Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Majezon

Zamieszcza historie od: 12 stycznia 2018 - 10:36
Ostatnio: 21 września 2018 - 15:21
  • Historii na głównej: 15 z 16
  • Punktów za historie: 2545
  • Komentarzy: 26
  • Punktów za komentarze: 139
 

#82974

(PW) ·
| Do ulubionych
Rowerzysto, rozumiem, że z jakichś powodów wolisz jechać dziurawą szosą zamiast biegnącą obok szeroką, równiutką i podświetloną ścieżką rowerową. Rozumiem, że jesteś akrobatą-amatorem i jeździsz bez trzymanki. Rozumiem, że musisz wysłać pilnego SMS-a. Rozumiem, że jesteś fanem muzyki, niewyjmującym słuchawek z uszu. Rozumiem, że masz podzielną uwagę. Rozumiem, że chcesz ominąć i omijasz dziurę w jezdni.

Nie rozumiem, dlaczego robisz to wszystko naraz. Tuż przed moją maską. Nie rozumiem, dlaczego chcesz się zabić, wykorzystując do tego mój samochód.

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 163 (197)

#82523

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnia niedziela. Byłem tak piekielny, że do dzisiaj snuje się za mną woń siarki, a klawisze nadtapiają się od płomieni oplatających moje palce.

W markecie budowlano-ogrodniczym ładuję do bagażnika worki z ziemią, nawozem i trawą. Ubrany jestem w drelichowe spodnie, robocze buty i koszulkę. Obok mnie stoi, bawiąc się kluczykami, moja żona.

Do auta obok podjeżdża wózkiem, cały czas gadając przez telefon, jakiś wymoczek w błyszczącym garniturze i różowej koszuli. Przerywa na chwilę rozmowę, w której co drugie słowo to jakiś keszfloł, owernajt czy inny target i rzuca w moją stronę:

- Jak załadujesz auto Pani, to wrzuć mi to wapno do bagażnika.
- Okej, już się robi (mówię szybciutko, żeby żona nie zdążyła zareagować).

Wziąłem worek i wrzuciłem (zgodnie z życzeniem) z rozmachem do wymuskanego bagażnika celując w narożnik plastikowej skrzyneczki z gaśnicą, butelką oleju itp. gadżetami.

Wymoczkowi utknęły w gardle cudzoziemskie słowa. Patrzy to na mnie, to na armagedon w bagażniku i milczy. Wziąłem od żony kluczyki i śmiejąc się jak psychopata z kreskówki odjechałem.

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 250 (370)
zarchiwizowany
Nie będzie to historia spektakularna. W zasadzie nie będzie to historia w ogóle, a raczej luźna obserwacja dotycząca szeroko rozumianego społeczeństwa. W moim Miasteczku, w parku miejskim zamontowano samoobsługową stację napraw rowerów. Jakby kto nie wiedział jak wygląda takie coś to można wygooglać.

Generalnie stacja taka zawiera po 2 - 3 sztuki kluczy płaskich, wkrętaków, inbusów , łyżkę i pompkę. Inicjatywa moim zdaniem równie potrzebna jak czytanie przez lektora książek w tramwajach. Kolejny bezsensowny ukłon w stronę rowerzystów za około 3000,00 PLN, ale niech tam.

Najsmutniejsze w tym wszystkim jest nie to, że wywalono w piach bezsensownie parę tysięcy peelenów, a to, że narzędzia, mniej więcej za około 50,00 są zabezpieczone grubymi stalowymi linkami. Niestety marszałek Piłsudski nie mylił się mówiąc, że Polacy to wspaniały naród tylko ludzie koorwy.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -10 (10)

#81950

(PW) ·
| Do ulubionych
W zeszłym tygodniu spotkałem się ze znajomkiem, który opowiedział mi historię jaka przydarzyła mu się w zeszłym roku. Nie sądzę by kłamał, lub ją ubarwiał bo i po co. Tego co go spotkało i jakie skutki mogło przynieść nie jestem w stanie nawet nazwać. Małpia złośliwość połączona z całkowitym brakiem wyobraźni? Debilizm i skrajne draństwo? Nie wiem. Ale do rzeczy.

Kolega z kilkoma swoimi znajomkami jeździ na rolkach. Szybko. Jako, że nie za bardzo lubią się kręcić jak patyk w przerębli, starają się nie jeździć po torze. Zbierają informacje o remontowanych lub budowanych drogach i w niedziele, święta, lub i w tygodniu, gdy droga jest już zrobiona lecz jeszcze nie oddana, tną po niej przed siebie jak przecinaki. Jeden z grupy wprowadził zasadę, że zanim popędzą, robią kontrolny powolny przejazd po trasie, żeby nie natknąć się w czasie jazdy na jakąś dziurę, deskę, plamę oleju czy coś podobnego.

No i natknęli się. Na zamocowaną jakieś 30 cm. nad asfaltem stalową linkę, rozciągniętą między barierami energochłonnymi. Widać było, że ktoś się napracował, użył zacisków i śruby rzymskiej do jej napięcia. Policja w porozumieniu z przedstawicielem wykonawcy stwierdziła, że nie jest to żaden element budowy.

Do najbliższej miejscowości było z 10 kilometrów. Jednemu z policjantów coś świtało w głowie, coś gdzieś słyszał albo czytał. Przeszperał więc z innymi policjantami i z rolkarzami całą okolicę. Kamer nie było. Po co więc? Dlaczego? Nie wiadomo.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 99 (127)

#81836

(PW) ·
| Do ulubionych
Druga historyjka wspominkowa z przyjaciółmi ze szkoły w tle.

Kumpela z ogólniaka zorganizowała spotkanie klasowe. W sobotę. Zjawiła się większa część klasy, niektórzy sami, inni ze swoimi połówkami. Śmichy, chichy, piweńko i wspominki. Każdy każdego dopytuje ile ma dzieci, z kim i dlaczego, co robi itd, itp. Trafiło i na mnie. Zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że handluję trawą. Prowadziłem w tamtym czasie firmę produkującą trawniki w rolkach.

- Nie no, naprawdę weź powiedz.
W tym momencie włączył się podpity koleżka i konfidencjonalnym tonem oznajmił.
- Serio, Majezon diluje zielonym, sam od niego brałem, trawa prima sort.

W ogólnym rozgardiaszu temat się urwał i zapomniałem o sprawie. Do rana w poniedziałek, kiedy to do drzwi zapukali panowie policjanci. Szukający zielonego. Na podstawie anonimowego doniesienia. Nie bulwersuje mnie fakt złożenia takiego zawiadomienia, w końcu narkotyki to straszne gówno. Chociaż z drugiej strony uważam, że pełnoletni obywatel sam powinien decydować, czy zażywa czy też nie.

Ale jakim idiotą trzeba być by sądzić, że ktoś przyznaje się głośno i publicznie do dilerki? I że jego słowa potwierdza, przyznając się tym samym do popełnienia przestępstwa, znany adwokat? Ludzie nie przestają mnie zadziwiać.

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 194 (236)

#81832

(PW) ·
| Do ulubionych
Pierwsza historyjka wspominkowa z przyjaciółmi ze szkoły w tle.

W ogólniaku w czterech chłopaków i cztery dziewczyny tworzyliśmy zgraną paczkę. Orbitowało wokół nas kilka osób, ale my trzymaliśmy się mocno razem. Razem się dużo bawiliśmy i razem trochę rozrabialiśmy. Po ogólniaku mimo tego, że każdy wybrał swoją ścieżkę życiową, nadal trzymaliśmy się razem, w końcu mieszkaliśmy w tym samym mieście. Bawiliśmy się ostro, ale rozrabialiśmy już trochę mniej.

Po studiach wiadomo, praca, żony, mężowie, dzieci. Ale kontaktu nie zerwaliśmy. Spotykaliśmy się okazjonalnie, a raz do roku organizowaliśmy grubszy jubel. Kilka lat temu jeden z chłopaków napotkał na swej drodze przeznaczenie w postaci nieoświetlonej przyczepy rolniczej. Dowiedziałem się o tym w przeddzień wyjazdu na wakacje.

Już będąc na miejscu obdzwaniałem ludzi z naszej paczki i resztę zaprzyjaźnionych osób informując o terminie pogrzebu. Odpowiedzi były różne. Będę na 100%, postaram się wyrwać z roboty, niestety jestem za granicą, nie dam rady bo jestem na wczasach z rodziną. I ta jedna, która wryła mi się w pamięć słowo w słowo i spowodowała, że o tym tu piszę
- Chyba nie uważasz, że przerwę wakacje żeby pojechać na JAKIŚ pogrzeb?
Pretensja w głosie, a wręcz oburzenie, że ośmielam się dzwonić w sprawie JAKIEGOŚ pogrzebu były tak wyraźne, że aż mnie zmroziło.
- Ja niczego nie uważam, po prostu przekazuję informację. A ty zrobisz z nią co uznasz za stosowne.
Treść zrozumiałem od razu, formy nie mogę zrozumieć, ani znaleźć dla niej usprawiedliwienia po dziś dzień.

Dwa dni później zapakowałem się w samochód i pojechałem pożegnać kumpla. Wieczorem byłem z powrotem. Zdążyłem się jeszcze skuć na smutno, rozpamiętując co tak naprawdę w ludziach siedzi.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 168 (194)

#81787

(PW) ·
| Do ulubionych
Historyjka z cyklu "spotkania rodzinne".

Z okazji zbliżającej się uroczystości o charakterze rodzinnym, nawiedziła mnie familia żony w składzie mamusia i dwie siostrzyczki z córkami. Córki w wieku studenckim. W związku z faktem, że mają daleko, przyjechały wcześniej coby posiedzieć, pogadać, zacieśnić więzy itd., itp. Gość w dom, Bóg w dom, czym chata bogata, prosimy na pokoje, zachodźcie, zachodźcie.

Stół na tarasie rozstawiony, kawa, ciasto, alkohole słodkie i wytrawne. Piękna pogoda, ptaszki śpiewają, no sielanka po prostu. Do czasu. Zasiedliśmy, zaczynamy gaworzyć. Nie minęło 10 minut jak młodzież wyciągnęła smartfony i zaczęła coś tam obczajać, pokazywać sobie nawzajem, chichotać. Nic się nie odzywam, czekam. W końcu mówię:

- Weźcie to pochowajcie, nie po to chyba jechaliście 400 kilometrów, żeby teraz na fejsie siedzieć.
- To nie fejs tylko coś tam, coś tam.

Był to jakiś głupkowaty portal ze zdjęciami, do których użytkownicy dorabiali sobie kocie mordy. Rozumiem, że może to być fajna rozrywka dla dzieciaków z podstawówki, ale dla ludzi w wieku 20+?
No i zaczęło się na ostro, bo po kolejnych 10 minutach teściówka się zainteresowała, co to za zdjęcia, szwagierki i moja żona takoż samo.

- A kto jest na tym zdjęciu?
- A gdzie było zrobione?
- A co to za dziewczyna obok tego chłopaka?

To z majówki na Węgrzech, to Kaśka. Jaka Kaśka? Córka Walędy. Walęda miał przecież syna. Ale tego drugiego co mieszka koło straży. Tego co ożenił się z pielęgniarką? Nie, tego co uczył w ogólniaku. To on się nazywa przecież Kolenda. Co ty mówisz Kolenda jeździ w pogotowiu. To jego brat. Ten co go żona zdradza z okulistą. No co ty mówisz, przecież okulista to gej. Który, ten z przychodni...?

I tak napierdzielają, wchodząc sobie w słowo, przerywając, przekrzykując, robiąc dygresje, wyciągając powiązania rodzinne znanych i nieznanych sobie osób do 7 stopnia pokrewieństwa. Jak już sobie wyjaśnili, kto jest czyim dzieckiem, gdzie mieszka, kto z kim chodził do szkoły, kto gdzie pracował i kogo z kim zdradzał, to przy następnym zdjęciu sytuacja się powtarza. W związku z powyższym zebrałem dupę w troki, poszedłem do domu, założyłem słuchawki, rzuciłem się na kojo i leżakuję z książką w ręku. Po paru minutach wpada moja żona i z pretensjami, że niby jak ja się zachowuję, że goście, że ignoruję ich, że nie wypada, że co sobie pomyślą. Na co ja:

- Kochanie jest takie staropolskie przysłowie: skoro wlazłeś między wrony, kracz jako one. Więc zachowuję się dokładnie tak samo. Przez półtorej godziny oglądają zdjęcia w internecie i pieprzą o niczym, ignorując całkowicie moją obecność. Więc zamiast marnować życie na słuchanie małomiasteczkowych plotek, wolę sobie poczytać. Powiedz mi czy to naprawdę ze mną jest coś nie w porządku, że uważam, że jak rodzina się spotka raz na rok, to powinna się zająć czymś innym niż oglądaniem zdjęć jakichś kretynów z dorysowanymi wąsami i uszami?

Za parę minut szwagierka woła mnie:

- Majezon, chodź napijemy się.

Schodzę. Patrzę, smartfony pochowane, a i rozmowa jakby normalniejsza. I sielanka trwała przez kolejne dwa dni. Ale wtedy to już naprawdę było piekło i szatani oraz obraza majestatu do kompletu. Ale o tym w oddzielnej historii.

Skomentuj (31) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 167 (261)

#81796

(PW) ·
| Do ulubionych
Przeczytałem historię https://piekielni.pl/81786 i komentarze do niej. No cóż, jak to często w internecie bywa, spora część wpisów zrobiona została na zasadzie: nie wiem, nie znam się, nie mam nic do powiedzenia, ale czuję nieprzepartą potrzebę ubrania tego w słowa.

Hermiona, łaczę się z Tobą w bólu, sytuacja jest nie do pozazdroszczenia. Żadne Mopsy, policje, czy inne służby nic nie poradzą. Dzieciak albo jest chory, albo ma takie hobby. A dopóki w rodzinie nie dzieje się źle, w sensie przemoc, alkohol, narkotyki, nikt niczego nie zrobi.

Miałem podobna sytuację. Lata temu kuzyn miał katastrofę w domu, więc jego żona z dzieciakiem, Adasiem z Piekła Rodem mieszkała u mnie przez półtora miesiąca. Adaś polegał na tym, że miał 5 lat i od rana do nocy darł ryja, biegał i walił zabawkami w podłogę. Nie dlatego, że go coś bolało, lub, że miał coś popierdzielone pod deklem. Po prostu lubił. Ponadto miał manię zrzucania wszystkiego czego mógł sięgnąć na podłogę. Próby przetłumaczenia bachorowi spełzały na niczym, jego Matka ograniczała się do boleściwego trzykrotnego powtórzenia:
- Adasiu, Adasiu, Adasiu.
I uważała sprawę za zamkniętą.

Gdy zaczął napieprzać stosunkowo ciężkim plastikowym traktorkiem jeździkiem w parkiet (nie w dywan, koniecznie w parkiet), a próby wytłumaczenia, że nie wolno, nie przyniosły skutku, zabrałem traktorek i schowałem do lamusa. Oczywiście spowodowało to wzrost natężenia ryku, a musicie wiedzieć, że dźwięki które z siebie wydawał były skrzyżowaniem kwiku mordowanego konia i syreny okrętowej.

W tym momencie stwierdziłem, że albo on albo ja. Po prostu bałem się, że przepali mi się jakiś bezpiecznik w mózgu i dokonam czynów straszliwych i nieodwracalnych. Myślałem, myślałem i nie mogłem nic wymyślić. Aż zobaczyłem w telewizji jakiś kynologiczny program. Tak, to było to.

Wykonałem kilka telefonów, znalazłem czego szukałem. Pojechałem, kupiłem, wróciłem. Z profesjonalnym ultradźwiękowym gwizdkiem na psy. Gdy tylko Adaś zaczynał ryczeć, lub walić czymś w parkiet (koniecznie w parkiet, nie w dywan) dąłem z całych sił w ustnik. Adaś zamierał bez ruchu, nasłuchiwał i zaczynał swój koncert od nowa, więc ja znowu. Po jakichś 3 dniach pojął związek przyczynowo skutkowy między darciem ryja, a nieprzyjemnymi doznaniami słuchowymi i przestał. Zaczął się normalnie bawić, przestał demolować podłogę, dostał z powrotem traktorek.

Po powrocie do swojego domu zaczął od nowa. Nigdy się nikomu nie przyznałem w jaki sposób go spacyfikowałem, ale kiedyś mu powiem. Teraz jest już dorosłym człowiekiem, studiuje, ogarnął się. Ale ile zdrowia straciłem przez te trzy tygodnie, to tylko ja wiem.

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 222 (258)

#81727

(PW) ·
| Do ulubionych
Dziś o gatunkach bydlęcia miejskiego.

Mieszkam na przedmieściach Małego Miasteczka i nie ma tygodnia, bym nie spotkał się ze skutkami ich działań. Rano znowu znalazłem na podwórku dwie reklamówki ze śmieciami, przerzuconymi przez ogrodzenie. Lisy albo dzikie koty rozpruły w nocy folię i rozwłóczyły śmieci, więc grabki w dłoń i jedziemy. Przerzucanie śmieci, butelek, puszek po piwie, paczek po fajkach jest o tyle niezrozumiałe, że na chodniku, wzdłuż którego mam parkan działki, stoją kosze na śmieci. Tak na oko oddalone od siebie o jakieś 50 metrów. Ale widocznie bydlęta tak mają - rzucić tu, gdzie stoją.

Kolejnym gatunkiem bydlęcia obok przerzucaka zwyczajnego jest beztalencie sprejowe. To z kolei upodobało sobie drugi bok mojego podwórka i elegancko otynkowaną ścianę altany śmietnikowej. Gdybyż to przedstawiciele sprejowców mieli ciut iskry Bożej, talentu, drygu, gdyby ich malunki wyglądały – trudno, niech się realizują artystycznie. Ale nie, ściana uebana jest plątaniną kolorowych lini, będących graficznym odzwierciedleniem ich graficiarskich pseudonimów.

Są jeszcze srający psami. Jeden z boków podwórka przylega do drogi gruntowej. Parkan od rzeczonej drogi oddziela pas dzikiego trawnika szerokości około 150 cm. Podlewam go, robię dosiewki, koszę. A srający psami srają psami. W przeciwieństwie do poprzednich bydląt, aktywnych w nocy, ci dają się zauważyć osobiście. Ale cóż z tego, gdy grzeczne prośby o niesranie lub sprzątanie po swych pupilach najzwyczajniej ignorują. Ale znalazłem w zeszłe wakacje na nich sposób, w moim mniemaniu genialny w swej prostocie, skuteczności i nieszkodliwości dla zwierzaków. Polecam do stosowania w podobnych sytuacjach. W lamusie znalazłem jakiś stary baner, wydrukowałem sobie literki, przerobiłem je na szablon i w pół godziny z przerwą na kawę wymalowałem, co następuje: UWAGA, TŁUCZONE SZKŁO W TRAWIE.

Po dwóch dniach była u mnie straż miejska z poleceniem wysprzątania trawnika. Grzecznie poprosiłem o podanie podstawy prawnej.

- Przecież rozsypał pan tłuczone szkło.
- Ja? Szkło? Jakie szkło?
- No przecież pan napisał.
- Napisałem, co nie znaczy, że rozsypałem.
- To rozsypał pan to szkło czy nie?
- Nie, nie rozsypałem, ale to nie znaczy, że go tam nie ma.

Panowie odpuścili sobie dalszą dyskusję w tym stylu, coś tam naskrobali w notesikach i poszli.
Bydlęta z gatunku srający psem omijają trawnik z daleka.

Skomentuj (20) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 192 (208)

#81577

(PW) ·
| Do ulubionych
Mam ci ja kolegę, jak każdy.

Spokojnie, spokojnie, żarcik taki :). Mam wielu kolegów, ale historia będzie o jednym. I jego narzeczonej. Adama i Ewę znam od kilku lat. Łączą nas (a w zasadzie łączyły) wspólne zainteresowania i obecność na tematycznym forum. Wspólnie z kilkoma innymi użytkownikami raz do roku organizujemy sobie kilkudniowy minizlot, zazwyczaj na jakimś kempingu. Poza zlotami widujemy się niezbyt często, ale utrzymujemy regularny kontakt.

Ewa od kiedy ją znam, czyli jeszcze w czasach, gdy była dziewczyną, a nie narzeczoną, nie jadła mięsa. Nie była typową wegetarianką. Zdarzało jej się przy jakiejś okazji wciągnąć śledzika czy zjeść michę rosołu. Ale stejka czy innego schaboszczaka nie ruszała. Na nikim nie robiło to wrażenia, woli sałatę od sztuki mięsa, jej sprawa.
I tak to trwało. Do czasu gdy przekopując się przez zasoby internetu w poszukiwaniu przepisów kulinarnych Ewa trafiła na jakąś listę dyskusyjną, grupę wsparcia czy coś w ten deseń. Zarzuciła okazjonalne spożywanie ryb, owoców morza i zup na mięsnym wywarze. W zasadzie wszyscy znajomi potraktowali to jako coś naturalnego. Niestety następnym etapem rozwoju Ewy jako wegetarianki był etap kaznodziejski. Nie przepuściła żadnej okazji, by zrobić wykład o wyższości diety bezmięsnej nad mięsną. Ale że robiła to w sposób kulturalny i stosunkowo rzeczowy (jak dla laika), traktowaliśmy to jako trochę upierdliwe, ale nieszkodliwe w sumie dziwactwo. Ot, nadgorliwość neofity. Jedynie Adam przeczuwał co się święci. W końcu miał ją koło siebie na co dzień.

I teraz akcja właściwa. Pierwszy dzień zlotu, stoję przy stole w grill-chacie i przygotowuję kolację. Narobiłem szaszłyków mięsnych, narobiłem warzywnych, zamarynowałem w oleju z ziołami cukinie, przygotowałem ziemniaki do pieczenia. Dumny z dobrze wykonanej pracy popijam browarka i gaworzę z koleżką, który mi pomagał. Wchodzi Ewa i zagaduje:
- Napracowałeś się.
- No trochę tak, ale widok wcinających z apetytem ludzi to wystarczająca nagroda za poniesione trudy, a dla ciebie specjalnie zrobiłem szaszłyczki z warzywek i pieczone pyry z gzikiem.
- Ale wiesz, nie powinieneś przygotowywać dań mięsnych i jarskich w samym miejscu i czasie. Bezmiar cierpienia istot żywych tuczonych na rzeź, ich strach i ból generuje tyle negatywnej energii, którą emanuje później mięso, że warzywa w takim przypadku stają się też praktycznie niejadalne dla osoby świadomej. Teraz to już nawet za późno na rytuał oczyszczenia, skoro wszystko to leży razem na jednym stole.
- Ty Ewka to jajcara jednak jesteś, masz, chlapnij sobie browara z nami.

Ewa jednak nie żartowała. W niezauważony dla większości sposób przeszła w tryb wegetarianki wojującej. Przez resztę zlotu żarła to swoje tofu z hermetycznych pudełek, bo okazuje się, że nawet grilowanie na tym samym ruszcie warzyw i mięsa powoduje, że te pierwsze stają się niejadalne.
Trochę przykre to było, gdy za każdym razem krzywiła się widząc, jak ktoś je coś innego niż brukiew, to jej dogadywanie o zarzynaniu biednych zwierząt, o braku empatii. Te pseudomądrości o emanowaniu złą energią i kiepskim zapachem, czy dla odmiany o wchodzeniu na wyższy poziom rozwoju duchowego. Ale cztery dni minęły jak z bicza strzelił i rozjechaliśmy się do domów.

Spotykam Adama po jakimś czasie, gadamy o tym i owym, pytam, co u Ewki. Już nie są razem. Czemu?
Zaczęła go urabiać. Do tej pory każde gotowało sobie samo. Aż tu nagle zaczęła robić wegetariańskie obiadki i kolacyjki, podobno nawet niezłe – to najpierw. Ale Adaś to typowy mięsożerca i po prostu lubi wciągnąć kawał mięsa, więc od czasu do czasu robił sobie coś, co lubił. Efektem tego był szlaban na seks. Nie został co prawda zwerbalizowany, ale dało zauważyć się wyraźną korelację: jest schabowy, nie ma bzykania. Do tego nieustanne pogadanki umoralniające. Foch jak stąd do Hoboken, że śmiał założyć skórzaną kurtkę czy buty. Dyskusje do rana z jej podobnymi przez Skype lub u nich w domu. Adam próbował rozmawiać, tłumaczył, że rozumie i szanuje, ale wskazywał też ewidentne przegięcia, proponował wizytę u jakiegoś terapeuty. Nic nie trafiało. Odsunęli się od nich praktycznie wszyscy znajomi. I tak się to ciągnęło miesiącami, w Adamie rosło zmęczenie i gasło uczucie.
Aż przyszedł ten krytyczny dzień, o wydarzeniach którego nie za bardzo chciał mówić. Efekt był jednak taki, że Ewka spakowała mandżur z najpotrzebniejszymi rzeczami i wybiegła z płaczem krzycząc, jak bardzo się na nim zawiodła, że odtrącił jej pomocną dłoń, że ma nadzieję, że gdy wreszcie zrozumie, że zatraca swe człowieczeństwo, nie będzie za późno. Parę dni później zabrała co jej i tyle ją widział.

Gwoli wyjaśnienia. Wegetarianizm tak naprawdę nie ma tu nic do rzeczy. Świat pełen jest bezwzględnych "guru" potrafiących znaleźć w innym człowieku czułą strunę i grać na niej z sobie tylko znanych pobudek.

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (168)