Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Maati

Zamieszcza historie od: 14 lipca 2015 - 15:33
Ostatnio: 2 września 2019 - 11:10
  • Historii na głównej: 18 z 21
  • Punktów za historie: 4262
  • Komentarzy: 26
  • Punktów za komentarze: 81
 

#85210

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój bank zmienia platformę elektronicznego Biura Obsługi Klienta - eBOK. Od września stara przestaje działać i aby wciąż móc się logować - np. w celu sprawdzenia kwoty za aktualną ratę kredytu - muszę zawnioskować o dostęp do nowej platformy.

Pierwsza ciekawostka:
Mam konto też w innym banku - zmiana portalu była dla mnie przezroczysta. Dzisiaj logowałem się do starego, jutro do nowego. Ale dane do logowania (id, hasło), się nie zmieniały.
No, ale ok, niech będzie - trzeba, to zawnioskuję.

Druga ciekawostka:
Wnioskuję o dostęp, będąc zalogowanym do obecnego eBOK. Jakże myli się ten, co myśli, że to kwestia kliknięcia i gotowe. Nie, na nowo podaję wszystkie swoje dane - imię, nazwisko, pesel, adres... A wydawałoby się, że to mają i mogliby pobrać. Ale po co ułatwiać Klientowi, prawda?

Ciekawostka trzecia:
Przebrnąłem. Uzupełniłem wszystkie dane o sobie, moim psie, kocie, chomiku i przodkach do 3 pokolenia.
Jednym z pól potwierdzających, że ja to ja, jest jednak też takie:
- numer aktywnej umowy kredytowej
No więc wpisuję numer. Klikam magiczny przycisk "dalej" i...
I BŁĄD! Numer niepoprawny.
Sprawdzam, przeklejam ctrl+c, ctrl+v z dokumentu z umową - wciąż BŁĄD.
Numer niepoprawny. Powinien mieć 10 znaków.

Moja umowa ma numer o długości 9 znaków...
Czy to znaczy, że moja umowa nie istnieje i mogę przestać płacić? :)

PS. Dodanie 0 na początku numeru umowy też nic nie dało :)

bank eBOK numer umowy logowanie

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (105)

#84876

(PW) ·
| Do ulubionych
Sobotni ranek, koło 10. Kto ma małe dziecko ten wie, że wtedy się już nie śpi :) Zatem i ja od wschodu słońca na nogach, już nawet zrobione zakupy w sklepie.

Parkujemy pod domem i nagle córka pyta:
- Tato, a co to za pan na drabinie?
Patrzę, a tam jakiś gość stoi na drabinie, rozstawionej w moim ogródku, przystawionej do ściany mojego domu i coś tam sobie wesoło majstruje przy mojej rynnie, przyczepionej do mojego dachu.
Krew człowieka może zalać już na sam ten widok, ale wychodzę i grzecznie pytam:

- Co tu się dzieje i kto pPanom (bo drugi trzymał drabinę na dole) pozwolił w ogóle wejść na mój ogródek?
- Tam jest pan, niech pan z nim rozmawia.
Odrzekli od niechcenia i jak gdyby nigdy nic, dalej coś wiercą.

Idę do wskazanego gościa i pytam, co się dzieje. Pan stwierdza, że była informacja wrzucona do skrzynki, że będą coś robić. I że powinienem się cieszyć, że robią. A jak nie chcę, to mogą sobie pójść. Tutaj możecie sobie zwizualizować minę pana rodem z Misia - "nie mam pana płaszcza i co mi pan zrobi". To z taką miną, okraszoną ironicznym uśmieszkiem, pan mi łaskawie udzielał informacji.

Tytułem wyjaśnienia - mieszkam na osiedlu domów, jest administrator, wspólnota mieszkaniowa itd. Każdy dom ma wyłączność na korzystanie z przynależnej mu działki i nikt nie ma prawa tam wchodzić bez uzyskania zgody właściciela. Jak np. firma kładła instalację światłowodową - to musiała mieć zgodę każdej osoby, której działkę przekopywała.
Administrator dba o bieżące naprawy, konserwacje. Nie wiem, może i była potrzeba naprawy. Ale to trzeba jakoś zorganizować, powiadomić, ustalić termin prac. Raczej nie było to nic pilnego, żeby musieli wejść w trosce o ratowanie czyjegoś zdrowia i życia.

W międzyczasie pan zlazł z drabiny, odpalił papierosa, wyjął komórkę i łazić po całym ogródku, głośno rozmawiać i wesoło strzepywać popiół z papierosa tam, gdzie akurat mu się stało.

Nie wytrzymałem. Wywaliłem towarzystwo.
Chcieli robić - powinni dostać moją zgodę na wejście i na robienie jakichkolwiek zmian w mojej własności. A nie tak, że włażą jak na swoje.
Poza tym powinni zrobić i iść, a nie deptać ogródek i brudzić papierosami - nie palę i nie chcę, żeby mi ktoś palił u mnie.

I najlepsze - Pan składa drabinę i... zamiast do furtki idzie do płotu i próbuje drabinę przecisnąć między tujami do ogródka sąsiada! Na już mniej grzeczną sugestię, żeby wynosił się z drabiną przez furtkę, bo mi niszczy drzewka - odpowiedział: "Czy pan jest normalny? Utrudnia mi pan pracę". No, niestety, jak ktoś się chamsko zachowuje, to ułatwiać mu nie będę.

Za jakiś czas widzę, że wleźli do sąsiada, przystawili drabinę akurat do ściany, gdzie ma sypialnię. Za chwilę sąsiad w samych bokserkach wyskakuje na zewnątrz i każe im się wynosić (sąsiad wojskowy, to i słowa były nieco bardziej "wojskowe"). Wiecie, rano, a tu ktoś cię w sypialni podgląda...

Aha - sprawdziłem skrzynkę. Żadnej informacji oczywiście nie było. Nikt z sąsiadów nie wiedział o żadnej planowanej naprawie. Żona innego sąsiada dzwoniła do niego, że się boi, bo jest sama z kilkumiesięcznym dzieckiem, a jacyś goście są w ogrodzie i włażą po drabinie. Bała się, więc nie wyszła do nich.

Jak można tak kłamać w żywe oczy:
- było powiadomienie w skrzynce - no nie było.
- zgody były zbierane - no nie były, bo jakoś ja żadnej nie dawałem.
- nie mamy do Pana maila i nie mogliśmy się skontaktować - kurde, jakoś każdą inną rzecz potrafią mailem wysłać, a tu nagle go nie mieli.

Od tygodnia prawie próbuję się dowiedzieć, co było robione, w jakim zakresie. I jaka firma to robiła - bo oczekuję jakiejś rękojmi na te prace - skoro coś robili, to niech dadzą gwarancję, że nie zepsuli - a nie nagle w zimie mi rynna zacznie przeciekać.
Zgadnijcie - z jakim na razie skutkiem odbijam się od Zarządu Wspólnoty i Administratora...

wspólnota mieszkaniowa dach administrator naprawa

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 131 (139)

#84742

(PW) ·
| Do ulubionych
Gorąco, co jakiś czas przejdzie przelotna burza i podleje - zatem trawa rośnie jak szalona i nie ma dnia, żeby nie było słychać, jak w okolicznych ogródkach dzielnie trwają sianokosy :)
Skoszoną trawę powinno się zapakować do odpowiednio oznaczonych worków na śmieci BIO i przechować na ogródku do czasu ich wywozu. A ten następuje raz na dwa tygodnie.

I tu dochodzimy do sedna piekielności:
* Po co trzymać na swoim ogródku, skoro można od razu wystawić pod wiatę śmietnikową. I tak sobie te worki, często niezawiązane, leżą na pięknej stercie i nabierają mocy, bukietu zapachowego. Ponieważ często potrafią być wyniesione na drugi dzień po odbiorze, to leżą tak dwa tygodnie. Na zmianę deszcz i słońce - już po tygodniu smród jest nie do opisania!

* Winić za to tylko niedbałych mieszkańców? Też, ale nie wyłącznie. Oto firma administrująca osiedlem skosiła trawę dzień po odbiorze i dała mieszkańcom wspaniały przykład.

* Odbierać śmieci częściej, niż raz na dwa tygodnie? Gmina nie zorganizuje - to zorganizujmy sami! Poprzedni Zarząd Wspólnoty Mieszkaniowej organizował sam takie wywozy - astronomiczna cena 100zł za jeden wywóz. Ale nowy za cel postawił sobie nie robić niczego, co robili poprzednicy - więc nie będzie wywozów dodatkowych i co nam Pan zrobi...

* I na dokładkę sam proces odbioru śmieci. Jedzie sobie co dwa tygodnie taka śmieciarka i zbiera z okolicy wszystkie śmieci BIO - trawę, obierki z kuchni (bo to też bio), przycięte gałązki. I wszystkie te śmieci już nieco miały okazję "dojrzeć". I jedzie taka śmieciarka przez okolicę - a za nią ciągnie się strużka "wody". Postój pod wiatą, potrzebny na zapakowanie worków na pakę - skutkuje pojawieniem się kałuży na drodze! I to wsiąka w kostkę, w szutrową nawierzchnię. Mimo walki myjką ciśnieniową - nie udaje się tego domyć. Za głęboko siedzi i śmierdzi.

Rozumiem, że jak odpad zielony gnije, to coś tam cieknie. Rozumiem, że jak by ludzie nie wystawiali, to by wodą nie nasiąkało itd. Ale nie rozumiem, jak może być tak, że firma odpowiedzialna za wywóz ma w głębokim poważaniu, w jakim stanie zostawia ulicę po swojej wizycie. Ładuje śmieci i jedzie - a fetor zostawia mieszkańcom. Niemal jak w paradoksie żula - jak żul jedzie tramwajem, to tramwaj "jedzie" żulem. A kiedy wysiada z tramwaju, to tramwaj wciąż "jedzie" żulem. Tutaj wszystko "jedzie" zapachem gnojówki z odpadów zielonych... :/

śmieci śmieciarka odpady bio upał

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 74 (92)

#84039

(PW) ·
| Do ulubionych
Dawno temu posiadałem kartę kredytową - oferta dedykowana dla pracowników pewnej firmy, zatem dobre warunki, niskie oprocentowanie, długi czas spłaty bezodsetkowej - nic, tylko brać i korzystać. Zatem - korzystałem.

Po jakimś czasie zadzwoniono do mnie z propozycją włączenia opcji oszczędzania na starość/emeryturę. Co miesiąc dedykowaną kwotę będą w moim imieniu odkładać na dedykowane subkonto. Byłem zadowolony z karty, kwota oszczędzania nie była duża - ok, skorzystałem.

Część z Was domyśliła się, że w ten sposób dałem się nabrać na polisolokaty. Ale to nawet nie ten instrument finansowy jest tutaj piekielny - tylko sposób obsługi płatności na ubezpieczenie. A było to tak:

Po jakimś czasie widzę na rachunku za kartę opłatę - za przekroczenie limitu. Szybki rachunek sumienia i weryfikacja kopii wydruków - WTF? Wydałem pod limit, ale nie przekroczyłem. Ba - jakim cudem? Przecież przy przekroczeniu limitu powinno mi odrzucić kolejną transakcję. Telefon z reklamacją - a tam się dowiedziałem, że:
- owszem, transakcjami w sklepach nie przekroczyłem limitu
- limit przekroczony został w wyniku pobrania kwoty na to konto oszczędnościowe!
Jeżeli limit był np. 2000 zł, wydałem 1999zł, to ostatniego dnia miesiąca pobierali mi 50zł tytułem oszczędzania, przekraczałem limit i dowalali karę 50zł za jego przekroczenie.

I nie, nie dało się przekonać nikogo w banku, że ta kwota powinna być ujęta w ramach limitu. Że w takim razie proszę założyć jakąś rezerwę na limicie, żebym 1950 miał limitu do wykorzystania, plus 50zł na oszczędzanie - i nie przekroczę 2000. Tak się nie da. Kliencie, musisz sam pilnować.

Podziękowałem za usługę. W sumie i dobrze - potem wybuchła afera z polisolokatami i ludzie spore kwoty potracili - a ja "tylko" kilka miesięcy w tym utopiłem...

bank polisolokata oszczędzanie karta kredytowa

Skomentuj (26) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 85 (121)

#82660

(PW) ·
| Do ulubionych
W tym roku pogoda powariowała.
Wcześnie zrobiło się ciepło, więc okres wegetacyjny roślin przyspieszył.
Ale była i susza, więc niektóre rośliny szlag trafił bez nawadniania.

Ale w skupach owoców powariowali jeszcze bardziej!

Cena za kilogram maliny? 1,30zł (słownie 1 złoty i trzydzieści groszy)! Jak masz dobry dzień, to trafisz cenę 1,70zł.
Inne owoce wcale nie lepiej, żeby nie powiedzieć, że gorzej.

Jedna pełna łubianka malin to jakieś 2 - 2,5 kg owoców. Ale żeby zerwać tyle, to te kilkanaście/kilkadziesiąt minut trzeba rwać owoce z krzaków. Ile więc jesteście w stanie urwać w godzinę? 2-3 łubianki? Brawo - zerwaliście 7,5 kg owoców (optymistycznie). Macie stawkę za godzinę 10zł.

Powiedziałem stawkę? O, przepraszam. Przecież te maliny trzeba było podlać, nawozić, opryskać, zawieźć owoce na skup (paliwo do ciągnika i opryski kosztują). A jak masz dużą plantację, a nie przydomowy ogródek, to musisz wynająć kogoś do pomocy w zbiorach (jeszcze nie wymyślili kombajnu do zbioru malin).
A pracownikowi trzeba by dać coś zjeść (jak cały dzień w polu pracuje), ubezpieczyć, czasami i mieszkanie dać (jak blisko nie można nikogo znaleźć).

Podliczmy - taka osoba niech nawet urwie owoców za 80zł (10h po 3 łubianki na godzinę). Po odliczeniu kosztów plantatora - ile można jej zaoferować zarobku?

Ile osób na Piekielnych jest chętnych do pracy za 30-40 zł dziennie, w słońcu, na polu?
Wyjedźcie z miasta i zobaczcie, ile ogłoszeń jest o poszukiwanych pracownikach do zbiorów. Chętnych nie ma. I to nie jest wina "januszowatych" rolników (jak by to chcieli tłumaczyć niektórzy). Oni choćby chcieli, nie mają jak zapłacić pracownikowi więcej, bo dołożyliby do interesu. Efekt jest taki, że część owoców marnieje na krzakach, a na jesieni dostaniemy po kieszeni w cenach dżemów itp.

A na deser smaczek.
Na targach możecie znaleźć maliny w takich "tekturowych" pojemniczkach. Pojemniczek zawiera jakieś 0,4-0,5kg owoców. I za taki pojemniczek płacicie 8-10zł! A rolnik dostał za niego około 0,5 zł.
Ktoś tu zarobił, ale na pewno nie ten, co się narobił...

rolnik rolnictwo skup owoców maliny

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 184 (208)

#82044

(PW) ·
| Do ulubionych
Wierzę w szczepienia, nie wierzę w argumenty STOP-NOP, więc swoje dzieci szczepię. NFZ finansuje tylko szczepienia obowiązkowe (a i to tylko w podstawowej wersji - za szczepionki skojarzone, żeby dziecko miało mniej zastrzyków, trzeba dopłacić). Za szczepienia dodatkowe i tak jest opłata.

NFZ prowadzi akcję promocji szczepień na ospę (przynajmniej u mnie w powiecie). Jeżeli dziecko chodzi do przedszkola, to wystarczy mieć ze sobą zaświadczenie wydane przez przedszkole - i szczepienie na ospę jest darmowe.

Zatem wziąłem takie zaświadczenie i uzbrojony w nie dzwonię do przychodni mającej kontrakt z NFZ, żeby zapisać dziecko na szczepienie. Jest termin - za 2 miesiące! Wróżką ani czarodziejem nie jestem, żeby wiedzieć, czy dzieciak za te 2 miesiące będzie zdrowy - ale co tam, biorę.

2 miesiące później pojawiam się na planowanej wizycie. Dzieciak, na szczęście, nie chorował w ostatnich 2 tygodniach, do szczepienia dopuszczony. Wręczam więc zaświadczenie i rozpoczyna się dialog z lekarką:
L: Ale dziecko skończyło już 3 lata.
Ja: Owszem, dwa tygodnie temu.
L: To szczepienie nie może być wykonane na NFZ, bo to jest tylko dla dzieci do 3 lat.
Ja: Naprawdę? To o tym nikt mnie nie poinformował (tak, wiem, moja wina, nie doczytałem i zdałem się na to, co mi mówił lekarz wcześniej). Ale to ja nie do końca się zgodzę z panią - bo jak zapisywałem dziecko do państwa, to ono nie miało skończonych 3 lat.
L: To czemu pan wcześniej nie przyszedł?
Ja: Bo taki mi państwo dali termin, że musiałem czekać 2 miesiące na wizytę.
L: To nie nasza wina.
Ja: No, moja też nie. Rozumiem, że Ppnie nie są winne, ale to znaczy, że system zapisów źle działa. I na pewno nie ja za to odpowiadam
L: Ale to rodzice się zapisują, a potem nie przychodzą.
Ja: Ja, jak pani widzi, przyszedłem. No, ale nic, trudno, zapłacę. Ale na pewno złożę reklamację na całą sytuację (przychodnia prywatna, tylko ma kontrakt z NFZ - zamierzałem reklamację do przychodzi złożyć).

Efekt - pani zadzwoniła gdzieś i dowiedziała się, że może zaszczepić na NFZ.

Wiem, że w całej tej historii piekielnym okazałem się ja. Chociaż - ze stenogramu rozmowy może nie wynika, ale naprawdę z panią spokojnie rozmawialiśmy, trochę żartowaliśmy (przedstawiłem sam sens zdań, a nie wszystkie wtrącenia:))
Tylko że czasami takie zachowanie jest po prostu potrzebne... Trzeba się było postawić i zagrozić (chociaż, czy ja wiem, czy to była groźba) reklamacją, żeby otrzymać to, co nam się należy (tutaj - refundowane szczepienie).
Ale, z drugiej strony, pokazuje ona, że czasami takie zachowanie jest po prostu potrzebne...

Jedna dawka szczepionki na ospę to 240 zł. Dawki są dwie (jak pierwsza była na NFZ to druga też będzie, niezależnie od wieku dziecka).
W tej samej przychodni była też kilka tygodni temu znajoma - zgadaliśmy się dopiero teraz - ona nie miała tyle samozaparcia, co ja. Zapłaciła za dwie dawki szczepienia...

szczepienie służba zdrowia NFZ

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 98 (132)

#70876

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym tygodniu zaprowadziłem dziecko do przedszkola.
Kiedy przebierałem je w szatni, usłyszałem dźwięk jakby ktoś płuca wypluwał. To jedno z dzieci w sali miało napad kaszlu.
Zasugerowałem paniom, żeby może jednak rozważyły wezwanie rodziców do tego dziecka. Bo jest ewidentnie chore (kaszel gruźliczy prawie, mokry, słychać odrywającą się wydzielinę z płuc).
Okazało się, że Panie nawet próbowały. Dzień wcześniej nie przyjęły tego dziecka do przedszkola*. Ale tego dnia rodzic przywiózł zaświadczenie od lekarza stwierdzające, że dziecko jest zdrowe i nie zaraża innych dzieci. Kaszle, ale nie ma temperatury ani innych oznak choroby. Zatem - Panie nie miały już podstaw do nieprzyjęcia dziecka.

Cóż, lekarz jednak się mylił. W tym tygodniu moje dziecko nie poszło do przedszkola - atypowe zapalenie płuc. Chorobie nie towarzyszy gorączka, jedyny objaw to kaszel (i potem osłuchowe zmiany w płucach). Poza moim dzieckiem w przedszkolu, nie ma już prawie połowy innych dzieci - wszystkie chore na to samo.

Mamy dwóch bohaterów negatywnych w tej opowieści:
- lekarza, który nie rozpoznał choroby. Wolę o tym myśleć w ten sposób, niż że rozpoznał, ale "poproszony" przez rodzica, wystawił odpowiednią karteczkę dla przedszkola.
- rodzic, który za wszelką cenę chciał wysłać dziecko do przedszkola. Bo praca jest ważniejsza, niż zdrowie dziecka (umówmy się, w przedszkolu dziecko nie wyzdrowieje samo z siebie!)
Dzięki nim (lub jednemu z nich) choruje teraz nie jedno, a kilkadziesiąt dzieciaków. I nie jedna osoba musi wziąć wolne w pracy, a kilkadziesiąt...

* Dla osób nie mających dzieci w przedszkolu - przedszkole ma prawo nieprzyjęcia dziecka chorego. Co to znaczy "chorego" nie jest nigdzie określone. Na zdrowy rozsądek chodzi o temperaturę, katar do pasa, kaszel gruźliczy. Zdarza się, że dziecko ma np. duży katar (alergia) albo kaszel (po chorobie kaszel jeszcze przez pewien czas się utrzymuje), ale już nie zaraża. Wtedy lekarz pediatra wystawia zazwyczaj zaświadczenie dla przedszkola, że dziecko jest zdrowe i może uczestniczyć w zajęciach w przedszkolu.

przedszkole choroba

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 233 (261)

#70735

(PW) ·
| Do ulubionych
Mikołajki w przedszkolu.
Do dzieci miał przyjść Mikołaj, miał dawać prezenty. W tym celu Rada Rodziców zarządziła składkę 30zł na dziecko, żeby ten prezent kupić. Nie ma problemu, zapłaciłem, Mikołaj był, dzieci były zadowolone, dostały zabawkę.

Coś mi się jednak nie spodobało. Za 30zł nie wymagałem nie wiadomo jak wypasionej zabawki, ale to, co dostało moje dziecko, wydało mi się nieco za małe jak na 30zł. Szybkie sprawdzenie u wujka Google - taka zabawka kosztuje 15-20zł, w zależności od sklepu.

Gdzie się podziało brakujące 10 zł? Dopuszczałem możliwości:
- może partycypacja w kosztach Mikołaja - chociaż uważam, że przedszkole samo powinno go opłacić, skoro organizuje.
- może jakiś upominek dla Pań z przedszkola? Taki miły gest nie budziłby mojego sprzeciwu.
- może poczęstunek, jaki był podany w czasie przedstawienia jasełkowego dla rodziców (ciastka, kawa, herbata). Też dla mnie do zrozumienia.

Rada Rodziców na pewno wszystkie wydatki dokumentuje. Poprosiłem o przedstawienie rozliczenia tego wydatku.

I oto odpowiedź na powyższy quiz. Brakujące pieniądze poszły na... zwiększenie budżetu prezentowego dla starszych dzieci.
Dzieci z najmłodszej grupy (w tym moje) dostały tańszy prezent, bo osoby z Rady Rodziców "nie mogły znaleźć nic fajnego dla starszych dzieci, w założonej cenie do 30zł". I dlatego kupiły młodszym dzieciom tańszą zabawkę, żeby starszym dzieciom móc kupić coś za 40 zł... Zebrane 30*X zł, wydane 30*X zł (w tym 20*dzieci_młodsze i 40*dzieci_starsze). Czyli bilans się zgadza.

Czy tylko ja uważam, że to jakaś kpina? Dałem pieniądze na swoje dziecko, a nie na jakieś obce, którego nawet nie znam, bo się z moim nie bawi (jest w innej grupie).

Rada Rodziców nie uważa, że zrobiła cokolwiek nie tak. Żadnego "przepraszam".
Ale chociaż zmusiłem ją, żeby przy kolejnych zbiórkach środki były rozliczane "per grupa". A nie do jednego wora, byle na końcu suma się zgadzała...

przedszkole rada rodziców mikołajki

Skomentuj (38) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 425 (445)

#70717

(PW) ·
| Do ulubionych
Dostałem list z banku. Z którego - nieważne. Pewnie wszystkie robią podobnie.

Pękam z dumy. Jestem wyjątkowym Klientem i dlatego dla takich wyjątkowych Klientów jak ja mają wyjątkową okazję - prawdziwe 0% oprocentowania za pożyczkę gotówkową do 24,900 zł. Przyznawaną na telefon, w 15 minut.
Nic, tylko BRAĆ, BRAĆ, BRAĆ!
Toż to za darmo, za 0%. Żebym przypadkiem nie przegapił tej jakże ważnej informacji, 0% zostało napisane czerwonym tuszem. I tak jakoś 2x większym rozmiarem, niż cała reszta listu.

Po chwili słabości, w czasie której rozważałem nawet, czy nie skorzystać (szybko przyszło otrzeźwienie, że nie), postanowiłem poczytać, co jest napisane "małym druczkiem".

A tam, poza całą resztą bełkotu, informacja o RRSO (Realna Roczna Stopa Oprocentowania).
Uwaga, uwaga - 21,86%!!!

Jak to możliwe, że z 0% oprocentowania robi się prawie 22% RRSO?
Proste - wszystkie opłaty to prowizje, marże, opłaty itp. Wszystko zgodnie z literą prawa. Odsetek nie ma...

Czytajcie, proszę, co jest napisane drobnym druczkiem.
Przestańcie wierzyć, że za darmo ktoś Wam da cokolwiek.
I unikajcie (jeżeli nie potrzebujecie) pożyczek gotówkowych, bo one są najdroższe... O wszelkich chwilówkach już nawet nie wspomnę.

bank pożyczka

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 238 (260)

#70693

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o tym, jak próbowałem odzyskać dokumenty z Uczelni, na której nie rozpocząłem studiów.

Zdawałem na dwa kierunki, na dwóch różnych uczelniach. Priorytetowy kierunek był bardzo oblegany i posiadał trudne egzaminy wstępne. Dlatego, żeby nie być rok w plecy, ani nie trafić na pół roku w kamasze, wybrałem drugi, awaryjny kierunek.

Wyniki rekrutacji najpierw były dla kierunku awaryjnego. Dostałem się. Musiałem donieść dokumenty (a tym samym potwierdzić chęć studiowania) jeszcze zanim były wyniki z drugiego kierunku. No cóż, wiem, że w ten sposób komuś zajmowałem miejsce, ale nie moja wina, ze system jest głupi. Złożyłem dokumenty.
Potem okazało się, że na priorytetowy kierunek też się dostałem. Wiedziałem, że dwóch na raz nie dam rady pociągnąć - w związku z tym postanowiłem twórczo zinterpretować regulamin studiów mówiący o tym, że "można" w dowolnym momencie złożyć podanie o urlop dziekański". I takie podanie złożyłem w lipcu, jeszcze przed rozpoczęciem pierwszego roku studiów :)
Jakoś w październiku dostałem decyzję - odmowną. No nic, szat nie będę rozrywał, miałem chytry plan, nie wyszło - trudno. Studiowałem sobie mój kierunek.

Ale w sumie warto kopię świadectwa maturalnego odebrać. Po co ma się gdzieś kurzyć w archiwum uczelni, na której nie studiuję?

1) Podejście pierwsze. Ferie.
Sprawdziłem, kiedy działa dziekanat. Tego dnia pojawiłem się na Uczelni. Podszedłem do drzwi dziekanatu, pukam i chcę wejść. Ale nie daję rady. Zamknięte. Żadnej kartki na drzwiach, nic. Pokręciłem się po korytarzu kilkanaście minut. W międzyczasie więcej osób próbowało się dostać do dziekanatu, równie bezskutecznie, jak ja. Wreszcie schodzę do portierni i dowiaduję się tam, że dzisiaj dziekanat jednak nie działa:/ No nic, przyjdę później...

Po semestrze zimowym dostaję piękną informację, że zostałem skreślony z listy studentów. Chwilę później piękne pismo z WKU, że zapraszają mnie na przygodę życia - w kamasze :) Szybka wizyta w dziekanacie Uczelni, na której studiowałem, zaświadczenie o studiowaniu, szybka wizyta w WKU - uff, udało się :)

Ale zmobilizowało mnie to, że trzeba jednak szybko sprawę załatwić.

2) Podejście drugie.
Tym razem dziekanat był czynny :)
(Ja): Dzień dobry.
(Pani z Dziekanatu): Słucham! (ton głosu możecie sobie dopowiedzieć)
J: Chciałem odebrać dokumenty z Uczelni.
PzD: Słucham! (może Pani nie dosłyszała... Tłumaczę jeszcze raz zatem)
J: Dzień dobry. Składałem podanie o urlop dziekański, który nie został mi udzielony. W związku z tym chciałbym zabrać dokumenty, ponieważ nie studiuję na Państwa uczelni.
PzD: Ale jak to! Jakie dokumenty! Musiałabym do archiwum na dół zejść. A w ogóle, to już późno, za godzinę zamykamy. Sama jestem, koleżanki nie ma. No, nie dam rady zejść i zamknąć dziekanatu...
I taki monolog przez jakieś 5 minut. Z natłoku słów wyłuskałem, że Pani jest sama, nie może opuścić stanowiska pracy i iść z jednym studentem do archiwum, bo w tym czasie innym osobom nie będzie mogła pomagać. OK, rozumiem, nie ma sprawy, przyjdę kiedy indziej.

Życie studenckie się toczyło, praktyki, projekty, wyjazdy, egzaminy. I tak parę lat później znowu sobie przypomniałem, że może jednak warto odebrać te papiery :)

3) Podejście trzecie.
Dziekanat czynny. W środku sporo pań. Może się uda.
J: Dzień dobry, chciałem odebrać dokumenty, ponieważ zostałem skreślony z listy studentów i nie studiuję u Państwa.
PzD: Ale czego oczekuje?
J: Chciałem odebrać dokumenty, które składałem przy rekrutacji. Świadectwo, zdjęcia itp.
PzD: Kiedy były składane?
J: Kilka lat temu.
PzD: ŁOLABOGA! Przecież ja tego tu nie mam! To w archiwum centralnym jest! Jak ja to mam niby teraz wydostać, co? Jak to sobie wyobraża?
J: Proszę Pani, nie wyobrażam sobie. Wiem jednak, że ponieważ nie jestem Państwa studentem, to mam prawo odebrać dokumenty. W sumie, powinni mi je Państwo przesłać pocztą wraz z informacją o skreśleniu z listy studentów. Nie zrobili tego Państwo, dlatego też tu jestem.
PzD: Nazwisko! (czyli jednak, udzielono mi audiencji :))
Podałem
PzD: Data urodzenia!
Podałem
PzD: Obiegówka!
J: Słucham? Jaka obiegówka!
PzD: Wypełnił obiegówkę?
J: Nie, bo nie wiedziałem, że jest taka potrzeba.
PzD: To jak sobie wyobraża, że dostanie dokumenty, jak nie ma wypełnionej obiegówki? Tu jest, proszę, wypełni i przyniesie wypełnioną.
J: Ale proszę Pani. Czy ja na pewno muszę to wypełniać? Ja nie podjąłem studiów w ogóle.
PzD: Musi! Bo może korzystał z biblioteki i muszę mieć potwierdzenie, że nie zalega z książkami.

Argumentacja mnie przytłoczyła. Poddałem się i postanowiłem, że wypełnię tą obiegówkę. Chociaż uczelnia miała kilkanaście budynków, rozrzuconych po całym mieście - samo jeżdżenie za podpisami byłoby zatem niezłym wyzwaniem logistycznym.
Już chciałem odejść od kontuaru, gdy spojrzałem na pola w obiegówce. A tam: imię, nazwisko, nr albumu.

J: A mogę poprosić Panią o mój nr albumu?
PzD: A po co mu?
J: No jak to, do obiegówki
PzD: To sprawdzi sobie w legitymacji.
J: Ale ja nie mam legitymacji.
PzD: To w indeksie.
J: Też nie mam
PzD: Jak to nie ma?
J: No, nie rozpocząłem studiów i nie otrzymałem legitymacji
PzD: To jak mógł korzystać z biblioteki?
J: NO WŁAŚNIE, JAK?
Szach-mat? Kurtyna? Wytłumaczyłem w czym rzecz i przyznano mi rację?
Ależ skąd! Nic z tych rzeczy:) Pani z Dziekanatu nie z tych, co dadzą się przegadać.
PzD: JA NIE WIEM, JAK, ALE MOŻE MÓGŁ! OBIEGÓWKA! A tu ma nr albumu.

Logika mnie poraziła, wyszedłem. Obiegówkę wypełnił mi przy okazji kolega, który na tej uczelni studiował. Papiery dostałem.

* Starałem się możliwie wiernie oddać sposób odzywania się Pań w dziekanacie. Różne mnie obsługiwały, ale sposób zwracania się do petenta był ich częścią wspólną:)

Uczelnia dziekanat studia

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 278 (302)