Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

MademoiselleInconnue

Zamieszcza historie od: 16 czerwca 2011 - 14:55
Ostatnio: 4 września 2014 - 9:26
O sobie:

Studentka romanistyki.

  • Historii na głównej: 17 z 20
  • Punktów za historie: 11159
  • Komentarzy: 131
  • Punktów za komentarze: 1388
 

#61775

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Obserwuję ostatnio ładny trend panujący pośród nowożeńców: chodzi o to, że para młoda prosi w zaproszeniach o kupowanie w ramach prezentu ślubnego zabawek i przyborów szkolnych dla dzieci z biednych rodzin. Tak też zażyczyła sobie z okazji swego ślubu była uczennica mojej mamy.

Jakiś czas po uroczystości zadzwoniła i poprosiła mamę, by to ona zajęła się rozdawaniem prezentów, bo jest osobą godną zaufania i na pewno zna potrzebujące rodziny (mama jest nauczycielką w klasach 1-3 w szkole położonej w mocno patologicznej dzielnicy). Mama się zgodziła.

Dziewczyna przywiozła mamie fanty do szkoły. Karton był pełen nowych zabawek, przyborów szkolnych i pięknie wydanych książek z bajkami. Te ostatnie wzbudziły zainteresowanie innej nauczycielki obecnej przy rozpakowywaniu pudła.
- To też chcesz oddać? - spytała. - Ja bym sobie zostawiła na nagrody.*
- No widzisz, kochana - odparła mama. - I chyba właśnie dlatego o rozdanie tego wszystkiego potrzebującym poproszono mnie.


*nagrody w konkursach klasowych. Nauczyciel kupuje je zawsze za pieniądze z "klasowego budżetu", czyli składek rodziców z początku roku.

szkoła

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 865 (913)

#61481

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moja koleżanka nauczycielka miała w ubiegłym roku szkolnym problemy w pracy. Jedna z mam napisała na nią skargę do dyrekcji.

Skarga dotyczyła rozmowy koleżanki z ojcem dziecka, z którym piekielna się rozwiodła. Ojciec nie ma odebranych praw rodzicielskich, zatem wg prawa należy mu udzielać wszelkich informacji na temat jego dziecka. Piekielna jednak nie może tego pojąć. Stwierdziła, że sobie tego nie życzy i że ma być tak, jak ona powie. Postraszyła sądem.

Dyrekcja była jednak po stronie koleżanki (prawo zresztą też). Mamuśka dostała szału. Oczekiwała od dyrekcji surowego ukarania nauczycielki, może nawet zwolnienia. Rzuciła złowieszczo, że ona tak tego nie zostawi i wyszła.

Jej następnym krokiem było napisanie skargi do kuratorium oświaty.

Finał tej sprawy na pewno nie będzie zgodny z oczekiwaniami piekielnej, bo prawo jednoznacznie jest po stronie koleżanki (denerwowała się tym wszystkim tak bardzo, że poszła nawet upewniać się u prawnika). Szkoda tylko, że nigdy nie pojmie, ile zdrowia napsuje jednej zarabiającej grosze kobiecie...

szkoła

Skomentuj (60) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 513 (653)

#61472

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Śmierć odnalazła w końcu naszą rodzinę i zabrała nam niedawno jednego z domowników. W związku z tym zapoznaliśmy się na świeżo z działalnością domów pogrzebowych i zwyczajami towarzyszącymi pochówkowi. Są chyba głupsze niż piekielne, jednak warte przytoczenia:

1) Zakłady pogrzebowe chcą zarobić na wszystkim. "Czy zmarły posiada swój różaniec i książeczkę do nabożeństwa?", pyta pani z pogrzebowego. Mówimy, że posiada, ale do trumny nie damy, bo po co. Modlić się przecież już nie będzie. "To my damy swoje", oświadcza radośnie pani. Protestujemy, mówiąc wyraźnie, że sobie nie życzymy, bo zwłoki ściskające dewocjonalia po prostu wyglądają dla nas groteskowo. No dobrze...

2) Czy wiecie jaki jest kolejny niezbędny element wyposażenia nieboszczyka? Chusteczka. "Ale do czego ta chusteczka?", pytamy. "No do kieszeni". "Aha, to podziękujemy..."

3) Informujemy panią, że zmarły całe życie nosił okulary i chcielibyśmy mu je założyć przed wystawieniem ciała, bo bez nich będzie dla wielu ludzi nie do poznania. "Nie, nie, nieboszczykom się okularów nie zakłada. Jeśli zmarły nosił okulary, to wkłada się je do trumny, pod poduszkę." Do teraz nie widzę w tym logiki, zrobiliśmy po swojemu.

4) W dzień pogrzebu zetknęliśmy się niestety z drobną, bo drobną, ale jednak dość piekielną pomyłką. Nazwisko zmarłego kończyło się na "a" i chyba w związku z tym na tabliczce zamiast "żył", widniało "żyła". Na szczęście tabliczka czarna, więc w ruch poszedł czarny marker i błąd szybko zniknął. Pewien niesmak jednak pozostał, pewnych rzeczy należało dopilnować...

zakład pogrzebowy

Skomentuj (91) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 503 (631)

#60546

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Historia powinna zaciekawić podróżujących pociągami przez Warszawę.

Podczas postoju na Warszawie Centralnej może się zdarzyć, że do waszego przedziału zajrzy typ proszący o niewielką sumę pieniędzy. Dokładnie 4 złote, które brakło mu do biletu. A bilet właśnie miał kupić u konduktora, bo jedzie do domu do Krakowa. Facet jest wysoki, w średnim wieku, z plecakiem na ramieniu, nie wyróżnia się absolutnie niczym.

Po raz pierwszy natknęłam się na niego w zeszłym tygodniu i przyznam, że gdyby nie fakt, że nie miałam drobnych, pewnie bym go "poratowała".

Jakie było moje zdumienie, kiedy dwa dni temu natknęłam się na niego znowu. Znów zbierał na bilet. Znów brakowało mu 4 złotych. I znów jechał do domu. Tylko że dom przeniósł mu się raptem do... Sopotu.

naciągacze

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 426 (472)
Ostatnio zaczęłam regularnie jeździć pociągami. Jak dotąd, wbrew temu, co zwykło się słyszeć, nie zdarzyło mi się być ani uczestnikiem, ani świadkiem piekielnej sytuacji. Aż do ostatniej podróży.

Na jednej ze stacji wsiadła starsza para "niedzielnych podróżnych". Na pewno każdy z Was spotkał się z tym typem człowieka. Niedzielny podróżny to taki, który ma najczęściej do pokonania niewielką odległość, ale robi wokół siebie tyle zamieszania, jakby wybierał się co najmniej na drugi koniec świata. Ma zawsze nieporęczną walizę, głośno narzeka i obowiązkowo, zaraz po zajęciu miejsca, wyciąga śmierdzące kanapki (i jajko na twardo).

Piekielna para, chyba małżeństwo, odnalazła swoje miejsca i zdążyła już zacząć konsumować swoje kanapki, kiedy podeszła do nich pewna kobieta.

- Przepraszam, to chyba moje miejsce - powiedziała grzecznie.
Facet spojrzał na nią spode łba, przeżuł to, co miał w ustach i odparł:
- Wie pani, my się tu nie będziemy teraz ze wszystkim zabierać.
- Ale ja zapłaciłam za to miejsce! - Babka była w szoku i wyjęła na dowód bilet.
- Ale my też zapłaciliśmy za te miejsca! - odkrzyknął facet.
- Nasz pociąg miał opóźnienie i kazali nam zajmować miejsca w tym - włączyła się do rozmowy małżonka, oczywiście tonem pełnym wyrzutu.

W międzyczasie podeszła do nich druga kobieta z biletem w ręku:
- Przepraszam, mam miejscówkę na to miejsce.
- To tak jak ja, ale ci państwo nie chcą się przesiąść - odpowiedziała jej poprzednia posiadaczka biletu.
- Jak to nie chcą się przesiąść?
Nowa podróżna była równie zdziwiona jak pierwsza. Znów zaczęło się jakieś mgliste wyjaśnianie, zamieszanie i napływ nowych pasażerów, którzy chcieli przejść, a nie mogli. Wszystko to jakoś skłoniło niedzielnych podróżnych do zmiany miejsca. Przesiedli się do następnego rzędu (to był wagon bez przedziałów). Problemu nie było, aż do następnej stacji.

Do pociągu wsiadła dziewczyna w wieku studenckim i podeszła do pary piekielnych.
- Przepraszam, to moje miejsce.
Facet od razu wybuchnął:
- Trudno! My już zajęliśmy te miejsca i nie będziemy się znowu przenosić. Co pani myśli, że ja się będę teraz z tym wszystkim zabierać?!
Dziewczyna była mocno zaskoczona, jednak nie miała zamiaru ustąpić. Byłam dla niej pełna podziwu, gdy zachowując kulturę, kontynuowała wymianę zdań z pieniaczem:
- Proszę pana, ja za to miejsce zapłaciłam.
- My też zapłaciliśmy! Nasz pociąg się opóźnił 2 godziny! Też mamy bilety! Pani myśli, że co!
- Przykro mi, że państwa pociąg się opóźnił, ale to nie moja wina. Zapłaciłam za to miejsce i nie będę teraz stać. Muszą się państwo przesiąść.
- No najlepiej! Znowu się mamy przesiadać! Ja nie będę się nigdzie przesiadać i nosić tego wszystkiego! Ja jestem chory człowiek!
- Kazali nam siadać w tym pociągu! - wtórowała mu małżonka.
- Ale na miejscach wolnych, a nie wykupionych, proszę pani! - odparowała dziewczyna. - Idę po konduktora.

Po kilku minutach przyszła z konduktorem i raz jeszcze wyjaśniła sprawę, pokazując bilet. Na co konduktor mówi tak:
- No to wie pani co... w pierwszym wagonie jest dużo wolnych miejsc, proszę iść tam.
Dziewczyna poszła.

I szczerze mówiąc, uważam, że postawa konduktora nie była właściwa, bo nawet jeśli takie rozwiązanie sprawy było łatwiejsze, państwu piekielnym należałaby się nauczka za prezentowane chamstwo.

Nawet jeśli zawiniło PKP, to państwo nie powinni wyżywać się na niewinnych pasażerach. W takiej samej sytuacji jak oni znalazło się więcej osób, które bez słowa ustępowały miejsc, gdy do wagonu wsiadła osoba, która je wykupiła.

pkp

Skomentuj (46) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 480 (610)

#59379

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Po ulicy, przy której mieszka moja znajoma, plątał się dzień w dzień taki Burek. Sporych gabarytów psisko o smutnym wyrazie pyska. Bezpańskie, głodne.
Kiedy znajoma to zauważyła, częstowała go od czasu do czasu jakimś smakołykiem. Zaczęła nawet coraz częściej myśleć, że w sumie przydałby się jakiś zwierzak. Przedyskutowała sprawę z mężem i zgarnęła Burka do siebie.

Pies odżył, wyładniał i przywiązał się do nowych właścicieli. Można go było często zobaczyć hasającego po nowym podwórku.

Pewnego dnia znajoma zauważyła przez okno, ze przed ogrodzeniem stoją jakieś dzieci i zaczepiają psa.
- Azor! - wołały. - Azor!
Znajoma wyszła przed dom i zwróciła się do dzieci:
- Nie zaczepia się obcych psów, bo mogą ugryźć. Nie widzieliście tabliczki?
- Nie. On nie gryzie, proszę pani - odpowiedziała rezolutnie dziewczynka. - Bo ten pies to był kiedyś nasz. Nasz Azor.
- A proszę pani, możemy przychodzić do pani żeby się z nim bawić? - pyta chłopczyk.
Znajomą mało szlag nie trafił.
- Nie, kochani - powiedziała ozięble. - To już nie jest wasz pies. Ma nowe imię i nowy dom. I macie tu więcej nie przychodzić, żeby mu się nie mieszało w głowie.

Domyślacie się pewnie, jak to było. Dzieciaki były z bloku po drugiej stronie ulicy. Najprawdopodobniej dostały kiedyś szczeniaczka, taką fajną milutką zabawkę. No a szczeniaczki mają to do siebie, że rosną. Kiedy ze szczeniaczka zrobił się pies, zaradni rodzice połapali się, że nie mają miejsca na tak dużego zwierzaka; w związku z tym postanowili się go pozbyć. Najprostszym sposobem: przez drzwi.

dwunogi

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 564 (690)

#58575

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na krótkie dystanse jeżdżę ponad piętnastoletnim autkiem, które uwielbiam. Jest zadbane (rdza go nie tknęła, dzięki garażowaniu), mało pali, wprost idealne do jazdy po mieście, bo na parkingu wszędzie się zmieści i żaden złodziej się na nie nie połasi. Możecie się domyślać, że nie wzbudzam respektu na drodze, o czym systematycznie raczą mnie informować panowie w wielkich brykach: wyprzedzają mnie w niedozwolonych miejscach z niedozwoloną prędkością, w dodatku, przeważnie z zerową dla siebie korzyścią.

Dzisiaj szczyt głupoty został osiągnięty. Pan z czarnego opla, postanowił wyprzedzić mnie przed samym przejściem dla pieszych i o mało nie rozjechał dwóch wchodzących na nie osób. Zaraz za przejściem znajdowało się skrzyżowanie z sygnalizacją świetlną świecącą się na... czerwono. Zatem pan i tak musiał się zaraz zatrzymać. No ale przynajmniej czekając na zielone, stał na pasie przede mną!

droga

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 501 (607)

#58526

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Na studiach licencjackich mieliśmy wykładowczynię (zwaną dalej W), o której zwykło się mawiać, że miewa humorki. Była po prostu nieobliczalna, zupełnie jakby jej decyzje zależały od tego, którą nogą danego dnia wstała. Wierzcie mi, ciężko było pojąć jakim cudem kobieta po czterdziestce, z tytułem doktora i kilkoma publikacjami na koncie może zachowywać się raz jak dobra ciocia, raz jak rozkapryszony bachor.

Naszą grupę spotkała z tego powodu cała seria nieprzyjemnych doświadczeń, które na szczęście nie miały poważnych konsekwencji. Tylko jedna koleżanka (K) miała pecha. Z niewiadomych powodów wykładowczyni któregoś dnia się na nią uwzięła. Mogę tylko podejrzewać, że pobudką do tego była pewność siebie i temperament dziewczyny. Może W osądziła ją jako bezczelną, a może niegodną bycia studentką?

Gdy W mijała K na korytarzu, nigdy nie odpowiedziała jej na "dzień dobry", czasem nawet celowo odwracała głowę. Podczas zajęć, przy zadawaniu pytań, każdą dobrą odpowiedź dziewczyny W ignorowała, a każdą złą opatrywała złośliwym komentarzem. Zołzowatość sięgnęła apogeum podczas egzaminu.

Jako studenci filologii mieliśmy co roku egzamin z kompetencji językowych. Ten egzamin jest spośród wszystkich najważniejszy i składa się z kilku części. W przypadku niezaliczenia choć jednej, trzeba powtarzać rok niezależnie od ocen z innych przedmiotów. Wyniki owego egzaminu poznawaliśmy kilki dni później, wchodząc pojedynczo do gabinetu. Większość z nas wychodziła stamtąd z uśmiechem, podziwiając nowy wpis w indeksie. Aż nadeszła kolej K.

Wyszła po kilku minutach, zatrzaskując za sobą drzwi. Trzęsła się z gniewu, a w oczach stanęły jej łzy wściekłości.
- Zgadnijcie co?! - rzuciła do nas. - Nie zaliczyłam dwóch części! Obie sprawdzała W!
I odeszła szybkim krokiem.

Dowiedzieliśmy się potem, że do zaliczenia zabrakło jej w pierwszej części jednego punktu, a w drugiej... połówki.

Historia ta ma jednak happy end. Jak mówiłam, K miała charakterek i nie dawała sobie w kaszę dmuchać. Poszła z tą sprawą do dziekana do spraw studenckich. Udało jej się zapewnić sobie odpowiednie warunki w sesji poprawkowej: pani piekielna została wykluczona ze sprawdzania jej prac.

A K bez problemu zaliczyła całość.

uniwersytet

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 538 (654)

#58455

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Moja przyjaciółka wynajęła mieszkanie wraz z trójką znajomych. Lokum znajdowało się w suterenie i nie było w najlepszym stanie, jednak zachęcało świetną lokalizacją i niezbyt wygórowaną ceną. Początkowo było nieźle. Problemy zaczęły się w środku zimy, zaraz po przerwie międzysemestralnej.

Któregoś dnia, przyjaciółka potrzebowała więcej miejsca w pokoju i poprzesuwała trochę meble. Za szafą odkryła wielką plamę grzyba. Wezwano właścicielkę. Ta stwierdziła, że to nie żaden grzyb, tylko brud na ścianie, bo stara. Żaden problem. Szafę odstawić na miejsce i nie będzie widać. Lokatorzy jednak nalegali, by grzybem się zająć, bo to szkodzi zdrowiu.
Pani właścicielka próbowała rozprawić się z problemem pokątnie i najtańszym kosztem. Któregoś dnia skorzystała z nieobecności lokatorów i zeskrobała (albo przyprowadziła kogoś do zeskrobywania) z zagrzybionej ściany tynk. Kiedy lokatorzy zażądali wyjaśnień, twierdziła, że nie wie, o co im chodzi i że to wszystko tak zawsze było.

Już wtedy przyjaciółka rozglądała się za innym lokum, jednak z racji, że mieszkała ze znajomymi, a oni nie bardzo chcieli się wyprowadzać tak natychmiast, odkładała to na później. Po kolejnej akcji pani właścicielki współlokatorzy szybko zmienili zdanie.

Środek zimy. Przyjaciółka, korzystając z okienka, wraca do mieszkania. Zastaje drzwi otwarte na oścież, a w zasadzie ich brak. Podobnie jest z oknami - wykute. Meble i wszystkie prywatne rzeczy lokatorów pozgarniane niedbale na środki pomieszczeń i przykryte folią. Pośród tego całego bajzlu przechadzają się w najlepsze robotnicy. Przyjaciółka stała jak słup soli, a gdy się ocknęła, wykonała szybki telefon do właścicielki. Czego się dowiedziała?

Niczego konkretnego. Pani właścicielka przypomniała, że przecież wspominała o wymianie okien i drzwi. (TAK. Ale nie podała żadnego konkretnego terminu. Tylko sugerowała, że taka wymiana będzie kiedyś miała miejsce). Poza tym ona liczyła na to, że panowie zrobią to w 2 godziny, tak że lokatorzy nawet nie zauważą.

A zamiast 2 godzin wszystko trwało 2 dni. Tak - prywatne rzeczy lokatorów leżały sobie niczym niezabezpieczone w otwartym na świat mieszkaniu, a oni sami musieli nocować po znajomych.

Nie muszę chyba dodawać, że po tej akcji niezwłocznie się wyprowadzili.

wynajem mieszkania

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 441 (483)

#58432

przez (PW) ·
| Do ulubionych
Niewierny nie musi być nieszczery.

Podczas imprezy, jakichś międzywydziałowych andrzejek czy czegoś w tym stylu, moja przyjaciółka została poproszona do tańca przez swojego kolegę z wykładu.

W tańcu kolega zaczął od prawienia komplementów, a potem szybko przeszedł do dość nachalnego czynienia awansów. Jego intencje były jednoznaczne i zupełnie nie odpowiadały mojej przyjaciółce. Postanowiła dać mu to do zrozumienia:

- A ty nie masz czasem dziewczyny? - zapytała żartobliwym tonem, wiedząc dobrze, że osobnik dziewczynę posiada.
- No mam. Ale właśnie chciałem zmienić.

impreza

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 533 (645)