Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Maati

Zamieszcza historie od: 14 lipca 2015 - 15:33
Ostatnio: 2 września 2019 - 11:10
  • Historii na głównej: 18 z 21
  • Punktów za historie: 4262
  • Komentarzy: 26
  • Punktów za komentarze: 81
 

#70600

(PW) ·
| Do ulubionych
Wigilia 2015. Drugi dzień świąt wypadał w sobotę, więc w wielu firmach podarowali pracownikom wolną wigilię (zgodnie z kodeksem pracy, właśnie za sobotnie święto).

Dzięki temu mogliśmy pojechać już koło południa do rodziny, żeby pomóc w przygotowaniach do wigilijnej kolacji (zawsze jest coś do roboty).

Jak z miejscowości na południe od Warszawy dostać się do miejscowości na północ od Warszawy?
Najszybciej - obwodnicą, trasą S2 (czyli można po niej jeździć szybciej niż szybko - co ważne dla historii).

Gdzieś na wysokości węzła Opacz minął mnie kierowca, który podniósł mi ciśnienie ponad normę.
Czemu podniósł? Bo minął mnie... jadąc w przeciwnym kierunku, po mojej nitce drogi!

Na szczęście w tym miejscu droga ma 3 pasy w każdą stronę. Nie było ruchu, więc jechałem skrajnym prawym pasem, grzecznie nieco ponad 100km/h.
Pan zasuwał też swoim skrajnym prawym - czyli moim skrajnym lewym! Tym co to teoretycznie dla najszybciej jadących jest zarezerwowany!
Kiedy go zobaczyłem, włosy stanęły mi dęba. Zamrugałem światłami, zatrąbiłem - może gość nie zdaje sobie sprawy, że pod prąd jedzie.
Czy zdawał sobie sprawę - nie wiem. Ale mijając mnie zauważyłem, że mi macha... :/

I teraz - co sprawia, że ludzie jadą pod prąd na autostradzie?

Przejechał zjazd swój? Nie zauważył, że na rozjeździe nie w tą uliczkę wjechał? Lubi adrenalinę?

Nie wiem. Ale co jakiś czas przewijają się informacje w mediach, że na tym kawałku drogi ktoś pod prąd jedzie. Może trzeba się przyjrzeć oznaczeniom dróg? Albo na kursach prawa jazdy uczyć ludzi więcej o jeździe po drogach szybkiego ruchu i autostradach? Bo tych, wbrew pozorom, w Polsce przybywa. A kursy uczą tylko jazdy w mieście - i potem może taka osoba myśli, że na autostradzie tak samo można zawrócić sobie?

autostrada

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 188 (202)

#70472

(PW) ·
| Do ulubionych
Przed Świętami kurierzy, poczta, InPost - bez wyjątku są zawaleni robotą. Pojawiają się ogłoszenia, że przesyłka może nie dotrzeć na czas itp.

Uzbrojony w tą wiedzę, w tym roku postanowiłem kupić prezenty wcześniej - na początku grudnia.
I tu się zaczyna historia o tym, że nadgorliwość (wcześniejsze kupowanie prezentów świątecznych) też nie popłaca...

Pech chciał, że dostawa jednej z paczek do paczkomatów zbiegła się to w czasie z mikołajkami.
I oto w czwartek, 3 grudnia, dostaję o 18:36 SMS o treści mniej więcej: "Twoja przesyłka o numerze [tutaj kilkunastoznakowy numer przesyłki] czeka do odbioru PRZY paczkomacie XYZ, dzisiaj do godziny 20"

Akurat byłem w domu, niedaleko paczkomatu - przeszedłem się. Byłem na miejscu o 18:45.
Na parkingu rzeczywiście stał samochód. Ale bez jakiegokolwiek logo InPost. Przed nim sznurek ludzi. Grzecznie staję na końcu łańcuszka. Za mną stają kolejne osoby i tak sobie czekamy. Aż nagle ktoś z przodu woła: "Proszę Państwa, proszę podejść tu bliżej, bo Pan wyczytuje po kolei nr paczek"...
(Pan wyczytywał tylko 4 ostatnie numery z tych kilkunastu).

Jak zatem cała zabawa wyglądała potem?
- samochód InPost
- obwarzanek ludzi dookoła, próbujących usłyszeć nr przesyłki
- i biedny Pan z InPost, który bawił się w sierotkę losowania loterii: "4281? Nie ma. 2375? Nie ma. 3200? Jest - zapraszam po odbiór paczki.
Loteria pełna, zabawa w bingo gratis :)
Miej człowieku pecha i przyjdź minutę po tym, jak wyczytają Twój numer przesyłki. Czekasz, aż cała runda przeleci...

Skąd takie rozwiązanie? Z przeciążonego Paczkomatu.
Dlaczego wyczytywanie paczek, a nie jakoś po kolei? Bo w samochodzie paczki leżały w bliżej nieokreślonym bałaganie (podczas transportu chyba wszystkie się poprzewracały). Wg słów Pana z Inpost - było ich ponad 100. Więc i tak, szukając Twojej, musiałby przejrzeć wszystkie. To stwierdził, że będzie wyczytywał (w sumie nie głupie, jak się nad tym zastanowić).

Ostatecznie paczkę dostałem po pół godziny zabawy w takiego totolotka.
Zastanawiam się tylko, co by się stało, jak bym do 20 nie dał rady odebrać? Mogłem być gdziekolwiek, w innym mieście, na zajęciach. Ale na to pytanie mi Pan nie odpowiedział, zajęty czytaniem kolejnych numerków w bingo...

Był plus takiego sposobu odbioru - kolejka integrowała się niemal jak za czasów jedynie słusznie minionych :) Poniżej kilka przygód z tych 30 minut:

Jedna osoba, która była przede mną w kolejce, wciąż na swoją przesyłkę czekała.
Inna osoba przyszła i za chwilę usłyszała swój numer, odebrała szczęśliwa. Kolejka zgodnie stwierdziła, że powinna zagrać w totka :)

Jeden czekał na dwie paczki - jedną szybko dostał. Na drugą jeszcze musiał poczekać...

Przy okazji kilka osób przyjechało samochodami (paczkomat wybitnie "po drodze do domu", więc wracając z pracy ludzie podjeżdżają. Wąska dróżka dojazdowa. Kilka butików przy niej. Po chwili nie dało się wjechać ani wyjechać. Jakiś chłopak podszedł do samochodu, rozejrzał się i zwątpił... Kompletnie zastawione wszystko, bo każdy czeka na paczkę...

A już szczytem było, jak jeden gość wylosował swoją paczkę. Ale miał... za pobraniem. Kurier podszedł z nim do paczkomatu, wsadził paczkę do paczkomatu, a następnie człowiek musiał czekać na SMS, żeby paczkę odebrać. Śmiać się, czy płakać?

PS Żeby nie było, że demonizuję, mogłem kupić gdzie indziej, nie kupić przez inPost, wybrać pocztę itp.
InPost lubię, podoba mi się model biznesowy, pewnie wciąż będę kupował w ten sposób (o ile nie będzie innej tańszej opcji dostawy). Wiem, że w dużych miastach przed gorącym okresem wybiera się np 3 paczkomaty, a paczka będzie dostarczona do jednego z nich. Ja nie mam tej możliwości :/ A po gorącym okresie mikołajek, kolejne paczki już normalnie z paczkomatu odbierałem, a nie z samochodu :)

paczkomaty inPost

Skomentuj (22) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 196 (244)
zarchiwizowany

#70796

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Lat temu kilkanaście byłem na wymianie studenckiej w Irlandii. Było to już po naszym wstąpieniu do Unii, zatem na miejscu było już sporo Polaków. Ale, o dziwo, ta historia nie będzie o Polakach w Irlandii, a o dziwacznych zwyczajach żywieniowo-zabawowych, jakie prezentują sami Irlandczycy.

1. Stypendium Erasmus nie pokrywało, niestety, nawet kosztów wynajmu akademika. Na szczęście, udało mi się znaleźć pracę. Na stacji benzynowej, która posiadała też kącik jedzeniowy (robienie kanapek, zupa dnia, jakieś kurczaki na gorąco itp.). Nie wnikam, czy ktoś chciał kanapkę z white-pudding (coś w rodzaju kaszanki, tylko białe - dla mnie mdłe i niesmaczne), czy chciał do jedzenia hash-brown (jakaś taka trójkątna frytka). Ale rozbroił mnie człowiek, który poprosił o kanapkę z... frytkami. I tak oto otrzymał sporej wielkości podłużną bułkę (tzw. roll), ciasno wypchaną frytkami. Polał to sobie sosem BBQ :)
roll z frytkami

2. Jedzenie typu fast-food. Na każdym rogu, czynne o każdej porze. Niby nic nie zwykłego - sytuacja jak w większości zachodnich (a i polskich również) miejscowości. Ale zachowanie irlandzkiej "młodzieży" - masakra! Ulubioną rozrywką Irlandczyków, zwłaszcza jak sobie nieco popiją (chociaż nie było to czynnikiem koniecznym), jest zdaje się rzucanie jedzeniem. Siedzę któregoś razu w ichniej odmianie KFC, przy stolikach obok siedzą dwie wyraźne grupki (jedna - młodzi przedstawiciele płci brzydszej, druga - przedstawiciele płci z nazwy tej piękniejszej). Nagle od stolika męskiego leci w kierunku damskiego pojedyncza frytka. Potem druga. Potem leci frytka z rewizytą, w stroę stolika męskiego. Po chwili w lokalu była regularna wojna na frytki, skrzydełka i sosy do kurczaka. A myślałem, że takie sceny tylko na amerykańskich filmach.
Po zużyciu całej amunicji z talerzy, młodzież kulturalnie opuściła lokal. A pracownik, nawet bez specjalnego zdziwienia, raczej ze zrezygnowaniem na twarzy, wziął się do sprzątania placu boju...

3. Picie. Napojów procentowych w każdej ilości i pod każdą postacią.
- Kiedy tam dotarłem, od kilku lat obowiązywał już limit promili niepozwalający na legalne prowadzenie alkoholu. Nie uświadczyłem osobiście fazy wejścia w życie tego przepisu, ale słyszałem z opowieści, jak wielkie było oburzenie społeczne na nowe prawo. Bo przecież, jeżeli jakiś Irlandczyk od 30 lat już codziennie przychodził tutaj, do tego pubu, żeby napić się Guiness'a lub Murphy'ego, to jak to tak. To teraz on nie będzie mógł się pinty piwa napić, albo dwóch, i pojechać do domu?
- Kolejnym prawem w Irlanii był limit czasowy na sprzedaż alkoholu. W pubach była to podaj godzina 23, w klubach nocnych/dyskotekach - jakoś koło 2 czy 3 rano. Po co tak? Otóż przeciętny Irlandczyk nawet potrafił skojarzyć, że jest w pubie, jest pijany, więc do domu musi wrócić taksówką. Tylko, że ten sam Irlandczyk, kiedy skończył pić o 4, wrócił taksówką, przespał się 3h w domu - po wstaniu i prysznicu stwierdzał, że przecież już wytrzeźwiał (3h drzemka w domu = wytrzeźwienie) i może do pracy/szkoły pojechać samochodem...
- Któregoś razu postanowiłem pójść na studencką imprezę, organizowaną przez Samorząd Studentów uczelni, na której studiowałem. Impreza od 20. Ze znajomymi umówiliśmy się zatem na 20 u nich w mieszkaniu, żeby kulturalnie wypić po drinku i o 21 zameldowaliśmy się na zabawie. W sumie, to zabawa już się kończyła:/ Pijana śmietanka irlandzkiej młodzieży dogorywała pod ścianami, na parkiecie bawili się głównie studenci z wymiany. Okazało się, że Irlandczycy też mieli swojego "biforka". Tylko ich zaczął się długo przed 20 i był bardziej intensywny, niż nasz...
- W ogóle, imprezy Irlandczyków organizowane są w czwartki. Bo w piątki każdy wraca do domu na weekend. Więc w czwartek picie jest na potęgę. A po alkoholu, różne głupie pomysły przychodzą do głowy. Darcie się na cały głos, włączanie alarmu przeciwpożarowego w akademiku (byłem jedyną osobą, która na dźwięk alarmu wyszła z pokoju w ogóle). W piątki o 9 rano miałem obowiązkowe ćwiczenia, więc razu pewnego po imprezie wracałem do siebie przed 7 rano, żeby się przebrać przed zajęciami. Na ulicach byłem tylko ja - i osoby sprzątające po nocnych wybrykach. Na ulicy było wszystko - wymioty, pojedyncze buty, koszulki, kurtki, zużyte prezerwatywy, majtki...

Słowem - działo się. I pewnie wciąż się dzieje - bo problem alkoholowy jest jednym z poważniejszych na wyspach - tak w Irlandii, jak i w Wielkiej Brytanii.

Irlandia

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (155)

#70415

(PW) ·
| Do ulubionych
W tym roku Święta spędzaliśmy z rodziną żony. W innej miejscowości, oddalonej od naszej o ponad 50km.
W Wigilię młody zaczął mieć gorączkę. Ale że w przypadku takich dzieciaków (mniej niż rok życia) może to być wynikiem kilkudziesięciu potencjalnych przyczyn, zatem tylko podaliśmy leki na zbicie gorączki i czekamy. Nie miał innych objawów, więc nie jechaliśmy do lekarza.
Dodatkowo, w święta działają tylko tzw. Nocne Pomoce Lekarskie, więc nie chcieliśmy z nim czekać w kolejce. No i Wigilia, chcieliśmy spędzić ją rodzinnie, a nie w poczekalni.

Noc z Wigilii na pierwszy dzień świąt - nieprzespana. Pojawił się katar, problemy z oddychaniem (bo zatkany nos), znowu gorączka, kaszel. Decyzja - no nic, jedziemy jednak na NPL.

Inna miejscowość, inny powiat, inna NPL niż ta, gdzie byliśmy do tej pory.

I się zaczęło...
Przyjechaliśmy ok 9 rano.
Pierwsze kroki do rejestracji:
- Dzień dobry, dziecko gorączkuje, chcemy skonsultować się z lekarzem.
- Dzień dobry. Poproszę nr PESEL.

SZLAG! I wtedy sobie zdaliśmy sprawę, że książeczka dziecka została w domu (nie braliśmy do teściów). W naszych dokumentach - jak na złość nie zapisane. Próbuję zdalnie zalogować się do systemu prywatnej opieki medycznej, żeby sprawdzić - nie mogę. Prawo Murphy'ego jednym słowem.

- No, niestety, proszę Pani, nie możemy znaleźć.
- Jak nie ma PESEL, to nie mogę zarejestrować.
- Ale ja i żona jesteśmy ubezpieczeni, dziecko jest do nas dopisane w NFZ i ubezpieczone, proszę sprawdzić w systemie.

Kobieta coś grzebie, grzebie w komputerze i po jakimś czasie znowu - nie ma PESEL, to nie da się sprawdzić.

- No ale jak się nie da, jak się da.
Wreszcie się przyznała:
- Ja nie znam dobrze obsługi systemu i nie potrafię znaleźć i sprawdzić.

No, to już znamy przyczynę owego "nie da się". Pani nie wie, jak sprawdzić.
- A czy ktoś potrafi obsłużyć system?
- Tak, koleżanka.
- Może Pani poprosić koleżankę?
- Nie ma jej.
- A gdzie jest?
- Jeździ zastrzyki robić chorym.
- Kiedy będzie?
- Nie wiadomo?
Nie wytrzymałem. Mój wewnętrzny chochlik kazał mi powiedzieć:
- A nie mogła Pani pojechać robić zastrzyków, a Pani koleżanka, jako bardziej biegła w obsłudze systemu, zostać?

Ciągniemy temat dalej zatem:
- Czyli Pani nie zarejestruje mojego dziecka do lekarza?
- Nie ma PESEL, to nie zarejestruję.
- To ja poproszę, żeby mi Pani napisała, że odmawia Pani przyjęcia dziecka z powodu nieposiadania PESEL.
- To może Pan to napisać i mi zostawić, a ja przekażę.
- Proszę Pani, to nie ja chcę zostawić. Chcę, żeby mi to Pani dała, a ja z tym dalej pójdę.
- Ja Panu nic nie dam.
- To ja stąd nie wyjdę bez tego oświadczenia, albo bez przebadania dziecka.
- To może Pan bez zarejestrowania wejść. Ale wtedy będą leki bez refundacji.
- O, czyli można jednak!

Tym oto sposobem okazało się, że od "nie da się" przeszliśmy do "da się".
Pani zebrała ode mnie informacje o imieniu i nazwisku dziecka, o przychodni, gdzie jest lekarz pierwszego kontaktu, o miejscu zamieszkania. Spisała to na kartce i zaniosła do gabinetu lekarza.

Po drodze jeszcze tylko dodała:
- Proszę Pana, święta są, a Pan awanturuje się.
A ja to dla przyjemności byłem tam, prawda? Bo tak lubię sobie pojeździć po izbach przyjęć.

Potem było już z górki. Lekarz, antybiotyk, apteka całodobowa i reszta świąt w oparach inhalatorów, antybiotyków, probiotyków i innych. A na stole w kuchni, obok świątecznych dań, cała plejada leków...

Piekielnych osób w historii jest kilka.
Pierwszą osobą jestem ja. Z pewnością tak. Bo się nie dałem odbić i wymusiłem przyjęcie dziecka do lekarza.
Chciałem potem nawet Panią przeprosić za podniesiony głos. Ale akurat zniknęła gdzieś i nie było jej w rejestracji.

Drugą - jendak będę twierdził, że Pani z rejestracji. Bo dyżur w święta miała chyba za karę. Nic jej się nie chciało.
Gdyby od razu powiedziała, że mogę wejść bez rejestracji (ok, recepta wtedy nie była refundowana, bo bez PESEL, tylko z datą urodzenia), nie byłoby całej afery.

PS. Tak mi zależało na wizycie, ponieważ jechanie do domu i potem do najbliższego lekarza oznaczało min 2h kolejne w drodze (od teściów do lekarza jechałem w kierunku "nie do domu". Taka NPL jest jedna na powiat zazwyczaj).
Dodatkowo, akurat nikt za mną nie czekał, więc nawet specjalnie nie wstrzymywałem kolejki.

przychodnia nocna pomoc lekarska

Skomentuj (76) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 198 (268)

#70074

(PW) ·
| Do ulubionych
Wczoraj PKP (wszystkie spółki-córki i pociotki) zmieniły rozkłady jazdy pociągów. Nowe wisiały już od kilku dni/tygodni. Więc teoretycznie nie powinno być zaskoczenia (teoretycznie - kwestia opóźnień pociagów to temat na osobną historię).

Pociąg dzisiaj był opóźniony o niemal godzinę, skutkiem czego zebrał po drodze więcej osób, niż zwykle (zazwyczaj te osoby wsiadają do 2-3 pociągów - teraz wszystkie wsiadły do jednego).
Na stacji Warszawa Śródmieście wylewa się rzeka ludzi i brnie do wyjścia. Wszyscy w pośpiechu, spóźnieni do pracy.
Ja - w tym tłumie, grzecznie postępujący razem z innymi.

Z daleka zauważyłem JĄ. Starsza Pani, z uwagą czytająca rozkład jazdy, znajdujący się w zamykanej gablocie.
Gablota w rodzaju miejsc na plakaty - aby wymienić zawartość trzeba "odblokować" boki, zdjąć przezroczystą taflę jakiegoś plastiku, wyjąć stare kartki/plakaty, włożyć nowe, przykryć, zamknąć profile boczne. Mam nadzieję, że kojarzycie, o co mi chodzi. Nie robiąc nikomu reklamy - coś w rodzaju: http://www.gabloty24.pl/gabloty_J_S.html
Ważne - że nie była zamknięta żadną kłódką itp.

Wracamy do akcji głównej.
Pani czyta rozkład, czyta, nagle sięga do tych bocznych profili i je otwiera. Odgina przezroczystą warstwę i sięga po rozkład. Ponieważ był on jakoś przyklejony, musiała go oderwać. I jakby nic, zabiera sobie rozkład.

Zdębiałem, aż mnie zamurowało. Na krótko, bo byłem popchnięty przez osobę z tyłu i musiałem iść dalej, żeby nie być zadeptanym.

Rozumiem, że nie każdy ma Internet, żeby sprawdzić godziny odjazdów. Że może ma słaby wzrok, albo szyba była brudna - i nie widziała godzin.
Ale to można do kas podejść. Pewnie nawet coś wydrukują tam (mam przynajmniej taką nadzieję).
Ale żeby tak zabierać rozkład?

Pani gratuluję! Ma Pani teraz rozkład. A inne osoby go nie mają i mieć nie będą, dopóki ktoś nie zorientuje się, że brakuje go w gablocie!

PKP rozkład jazdy

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 324 (360)

#67622

(PW) ·
| Do ulubionych
Z piekielności, jakie czekają nas nad rzeką – ciąg dalszy.

Butelki, słoiki i wszelkiej maści szkło inne, potłuczone.
Nie wiem, czemu, ale dla niektórych osób wypicie piwa nad wodą (co samo w sobie nie jest złe) i WRZUCENIE BUTELKI (najlepiej rozbitej) DO WODY – to chyba największa przyjemność i najlepsza rozrywka!

Potem mamy pod mostkami, przy pomostach, przy biwakach, na plażach – pełno potłuczonego szkła i aż strach nogę postawić przy wsiadaniu/wysiadaniu z kajaka. Sam sobie raz rozciąłem nogę w ten sposób – kiedy wchodziłem do kajaka na terenie STRZEŻONEJ plaży w jednej z wypoczynkowych miejscowości. W tym samym miejscu, kilka metrów dalej, kąpały się też małe dzieci – szczęśliwie, że one na żadną rozbitą butelkę nie trafiły.

Uczulam zatem – do wody wchodźcie zawsze w jakimś obuwiu. Czy to butach do pływania (w rodzaju tych, co na południu Europy wszyscy noszą, żeby na jeżowcach nie stanąć gołą nogą), czy też w sandałach, starych trampkach (na kajaki sprawdzają się doskonale).

kajak butelki spływ plaża

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 220 (250)

#67620

(PW) ·
| Do ulubionych
Płynęliśmy kajakami jedną z rzek północno-wschodniej Polski (nazwy, niestety, sobie nie przypomnę). Spora grupa, ponad 20 osób. Kilkanaście kajaków (pojedyncze i podwójne). Rzeka łatwa, pogoda ładna – zatem leniwie sobie pokonywaliśmy kolejne kilometry rzeki, rozciągnięci na sporym jej odcinku (między pierwszą a ostatnią osadą było dobre kilkadziesiąt minut różnicy – mnożąc to przez prędkość nurtu – kilka kilometrów).

Dopływamy do jakiejś miejscowości (wioska/małe miasteczko). Przez rzeczkę przerzucony mostek (poziom drogi był tak ze 2-3 metry nad poziomem wody). Na mostku stoi sobie gromadka dzieciaków. Słowem - sielski widok. Z daleka już dzieciaki do nas machają, wołają dzień dobry. My im odpowiadamy tym samym, uśmiechy – sielanki ciąg dalszy.

Płynąłem pierwszym kajakiem. Ledwo się schowałem pod mostkiem, kiedy usłyszałem dość głośny plusk. W pierwszej chwili pomyślałem, że jakaś ryba wyskoczyła z wody i to było przyczyną dźwięku. Ale chwilę potem usłyszałem za sobą krzyki innych uczestników spływu, w rodzaju:
- Ej, no co Wy?!
- Zgłupieliście?!
- Co Wy wyprawiacie?!
Poszło też parę wyrażeń pochodzenia łacińsko-podwórkowego...

Okazało się, że dzieciaki sobie urządziły zabawę – rzucały kamieniami w przepływających pod mostem kajakarzy. I nie były to małe kamyczki – niektóre były całkiem solidnej wielkości brukiem (wyrwanym pewnie z nawierzchni drogi na mostku).

Zaraz przy moście nie było jak się zatrzymać i wyjść (brzeg na to nie pozwalał). Ale nie można tego było tak zostawić – nam się nic nie stało, ale za nami płynęła jeszcze spora część naszej grupy! Po kilkudziesięciu metrach znaleźliśmy dogodne miejsce na brzegu, wysiedliśmy i podeszliśmy do dzieciaków (żeby nie nazwać ich teraz gorzej). Kolega, słusznej postury, złapał dwóch za kark – i nie skłamię mówiąc, że podniósł ich o parę centymetrów do góry. Ogólnie opierdzieliliśmy ich i pogoniliśmy, płaczących, z mostu. Poczekaliśmy, aż reszta grupy przepłynie i dopiero wróciliśmy do kajaków i popłynęliśmy dalej.

Pewnie szczęśliwie dla nas, smarkacze nie wrócili na most z rodzicami i nikt nie chciał nam tłumaczyć, że ich dzieci nie wolno krzywdzić.
Szczęśliwie też, dzieciarnia w nikogo nie trafiła. Choć trafiali w burty kajaków, to na szczęście nie w ludzi. I bez uszkodzenia sprzętu (nie licząc rys, ale dziur i przecieków nie spowodowali).

Opisywana historia miała miejsce na jednej z bardziej uczęszczanych rzek w Polsce. I, niestety, ale taka zabawa, w rzucanie czym popadnie w przepływające kajaki, w wielu innych miejscach też mnie spotkała - takie hobby okolicznych mieszkańców :/

kajak spływ most kamienie

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 528 (548)

#67465

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia http://piekielni.pl/67340 przypomniała mi inną, również o stosunku pracowników do pracy.

Znajomy jest kierownikiem w zakładzie produkcyjnym. Nie jest w zarządzie, ale jednak odpowiada za jakąś grupę osób, organizuje im pracę, wypełnia karty pracy, akceptuje zestawienia godzin pracy itp.

Historia właściwa:
Jakiś rok temu do pracy przyszedł chłopak – młody, dwadzieścia parę lat. Chwilę popracował i poszedł na zwolnienie. Długo na tym zwolnieniu był – rok prawie. Tylko kolejne zwolnienia dosyłał do firmy. Dosyłał, bo tak był chory, że musiał się biedaczek kurować a to nad morzem, a to w górach – i nie miał jak sam podejść do firmy. Słowem: woził się po całym kraju i bumelował przez rok, pobierając sobie zasiłek chorobowy. A że powodem zasiłku były papiery od „lekarza od głowy” (bynajmniej nie neurologa), to i płatne było 100%. Pracodawcy śmiał się w twarz.

Ale przyszła kryska na Matyska. Po roku musiał się do pracy zgłosić. Zadzwonił i zaproponował, że „może by go tak pracodawca zwolnił”? Bo jak by go zwolnili, to by się chłopaczyna mógł od razu o zasiłek z ZUS starać (zdaje się, specjalistą od prawa pracy i zasiłków nie jestem, że jak sam się zwolni to mu to prawo nie przysługuje).
Ale tutaj znajomy postanowił być jednak miły dla kogoś, kto taki schorowany był. I oczywiście, zaprasza go do pracy, czeka z otwartymi ramionami.

I tutaj ZONK – po rocznej nieobecności chłopaczyna musi zrobić sobie badania lekarskie znowu. Bez nich nie może podjąć pracy. Pierwszy dzień – nie ma badań. Drugi – podobnie. Tak samo trzeci. Cóż, zwolniony dyscyplinarnie za porzucenie pracy. Zasiłku za taki powód zwolnienia nie dają...

A wiecie, co jest najgorsze?
Że zapewne w opinii wielu osób piekielnym to wydaje się ów mój znajomy - bo jak to tak, nie chciał człowiekowi pomóc w zdobyciu zasiłku (jak by go zwolnił), tylko tak go potraktował...

praca zasiłek chorobowy pracodawca bumelant

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 428 (508)
zarchiwizowany

#67541

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Wakacje spędzałem zawsze u dziadków na wsi.

Tytułem notki kartograficzno-botanicznej: od domu moich dziadków prowadziła droga w kierunku niedalekiego lasu. W lesie były jagody, jeżyny, grzyby – słowem wszystko to, co się z chęcią zbierało w okresie letnio-jesiennym. Drogą należało przejść kilometr prosto, po czym należało skręcić w bok, przejść jakieś 300 kolejnych metrów do miedzy i dopiero miedzą dojść do lasu (jakieś 50 metrów). Powód tego wymuszonego skrętu to czyjeś pole, które leżało pod samym lasem. Czyli „już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską”, las był na wyciągnięcie ręki te 50 metrów od nas, ale musieliśmy obejść to pole.

Wpojono nam, żebyśmy za nic w świecie nie próbowali przez pole przechodzić na przełaj i zawsze je obchodzili. W sumie ma to sens, kiedy na polu rośnie zboże – szkoda obtłuc kłosy (a późny lipiec i sierpień to już dojrzałe kłosy). Ale na tym polu odkąd pamiętam zawsze była „tylko” trawa. OK, ja rozumiem, że też nie należy deptać trawy (bo potem krowa mniej chętnie to je podobno). No i w sumie czyjaś własność rzecz święta. No, grzeczne dzieciaki byliśmy, więc jako rzekłem, obchodziliśmy pole dookoła.

Któregoś roku akurat owo pole było świeżo skoszone. Czyli trawa niziutka, wszystko na polu widać, nie ma czego podeptać, bo siano zwiezione z pola. No, to spróbujmy jednak przejść przez pole. Wchodzimy. Daliśmy kilka kroków i… poczuliśmy się jak na polu minowym!

Okazało się (trawa niska, więc widać było), że na polu leżą porozkładane deski. Całe nabite gwoździami. I te gwoździe sterczały w górę.

Niczym zawodowi traperzy wróciliśmy się po własnych śladach na skraj pola. Jakoś nie chciało nam się wtedy już tego dnia iść do lasu (niemal nabiliśmy się na gwoździe), wróciliśmy do domu. W domu okazało się, że dorośli wiedzieli o tych niespodziankach czających się na polu. I dlatego zawsze nas uczulali, żebyśmy przez nie nie przechodzili.

Ale jakim trzeba być człowiekiem, żeby w imię – no właśnie, czego? W imię prawa własności? Niemniej, żeby w tym celu pole „minować” pułapkami rodem jak z Wietkongu?

wakacje wieś pole pułapka

Skomentuj (37) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 22 (266)

#67419

(PW) ·
| Do ulubionych
Kilka historii z życia warszawskiej Sadyby.
Co ważne dla historii - średnia wieku na osiedlu oscyluje gdzieś w okolicach lat 70. Ot, po prostu w jedynie słusznym okresie był przydział mieszkań. Odchowane dzieci wyfrunęły z rodzinnego gniazda. A starsi rodzice pozostawali...
Z jednej strony cisza, spokój, sporo zieleni, dobry dojazd. Z drugiej - no właśnie. Drugą stronę opisują poniższe historie.

1. Zwierzęta. Ja nic nie mam do zwierząt - sam mam psa. Ale - po zwierzęciu należy sprzątać! Psy kazdy wyprowadza na smyczy, to i łatwo zaobserwować, kiedy pupil się załatwia. Sprzątnąć. A jak to jest z kotami? Te każdy po prostu wypuszczał - same się wyprowadzały. I tu zaczyna się piekielność. Na klatce był kocur - wredny co niemiara. I jakoś się zdarzyło, że nie przepadał za moim psem. Skutkiem tego co kilka dni musiałem myć drzwi do domu. Kocur po prostu notorycznie robił mi na drzwi. Nie na wycieraczkę. Nie na podłogę jakoś. On odlewał się na pół metra w górę! Do tej pory nie wiem, jak – do góry nogami stawał, żeby wyżej zadrzeć dupsko i wyżej nalać?

2. Miejsca parkingowe. Tudzież – ich brak. Jest parking „społecznie strzeżony”. Na czym polega ten dziwny twór? Otóż raz na miesiąc (tak mniej więcej wypada) każdy ze szczęśliwych posiadaczy miejsca parkingowego powinien pół nocy pilnować. Losowo – albo pierwsze pół nocy, albo drugie pół nocy. Emerytom może to nie przeszkadza. Ale już mi niekoniecznie się uśmiecha stać do 2 rano na parkingu i patrzeć, czy czasem ktoś się do samochodu czyjegoś nie włamuje. Zwłaszcza, jeżeli potem trzeba o 6 wstać i do pracy pojechać. Można się wykupić – znaczy, wynająć sobie emeryta, żeby postał za nas. Cena – jakieś 30 zł za te pół nocy. Emeryt ma czas, w nocy sobie postoi i poplotkuje (stoi się zawsze w dwie osoby). Ale że emerycie też na zdrowiu podupadają, to ciężko znaleźć takich, co postoją. Pomyślałem sobie – wynajmijmy ochronę. 4 osoby na noc, każda po 30 zł płacąca za „stacza” – daje 120 zł za noc. 30 nocy w miesiącu – 3600zł. Może nie jakieś kokosy, ale miałem nadzieję, że za tą cenę kogoś do stróżówki znajdziemy (ot, choćby innego emeryta, ale na legalnej umowie). Czy by mój pomysł wypalił – nie wiem. Nie spodobał się innym użytkownikom parkingu. Określono mnie, że tylko ja problemy robię. Inni grzecznie stoją jak jest ich kolej. Na szczęście znalazłem kogoś do stania za mnie.

3. Obgadywanie i permanentna inwigilacja. Typowym zajęciem emeryta na Sadybie... jest brak jakiegokolwiek zajęcia. Stoi zatem taki całe dnie na dworze i obserwuje. Gdzie kto idzie, z kim idzie, o której idzie... Lepsze niż ochrona? Niestety – nie. Jak chcieli ukraść opony z piwnicy, to i tak ukradli.

4. I na koniec perełka. Do mieszkania na parterze wprowadziła się młoda dziewczyna. Wysoka, atrakcyjna. Ale miała, w odczuciu lokalnych babć, jedna wadę – wychodziła z domu na całe noce. A jak wiadomo, jak na całe noce znika, to coś się na pewno dzieje. Dałem się naciągnąć na te spiskowania i zastanawianie się, czym się zajmuje – obstawiałem krupierkę w kasynie albo barmankę? Ale to propozycja innego zawodu zyskała największą popularność w środowisku moherowym.
Dziewczyna wzięła sobie psa – doga. Duży pies, szybko rośnie. A jak rośnie, to wyje z bólu – taki urok wątpliwy tej rasy. Wychodziła na noc, pies zostawał sam – wył. Przyznać trzeba, wątpliwa atrakcja dla sąsiadów.

Ale to nie dziewczyna piekielnością się wykazała.
Którejś nocy budzi mnie domofon – na zegarku po północy. Zwlekam się z łóżka i dobiegam do domofonu:
(J)a: Tak?
(M)oher na dole: Dzień dobry, czy to u Pana wyje ten pies?
J: Proszę Pani, u mnie żaden pies nie wyje.
M: Ale przecież słyszę go.
J: Ale nie u mnie.
M: Ale może Pan wie, u kogo?
J: Nie, proszę Pani, ja nic nie słyszę, dobranoc.
Koniec historii? O nie! Ledwo wróciłem do łóżka – znowu domofon!
J: Halo! (już mniej grzecznie)
M: Ale Pan mi musi powiedzieć, u kogo on wyje.
J: Proszę Pani, nic nie muszę Pani mówić.
M: Musi mi Pan powiedzieć. Bo ja nie wiem, pod jaki adres wezwać policję.
J: Proszę Pani, ja nie wiem, jaki to numer mieszkania.
M: Ale Pan musi wiedzieć, gdzie mieszka TA CO TAŃCZY NA RURZE!
Dalej powiedziałem Pani, co o niej myślę i żeby więcej nie dzwoniła. Nie dzwoniła – jej szczęście. Tak, byłem niemiły, nie pomogłem.

No i jakim trzeba być człowiekiem, żeby budzić człowieka po północy i o to pytać? Dodam tylko, że pies mieszkał w mieszkaniu na parterze. W każdej klatce było 10 mieszkań – i szło to po kolei od dołu. Siłą rzeczy pies był albo w mieszkaniu X1, albo X2. Ja mieszkałem na trzecim piętrze – w mieszkaniu X7 lub X8. Ale co tam – dzwonimy do ludzi na trzecim piętrze, może się uda na parter dodzwonić.

PS. Do tej pory nie wiem, czy dziewczyna (swoją drogą bardzo sympatyczna, kilka razy zagadaliśmy) wiedziała, co o niej mówią. Że tańczy na rurze w klubie itp.

blok moher

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (318)