Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Litterka

Zamieszcza historie od: 18 lutego 2011 - 22:44
Ostatnio: 16 sierpnia 2018 - 21:49
O sobie:

Wiem, że nie ma Wielkiego Zła. Jest tylko to zwykłe, powszednie. No i jeszcze zwykła głupota.

  • Historii na głównej: 27 z 30
  • Punktów za historie: 7842
  • Komentarzy: 1353
  • Punktów za komentarze: 8842
 

#70340

(PW) ·
| Do ulubionych
Zainspirowana tą historią http://piekielni.pl/70337 i dzisiejszym wydarzeniem też coś dodam.

Poszłam dzisiaj na zakupy do hipermarketu. Chodzę między półkami, oglądam towary. Nagle - przeleciał obok mnie huragan w sile trzech rozpędzonych dzieciaków! Dobra, idioci, ale nie będę reagować, nie chce mi się. Za chwilę - znowu biegną! Wycofywałam się od półki i wpadłam na przebiegającego obok po raz trzeci(!) chłopca w wieku około 6 lat. Przewrócił się, pytam więc, czy z nim wszystko ok. Na co nagle objawia się mamuśka i ma do mnie pretensje, że jej dzieciaki wywracam! Stwierdziłam tylko, że gdyby nie biegały jak stado koni, to by się nic nie stało i poszłam w swoją stronę.

Niestety, dzieciaki dalej szalały, nic ich ta sytuacja nie nauczyła :(

sklepy

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (224)

#69884

(PW) ·
| Do ulubionych
No i zataszczyła mi Straż Miejska chłopa na komisariat...

Mieszkamy za granicą, ale Chłopię moje Kraków wizytowało. Zaliczyło kulturalne spotkanie towarzyskie, piwo wypiło, a wracając stwierdziło, że wypadałoby jeszcze radlera (piwo pół na pół z lemoniadą, voltaż 2%) zakupić. Kupił więc butelkę, nie schował do plecaka i niesie ZAMKNIĘTĄ.

Panowie strażnicy stwierdzili, że tak być nie może, toż to zbrodnia wielka! Podchodzą, próbują wystawić mandat. Na takie dictum Chłopię pokazuje, co niesie, że zamknięte, że w świetle Ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi, ma prawo taką butelkę nieść, bo godzina późna (ok. 22), a i młodocianych w okolicy nie stwierdza się, poza tym, napoje alkoholowe chyba od woltażu 2,4% się zaczynają. Panowie Strażnicy stwierdzili, że nie, nie, nie, mandat piszemy, albo pora na komisariat!

No, to poszli sobie na spacerek we troje, Chłop w asyście na pobliski posterunek. A tam pan policjant sprawę zbadał, butelkę obejrzał, Strażników moralności zluzował, a do chłopa rzekł: "Idź pan w cholerę, to poj*by są...".

Eh, takie tam obrazki rodem z Grodu Kraka...

Straż_Wiejska

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 645 (725)

#67254

(PW) ·
| Do ulubionych
Zmroziło mnie...

Mieszkam w UK. Wracam wczoraj z pracy, przechodzę przez ulicę - dość szeroką, pasy ruchu na jednej "taśmie" asfaltu, ale rozdzielone oznakowanym pasem o szerokości ok. 30 cm. Na wydzielonym miejscu między pasami ruchu bawi się ok. 2-letnie dziecko, nad którym stoi mamusia i cieszy się z jego radości. Kierowcy usilnie starają się nie doprowadzić do wypadku, nie rozjechać ani mamy, ani potomka. Wkurzyłam się, wrzasnęłam, żeby baba zabrała bachora i spadała, bo niebezpiecznie. Usłyszałam tylko "F*ck off!" Gdzie ta pani ma mózg?

ulica w Anglii

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 217 (293)

#61959

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia, opowiedziana przez kolegę.

Kolega pracuje przy sprzedaży, montażu i naprawach regałów magazynowych. Jak można się domyślić, na meblu takim spoczywa zazwyczaj ciężar wielotonowy. Czas na historię właściwą:

Miałem kiedyś zlecenie wymiany nóg w środkowych sekcjach regałów na magazynie. Nadzorowałem robotników przy kilku regałach. Podchodząc do jednego z monterów zauważyłem, że kończy on odpiłowywanie nogi regału bez podstawienia specjalnej maszyny (rodzaj lewara o udźwigu 20 ton). Zazwyczaj nie tracę cierpliwości. Tym razem swoimi wrzaskami spowodowałem zbiegowisko. Bo jak wyobraziłem sobie spadające na pracownika 20 ton... Już widziałem, jak mnie wywożą w kajdankach.

zagranica

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 504 (562)
zarchiwizowany

#42488

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Powroty po ciemku i palenie szkodzą zdrowiu...

Wracałam przed chwilą z miasta. Czekała mnie przesiadka na autobus. A że miałam jakieś 6 minut czekania, to stwierdziłam, ze sobie zapalę. Stoję, palę fajka, myślę o swoich sprawach. Nagle z okolic mojego mostka słyszę dziecięcy głos:
- Dawaj szluga, szmato!
Spojrzałam zdziwiona i widzę bachora lat 10 z groźną miną.
- No dawaj, ku$wa, peta, jarać mi się chce jak ch*j!
Spojrzałam z góry jeszcze bardziej zdziwiona...
- Ku*wa! - i dzieciak walnął mnie pięścią w brzuch. Napięłam mięśnie i nic mi się nie stało, ale teraz z kolei gówniarz chyba się trochę zdziwił, wziął większy zamach i... Tak, chciał mnie znowu walnąć. Tym razem moja cierpliwość się skończyła. Upuściłam papierosa, złapałam szczeniaka za rękę, wykręciłam za plecy i zmusiłam, żeby się pochylił i przykląkł.*
- Spadaj, dzieciaku, - mówię - następnym razem ktoś będzie miał mniej cierpliwości i zrobi ci krzywdę.
Młody się rozbeczał, pobiegł przed siebie i tylko z oddali dobiegł mnie jego wściekły, zaryczany wrzask:
- Tatooo! Bijąąą!
Niestety, wkrótce podjechał autobus i nie wiem, czy bachor przyszedł z ojcem... A szkoda, sama jestem ciekawa, co by wynikło.

I, szczerze mówiąc, jestem przerażona. Co z takiego gówniarza wyrośnie?

*Taki chwyt nie robi raczej krzywdy, służy do sprowadzenia napastnika do parteru. A nawet jeśli, to trudno.

Dzieci? Rodzice?

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 371 (439)
zarchiwizowany

#40167

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wkurzyłam się.

Idę sobie dzisiaj koło dworca w Gdyni Głównej. Miejsce ogólnie dość zatłoczone, w końcu dworzec. Widzę, że dwóch meneli się bije, i to nie szarpią o wino, czy coś, tylko jeden drugiego złapał za szyję, powalił na ziemię i nie chce puścić. Wrzasnęłam, żeby przestali i że wzywam policję, ale nie... Dalej się biją. No to dzwonimy...

Wybieram z komórki 112. Zajęte. Niestety, mój telefon, łącząc się z tym numerem długo się nie rozłącza. Uff, rozłączyło, dzwonię jeszcze raz. Niedostępny numer. Nosz kurrr... Znowu czekam aż się rozłączy, dzwonię po raz trzeci. Zajęte. Czekam, dzwonię po raz czwarty. Zajęte. Myślę, co by tu zrobić. Wybieram 997 (z komórki też działa!). Też coś nie tak, niby połączenie nawiązane, ale ja nic nie słyszę. Rozłączam się, dzwonię znowu. Uff, udało się. Krótko streszczam sytuację:

- Dzień dobry, przed budynkiem dworca w Gdyni bije się dwóch meneli, czy macie państwo takie zgłoszenie?
Chwila ciszy...
- Eee... Aaa, to ja panią do komendy przełączę...
Czekam.
- Halo, dzielnicowy.
- Dzień dobry, przed dworcem Gdynia Główna bije się dwóch panów, raczej nietrzeźwych, meneli, czy ktoś państwu już zgłaszał? Proszę o interwencję.
- Eee, zaraz... Nie, nie zgłaszał (przed dworcem ludzi tyle, co emerytów na promocji cukru!)... Eee... Nooo... To ja panią o godność poproszę...
- Diablica Piekielna, podjedziecie? Tam jeden drugiego dusił, nie wiem, czy coś więcej się nie stało...
- Eee... Zaaaraaaz, nie mamy wolnych radiowozów, za jakieś pół godziny chyba ktoś da radę... Dziękujemy.

Piiip, piiip, piiip...

Mam nadzieję, że jednak się panowie nie pozabijali...

system powiadamiania alarmowego i nasza kochana policja

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 106 (162)
zarchiwizowany

#39290

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ja i mój pies kontra reszta świata...

Mam psa z potężną agresją lękową, mimo trzech lat pracy niewiele udało mi się z sunią zrobić, ale żyć trzeba dalej. A wiecie dlaczego tak mało wypracowałam? Przeczytajcie...

Idę z Mikrą po polu niedaleko mojego osiedla. Taka ciekawa okolica, że wielka łąka jest tuż za bramą wyjazdową, na co dzień spaceruje tam wielu ludzi, bo to nie tylko ładne miejsce, ale i najbliższa droga na przystanek i do sklepu. No i masa ludzi wyprowadza tam swoje psy, bo mają gdzie pobiegać. Idziemy sobie, akurat w miarę cicho... Pies odsmyczowany celem wybiegania, idziemy sobie spokojnie, przy czym Mikra ma nawyk pilnowania się mnie i przychodzi na zawołanie. W pewnym momencie słyszę "Leon, Leon, nie wolno, chodź tutaj!", oglądam się i widzę pana lat ok. 40, wrzeszczącego na czekoladowego labradora. No, myślę sobie, będzie ciekawie, mój pies waży 6,5 kg, taki labrador - ok. 40. Labek pędzi w naszą stronę właściciela mając w czeluściach odbytnicy. Przestraszyłam się trochę, bo przy takiej różnicy wagi różnie może być. Psica odeszła na bezpieczną odległość, a że stałyśmy na ścieżce, udało mi się psa złapać za obrożę i przytrzymać chwilę, bo labrador - silny pies, więc mi się wyrwał i pędzi w stronę mojej Mikry. Suka próbuje uciekać, ale cóż... Labrador po niej przegalopował, przygniótł łapą, aż Mikra wrzasnęła. Wreszcie facet w tempie przetrąconego ślimaka się przyczłapał, złapał swojego psa i odciągnął. O, myślę sobie, jest postęp. Patrzę, a tu sucz kuleje...
- Przepraszam pana, ale pies mi kuleje, mam nadzieję, że to nic poważnego, ale poproszę o numer telefonu, jakbym musiała iść do weterynarza, to w końcu państwa pies nas zaatakował. - mówię do faceta i chyba jego żony, która raczyła się zmaterializować obok nas.
- Co? - wrzasnęła żonka - Bezczelna gówniaro, co ty sobie myślisz, łazisz tu z jakimś kundlem, myślisz, że będziemy płacić z twoje fanaberie? To już Leonek nie może się z pieskiem pobawić, bo zaraz jakaś smarkula jęczy?
Złapała psa za obrożę, a męża pod pachę i pogalopowali do samochodu, zaparkowanego przy wjeździe na nasze osiedle... A mój pies? Tydzień panicznego strachu na widok każdego innego psa...

Ja i mój pies kontra reszta świata

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 83 (205)

#23097

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu na Piekielnych była opowiastka o Matce Roku (http://piekielni.pl/21805). Mam bardzo silną kontrkandydatkę, a nawet dwie, trzęsie mnie do teraz, a sytuacja miała miejsce rano (jest 01:10 w nocy)...

Szkic sytuacyjny: na moim osiedlu jest szkoła i zaraz obok stoi kościół. Odrobinę dalej są sklepy, do których się udawałam. Najszybsza i najwygodniejsza droga prowadzi przez przejście dla pieszych na jednokierunkowej uliczce o niewielkim ruchu samochodowym. Jest to dla wielu dzieci droga do szkoły, więc kierowcy mają na uwadze dzieci i nigdy tam nie pędzą, zresztą na jezdni leży próg zwalniający.

Idę ja sobie dzisiaj grzecznie na zakupy. Dochodzę do wcześniej opisanego przejścia dla pieszych. Przed sobą widzę dwie mamuśki: jedna prowadzi za jedną rękę pociechę lat ok. 5, za drugą rękę - córkę (różowa kurtka!) lat ok. 2. Druga z nich prowadzi dziecię również lat ok. 2 i drugie małe dziecko w głębokim wózku. Dochodzą do przejścia. Akurat jedzie samochód, co panie sprowokowało do następującej rozmowy
- Ty patrz, ale zasuwa!
- Noooo... Jak debil! Weź, chodź, jak dzieciaka zabije, to się cham nauczy normalnie jeździć!

Tak, zgadliście. Panie zgarnęły dzieci i weszły z całą czwórką prosto pod koła nadjeżdżającego samochodu. Kierowca hamował z piskiem opon, zatrzymał się dosłownie parę centymetrów od pierwszej pani z wózkiem...

Na szczęście nic się nikomu nie stało, a kierowca był na tyle mądry, żeby przepuścić panie i odjechać. Kobiety później jeszcze się trochę odgrażały i wrzeszczały, ale to już nie był mój problem...

Jak chorym psychicznie trzeba być, żeby narażać życie własnego dziecka w imię wydumanych ideałów?

mała uliczka

Skomentuj (19) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1020 (1104)

#9958

(PW) ·
| Do ulubionych
Podczas spaceru po mieście zachciało mi się pić. Wstąpiłam do sklepu, żeby kupić wodę. W tym czasie wydarzyły się dwie sytuacje, każda z osobna niby nie piekielna, ale razem...

Najpierw moja rozmowa ze sprzedawcą:
- Poproszę wodę mineralną gazowaną.
- Z lodówki?
- Nie, poproszę zwykłą.
- Ale pani nie chce z lodówki?
- Nie, poproszę normalną.
- Ale wszyscy chcą z lodówki.
- Ale ja nie chcę. Da mi pan taką zwykłą?
- Proszę.

Wzięłam wodę, zaczynam płacić i nagle znad swojej głowy słyszę:
- Szuka pani męża?
- Słucham?
- Czy szuka pani męża? Bo ja żony szukam. A u pani to wszystko na miejscu: i goloneczka ładna, i szyneczka niczego sobie, schabiki że palce lizać...

Zapłaciłam za wodę i wyszłam czym prędzej, bo może bym do rzeźni trafiła.

Spożywczy w centrum

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 505 (633)

#9006

(PW) ·
| Do ulubionych
Nie jest to może do końca historia o piekielnych klientach, a o piekielnych obyczajach, panujących na Poczcie Polskiej. Wielu z Was narzeka na jakość usług, świadczonych przez PP. Czasem zamawiam coś przez internet, więc muszę paczkę odebrać na poczcie. W dzielnicy Gdyni, gdzie mieszkam, są dwie placówki: do jednej mam przysłowiowy "rzut beretem" - minuta drogi w jedną stronę, w placówce nigdy nie widziałam żadnego interesanta. Druga placówka mieści się dość daleko, ok. 20 minut spaceru w jedną stronę. Ostatnio odbierałam paczkę, na którą dość długo czekałam. Oczywiście, nastałam się w kolejce dość długo. Nadeszła moja kolej, odebrałam przesyłkę, a przy okazji zapytałam, czy mogłabym być obsługiwana przez placówkę bliżej mnie, bo tak chyba wszystkim jest wygodniej. Odpowiedź, jaką usłyszałam, była taka:
- Pani sobie myśli, że my tu jesteśmy dla pani wygody? Kierownictwo ustaliło, że ma pani tu przychodzić i tyle! Mądrzejsi od pani tak postanowili i proszę się nie rzucać i dać mi pracować, bo klienci czekają!
A to wszytko pięknie koresponduje ze skargami na pocztę do lokalnej gazety i artykułem, jak to na naszej poczcie jest miło, szybko i wygodnie...

kochana Poczta Polska

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 375 (443)