Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Maati

Zamieszcza historie od: 14 lipca 2015 - 15:33
Ostatnio: 27 października 2021 - 8:05
  • Historii na głównej: 26 z 29
  • Punktów za historie: 5739
  • Komentarzy: 36
  • Punktów za komentarze: 199
 

#88649

(PW) ·
| Do ulubionych
Niejako rozwinięcie historii #87530

Tytułem szybkiego przypomnienia - mi się udało - w wyniku mojego odwołania od decyzji ZUS, ktoś tam pomyślał, ponownie przeliczył moje składki i przysłał pismo, w którym ta instytucja przyznała się do błędu, przeprosiła, wypłaciła zasiłek.

Znajomy miał mniej szczęścia. Ta historia jest zamieszczona za jego zgodą.

Początek jego historii wygląda niemal identycznie, jak moja. Też zapłacił składkę za marzec, też jej nie wycofał, też mu powiedzieli, że zaliczyli mu ją na rzecz kwietnia.
Ponieważ wiedział, że ja już takie odwołania pisałem, poprosił mnie o kopię - pozmieniał daty, moje dane kontaktowe zastąpił swoimi - wysłał.
Też mu niby przyznali zwolnienie za kwiecień.

No i też mu przyszło składać wniosek o zasiłek chorobowy (kwarantanna w klasie dziecka, całą rodziną musieli spędzić ją w domu).

I tu się zaczyna szopka! I jazda bez trzymanki!
Oczywiście - odpowiedź z ZUS jak i u mnie - nie należy się, bo brakuje ciągłości ubezpieczenia chorobowego.
Ponownie podesłałem mu swoje odwołanie. Znowu pozmieniał dane na właściwe jego sprawie, załączył masę dokumentów (w trzech kopiach, i owszem) i odwołał się od decyzji.

ZUS podtrzymał swoje stanowisko - zasiłek się nie należy, bo nie ma ciągłości płacenia składek.

I sprawa trafiła na wokandę.
Na szczęście zdrowy rozsądek i logiczne myślenie wciąż są w cenie - sędzia na jednej rozprawie w całości odrzucił argumentację ZUS (a właściwie jej brak - bo ZUS poza twierdzeniem, że nie ma ciągłości, nie podał żadnych szczegółów). Przyznał rację znajomemu, zasądził wypłacenie zasiłku - w uzasadnieniu wskazując, że znajomy działał prawidłowo, miał prawo zakładać, że nadpłata będzie zaksięgowana na rzecz czerwca, złożył w terminie odpowiednie dokumenty i ogólnie to ZUS nie dołożył należytych starań, aby to wszystko prawidłowo zaksięgować.

To gdzie tu piekielność?
Na rozprawie nie pojawił się nikt z ZUS! Był znajomy, sędzia z protokolantem. Z ZUS, który to powinien jakoś bronić swojej odmownej decyzji - nikogo. Ta sprawa w ogóle nie powinna trafić na wokandę, ale zabrakło w ZUS kogoś z dobrą wolą, albo po prostu logicznie myślącego.

Znajomy jest moralnym zwycięzcą - przynajmniej na razie, bo teraz ZUS może się odwołać i zabawa się będzie ciągnęła dalej.
Jak sam stwierdził znajomy - ta rozprawa, mimo, że wiedział, że logika jest po jego stronie, kosztowała go tyle nerwów, co dawno temu egzamin magisterski :)
A za wszystko płacimy my ze swoich podatków.

ZUS zasiłek chorobowy tarcza covid rozprawa sąd wyrok

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (131)

#87938

(PW) ·
| Do ulubionych
Pamiętacie może filmik promocyjny, w którym premierowi w cudowny sposób materializowały się w rękach wielkie torby z zakupami, chociaż w ujęciu chwilę wcześniej nic w tych rękach nie miał? Tak na przełomie jesieni i zimy reklamowana była akcja pomocy seniorom. W każdej gminie mieli być wolontariusze, którzy pomagaliby w zakupach, opłatach, wszystkim tym, co wymaga wychodzenia z domu. Cel był taki, żeby seniorzy nie narażali się na COVID.

Idea wzniosła, słuszna. Pominę teraz sam fakt, jak to zostało zakomunikowane gminom. To historia na oddzielny wpis, piekielna sama w sobie (zróbcie, sami wymyślcie, jak!).

W każdym razie - zgłosiłem się. Chciałem jakoś pomóc, a zdolności manualnych, żeby szyć maseczki, nie posiadam. Przez COVID pracuję z domu, więc czas mam (ten, co poświęcałem na dojazdy). Samochód mam - mogę przywieźć i cięższe zakupy.
Podpisałem z gminą umowę wolontariacką. Mój telefon był przekazany seniorom, którzy zgłosili potrzebę pomocy. Przez kilka miesięcy pomagałem w zakupach.

Temat się skończył, bo seniorzy zaszczepieni i sami zaczęli śmielej wychodzić na zakupy :)

Gdzie tu zatem piekielność?
Tak ostatnio rozmawiałem z rodziną, zeszło na tą moją działalność wolontariacką w pandemii i padło pytanie:
- A zaszczepili Cię, jako wolontariusza?
- Nie, czemu?
- A, bo nasza znajoma dogadała się z osobą która prowadzi ośrodek opiekuńczy, że niby tam jest wolontariuszką. I się zaszczepiła przed swoją turą.

A niech tej znajomej będzie. Jej i całej jej rodzinie (bo to kilka osób w ten sposób zostało zgłoszonych). Zawsze to jakaś osoba zaszczepiona więcej, sumarycznie lepiej dla społeczeństwa.
Ale przykro mi, że ludzie w ten sposób kombinują. Ze szlachetnej idei wolontariatu, pomocy osobom niedołężnym w ośrodku opiekuńczym, zrobiły sobie sposób na przyspieszenie szczepienia. A nawet 1h w tym ośrodku nie przepracowały...

EDIT: Nie mam nic przeciwko szczepieniu wolontariuszy. Tych, którzy rzeczywiście pomagają w opiece nad chorymi. Jasne, w mojej ocenie zasługują na ochronę!
Ale jak kierownik takiej placówki wpisuje swoich znajomych, którzy nigdy nie przepracowali tam nawet minuty - to mi brakuje słów na kulturalne określenie takiego procederu.

covid wolontariat szczepienie dom opieki oszustwo

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 133 (167)

#87530

(PW) ·
| Do ulubionych
Opiszę Wam swoje perypetie z naszym kochanym ZUS w dobie koronawirusa. Nie jestem specjalistą, czasami sformułowania mogą być nieprecyzyjne (jak jest tu ktoś z ZUS, US, księgowości - to mi to wytknie) - za co przepraszam, ale ogólną ideę będą przedstawiać.

Od wielu lat prowadzę własną działalność gospodarczą. Nic wielkiego, ale własne :) Co ważne - dawno temu stwierdziłem, że będę rozliczał się sam. Nie prowadzę skomplikowanych operacji handlowych, nie szukam sposobów na optymalizację podatkową, więc nie potrzebuję księgowego, aby raz w miesiącu dodać do siebie wszystkie dokumenty sprzedaży i odjąć kwotę z faktur zakupowych. Wystarczał mi do tego kalkulator :)

I tak to sobie działało przez wiele, wiele lat. Aż przyszedł covid. W marcu - grom z jasnego nieba. Zamykają sklepy, zamykają biura, nie wiadomo, czy Klienci będą dalej korzystać z moich usług. Strach, niepewność jutra, przychody w dół. Jest światełko w tunelu - tarcza pomocowa, zwolnienie ze składek ZUS za okres marzec - maj. Spełniam warunki - aplikuję. Zawsze to konkretne złotówki w kieszeni, co przy ogólnej panice i niepewności jutra - było ważne. Lepiej mieć, niż nie mieć, prawda?

Ale, ale. Żeby nie było za różowo. Jak to wyglądało, jeżeli spojrzymy na kalendarz?
- ustawa weszła w życie pod koniec marca
- czyli wniosek można składać na początku kwietnia. Media informowały, że ZUS się zapchał, bo tyle milionów wniosków na raz przyszło.
- a do 10-go kwietnia należy zapłacić składki za marzec.

I co tu robić? Wśród przedsiębiorców były dwie szkoły działania:
- nie płacę - przecież złożyłem wniosek, spełniam warunki, należy mi się zwolnienie, więc nie płacę.
- płacę za marzec - zwolnienie mi się wprawdzie należy (zgodnie z logiką jak punkt wyżej), ale na ile znam nasze kochane Państwo (i ZUS), to decyzja jest jednak niepewna :) Warunkiem przyznania pomocy był też brak zaległości wobec ZUS. A kto mi powie czy jakiś anonimowy urzędnik nie uzna braku płatności za przejaw braku terminowości wpłat? Dodatkowo, od terminowości płacenia składek zależy, czy nasze ubezpieczenie w ZUS jest aktywne, czy nie. W dużym skrócie - nie zapłacisz składek w terminie, to Cię z ubezpieczenia usuną. I nagle nie masz prawa do darmowej opieki zdrowotnej, do zasiłków itd. A że wiek mam, jaki mam, plus szalejący covid może dopaść każdego, to jednak chcę mieć ubezpieczenie w ZUS aktywne.

No i zapłaciłem.

Początek maja - jest decyzja przyznająca mi zwolnienie ze składek. Ale tylko za jeden miesiąc - marzec. Za chwilę trzeba płacić kolejne składki. No, ale już uspokojony, że żarna ZUS mielą powoli, ale jednak na moją korzyść, kolejnej składki nie płacę. Przecież dostanę decyzję o zwolnieniu.

Początek czerwca - kolejnej decyzji brak. Szybki wywiad wśród znajomych przedsiębiorców - oni tez nie dostali. Część dopiero w czerwcu dostała za marzec i kwiecień na raz. Słowem - żarna ZUS cały czas mielą, cały czas powoli. Nie panikuję. Czekam.

Koniec czerwca - jest decyzja - o zwolnieniu za maj! A co z kwietniem? Już przed pandemią dodzwonić się do ZUS to była przygoda. Teraz - awykonalne! No, ale po kilkudziesięciu próbach - udało się. Miła pani wyjaśnia mi, że za kwiecień nie przysługuje mi zwolnienie, bo miałem wpłaconą składkę. Jaką składkę? Tą wpłaconą w kwietniu.

Rzeczywiście, przyznam się, że nie chciało mi się już kolejnego wniosku pisać, aby wycofać składkę. O jej zwrot można było wnioskować tylko do 10 maja. Na rynku się nieco uspokoiło, znowu mogłem zacząć zarabiać - niech ta składka sobie będzie w ZUS. Przecież nie zniknie, będzie na kolejne miesiące odłożona. Do głowy mi nie przyszło, że tym kolejnym miesiącem będzie kwiecień. Wg informacji na stronach ZUS, na stronie ministerstwa, na wspaniałych konferencjach prasowych - miała ona być księgowana na "kolejny miesiąc po okresie zwolnienia ze składek". Wg moich kalkulacji - powinien to być czerwiec.

No to piszemy podanie:
- o wydanie decyzji dotyczącej kwietnia. Bo nie dostałem żadnej, ani odmownej (wtedy mógłbym się odwołać), ani pozytywnej. A wniosek do ZUS był złożony - czyli muszą odpowiedzieć.
- o przeksięgowanie wpłaty składki za marzec na rzecz czerwca - skoro sami nie potrafią tego zrobić z automatu, to niech to zrobią w oparciu o podanie. Podobno ZUS nie może sam z siebie przeksięgowywać składek. Dziwne - jak mi się kiedyś przelew wykonał dwa razy (błąd po stronie banku), to bez problemu sobie to przeksięgowali na kolejny miesiąc, sami. A tu nagle problem.

Do 10-go lipca trzeba zapłacić składkę za czerwiec. Tym razem nie płacę. Już wiem, że wyciągnięcie czegoś z ZUS to droga przez mękę. Zapłacę, to mi powiedzą, że nie mają jak tej wpłaty zaksięgować na kolejne miesiące, będę kolejne podania pisał. Nie, ja mam nadpłatę, więc nie płacę.

W połowie sierpnia dostaję decyzję o przyznaniu zwolnienia ze składki za kwiecień. Dziwię się, że w żaden sposób nie nawiązują do mojego podania (zazwyczaj jest takie sformułowanie, że "w odpowiedzi na pismo z dnia..." itp.). No, ale nic, dobra nasza (znaczy moja). Przyznali mi rację, jest zwolnienie - przecież wiadomo, że zrobili to w oparciu o moje pismo, bo przecież nie sami z siebie.
Jakoś tydzień później jest kolejna konferencja prasowa ministerstwa, gdzie wprost jest informacja, że osoby w takiej sytuacji jak moja, powinny mieć tą składkę przeksięgowaną. Widać, nie była to tylko moja jednostkowa sprawa.

Happy end? No, jeszcze nie...
Na jesieni mi się zachorowało. Nie covid, ale jednak na kilka tygodni przykuło mnie do łóżka. Jak mi lekarze nieco ustabilizowali zdrowie, mogłem wrócić do pracy. Złożyłem wniosek o zasiłek chorobowy. I czekałem na decyzję.
Przychodzi - odmowa. Nie mam prawa do zasiłku, bo od czerwca nie jestem ubezpieczony z tytułu dobrowolnego ubezpieczenia chorobowego (sic!). Powód - brak składek za czerwiec i lipiec opłaconych w terminie. Odwołanie można kierować do sądu w terminie 2 tygodni od doręczenia. A jak sąd, to wiadomo, pismo musi spełniać wymogi formalne.
Przeszukałem internety na okoliczność wzoru takiego pisma. Zapisałem sobie co bardziej eleganckie sformułowania (w rodzaju "mając powyższe na względzie wnoszę jak na wstępie") i wyprodukowałem odwołanie. Wraz z uzasadnieniem, wszystkimi załącznikami - kilkanaście stron! I to wszystko trzeba razy 3 wydrukować (kopia dla sądu, kopia dla ZUS, kopia dla mnie). Dałem znajomemu, żeby zerkną czy się wszystko formalnie zgadza - powiedział, że ok.

Później operacja, znowu dochodzę do siebie. Znowu składam wniosek o zasiłek chorobowy.
I znowu decyzja - znowu odmowa! Znowu 2 tygodnie na dostarczenie odwołania.
Niemal kopiuj-wklej robię z poprzedniego.
Upoważnienie dla żony do złożenia do ZUS (bo ja się ruszać po operacji nie mogę) - zawiozła, złożyła.

Dzień po złożeniu odwołania do ZUS, dostaję kolejne pismo z ZUS. A w nim informacja, że "zidentyfikowali błąd w księgowaniu moich składek i niniejszym informują, że go naprawili". No, super, szkoda, że nie zidentyfikowali go wcześniej, to bym nie marnował ryzy papieru na wydruki :)

Dwa tygodnie później jest kolejne pismo, w którym informują o cofnięciu swoich decyzji o odmowie zasiłku. I wydają nową, gdzie ten zasiłek mi przyznają.
Dzisiaj zasiłek wpłynął na konto.

I tak się zastanawiam, czy gdyby mi się nie chciało pisać tych odwołań, to sami z siebie by przeanalizowali mój przypadek? Czy po przeanalizowaniu i nawet poprawnym zaksięgowaniu, na nowo rozpatrzyliby kwestie zasiłku - czy też uznali, że skoro się nie odwołałem, to trudno? A ile jest osób, które się boją ZUS? Nie potrafią napisać odwołania? A nie stać ich na usługi prawnika? I tutaj ZUS przyoszczędzi, anonimowy urzędnik wykaże się skutecznością działania...

ZUS zasiłek chorobowy covid koronawirus tarcza pomocowa

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 93 (103)

#87305

(PW) ·
| Do ulubionych
Kawał czasu temu wyprowadziłem się za miasto. Znalazłem fajne osiedle domków na przedmieściach (a szczerze mówiąc - to w szczerym polu, do najbliższych zabudowań kilkaset metrów). Środkiem osiedla idzie droga osiedlowa, domki są po jednej i drugiej stronie drogi.

Teren osiedla z jednej strony ograniczony jest drogą gminną, z drugiej rowem melioracyjnym (za nim były jakieś nieużytki). Od strony domków do terenu osiedla przylegały puste pola.

I tak sobie żyliśmy sielsko-anielsko. Wkrótce po drugiej stronie drogi powstało kolejne osiedle domków, za chwilę kolejne. Ale po naszej jakoś żaden deweloper nie budował - plan zakładał u nas bardzo duży odsetek powierzchni biologicznie czynnej, co utrudniało budowanie na zasadzie "ile tylko się zmieści".

Ale kilka lat temu jednak coś się ruszyło. I nagle za moim płotem wystartowała budowa. Jak zobaczyłem plan nowopowstającego osiedla, zdębiałem. Jak by ktoś blok postawił bokiem - masa wąziutkich domków, przylepionych jeden do drugiego, ogródeczki po 20m2 - w porównaniu do mojego osiedla to jak jakaś betonoza po prostu. Pytanie do dewelopera, co to za akcja. Pytanie do Gminy, co to za akcja - no cóż, wsystko zgodnie z planem. Zmieniły się warunki zabudowy, można teraz tak ciasno stawiać.

Ja i reszta mieszkańców z tej strony drogi osiedlowej się zmartwiliśmy, mieszkańcy z drugiej strony drogi się ucieszyli - bo nowe osiedle zasłoni nasze od wiatru, będzie mniej myszy (pchały się do domów z pola) itd. itp. Część z nich kupiła sobie po domku tam (bo były względnie tanie) - żeby wynajmować potem. No nic, przecierpiałem, zrozumiałem, że każdy ma prawo budować na swojej działce w granicach prawa, a prawo na to pozwalało. Trudno. Wiadomo, że milej było wypić kawkę patrząc na bażanty i zające, niż na ścianę czyjegoś budynku, ale że mimo wszystko, od moich okien do ich okien mam kawałek, to nie biłem dalej piany.

A czemu o tym piszę?
Oto pojawił się chętny na działkę po drugiej stronie osiedla. Znowu zmieniły się warunki zabudowy. Już nie tylko zabudowa jednorodzinna jest możliwa, ale wielorodzinna. I tak ma powstać sobie piękne osiedle 2-piętrowych bloków.
Mieszkańcy domów graniczących z terenem nowej inwestycji zaczynają walkę - petycje, podpisy, próby blokowania inwestycji. Bo jak to tak, wielkie budynki, dużo mieszkań, korki będą przy wyjeździe itd. itp.

I tak się dziwią, że nikt z nas nie kwapi się razem z nimi pikietować i robić burze na sesjach gminy. Jacy to my niekoleżeńscy jesteśmy i nie solidaryzujemy się z nimi w biedzie.

A ja sprawdzam, ile kosztuje mieszkanie w nowej inwestycji - może też sobie kupię, pod przyszły wynajem :)

dom osiedle deweloper pusta działka plan zagospodarowania przestrzennego petycja protest

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 105 (123)

#87266

(PW) ·
| Do ulubionych
Zepsuła mi się pralka. Konkretniej pralko-suszarka (co ma minimalne znaczenie w dalszej części opowieści).
Ale nie będzie to historia o piekielnych producentach pralek, których produkty psują się zaraz po zakończeniu okresu gwarancji. Sama nazwa producenta jest chyba dla historii wtórna, więc nie będę podawać.

Szukam serwisu w okolicy. Znajduję, wysyłam zgłoszenie usterki z dokładnym opisem, co się dzieje (a raczej nie dzieje) z pralką. Opis wysłałem po 19, o 9 dzwoni Pan z serwisu w odpowiedzi na moje zgłoszenie.
Ale nie będzie to historia o piekielnym Panu z serwisu, który by to stwierdził, że "nie opłaca się naprawiać, za wizytę 100 się należy".

Nie, Pan był bardzo sympatyczny. Opowiedział mi, co się potencjalnie mogło zepsuć - jeden z dwóch układów elektronicznych (pralko-suszarka ma dwa - jeden dla trybu pralki, drugi dla suszarki). Ale z przykrością stwierdził, że on się naprawy nie podejmie.
Dlaczego? Ponieważ nie ma pewności, który z układów się zepsuł. Jeżeli źle zdiagnozuje (bywa - zdarza się, jak ktoś źle rozpozna usterkę, ale potem się zorientuje i jednak znajdzie ten właściwy problem, to ja nie mam uwag do tematu), zamówi część - to potem nie ma jej jak oddać. Taka polityka producenta, że z tą częścią zostanie potem serwisant.

Myślicie, że piekielny producent?

To uwaga - skąd taka zmiana polityki producenta?
Początkowo tak nie było, można było zamówić część, jak się okazało, że to jednak nie w tym tkwi przyczyna awarii, to się część odsyłało, zamawiało nową - działało to jakiś czas sprawnie.
Ale pojawili się oni - Janusze biznesu serwisu AGD. Zamawiali część - naprawiali u Klienta. A potem do producenta odsyłali zepsutą część twierdząc, że Klient się wycofał z naprawy.
W ten oto sposób kilka osób utrudniło życie pozostałym serwisantom, ale też Klientom takim jak ja, którzy chcą jednak naprawić sprzęt, a nie wywalić i kupić nowy.

PS Zakładam, że o ile w przypadku pewnych części (np grzałka, bęben pralki) widać, że była używana - osad z kamienia itp. to dla innych części - jakieś układy elektroniczne - może to nie być tak oczywiste. Wiadomo, nowy układ lśni i jest piękny, stary może trochę bardziej szaro wygląda :) Ale rzekomo w ten sposób to działało właśnie.

Szkoda, że może zamiast weryfikować nr seryjne zwracanych części zamiennych w porównaniu z tymi, które zostały wysłane, producent poszedł w taką skrajność, jak całkowity zakaz zwrotów.
Więc po namyśle - ok, producent też jest nieco piekielny...

pralka serwis Janusze biznesu zwroty części zamienne

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 95 (99)

#86673

(PW) ·
| Do ulubionych
Razem z najbliższymi bardzo przestrzegaliśmy rygorów kwarantanny. Baliśmy się, dodatkowo rodzice podwójnie w grupie ryzyka (wiek, oraz choroby w rodzaju cukrzyca, tarczyca). Urodziny dzieci były "wirtualnie", Święta też, tak samo majówka, pewne uroczystości rodzinne, jakie w tych kilku miesiącach przypadały. Byle tylko samemu się nie zarazić i nie być przyczyną zarażenia się kogoś innego.

Dlaczego o tym piszę? Bo moje dzieci były chyba jedynymi na osiedlu, które ten czas spędzały z nami w domu. Reszta rodzin wytrzymała tak może 2, może 3 tygodnie. Rzeczywiście, jak wtedy dzieci wychodziły na dwór, to pod nadzorem rodzica i każdy pilnował odstępów. Ale potem - dzieciaki biegały samopas, wspólne zabawy, berki itd. A ja swoje cały czas w domu. Sąsiedzi grillowali, popijawy, zapraszali znajomych z całej Polski niemal - my z rodziną każdy u siebie. My po zakupy raz na tydzień lub dwa tygodnie, inni codziennie po świeże bułeczki do sklepu i kilka plasterków wędliny.

No, ale poluzowali obostrzenia.
Powiem Wam, ciężko jest się zmusić do powrotu do życia społecznego. Mam wrażenie, że im bardziej się przestrzegało kwarantanny, tym ciężej od nowa zacząć. No, ale zacząć trzeba! Więc wspólnie stwierdziliśmy, że w ten weekend się spotkamy. Przyjechali do nas bliscy (podkreślę, wszyscy od wielu tygodni na home-office, wychodzący max raz na tydzień do sklepu) - mniej niż 10 osób (z dziećmi). Mile spędziliśmy dzień, było można porozmawiać, dzieciaki pobawiły się z dawno niewidzianymi kuzynami.

Dzisiaj jednak dowiedziałem się, że jestem nieodpowiedzialny i egoistyczny. Zaprosiłem obce osoby, przyjechały, nie wiadomo, jakiego wirusa przywlekły. Jak ja tak mogłem!

I tak - to wszystko usłyszałem właśnie od tych sąsiadów, co generalnie cały czas balują. I balowali też w ten weekend, co i u mnie byli goście.

koronawirus kwarantanna goście impreza moja jest lepsza od Twojej

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 155 (185)

#86442

(PW) ·
| Do ulubionych
Znajoma jest "urzędniczką" - pracuje w pewnym urzędzie, przyjmuje i rozpatruje pewne wnioski. Wnioski te to najczęściej kilkaset stron tekstu, wzbogaconego wszelkiej maści mapami, wykresami, tabelami itp. Słowem, jest co czytać i analizować podejmując decyzję. I tyle chyba wystarczy, dokładny obszar wniosków i lokalizacja urzędu nie są ważne w tej historii :)

Do urzędu dotarło pismo z prokuratury - pewien wniosek należy dostarczyć im jako materiał dowodowy w jakiejś sprawie. Normalna rzecz - mają prawo dostać taki wniosek w tym celu, trzeba go przygotować, nikt z tym nie dyskutuje.

I tu się zaczyna, w mojej ocenie, cała piekielność.
Jak bowiem dostarczyć taki wniosek? Czy wystarczy elektroniczna kopia dokumentu?
Otóż nie! Musi to być wydrukowana kopia, potwierdzona z oryginałem. Taki wymóg prawa.

Czyli każdą jedną stronę kopii trzeba teraz parafować, ostemplować datownikiem, pieczątką imienną osoby potwierdzającej zgodność z oryginałem - jak znajoma podliczyła, to na każdej stronie przystawia 3 pieczątki i parafkę.

Sami oceńcie, ile czasu może zająć przygotowanie takiego materiału. Niech to będzie 400 stron. Ile stron jesteście w stanie podpisać w ciągu minuty? A pamiętajcie, że one nie leżą już ładnie rozłożone na jakimś wielkim stole, tylko musicie z tą robotą zmieścić się na swoim biurku, czyli wziąć kartkę z jednej sterty, stempel, stempel, stempel, podpis, odłożyć na kolejną stertę, wziąć kolejną kartkę, stempel, stempel, stempel, podpis, odłożyć na kolejną stertę itd...

A wystarczyłoby nieco dostosować prawo do realiów i ile mniej niepotrzebnej pracy byłoby do wykonania...

urzędnik urzędy złe prawo niepotrzebna praca

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (155)

#85728

(PW) ·
| Do ulubionych
Grudzień, godzina 18:30 - czyli już ciemno na dworze. Do tego lekka mżawka lekka - czyli warunki, które nie sprzyjają dobrej widoczności na drodze.

Jadę ulicą w terenie zabudowanym, jeden pas w każdą stronę, z lewej strony chodnik, z prawej pobocze i rów. Nie jadę szybko - max 30-40km/h. W pewnym momencie samochód przede mną wykonuje jakiś dziwny manewr. Odbija na lewy pas drogi, za chwilę wraca na prawy - tak, macie rację - coś omijał.

A raczej nie coś - kogoś. Kiedy wykonywał manewr - w światłach zauważyłem idącego prawą stroną drogi... NIEWIDOMEGO. Białą laską machał szeroko od lewej do prawej badając drogę przez sobą.

Szybko zjechałem na pobocze, awaryjne. Wychodzę z samochodu. W tym czasie kolejny samochód już rozpoczął manewr omijania mnie i minął pieszego. Kolejny szykował się do tego samego - dopiero na moje gesty zatrzymał się i miałem okazję podbiec do niewidomego pana i przeprowadzić go na chodnik po drugiej stronie ulicy.

Nie chodzi mi o piekielność pieszego - szedł prawą stroną, po drodze, bez jakiegokolwiek odblasku. Zapytałem go, czemu tak szedł. Odpowiedział mi, że nie wiedział, gdzie jest chodnik (rzeczywiście, kończy się on w pewnym momencie na skrzyżowaniu i trzeba je przejść na skos, żeby znowu był - jak ktoś nie zna okolicy i NIE WIDZI, to mógł nie trafić). A nie było nikogo, kto by mu powiedział, gdzie ma iść. I tak przeszedł on po drodze jakieś 200m. Mijał inne sklepy, znajdujące się po lewej stronie, aptekę, przychodnię - nikt po drodze się nim nie zainteresował, samochody go tylko mijały.

Ogrom znieczulicy poraża...

PS. W całej tej historii jest jeden jasny punkt. Mała dziewczynka, może 12 lat? Może więcej?
Kiedy wyszedłem z samochodu, usłyszałem, jak wołała do tego Pana, że "idzie Pan po ulicy, proszę przejść tutaj na chodnik".
Tylko to dziecko zainteresowało się losem niewidomej osoby. A przy tym starało się pomóc w bardzo mądry sposób - stojąc na chodniku i wołając, samemu nie próbując wejść na ulicę między jadące samochody.
Jeżeli czyta to ta dziewczynka, albo ktoś ją znający - jeszcze raz DZIĘKUJĘ CI za to, że pomogłaś temu panu.

niewidomy brak chodnika znieczulica

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (143)

#85210

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój bank zmienia platformę elektronicznego Biura Obsługi Klienta - eBOK. Od września stara przestaje działać i aby wciąż móc się logować - np. w celu sprawdzenia kwoty za aktualną ratę kredytu - muszę zawnioskować o dostęp do nowej platformy.

Pierwsza ciekawostka:
Mam konto też w innym banku - zmiana portalu była dla mnie przezroczysta. Dzisiaj logowałem się do starego, jutro do nowego. Ale dane do logowania (id, hasło), się nie zmieniały.
No, ale ok, niech będzie - trzeba, to zawnioskuję.

Druga ciekawostka:
Wnioskuję o dostęp, będąc zalogowanym do obecnego eBOK. Jakże myli się ten, co myśli, że to kwestia kliknięcia i gotowe. Nie, na nowo podaję wszystkie swoje dane - imię, nazwisko, pesel, adres... A wydawałoby się, że to mają i mogliby pobrać. Ale po co ułatwiać Klientowi, prawda?

Ciekawostka trzecia:
Przebrnąłem. Uzupełniłem wszystkie dane o sobie, moim psie, kocie, chomiku i przodkach do 3 pokolenia.
Jednym z pól potwierdzających, że ja to ja, jest jednak też takie:
- numer aktywnej umowy kredytowej
No więc wpisuję numer. Klikam magiczny przycisk "dalej" i...
I BŁĄD! Numer niepoprawny.
Sprawdzam, przeklejam ctrl+c, ctrl+v z dokumentu z umową - wciąż BŁĄD.
Numer niepoprawny. Powinien mieć 10 znaków.

Moja umowa ma numer o długości 9 znaków...
Czy to znaczy, że moja umowa nie istnieje i mogę przestać płacić? :)

PS. Dodanie 0 na początku numeru umowy też nic nie dało :)

bank eBOK numer umowy logowanie

Skomentuj (14) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 107 (115)

#84876

(PW) ·
| Do ulubionych
Sobotni ranek, koło 10. Kto ma małe dziecko ten wie, że wtedy się już nie śpi :) Zatem i ja od wschodu słońca na nogach, już nawet zrobione zakupy w sklepie.

Parkujemy pod domem i nagle córka pyta:
- Tato, a co to za pan na drabinie?
Patrzę, a tam jakiś gość stoi na drabinie, rozstawionej w moim ogródku, przystawionej do ściany mojego domu i coś tam sobie wesoło majstruje przy mojej rynnie, przyczepionej do mojego dachu.
Krew człowieka może zalać już na sam ten widok, ale wychodzę i grzecznie pytam:

- Co tu się dzieje i kto pPanom (bo drugi trzymał drabinę na dole) pozwolił w ogóle wejść na mój ogródek?
- Tam jest pan, niech pan z nim rozmawia.
Odrzekli od niechcenia i jak gdyby nigdy nic, dalej coś wiercą.

Idę do wskazanego gościa i pytam, co się dzieje. Pan stwierdza, że była informacja wrzucona do skrzynki, że będą coś robić. I że powinienem się cieszyć, że robią. A jak nie chcę, to mogą sobie pójść. Tutaj możecie sobie zwizualizować minę pana rodem z Misia - "nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobi". To z taką miną, okraszoną ironicznym uśmieszkiem, pan mi łaskawie udzielał informacji.

Tytułem wyjaśnienia - mieszkam na osiedlu domów, jest administrator, wspólnota mieszkaniowa itd. Każdy dom ma wyłączność na korzystanie z przynależnej mu działki i nikt nie ma prawa tam wchodzić bez uzyskania zgody właściciela. Jak np. firma kładła instalację światłowodową - to musiała mieć zgodę każdej osoby, której działkę przekopywała.
Administrator dba o bieżące naprawy, konserwacje. Nie wiem, może i była potrzeba naprawy. Ale to trzeba jakoś zorganizować, powiadomić, ustalić termin prac. Raczej nie było to nic pilnego, żeby musieli wejść w trosce o ratowanie czyjegoś zdrowia i życia.

W międzyczasie pan zlazł z drabiny, odpalił papierosa, wyjął komórkę i łazić po całym ogródku, głośno rozmawiać i wesoło strzepywać popiół z papierosa tam, gdzie akurat mu się stało.

Nie wytrzymałem. Wywaliłem towarzystwo.
Chcieli robić - powinni dostać moją zgodę na wejście i na robienie jakichkolwiek zmian w mojej własności. A nie tak, że włażą jak na swoje.
Poza tym powinni zrobić i iść, a nie deptać ogródek i brudzić papierosami - nie palę i nie chcę, żeby mi ktoś palił u mnie.

I najlepsze - Pan składa drabinę i... zamiast do furtki idzie do płotu i próbuje drabinę przecisnąć między tujami do ogródka sąsiada! Na już mniej grzeczną sugestię, żeby wynosił się z drabiną przez furtkę, bo mi niszczy drzewka - odpowiedział: "Czy pan jest normalny? Utrudnia mi pan pracę". No, niestety, jak ktoś się chamsko zachowuje, to ułatwiać mu nie będę.

Za jakiś czas widzę, że wleźli do sąsiada, przystawili drabinę akurat do ściany, gdzie ma sypialnię. Za chwilę sąsiad w samych bokserkach wyskakuje na zewnątrz i każe im się wynosić (sąsiad wojskowy, to i słowa były nieco bardziej "wojskowe"). Wiecie, rano, a tu ktoś cię w sypialni podgląda...

Aha - sprawdziłem skrzynkę. Żadnej informacji oczywiście nie było. Nikt z sąsiadów nie wiedział o żadnej planowanej naprawie. Żona innego sąsiada dzwoniła do niego, że się boi, bo jest sama z kilkumiesięcznym dzieckiem, a jacyś goście są w ogrodzie i włażą po drabinie. Bała się, więc nie wyszła do nich.

Jak można tak kłamać w żywe oczy:
- było powiadomienie w skrzynce - no nie było.
- zgody były zbierane - no nie były, bo jakoś ja żadnej nie dawałem.
- nie mamy do Pana maila i nie mogliśmy się skontaktować - kurde, jakoś każdą inną rzecz potrafią mailem wysłać, a tu nagle go nie mieli.

Od tygodnia prawie próbuję się dowiedzieć, co było robione, w jakim zakresie. I jaka firma to robiła - bo oczekuję jakiejś rękojmi na te prace - skoro coś robili, to niech dadzą gwarancję, że nie zepsuli - a nie nagle w zimie mi rynna zacznie przeciekać.
Zgadnijcie - z jakim na razie skutkiem odbijam się od Zarządu Wspólnoty i Administratora...

wspólnota mieszkaniowa dach administrator naprawa

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 139 (147)