyków, że tak żeśmy kraje podobnie ponazywali. Szwecja, Szwajcaria, Austria, Australia...

Zagramanica

Skomentuj (24) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 590 (640)

#17644

(PW) ·
| Do ulubionych
Moda na Zagranicę, odcinek trzy tysiące dwieście jedenasty.

Na stałe mieszkam na dobrze znanej rodakom Wyspie. Tak się złożyło, że po zmianie pracy przez długie miesiące dojeżdżałam do stolicy pociągiem. Po pewnym czasie miałam już dokładnie ′obcykane′ z której platformy mam odjazd, gdzie najlepiej się ustawić żeby później nie drałować kilometrów do wyjścia itp. Stacja ma 19 platform, metro i dworzec autobusowy, więc ludzi przewija się tam tysiące - ja spokojnie czekałam z boku, z dala od dość chaotycznie poruszającej się masy podróżników.

Nagle kątem oka dostrzegłam zbliżającą się w moim kierunku kobietę, ciągnącą za sobą walizkę na kółkach. Babeczka może po trzydziestce, normalnie ubrana, z głową zadartą do góry, wpatrująca się w tablice na których wyświetlone są informacje o odjazdach.

Przezornie odsunęłam się pod samą ścianę, chociaż i tak miejsca było na tyle by wyminęły się dwa wózki widłowe. Odwróciłam głowę, rzucając okiem na zegar i nagle... łup. Walizek wjechał prosto w moje nogi.

Zaskoczona spojrzałam na panią która tarmosiła ten bagaż. Po sekundzie zaskoczenia, na jej twarzy pojawił się wręcz przesłodki uśmiech, jedna ręka uniosła się w górę w geście przeprosin i babeczka wypaliła:
- Jak łazisz, głupia pi**do.

Po polsku.
Zamurowało mnie totalnie, gdyż wcale nie ruszyłam się z miejsca; udało mi się tylko wydusić jakże eleganckie:
- Że niby co?

Na co babsztyl zrobił wytrzeszcz, spiekł buraka i dał nogę.

Strasznie mi przykro że tak bezczelnie wytrąciłam ją z równowagi moją nieoczekiwaną znajomością egzotycznego języka.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 711 (763)

#12354

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka dni temu wpadła na mnie babka na rowerze. Dosłownie, przydzwoniła we mnie od tyłu i oczywiście wyjechała z wyzwiskami:
- Co pani głucha, że dzwonka nie słyszy?! (słuchałam muzyki) Jak rodzice panią wychowali?
Lekko w szoku, rozcierając posiniaczona nogę, zapytałam:
- Dlaczego jedzie pani po chodniku, skoro ścieżka dla rowerzystów jest pół metra dalej, równolegle do ścieżki dla pieszych?
Na co ona:
- Ja wolę po chodniku, bo na ścieżce jest pełno rowerzystów.

Skomentuj (29) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 984 (1056)

1