Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Maati

Zamieszcza historie od: 14 lipca 2015 - 15:33
Ostatnio: 23 października 2020 - 14:14
  • Historii na głównej: 23 z 26
  • Punktów za historie: 5365
  • Komentarzy: 32
  • Punktów za komentarze: 184
 

#87305

(PW) ·
| Do ulubionych
Kawał czasu temu wyprowadziłem się za miasto. Znalazłem fajne osiedle domków na przedmieściach (a szczerze mówiąc - to w szczerym polu, do najbliższych zabudowań kilkaset metrów). Środkiem osiedla idzie droga osiedlowa, domki są po jednej i drugiej stronie drogi.

Teren osiedla z jednej strony ograniczony jest drogą gminną, z drugiej rowem melioracyjnym (za nim były jakieś nieużytki). Od strony domków do terenu osiedla przylegały puste pola.

I tak sobie żyliśmy sielsko-anielsko. Wkrótce po drugiej stronie drogi powstało kolejne osiedle domków, za chwilę kolejne. Ale po naszej jakoś żaden deweloper nie budował - plan zakładał u nas bardzo duży odsetek powierzchni biologicznie czynnej, co utrudniało budowanie na zasadzie "ile tylko się zmieści".

Ale kilka lat temu jednak coś się ruszyło. I nagle za moim płotem wystartowała budowa. Jak zobaczyłem plan nowopowstającego osiedla, zdębiałem. Jak by ktoś blok postawił bokiem - masa wąziutkich domków, przylepionych jeden do drugiego, ogródeczki po 20m2 - w porównaniu do mojego osiedla to jak jakaś betonoza po prostu. Pytanie do dewelopera, co to za akcja. Pytanie do Gminy, co to za akcja - no cóż, wsystko zgodnie z planem. Zmieniły się warunki zabudowy, można teraz tak ciasno stawiać.

Ja i reszta mieszkańców z tej strony drogi osiedlowej się zmartwiliśmy, mieszkańcy z drugiej strony drogi się ucieszyli - bo nowe osiedle zasłoni nasze od wiatru, będzie mniej myszy (pchały się do domów z pola) itd. itp. Część z nich kupiła sobie po domku tam (bo były względnie tanie) - żeby wynajmować potem. No nic, przecierpiałem, zrozumiałem, że każdy ma prawo budować na swojej działce w granicach prawa, a prawo na to pozwalało. Trudno. Wiadomo, że milej było wypić kawkę patrząc na bażanty i zające, niż na ścianę czyjegoś budynku, ale że mimo wszystko, od moich okien do ich okien mam kawałek, to nie biłem dalej piany.

A czemu o tym piszę?
Oto pojawił się chętny na działkę po drugiej stronie osiedla. Znowu zmieniły się warunki zabudowy. Już nie tylko zabudowa jednorodzinna jest możliwa, ale wielorodzinna. I tak ma powstać sobie piękne osiedle 2-piętrowych bloków.
Mieszkańcy domów graniczących z terenem nowej inwestycji zaczynają walkę - petycje, podpisy, próby blokowania inwestycji. Bo jak to tak, wielkie budynki, dużo mieszkań, korki będą przy wyjeździe itd. itp.

I tak się dziwią, że nikt z nas nie kwapi się razem z nimi pikietować i robić burze na sesjach gminy. Jacy to my niekoleżeńscy jesteśmy i nie solidaryzujemy się z nimi w biedzie.

A ja sprawdzam, ile kosztuje mieszkanie w nowej inwestycji - może też sobie kupię, pod przyszły wynajem :)

dom osiedle deweloper pusta działka plan zagospodarowania przestrzennego petycja protest

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 78 (96)

#87266

(PW) ·
| Do ulubionych
Zepsuła mi się pralka. Konkretniej pralko-suszarka (co ma minimalne znaczenie w dalszej części opowieści).
Ale nie będzie to historia o piekielnych producentach pralek, których produkty psują się zaraz po zakończeniu okresu gwarancji. Sama nazwa producenta jest chyba dla historii wtórna, więc nie będę podawać.

Szukam serwisu w okolicy. Znajduję, wysyłam zgłoszenie usterki z dokładnym opisem, co się dzieje (a raczej nie dzieje) z pralką. Opis wysłałem po 19, o 9 dzwoni Pan z serwisu w odpowiedzi na moje zgłoszenie.
Ale nie będzie to historia o piekielnym Panu z serwisu, który by to stwierdził, że "nie opłaca się naprawiać, za wizytę 100 się należy".

Nie, Pan był bardzo sympatyczny. Opowiedział mi, co się potencjalnie mogło zepsuć - jeden z dwóch układów elektronicznych (pralko-suszarka ma dwa - jeden dla trybu pralki, drugi dla suszarki). Ale z przykrością stwierdził, że on się naprawy nie podejmie.
Dlaczego? Ponieważ nie ma pewności, który z układów się zepsuł. Jeżeli źle zdiagnozuje (bywa - zdarza się, jak ktoś źle rozpozna usterkę, ale potem się zorientuje i jednak znajdzie ten właściwy problem, to ja nie mam uwag do tematu), zamówi część - to potem nie ma jej jak oddać. Taka polityka producenta, że z tą częścią zostanie potem serwisant.

Myślicie, że piekielny producent?

To uwaga - skąd taka zmiana polityki producenta?
Początkowo tak nie było, można było zamówić część, jak się okazało, że to jednak nie w tym tkwi przyczyna awarii, to się część odsyłało, zamawiało nową - działało to jakiś czas sprawnie.
Ale pojawili się oni - Janusze biznesu serwisu AGD. Zamawiali część - naprawiali u Klienta. A potem do producenta odsyłali zepsutą część twierdząc, że Klient się wycofał z naprawy.
W ten oto sposób kilka osób utrudniło życie pozostałym serwisantom, ale też Klientom takim jak ja, którzy chcą jednak naprawić sprzęt, a nie wywalić i kupić nowy.

PS Zakładam, że o ile w przypadku pewnych części (np grzałka, bęben pralki) widać, że była używana - osad z kamienia itp. to dla innych części - jakieś układy elektroniczne - może to nie być tak oczywiste. Wiadomo, nowy układ lśni i jest piękny, stary może trochę bardziej szaro wygląda :) Ale rzekomo w ten sposób to działało właśnie.

Szkoda, że może zamiast weryfikować nr seryjne zwracanych części zamiennych w porównaniu z tymi, które zostały wysłane, producent poszedł w taką skrajność, jak całkowity zakaz zwrotów.
Więc po namyśle - ok, producent też jest nieco piekielny...

pralka serwis Janusze biznesu zwroty części zamienne

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 90 (94)

#86673

(PW) ·
| Do ulubionych
Razem z najbliższymi bardzo przestrzegaliśmy rygorów kwarantanny. Baliśmy się, dodatkowo rodzice podwójnie w grupie ryzyka (wiek, oraz choroby w rodzaju cukrzyca, tarczyca). Urodziny dzieci były "wirtualnie", Święta też, tak samo majówka, pewne uroczystości rodzinne, jakie w tych kilku miesiącach przypadały. Byle tylko samemu się nie zarazić i nie być przyczyną zarażenia się kogoś innego.

Dlaczego o tym piszę? Bo moje dzieci były chyba jedynymi na osiedlu, które ten czas spędzały z nami w domu. Reszta rodzin wytrzymała tak może 2, może 3 tygodnie. Rzeczywiście, jak wtedy dzieci wychodziły na dwór, to pod nadzorem rodzica i każdy pilnował odstępów. Ale potem - dzieciaki biegały samopas, wspólne zabawy, berki itd. A ja swoje cały czas w domu. Sąsiedzi grillowali, popijawy, zapraszali znajomych z całej Polski niemal - my z rodziną każdy u siebie. My po zakupy raz na tydzień lub dwa tygodnie, inni codziennie po świeże bułeczki do sklepu i kilka plasterków wędliny.

No, ale poluzowali obostrzenia.
Powiem Wam, ciężko jest się zmusić do powrotu do życia społecznego. Mam wrażenie, że im bardziej się przestrzegało kwarantanny, tym ciężej od nowa zacząć. No, ale zacząć trzeba! Więc wspólnie stwierdziliśmy, że w ten weekend się spotkamy. Przyjechali do nas bliscy (podkreślę, wszyscy od wielu tygodni na home-office, wychodzący max raz na tydzień do sklepu) - mniej niż 10 osób (z dziećmi). Mile spędziliśmy dzień, było można porozmawiać, dzieciaki pobawiły się z dawno niewidzianymi kuzynami.

Dzisiaj jednak dowiedziałem się, że jestem nieodpowiedzialny i egoistyczny. Zaprosiłem obce osoby, przyjechały, nie wiadomo, jakiego wirusa przywlekły. Jak ja tak mogłem!

I tak - to wszystko usłyszałem właśnie od tych sąsiadów, co generalnie cały czas balują. I balowali też w ten weekend, co i u mnie byli goście.

koronawirus kwarantanna goście impreza moja jest lepsza od Twojej

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 152 (182)

#86442

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma jest "urzędniczką" - pracuje w pewnym urzędzie, przyjmuje i rozpatruje pewne wnioski. Wnioski te to najczęściej kilkaset stron tekstu, wzbogaconego wszelkiej maści mapami, wykresami, tabelami itp. Słowem, jest co czytać i analizować podejmując decyzję. I tyle chyba wystarczy, dokładny obszar wniosków i lokalizacja urzędu nie są ważne w tej historii :)

Do urzędu dotarło pismo z prokuratury - pewien wniosek należy dostarczyć im jako materiał dowodowy w jakiejś sprawie. Normalna rzecz - mają prawo dostać taki wniosek w tym celu, trzeba go przygotować, nikt z tym nie dyskutuje.

I tu się zaczyna, w mojej ocenie, cała piekielność.
Jak bowiem dostarczyć taki wniosek? Czy wystarczy elektroniczna kopia dokumentu?
Otóż nie! Musi to być wydrukowana kopia, potwierdzona z oryginałem. Taki wymóg prawa.

Czyli każdą jedną stronę kopii trzeba teraz parafować, ostemplować datownikiem, pieczątką imienną osoby potwierdzającej zgodność z oryginałem - jak znajoma podliczyła, to na każdej stronie przystawia 3 pieczątki i parafkę.

Sami oceńcie, ile czasu może zająć przygotowanie takiego materiału. Niech to będzie 400 stron. Ile stron jesteście w stanie podpisać w ciągu minuty? A pamiętajcie, że one nie leżą już ładnie rozłożone na jakimś wielkim stole, tylko musicie z tą robotą zmieścić się na swoim biurku, czyli wziąć kartkę z jednej sterty, stempel, stempel, stempel, podpis, odłożyć na kolejną stertę, wziąć kolejną kartkę, stempel, stempel, stempel, podpis, odłożyć na kolejną stertę itd...

A wystarczyłoby nieco dostosować prawo do realiów i ile mniej niepotrzebnej pracy byłoby do wykonania...

urzędnik urzędy złe prawo niepotrzebna praca

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (152)

#85728

(PW) ·
| Do ulubionych
Grudzień, godzina 18:30 - czyli już ciemno na dworze. Do tego lekka mżawka lekka - czyli warunki, które nie sprzyjają dobrej widoczności na drodze.

Jadę ulicą w terenie zabudowanym, jeden pas w każdą stronę, z lewej strony chodnik, z prawej pobocze i rów. Nie jadę szybko - max 30-40km/h. W pewnym momencie samochód przede mną wykonuje jakiś dziwny manewr. Odbija na lewy pas drogi, za chwilę wraca na prawy - tak, macie rację - coś omijał.

A raczej nie coś - kogoś. Kiedy wykonywał manewr - w światłach zauważyłem idącego prawą stroną drogi... NIEWIDOMEGO. Białą laską machał szeroko od lewej do prawej badając drogę przez sobą.

Szybko zjechałem na pobocze, awaryjne. Wychodzę z samochodu. W tym czasie kolejny samochód już rozpoczął manewr omijania mnie i minął pieszego. Kolejny szykował się do tego samego - dopiero na moje gesty zatrzymał się i miałem okazję podbiec do niewidomego pana i przeprowadzić go na chodnik po drugiej stronie ulicy.

Nie chodzi mi o piekielność pieszego - szedł prawą stroną, po drodze, bez jakiegokolwiek odblasku. Zapytałem go, czemu tak szedł. Odpowiedział mi, że nie wiedział, gdzie jest chodnik (rzeczywiście, kończy się on w pewnym momencie na skrzyżowaniu i trzeba je przejść na skos, żeby znowu był - jak ktoś nie zna okolicy i NIE WIDZI, to mógł nie trafić). A nie było nikogo, kto by mu powiedział, gdzie ma iść. I tak przeszedł on po drodze jakieś 200m. Mijał inne sklepy, znajdujące się po lewej stronie, aptekę, przychodnię - nikt po drodze się nim nie zainteresował, samochody go tylko mijały.

Ogrom znieczulicy poraża...

PS. W całej tej historii jest jeden jasny punkt. Mała dziewczynka, może 12 lat? Może więcej?
Kiedy wyszedłem z samochodu, usłyszałem, jak wołała do tego Pana, że "idzie Pan po ulicy, proszę przejść tutaj na chodnik".
Tylko to dziecko zainteresowało się losem niewidomej osoby. A przy tym starało się pomóc w bardzo mądry sposób - stojąc na chodniku i wołając, samemu nie próbując wejść na ulicę między jadące samochody.
Jeżeli czyta to ta dziewczynka, albo ktoś ją znający - jeszcze raz DZIĘKUJĘ CI za to, że pomogłaś temu panu.

niewidomy brak chodnika znieczulica

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 127 (139)

#85210

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój bank zmienia platformę elektronicznego Biura Obsługi Klienta - eBOK. Od września stara przestaje działać i aby wciąż móc się logować - np. w celu sprawdzenia kwoty za aktualną ratę kredytu - muszę zawnioskować o dostęp do nowej platformy.

Pierwsza ciekawostka:
Mam konto też w innym banku - zmiana portalu była dla mnie przezroczysta. Dzisiaj logowałem się do starego, jutro do nowego. Ale dane do logowania (id, hasło), się nie zmieniały.
No, ale ok, niech będzie - trzeba, to zawnioskuję.

Druga ciekawostka:
Wnioskuję o dostęp, będąc zalogowanym do obecnego eBOK. Jakże myli się ten, co myśli, że to kwestia kliknięcia i gotowe. Nie, na nowo podaję wszystkie swoje dane - imię, nazwisko, pesel, adres... A wydawałoby się, że to mają i mogliby pobrać. Ale po co ułatwiać Klientowi, prawda?

Ciekawostka trzecia:
Przebrnąłem. Uzupełniłem wszystkie dane o sobie, moim psie, kocie, chomiku i przodkach do 3 pokolenia.
Jednym z pól potwierdzających, że ja to ja, jest jednak też takie:
- numer aktywnej umowy kredytowej
No więc wpisuję numer. Klikam magiczny przycisk "dalej" i...
I BŁĄD! Numer niepoprawny.
Sprawdzam, przeklejam ctrl+c, ctrl+v z dokumentu z umową - wciąż BŁĄD.
Numer niepoprawny. Powinien mieć 10 znaków.

Moja umowa ma numer o długości 9 znaków...
Czy to znaczy, że moja umowa nie istnieje i mogę przestać płacić? :)

PS. Dodanie 0 na początku numeru umowy też nic nie dało :)

bank eBOK numer umowy logowanie

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 103 (111)

#84876

(PW) ·
| Do ulubionych
Sobotni ranek, koło 10. Kto ma małe dziecko ten wie, że wtedy się już nie śpi :) Zatem i ja od wschodu słońca na nogach, już nawet zrobione zakupy w sklepie.

Parkujemy pod domem i nagle córka pyta:
- Tato, a co to za pan na drabinie?
Patrzę, a tam jakiś gość stoi na drabinie, rozstawionej w moim ogródku, przystawionej do ściany mojego domu i coś tam sobie wesoło majstruje przy mojej rynnie, przyczepionej do mojego dachu.
Krew człowieka może zalać już na sam ten widok, ale wychodzę i grzecznie pytam:

- Co tu się dzieje i kto pPanom (bo drugi trzymał drabinę na dole) pozwolił w ogóle wejść na mój ogródek?
- Tam jest pan, niech pan z nim rozmawia.
Odrzekli od niechcenia i jak gdyby nigdy nic, dalej coś wiercą.

Idę do wskazanego gościa i pytam, co się dzieje. Pan stwierdza, że była informacja wrzucona do skrzynki, że będą coś robić. I że powinienem się cieszyć, że robią. A jak nie chcę, to mogą sobie pójść. Tutaj możecie sobie zwizualizować minę pana rodem z Misia - "nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobi". To z taką miną, okraszoną ironicznym uśmieszkiem, pan mi łaskawie udzielał informacji.

Tytułem wyjaśnienia - mieszkam na osiedlu domów, jest administrator, wspólnota mieszkaniowa itd. Każdy dom ma wyłączność na korzystanie z przynależnej mu działki i nikt nie ma prawa tam wchodzić bez uzyskania zgody właściciela. Jak np. firma kładła instalację światłowodową - to musiała mieć zgodę każdej osoby, której działkę przekopywała.
Administrator dba o bieżące naprawy, konserwacje. Nie wiem, może i była potrzeba naprawy. Ale to trzeba jakoś zorganizować, powiadomić, ustalić termin prac. Raczej nie było to nic pilnego, żeby musieli wejść w trosce o ratowanie czyjegoś zdrowia i życia.

W międzyczasie pan zlazł z drabiny, odpalił papierosa, wyjął komórkę i łazić po całym ogródku, głośno rozmawiać i wesoło strzepywać popiół z papierosa tam, gdzie akurat mu się stało.

Nie wytrzymałem. Wywaliłem towarzystwo.
Chcieli robić - powinni dostać moją zgodę na wejście i na robienie jakichkolwiek zmian w mojej własności. A nie tak, że włażą jak na swoje.
Poza tym powinni zrobić i iść, a nie deptać ogródek i brudzić papierosami - nie palę i nie chcę, żeby mi ktoś palił u mnie.

I najlepsze - Pan składa drabinę i... zamiast do furtki idzie do płotu i próbuje drabinę przecisnąć między tujami do ogródka sąsiada! Na już mniej grzeczną sugestię, żeby wynosił się z drabiną przez furtkę, bo mi niszczy drzewka - odpowiedział: "Czy pan jest normalny? Utrudnia mi pan pracę". No, niestety, jak ktoś się chamsko zachowuje, to ułatwiać mu nie będę.

Za jakiś czas widzę, że wleźli do sąsiada, przystawili drabinę akurat do ściany, gdzie ma sypialnię. Za chwilę sąsiad w samych bokserkach wyskakuje na zewnątrz i każe im się wynosić (sąsiad wojskowy, to i słowa były nieco bardziej "wojskowe"). Wiecie, rano, a tu ktoś cię w sypialni podgląda...

Aha - sprawdziłem skrzynkę. Żadnej informacji oczywiście nie było. Nikt z sąsiadów nie wiedział o żadnej planowanej naprawie. Żona innego sąsiada dzwoniła do niego, że się boi, bo jest sama z kilkumiesięcznym dzieckiem, a jacyś goście są w ogrodzie i włażą po drabinie. Bała się, więc nie wyszła do nich.

Jak można tak kłamać w żywe oczy:
- było powiadomienie w skrzynce - no nie było.
- zgody były zbierane - no nie były, bo jakoś ja żadnej nie dawałem.
- nie mamy do Pana maila i nie mogliśmy się skontaktować - kurde, jakoś każdą inną rzecz potrafią mailem wysłać, a tu nagle go nie mieli.

Od tygodnia prawie próbuję się dowiedzieć, co było robione, w jakim zakresie. I jaka firma to robiła - bo oczekuję jakiejś rękojmi na te prace - skoro coś robili, to niech dadzą gwarancję, że nie zepsuli - a nie nagle w zimie mi rynna zacznie przeciekać.
Zgadnijcie - z jakim na razie skutkiem odbijam się od Zarządu Wspólnoty i Administratora...

wspólnota mieszkaniowa dach administrator naprawa

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 136 (144)

#84742

(PW) ·
| Do ulubionych
Gorąco, co jakiś czas przejdzie przelotna burza i podleje - zatem trawa rośnie jak szalona i nie ma dnia, żeby nie było słychać, jak w okolicznych ogródkach dzielnie trwają sianokosy :)
Skoszoną trawę powinno się zapakować do odpowiednio oznaczonych worków na śmieci BIO i przechować na ogródku do czasu ich wywozu. A ten następuje raz na dwa tygodnie.

I tu dochodzimy do sedna piekielności:
* Po co trzymać na swoim ogródku, skoro można od razu wystawić pod wiatę śmietnikową. I tak sobie te worki, często niezawiązane, leżą na pięknej stercie i nabierają mocy, bukietu zapachowego. Ponieważ często potrafią być wyniesione na drugi dzień po odbiorze, to leżą tak dwa tygodnie. Na zmianę deszcz i słońce - już po tygodniu smród jest nie do opisania!

* Winić za to tylko niedbałych mieszkańców? Też, ale nie wyłącznie. Oto firma administrująca osiedlem skosiła trawę dzień po odbiorze i dała mieszkańcom wspaniały przykład.

* Odbierać śmieci częściej, niż raz na dwa tygodnie? Gmina nie zorganizuje - to zorganizujmy sami! Poprzedni Zarząd Wspólnoty Mieszkaniowej organizował sam takie wywozy - astronomiczna cena 100zł za jeden wywóz. Ale nowy za cel postawił sobie nie robić niczego, co robili poprzednicy - więc nie będzie wywozów dodatkowych i co nam Pan zrobi...

* I na dokładkę sam proces odbioru śmieci. Jedzie sobie co dwa tygodnie taka śmieciarka i zbiera z okolicy wszystkie śmieci BIO - trawę, obierki z kuchni (bo to też bio), przycięte gałązki. I wszystkie te śmieci już nieco miały okazję "dojrzeć". I jedzie taka śmieciarka przez okolicę - a za nią ciągnie się strużka "wody". Postój pod wiatą, potrzebny na zapakowanie worków na pakę - skutkuje pojawieniem się kałuży na drodze! I to wsiąka w kostkę, w szutrową nawierzchnię. Mimo walki myjką ciśnieniową - nie udaje się tego domyć. Za głęboko siedzi i śmierdzi.

Rozumiem, że jak odpad zielony gnije, to coś tam cieknie. Rozumiem, że jak by ludzie nie wystawiali, to by wodą nie nasiąkało itd. Ale nie rozumiem, jak może być tak, że firma odpowiedzialna za wywóz ma w głębokim poważaniu, w jakim stanie zostawia ulicę po swojej wizycie. Ładuje śmieci i jedzie - a fetor zostawia mieszkańcom. Niemal jak w paradoksie żula - jak żul jedzie tramwajem, to tramwaj "jedzie" żulem. A kiedy wysiada z tramwaju, to tramwaj wciąż "jedzie" żulem. Tutaj wszystko "jedzie" zapachem gnojówki z odpadów zielonych... :/

śmieci śmieciarka odpady bio upał

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 79 (97)

#84039

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno temu posiadałem kartę kredytową - oferta dedykowana dla pracowników pewnej firmy, zatem dobre warunki, niskie oprocentowanie, długi czas spłaty bezodsetkowej - nic, tylko brać i korzystać. Zatem - korzystałem.

Po jakimś czasie zadzwoniono do mnie z propozycją włączenia opcji oszczędzania na starość/emeryturę. Co miesiąc dedykowaną kwotę będą w moim imieniu odkładać na dedykowane subkonto. Byłem zadowolony z karty, kwota oszczędzania nie była duża - ok, skorzystałem.

Część z Was domyśliła się, że w ten sposób dałem się nabrać na polisolokaty. Ale to nawet nie ten instrument finansowy jest tutaj piekielny - tylko sposób obsługi płatności na ubezpieczenie. A było to tak:

Po jakimś czasie widzę na rachunku za kartę opłatę - za przekroczenie limitu. Szybki rachunek sumienia i weryfikacja kopii wydruków - WTF? Wydałem pod limit, ale nie przekroczyłem. Ba - jakim cudem? Przecież przy przekroczeniu limitu powinno mi odrzucić kolejną transakcję. Telefon z reklamacją - a tam się dowiedziałem, że:
- owszem, transakcjami w sklepach nie przekroczyłem limitu
- limit przekroczony został w wyniku pobrania kwoty na to konto oszczędnościowe!
Jeżeli limit był np. 2000 zł, wydałem 1999zł, to ostatniego dnia miesiąca pobierali mi 50zł tytułem oszczędzania, przekraczałem limit i dowalali karę 50zł za jego przekroczenie.

I nie, nie dało się przekonać nikogo w banku, że ta kwota powinna być ujęta w ramach limitu. Że w takim razie proszę założyć jakąś rezerwę na limicie, żebym 1950 miał limitu do wykorzystania, plus 50zł na oszczędzanie - i nie przekroczę 2000. Tak się nie da. Kliencie, musisz sam pilnować.

Podziękowałem za usługę. W sumie i dobrze - potem wybuchła afera z polisolokatami i ludzie spore kwoty potracili - a ja "tylko" kilka miesięcy w tym utopiłem...

bank polisolokata oszczędzanie karta kredytowa

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 87 (123)

#82660

(PW) ·
| Do ulubionych
W tym roku pogoda powariowała.
Wcześnie zrobiło się ciepło, więc okres wegetacyjny roślin przyspieszył.
Ale była i susza, więc niektóre rośliny szlag trafił bez nawadniania.

Ale w skupach owoców powariowali jeszcze bardziej!

Cena za kilogram maliny? 1,30zł (słownie 1 złoty i trzydzieści groszy)! Jak masz dobry dzień, to trafisz cenę 1,70zł.
Inne owoce wcale nie lepiej, żeby nie powiedzieć, że gorzej.

Jedna pełna łubianka malin to jakieś 2 - 2,5 kg owoców. Ale żeby zerwać tyle, to te kilkanaście/kilkadziesiąt minut trzeba rwać owoce z krzaków. Ile więc jesteście w stanie urwać w godzinę? 2-3 łubianki? Brawo - zerwaliście 7,5 kg owoców (optymistycznie). Macie stawkę za godzinę 10zł.

Powiedziałem stawkę? O, przepraszam. Przecież te maliny trzeba było podlać, nawozić, opryskać, zawieźć owoce na skup (paliwo do ciągnika i opryski kosztują). A jak masz dużą plantację, a nie przydomowy ogródek, to musisz wynająć kogoś do pomocy w zbiorach (jeszcze nie wymyślili kombajnu do zbioru malin).
A pracownikowi trzeba by dać coś zjeść (jak cały dzień w polu pracuje), ubezpieczyć, czasami i mieszkanie dać (jak blisko nie można nikogo znaleźć).

Podliczmy - taka osoba niech nawet urwie owoców za 80zł (10h po 3 łubianki na godzinę). Po odliczeniu kosztów plantatora - ile można jej zaoferować zarobku?

Ile osób na Piekielnych jest chętnych do pracy za 30-40 zł dziennie, w słońcu, na polu?
Wyjedźcie z miasta i zobaczcie, ile ogłoszeń jest o poszukiwanych pracownikach do zbiorów. Chętnych nie ma. I to nie jest wina "januszowatych" rolników (jak by to chcieli tłumaczyć niektórzy). Oni choćby chcieli, nie mają jak zapłacić pracownikowi więcej, bo dołożyliby do interesu. Efekt jest taki, że część owoców marnieje na krzakach, a na jesieni dostaniemy po kieszeni w cenach dżemów itp.

A na deser smaczek.
Na targach możecie znaleźć maliny w takich "tekturowych" pojemniczkach. Pojemniczek zawiera jakieś 0,4-0,5kg owoców. I za taki pojemniczek płacicie 8-10zł! A rolnik dostał za niego około 0,5 zł.
Ktoś tu zarobił, ale na pewno nie ten, co się narobił...

rolnik rolnictwo skup owoców maliny

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 187 (211)