Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Livka90

Zamieszcza historie od: 1 lutego 2020 - 15:39
Ostatnio: 6 czerwca 2020 - 20:48
  • Historii na głównej: 11 z 11
  • Punktów za historie: 1267
  • Komentarzy: 33
  • Punktów za komentarze: 85
 

#86527

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu pracowałam w urzędzie, a raczej byłam tam na rocznym stażu.
Nie będę tu pisać czym się zajmowałam, bo to mało istotne, jednak co mnie w czasie mojej pracy uderzyło, a może i trochę zdziwiło, bo mimo powszechnej opinii o leniwych urzędnikach, nie sądziłam jak sprawa wygląda "od kuchni".
Przyznam szczerze, że poznałam tam wiele sympatycznych ludzi, szczególnie, że było to w większym mieście, nawet kilka osób w wieku zbliżonym do mojego i zawsze będę mile wspominać tamten czas.

Jednak było też wiele piekielności, które postanowiłam tu opisać jako osoba będąca już nie interesantem, ale tą po tej "ciemnej stronie mocy".

Pierwszy problem, polega na tym, że "dzień urzędnika zaczyna się od włączenia czajnika". Niestety to powiedzenie ma więcej wspólnego z prawdą niż kiedyś mi się wydawało. Pierwsze pół godziny polega na robieniu robieniu sobie śniadania, porannych ploteczkach i piciu kawy. Czasem trwało to nawet do godziny czasu. Po tym czasie przychodzi czas na pracę. Praca ta oczywiście przeplatana była facebookiem i plotkami, gdy wpadnie ktoś akurat do pokoju.

Kolejna kwestia, która mnie dość mocno uderzyła, a nawet zdenerwowała - nieodbieranie telefonów. Nie jednego czy dwóch. Notoryczne. Gdy ktoś próbuje się dodzwonić można było usłyszeć - to znowu ta głupia baba, a nie odbieram.
"Znowu telefon? mam przerwę śniadaniową". "Dzwoni już od rana? Niech próbuje dalej!". "Haha, znowu ten facet co nigdy nic nie wie, nie podnoś przypadkiem słuchawki Baśka". Nie ukrywam, podniosło mi to ciśnienie, bo nie raz sama byłam po tej drugiej stronie - osoby, która sama próbowała się dodzwonić do jakiegoś urzędnika, który pewnie popijał właśnie beztrosko kawkę i mówił to samo.

Nie wspomnę już o pouczaniu młodszych i nowych, a samemu olewaniu pracy przez "starszych i mądrzejszych", bo co wolno wojewodzie... A co jak co, ale w urzędzie powiedzenie to nabierało szczególnego wydźwięku, zwłaszcza dla nas świeżaków.

Nie spodziewałam się również tzw. "wyścigu szczurów", który był na porządku dziennym, choć do tej pory kojarzył mi się bardziej z korporacją. Bo wiele starszych urzędników czuło się lepszych z tego powodu, że pracują tam już x lat, a świeżak nic nie wie - tak jak i oni na początku zresztą, ale mniejsza z tym...

Tak jak pisałam, praca ta miała także wiele uroków, przede wszystkim dzięki ludziom młodym, nie przesiąkniętymi jeszcze zaśniedziałą urzędową komuną, a i starsi zdarzali się być w porządku.

Poza tym wyniknął z tego jeszcze jeden bardzo ważny plus - uświadomiłam sobie, że nie chcę zostać urzędniczką, bo to nie dla mnie. Niemniej jednak doświadczenie to wspominam z uśmiechem...

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 140 (148)

#86528

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja koleżanka mieszka w miejscowości turystycznej jednak, takiej która uchodzi za region słabo rozwinięty oprócz turystyki, z której się utrzymuje. Pracuje tam jako lekarz stomatolog.

Około roku temu przyszedł do niej turysta z Warszawy, bo rozbolał go ząb. Był w fatalnym stanie i jedyną najrozsądniejszą możliwością było leczenie kanałowe, albo jego wyrwanie.

Owy "turysta" nie chciał jednak o tym słyszeć, a jedynie i załataniu mu zęba - tak żeby nie było widać, że ułamał się od próchnicy, bo on w Warszawie pójdzie do "prawdziwego fachowca", który mu ząb wyleczy- pomimo, że jak sam mówił nie chodził do nikogo na stałe i w ogóle rzadko leczył swoje zęby.

Koleżanka nie namawiała go jednak długo, choć ostrzegła, że "dorobiony" kawałek zęba może nie wytrzymać długo, jak i sam ułamany ząb i zrobiła jak chciał, wedle życzenia.

Nie minęło kilka dni i dostaje telefon. Od tego właśnie faceta z Warszawy, że odstawiła fuszerkę bo ten prowizorycznie załatany ząb ułamał się jeszcze bardziej kiedy rozgryzał landrynkę...

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (110)

#86238

(PW) ·
| Do ulubionych
Parę ładnych lat temu spotykałam się z pewnym chłopakiem pochodzącym z miejscowości położonej na Podhalu.

Nie żebym coś do tego regionu Polski miała, bo trzeba przyznać, że spora część ludzi tam była bardzo gościnna i sympatyczna, bywały jednak od tego wyjątki, które czasem mocno mnie dziwiły. Ale że opisanie ich wszystkich zajęłoby sporo czasu, to opowiem o jednej takiej sytuacji, która mi się niedawno przypomniała.

Niedaleko domu mojego byłego stał sklep spożywczy. Nie żadna tam sieciówka, tylko zwykły sklep, głównie z artykułami spożywczymi, stanowczo zbyt drogimi, jak na ich jakość i niewielką ilość do wyboru, jednak nie było żadnego innego w pobliżu, więc od czasu do czasu chodziliśmy tam robić zakupy.

I tak też było pewnego dnia, kiedy wybrałam się do niego sama, bez mojego lubego. Kiedy przyszło do płacenia, spadło mi na ziemię 20 zł, co zauważyła klientka stojąca za mną - sądząc po rozmowach ze sprzedawczynią, chyba jej znajoma. Podziękowałam i podniosłam banknot. Na co pani sprzedawczyni zwróciła jej uwagę - na głos i przy mnie, żeby nie było - oj, Grażynko, ludzie to tak na pieniądze nie uważają. Kiedyś klientka upuściła 100 zł, wyobrażasz sobie? Ale nie oddałam jej, wzięłam sobie, a co!

W pierwszej chwili pomyślałam, że to był żart, ale po poważnym tonie wypowiedzi zrozumiałam, że chyba raczej nie...

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 62 (96)

#86240

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym jak moja młodsza siostra nauczyła się kilka lat temu, że "nie ma nic na gębę".

Moja siostra- nazwijmy ją Emilką na potrzeby historii - kilka lat temu rozpoczęła studia, a że nie chciała zbytnio mieszkać w akademiku wynajęła pokój w mieszkaniu.

Nasi rodzice dali jej pieniądze na czynsz i kaucję, jednak stancji musiała już poszukać na własną rękę.

I znalazła, dumna z siebie bo trzeba przyznać pokój w miarę tani i ładny, a że właściciel wydał się jej sympatyczny zapłaciła całą kwotę kaucji i za miesiąc z góry do ręki nie chcąc od niego żadnego pokwitowania,którego wypisania nie zaproponował też przemiły pan właściciel.

I tak mieszkała sobie tam radośnie cały miesiąc, aż pewnego dnia przyszło wezwanie do zapłaty, w którym właściciel żądał zapłaty czynszu pod groźbą wypowiedzenia mieszkania i za kablówkę, za którą nie było mowy żeby płacić bo siostra od razu zastrzegła, że nie będzie jej używać.

Zadzwoniła natychmiast do właściciela, jednak oczywiście było to słowo przeciwko słowu i musiała całą kwotę zapłacić jeszcze raz- a raczej musieli nasi rodzice pomagający jeszcze wtedy mojej siostrze. Za kablówkę nie zgodziła się zapłacić,bo o płaceniu za nią nie było słowa, a właściciel zgodził się przy podpisywaniu umowy na to, że nie będzie musiała być ona opłacana jeśli nie będzie się jej używać, o czym później wyraźnie zapomniał.

Historia skończyła się w ten sposób, że Emilka sama wypowiedziała pokój pod koniec miesiąca, choć nieuczciwy właściciel wiecznie nie miał czasu (albo chęci skoro taka naiwna lokatorka się mu trafiła) odebrania od niej wypowiedzenia, jednak w końcu się udało i znalazła szybko nowe mieszkanie, teraz zawsze wpłaca wszelkie kwoty tylko na konto.

Jedyna pozytywna rzecz jaka z tej sytuacji wynikła, to że od tego czasu nauczyła się, że nie każdy jest uczciwy i można trafić na piekielnego właściciela, a wszystko dotyczące spraw mieszkaniowych trzeba mieć na piśmie.

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 91 (99)

#86120

(PW) ·
| Do ulubionych
Będzie o pewnej piekielnej szefowej, u której miałam (nie)przyjemność pracować jakiś czas temu. Tzn. generalnie nie zawsze była aż taka zła, ale miała jedną, bardzo piekielną cechę.
A mianowicie była chorobliwą perfekcjonistką, co przejawiało się niekiedy kompletnym brakiem empatii.

I tak, wszyscy w naszej malutkiej firmie wiedzieli, że jeśli zachorują, to nie będzie to mile widziane, a kiedy już to się stanie, zostanie zasugerowane wzięcie urlopu na żądanie zamiast zwolnienia.
Oczywiście (teoretycznie, a jak wiemy teoria z praktyką mają czasem niewiele wspólnego), nie może ona tego wymusić na pracowniku i ma on prawo do pójścia na zwolnienie lekarskie.
Każdy jednak zwyczajnie bał się tego robić poza naprawdę wysoką gorączką, pamiętając jej zawoalowane przytyki i czepianie się o wszystko co można, gdy tylko się to zdarzało.

Ale razu pewnego dostała zasłużoną nauczkę.
Jeden z pracowników przyszedł do pracy z potem na czole i mdłościami spowodowanymi grypą żołądkową. Chłopak sam z siebie za bardzo się nie skarżył, ale nie musiał bo wyglądał na tyle, źle, że każdy kto go zobaczył pytał co mu jest. Szefowa też to zauważyła, polecając mu wywar z ziółek zamiast zwolnienia i wyraźnie cieszyła się z tak pilnego pracownika.
Jednak do czasu. Jej radość trwała do chwili, kiedy połowa załogi w firmie się rozchorowała i musiała wziąć zwolnienie bo nie była w stanie przyjść do pracy.

Niedługo później, na całe szczęście znalazłam lepszą pracę, więc nie wiem czy ją to czegoś nauczyło, w każdym razie jej wściekłość, kiedy połowa zespołu zaczęła brać zwolnienia - bezcenna.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (128)

#86107

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja miała miejsce już jakiś czas temu- około roku, ale że wtedy nieźle mnie zirytował niski profesjonalizm pozornie dobrej firmy, to postanowiłam ją tu opisać.
Kiedyś, przeglądając coś necie razem z moim A, spodobała mi się torebka pewnej dość ekskluzywnej firmy, jednak skomentowałam ją ot tak sobie, że jest piękna ( bo i była), ale uważałam jednocześnie, że zdecydowanie zbyt droga- mój narzeczony nieźle zarabia, jednak nie mam osobiście jakiegoś wiecie, parcia na takie markowe rzeczy jak niektóre osoby.
Jednak mój TŻ ten fakt zakodował i uparł się, że kupi mi ją w prezencie, mimo moich protestów, że szkoda na nią kasy- wg mnie ładna torebka może być też w znacznie niższej cenie.
Okazało się jednak, że jest to nowość i trzeba na nią czekać bo sklep nie ma takiej torebki w asortymencie, a lista oczekujących na nią osób to około 30-stu.
Nie śpieszyło się nam, więc spoko, czekamy, w końcu 30 sztuk to jakby się wydawało nie tak dużo.
I słuchajcie, okres oczekiwania aż sprowadzą towar do sklepu wynosił dwa (sic!) miesiące. Kiedy torebka wreszcie przyszła i pojawiliśmy się w sklepie (musieliśmy specjalnie jechać do tego butiku do innego miasta), to okazało się, że komuś się spodobała i ją kupił. Oczywiście żadnego przepraszam od dość nadętej pani, nawet nie usłyszeliśmy, a jedynie "przykro mi" z jej ust, tonem wcale nie wskazującym na to żeby tak faktycznie było.
Skończyło się na kupnie torebki w innym sklepie, równie dobrej firmy, którą tym razem można było wybrać na miejscu, jednak uważam, to za drobną przesadę, że tak z pozoru szanująca się firma odstawia takie numery, ale może są tam klienci ważni i ważniejsi...

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 114 (122)

#86078

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja znajoma pracuje na pogotowiu stomatologicznym jako asystentka i opowiedziała mi taką historię.

W dyżurce mają leki, które mogą od razu podać pacjentowi.
Pewnego dnia zgłosiła się do nich kobieta z silnym bólem i chyba krwotokiem.
Przyjęły kobietę, choć oczywiście swoje musiała odczekać, a koleżanka zaproponowała żeby od razu dać jej ten lek, który miał zostać jej przepisany, bo był w szafce z przeznaczeniem dla pacjentów.
Na co usłyszała "a niech się przejdzie do apteki, co babie będziemy ułatwiać".
Oczywiście to nie pierwsza jak się domyślam taka sytuacja, ale z początku pracy koleżanki, więc dobrze ją zapamiętała.

Skomentuj Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 100 (118)

#86027

(PW) ·
| Do ulubionych
Byłam ostatnio na wakacjach z grupą innych Polaków.
Generalnie było miło i sympatycznie, ale opiszę tutaj kilka faktów, które mnie zaniepokoiły.

Oczywiście przywieźli ze sobą dość spore zapasy napojów z %. Nie żebym była święta, czy abstynentką, ale już czułam czym to pachnie, a pachniało piciem przez cały pobyt, dosłownie wszędzie gdzie się dało - choć przewodnik mówił, że zatruć się tam wbrew pozorom nie tak łatwo jak np. w krajach arabskich.
Przelali alkohol (a dokładniej bimber własnej roboty) w takie modne teraz butelki termiczne i zaczęli popijać już na lotnisku. Sama wypiłam łyka, bo myślę sobie, ok. chcą się zrelaksować przed lotem.

Z samolotu oczywiście połowa z nich wyniosła rzeczy, które uznała za prezenty dla siebie jak koce, czy poduszki - dla mnie zwykła kradzież, ale i tak dowiedziałam się o tym po fakcie, kiedy chwalili się swoimi zdobyczami już w hotelu.
Ale nie, później przesiedliśmy się do pociągu, którym jechaliśmy do Bangkoku całą noc, gdzie nasz przewodnik poinformował nas, że jest zakaz picia. Mieliśmy tam spędzić noc w wagonie sypialnym.
Oczywiście wszyscy natychmiast zdjęli buty i położyli nogi naprzeciwko siebie. Tylko Polacy. Chyba nie muszę opisywać zapachu, który unosił się po całym dniu wycieczki?
Oczywiście polewali sobie dalej bimber, głośno się przy tym zachowując i chowając go ukradkiem przed personelem. Na upomnienia, że są zbyt głośno i inni pasażerowie już śpią reagowali tylko na chwilę, a później znowu radośnie rozmawiali na cały głos.

Żeby wejść do świątyń obowiązuje określony strój, jak zakryte ramiona i kolana. Ale co tam, część kobiet przyszła sobie beztrosko w krótkich sukienkach. Oczywiście później były bardzo oburzone, że muszą kupować specjalne chusty, bo te do wypożyczenia śmierdzą.

Niedawno przed wylotem pojawiła się słynna epidemia. A w Bangkoku Chińczyków multum. Ale co tam, po co ubierać maseczki? W końcu sieją tylko panikę, po co dezynfekować ręce żelem odkażającym, nic się nie stanie w końcu.
I tak na całe szczęście wróciliśmy tydzień temu do PL, wszyscy zdrowi mam nadzieję.
Żeby nie było - nie uważam, że wszyscy Polacy się tak zachowują, ale zachowanie uczestników mojej wycieczki, niestety często brak słów.

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 130 (150)

#86016

(PW) ·
| Do ulubionych
Z mojego miasta, do miasta Y kursuje pewien bus, złej sławy zresztą ze względu na spóźnienia, nieuprzejmych kierowców itd.
Ja też od czasu do czasu jestem zmuszona nim jeździć, ale ostatnio firma mocno mnie zdenerwowała - żeby nie napisać dosadniej.

Byłam umówiona na wizytę do lekarza, na której bardzo mi zależało.
Wyjechałam więc zaraz po pracy o godzinie 16:30, żeby mieć jeszcze te pół godziny rezerwy, biorąc pod uwagę spóźnienia busów średnio kilka minut.
Czekam i czekam, razem z pewną grupą ludzi. A tu nic, jak busa nie było tak nie ma. W końcu przyjeżdża. O godzinie, uwaga 16:45. Ja już lekko zdenerwowana, zastanawiam się czy zdążę czy nie.
Ale pan kierowca się nie śpieszy, je kanapkę, wszystko na lajcie.
Pytam więc czy może rozkład jazdy się zmienił, czy coś przeoczyłam.

Otóż nie, okazało się, że bus z 16.30 nie przyjechał w ogóle, a dlaczego? Bo nie, bo sobie nie przyjechał, a że nie było żadnej informacji, to oni takich nie zamieszczają, gdyż firma musiałaby kogoś specjalnie wysyłać.
Żeby było śmieszniej pan kierowca twierdzi, że powinien odjechać o 17.00, ale że poprzedni bus nie przyjechał, to on pojedzie za jeden i drugi kurs o 16.50, żeby to było tak pośrodku tych godzin.

W trasie słyszałam jeszcze, jak rozmawiał przez telefon, chyba z kimś firmy, bo pasażerowie czekający przed godziną 17.00 też nie doczekali się na busa (nic dziwnego skoro odjechał 10 minut za wcześnie).

Do lekarza oczywiście się spóźniłam, dobrze, że wizyta mi nie przepadła, bo czekałam na nią miesiąc.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 110 (118)

#86035

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu pracowałam w kancelarii prawnej, w charakterze sekretarki.
Na początku, kiedy dostałam tam pracę, ucieszyłam się bo nie miałam zbytniego doświadczenia, a firma miała dobre opinie i była dość renomowana, a poza tym, co dla mnie ważne zajmowała się prawem karnym, a ja już od dawna interesuje się kryminologią i kryminalistyką, godzinami mogę słuchać historii kryminalnych opartych na faktach, więc perspektywa pracy tam tym bardziej mi się spodobała.
Z czasem jednak zaczęłam widzieć coraz ciemniejszą stronę pracy w tamtym miejscu.
Historii z klientami, których ja osobiście nigdy bym nie broniła- jak np. oskarżonych o molestowanie, pobicie, różne przekręty, było kilka. Ale w pamięć zapadła mi szczególnie jedna z historii.

Pewnego pięknego dnia, kancelarię odwiedziła pani kosmetolog - nazwijmy ją panią Moniką na potrzeby historii, bo niestety niektóre dane muszę zmienić, pomimo, że już tam nie pracuję.
Okazało się, że pani ta, choć nie miała żadnego wykształcenia medycznego, a także uprawnień do wykonywania zabiegów z przerwaniem tkanek jak np. skóry i co za tym idzie nie wiedziała jak leczyć ewentualne powikłania, wykonywała zabiegi medycyny estetycznej. Zabiegi tak inwazyjne jak wstrzykiwanie botoksu, czy kwasu hialuronowego. Oczywiście uważała,że jest wybitną specjalistką w tej dziedzinie, choć okazało się, że odbyła w tym zakresie kilkudniowe szkolenie.
Przyszła z płaczem, bo jej klientka, bezpośrednio po zabiegu, prawie nie dostała martwicy (!) skóry, gdyż pani kosmetolog trafiła w naczynia krwionośne i je tym samym zablokowała.

Jej klientka obserwując, że skóra coraz bardziej puchnie i sinieje, zgłosiła się do salonu, w którym robiła zabieg, jednak polecono jej wtedy jedynie pojechać na pogotowie.
Na całe szczęście nie posłuchała tej rady, tylko udała się do lekarza medycyny estetycznej, który najlepiej wiedział co robić w takiej sytuacji i przez wiele godzin udrażniał jej żyły, przez co uratował pacjentkę przed martwicą ust i nosa - zasinienia z tego co czytałam dochodziły aż do niego.
Lekarze, którzy pomogli tej pani, zamieścili na swojej stronie, zdjęcia skóry pacjentki ku przestrodze, żeby nie chodzili więcej do kosmetologów na takie zabiegi, plus pojawił się komentarz na stronie pani kosmetolog, który opisywał co się stało.

W skrócie, sprawa skończyła się tak, że lekarze, którzy uratowali skórę dziewczyny przed martwicą zostali ukarani grzywną (!) za upublicznianie danych pani kosmetolog, a ona sama dalej beztrosko wykonuje zabiegi jakie wykonywała, pomimo, że nie ma do tego żadnych uprawnień, a co gorsza wiedzy i znów może wyrządzić komuś krzywdę.

Niestety takich spraw w Polsce jest sporo jeśli zagłębić się w podobne historię opisane w internecie, więc pozwoliłam opisać sobie również tą.

I to taki paradoks polskiego prawa. Coś jest zakazane i zostaje wyrządzona krzywda drugiemu człowiekowi, ale ukarany zostaje ktoś inny, kto ten błąd naprawił.
Żeby nie było, oczywiście lekarze też popełniają błędy, dlatego osobiście w ogóle nie jestem za wstrzykiwaniem sobie jakichś dziwnych substancji w twarz. Jednak do wykonywania pewnych zabiegów trzeba mieć odpowiednią wiedzę, jak leczyć powikłania po nich, jak je fachowo wykonać, a tutaj tego zabrakło.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 170 (204)