Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Marta91

Zamieszcza historie od: 16 kwietnia 2012 - 22:56
Ostatnio: 18 listopada 2018 - 19:38
  • Historii na głównej: 3 z 3
  • Punktów za historie: 467
  • Komentarzy: 7
  • Punktów za komentarze: 38
 

#83551

(PW) ·
| Do ulubionych
Gdy przeczytałam historię https://piekielni.pl/83539, od razu w mojej pamięci odżyły obrazy z mojego dzieciństwa.

Nie pamiętam już, z powodu jakich sytuacji doszłam do takiego wniosku, ale jako kilkuletnia dziewczynka wiedziałam, że jak mama jest w domu, to nie mogę zajmować się żadnymi artystycznymi/kreatywnymi rzeczami - i mam tu na myśli proste rzeczy typu namalowanie obrazka, bo wiedziałam, że mama je skrytykuje.

A gdy już bardzo chciałam coś zrobić, to pochylając się nad kartką i kredkami uważnie nasłuchiwałam, czy mama nie zbliża się do mojego pokoju, do dziś pamiętam to łomotanie serca.

Któregoś dnia rodzice wyjechali, a do opieki nade mną przyjechała babcia. Wyjęłam wtedy moją książkę z różnymi wycinankami, origami itp. i zrobiłam jakiegoś papierowego ptaka czy coś podobnego. Dumna pobiegłam pochwalić się babci, ta mnie pochwaliła i wyściskała. Ośmielona pozytywną reakcją babci na moje dzieło, po powrocie rodziców pokazałam moją pracę mamie.

- I po co to zrobiłaś?

Wgniotło mnie w podłogę. Te kilka słów wypowiedziane chłodnym tonem zmieniło w oka mgnieniu moją uśmiechniętą buzię w twarz zastygłą w strachu. Powoli spuściłam głowę, zabrałam papierową figurkę i rzuciłam się na łóżko w swoim pokoju, zagłuszając poduszką płacz. Figurkę później pogniotłam i wyrzuciłam do kosza. Książki z wycinankami już nigdy nie wyciągnęłam, gdy podrosłam, trafiła na śmietnik.

Moja mama była i jest dobrą matką. Dbała o mnie, mimo wszystko potrafiła powiedzieć dobre słowo, pochwalić przy innych, dać nagrodę. Ale nie wiem, skąd u niej taka niechęć do poświęcania czasu na rzeczy kreatywne.

Być może moja historia nie jest dla Was czymś "mocnym" czy poruszającym, dla mnie z perspektywy czasu też nie jest to jakaś tragedia, ale dla kilkuletniej mnie było to bardzo przykre doświadczenie, które mam wyryte w pamięci do dziś, a minęło już ponad 20 lat.

rodzinka

Skomentuj (61) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 121 (167)

#83552

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja z dziś.

Pracuję w firmie zajmującej się obsługą mieszkańców budynków wielorodzinnych, codziennie mam styczność z wieloma mieszkańcami, którzy chcą załatwić swoje sprawy.

Jakiś miesiąc temu przyszła do mnie pani, której miałam wydać zgodę na przebudowę lokalu, przeglądając wcześniej projekt budowlany, jaki mi zostawiła. W projekcie brakowało jednak kilku ostatnich stron - prawdopodobnie przeoczenie. Pani powiedziała, że ma drugi egzemplarz projektu, który złożyła w innym miejscu w innym celu, i że jak dostanie go z powrotem, to przyniesie go do mnie. Felerny projekt został tymczasowo u mnie.

Dziś sobie o nim przypomniałam i zadzwoniłam do pani z pytaniem, kiedy przyniesie kompletną dokumentację. Pani stwierdziła, że już wraca do sprawy i mam czekać. Nie musiałam czekać długo, bo po ok. godzinie pani zjawiła się u mnie. Podziękowała za telefon i przekazała mi, że nie muszę nic już robić, bo dogadała się z tamtą panią, u której zostawiła projekt, że ona jej wszystko załatwi (doszło do jakiegoś nieporozumienia, bo gwarantuję Wam, że "u tamtej pani" moja interesantka nie mogła załatwić tego, z czym do mnie przyszła, wytłumaczyłam, co i jak, no ale zmuszać jej nie będę, zrobi, jak zechce).

Kilka razy powtórzyła, że już nic mam nie robić, że nie trzeba, że wszystko jest na dobrej drodze i - wisienka na torcie - jej dokumentacja dotycząca przebudowy lokalu została już przez tamtą panią wysłana do PROKURATURY.

Musiałam głupio wyglądać, zastanawiając się, o chusteczkę chodzi i czemu ktoś planujący remont dzieli się planami remontu z prokuraturą.

Gdy pustka w mózgu minęła, skojarzyłam, że musiało chodzić o Wydział ARCHITEKTURY Urzędu Miejskiego, co pani przekazałam, ta jednak uparcie twierdziła, że jestem w błędzie, i że prokuratura da jej zgodę na remont.

No cóż, muszę taką zgodę dołączyć do teczki budynku, więc pani/panie Prokurator/Prokuratorze, czekam.

mieszkaniówka

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 86 (100)

#77749

(PW) ·
| Do ulubionych
Bycie studentem to ciekawe doświadczenie determinujące wiele rozmaitych sytuacji ;)

Historia przydarzyła mi się na samym końcu mojej studenckiej ścieżki, mianowicie w dniu składania pracy magisterskiej do dziekanatu. Jednak to nie dziekanat okazał się piekielny. Wraz z pracą dyplomową i indeksem należało złożyć obiegówkę, czyli świstek potwierdzający, że nie mam żadnych zobowiązań wobec uczelni, jak np. zamknięcie konta bibliotecznego, poprzedzone oddaniem wszystkich książek. Jednak jak się okazało, muszę mieć także poświadczone, że nie zalegam z niczym względem uczelnianych akademików. Co w tym dziwnego? Nigdy nie mieszkałam w akademiku, w odwiedzinach u znajomych z akademików byłam może 3 razy podczas tych 5 lat. Nie pochodzę z miasta, w którym studiowałam, dlatego początkowo wynajmowałam tu mieszkanie, a później przeniosłam się do własnego.

No nic, jak trzeba to trzeba, tuptam do Działu spraw studenckich, żeby załatwić pieczątki, przedstawiam Pani za biurkiem całą sprawę, a ona prosi mnie o dowód osobisty.
[J] - ja, [P] - Pani.

[J] - A dlaczego do tego potrzebny jest dowód?
[P] - Muszę sprawdzić czy na pewno Pani mieszka we Wrocławiu, żeby mieć pewność, że nie korzystała Pani z akademików.

Myślę sobie: "Ha, będzie wesoło". Pomijam fakt, że na dowodzie można mieć adres X, a mieszkać w miejscu Y, lub na upartego rodowity wrocławianin z różnych przyczyn też może mieszkać w akademiku zamiast w domu rodzinnym. A najbardziej oczywiste - sprawdzenie w systemie, czy kiedykolwiek byłam zarejestrowana w którymkolwiek z akademików - okazało się niemożliwe technicznie (???).
No ok, podaję dowód, świadoma, że zaraz się zacznie :)

[P] - Ale co mi tu Pani daje, to nie jest dowód.
[J] - Ależ jest. Podpisany u góry, z nazwą kraju, orzełkiem i zdjęciem...
[P] - Ale tak dowód nie wygląda!
[J] - Wygląda. Od tego roku nowe dowody mają nowy wzór.

Wyjaśnienie: zmieniłam stan cywilny na kilka miesięcy przed obroną, w związku z tym wymieniłam dowód osobisty i załapałam się już na jego nową szatę graficzną. Oprócz grafiki zmieniła się jeszcze jedna rzecz, o niej niżej... ;)

[P] - Nowy wzór? Ależ cudują, no dobrze... Ale zaraz! Tu nie ma adresu!

Na to czekałam;)

[J] - No nie ma. Taki urok nowych dowodów.
[P] - To skąd ja mam wiedzieć, że mieszka Pani we Wrocławiu?
[J] - Może mi Pani uwierzyć, mamy końcówkę roku akademickiego, Pani ma pewnie dużo pracy, mnie też zależy, aby skupić się na egzaminie magisterskim i nie ma żadnych przesłanek wskazujących na to, że mogłabym być coś winna któremuś akademikowi...
[P] - Ale nie mam pewności, czy nie jest Pani winna. A jak nie oddała Pani pościeli?

Ulala, tutaj mnie troszkę zatkało, co jak co, ale jakbym już miała mieszkać w akademiku, to pościel przywiozłabym sobie swoją, podziękowałabym za taką używaną przez wcześniejsze roczniki studentów :)

[J] - Bardzo Panią proszę...
[P] - Ale ja nie wiem, ja nie wiem! Tu nie ma adresu! Czemu mi Pani daje dowód bez adresu?!
[J] - Z tym to już trzeba się do ministerstwa zwrócić, ja sobie dowodu nie drukowałam...

Nie wygrałam tej batalii, Pani kazała mi udać się do każdego akademika mojej uczelni i zdobyć pieczątki potwierdzające, że z niczym tam nie zalegam. Nie wiedziałam nawet, gdzie wszystkie akademiki się znajdują O.o. Chwała za bilet studencki na wszystkie linie komunikacji miejskiej, z nawigacją ogarnęłam jakoś wszystkie miejscówki, została mi ostatnia. Zbieranie pieczątek na szczęście szło sprawnie, na portierni Panie w okienkach od razu je przybijały - rzecz jasna bez sprawdzenia kim jestem i czy faktycznie mogłam coś zabrać i nie oddać z akademika :D

W ostatnim akademiku nie było odpowiedniej Pani w okienku, inna Pani kazała mi poczekać. Czekam... 10 min, 20 min, pół godziny... Zaczęłam się dopytywać, kiedy ta właściwa Pani wróci.
"Za chwilę" uzyskałam w odpowiedzi.
Po 45 minutach "niewłaściwa" Pani w końcu stwierdziła:
"A wie Pani co, Pani da tą obiegówkę, jednak ja ją Pani podbiję" - no klękajcie narody, 45 minut spędziłam robiąc nic.

Łącznie zbieranie pieczątek zajęło mi 4 godziny, ledwo zdążyłam przed zamknięciem dziekanatu, ale udało się :)
Jak przez cały tok studiów moja uczelnia nie dała mi powodów do narzekań na sprawy organizacyjne, tak na koniec pożegnała się ze mną piekielnie :)

dział spraw studenckich

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 260 (280)

1