Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Michik

Zamieszcza historie od: 4 września 2011 - 20:55
Ostatnio: 28 stycznia 2015 - 21:11
  • Historii na głównej: 1 z 6
  • Punktów za historie: 1069
  • Komentarzy: 18
  • Punktów za komentarze: 25
 

#20747

(PW) ·
| Do ulubionych
Listopadowy wieczór, warszawska Praga, pomykam sobie wygodnie do domu autobusem linii 509.
Zwykle wysiadam przystanek przed pętlą, ale tym razem postanowiłam dojechać do samej pętli, żeby kupić jeszcze papierosy.

Pętla Nowodwory, jakby ktoś nie znał, składa się z dwóch peronów, 509 krańcuje przy lewym. Takoż i skrańcowało, chcę wysiadać - a tu lipa, drzwi zamknięte. W pierwszej chwili pomyślałam, że awaria jakaś, ale bystry rzut oka po autobusie udowodnił, że pozostali pasażerowie w liczbie ośmiorga też stoją przy drzwiach, z których żadne się nie otworzyły. To już otrzeźwiło mnie skutecznie, wyjęłam słuchawki i słucham, co się dzieje.

Ano dzieje się to, że oba stanowiska dla 509 przy peronie są zajęte, w związku z tym stoimy przy lewym krawężniku pętli, drzwiami wprost na jezdnię.
Przypominam - oszałamiający ruch na jezdni pętli autobusowej tworzą pojedyncze autobusy, co parę minut przetaczające się tempem manewrowym na właściwe pozycje. A kierowca wrzeszczy, że nie może otworzyć drzwi, bo ktoś z pasażerów zostanie potrącony i on będzie za to odpowiadał, że za 20 minut odjeżdża, to wtedy podstawi się do peronu, oraz że uprzedzał przy poprzednim przystanku, bo już widział, że na pętli nie otworzy drzwi.
No jasne. Autobusy Man mają tyle długości, ile mają, jeśli mruknął sobie wychylając się z kabiny, to pasażerowie za kołem akurat dokładnie wszystko słyszeli...

Pasażerowie na razie delikatnie próbują negocjacji, że przecież nic nie jedzie, w autobusie sami młodzi, przeskoczą na peron jak koniki polne i wszystko będzie cacy. Ale kierowca jest twardy - nie wypuści, nie życzy sobie kontaktów z prokuraturą, i już.
W międzyczasie wyciąga kanapkę i zaczyna ją konsumować, w przerwach między kęsami twardo wrzeszcząc, że nie wypuści, bo mu przepisy nie pozwalają.

Kierowca konsumuje, pasażerowie zaczynają się denerwować, jeden z chłopaków wyciąga komórę i dzwoni na policję. Słyszę, że najwyraźniej dyspozytorka ze 112 nie chce mu uwierzyć i trzy razy dopytuje o te same szczegóły. W międzyczasie jedno 509 przy peronie wyjeżdża zwalniając tak upragnione miejsce - ale pan kierowca konsumuje bezstresowo, a na zwolnione miejsce podstawia się 503. Za nami, też przy krawężniku, hamuje następne 509, bezproblemowo wypuszcza pasażerów, którzy stoją teraz na peronie i gapią się na nas jak na małpy w klatce, najwyraźniej nie ogarniając sytuacji.

Chłopak kończy negocjacje z dyspozytorką i informuje, że patrol już jedzie. Kierowca gromko obwieszcza, gdzie ma parol policji, nie otworzy i już. Jakaś zdesperowana blondynka proponuje awaryjne otwarcie drzwi, ale inni ją hamują - jeszcze coś uszkodzimy autobusowi i ten psychol dopiero będzie miał używanie. Decyzja zbiorowa - czekamy na rozwój sytuacji, dogadując tylko od czasu do czasu kierowcy artykułami kodeksu karzącego za pozbawienie wolności i rozważając głośno, o ile podniesie wyrok pozbawianie wolności dziewięciu osób jednocześnie.

Aż tu nagle, miłym męskim głosem radio w kabinie pyta "Panie kierowco, czy jest jakiś problem w autobusie?". Najwyraźniej dziewczyna ze 112 bojąc się, że pada ofiarą jakiejś radiowej wkrętki skontaktowała się z MZA i oni postanowili jednak działać. Wybucha istna kakofonia - pan kierowca wrzeszczy do radia, że nie otworzy drzwi, bo to on ma rację, pasażerowie wrzeszczą, że policja już jedzie, dyspozytor po chwili ogarniania tematu poleca natychmiast otworzyć drzwi, ale kierowca najwyraźniej nie ma ochoty, próbuje się dalej certolić, dopiero informacja, że ma otwierać na odpowiedzialność dyspozytora skłania go do niechętnego sięgnięcia do przycisków.

Wreszcie słychać wytęsknione "pfff" i pasażerowie zwiewają niemal galopem, byle dalej od psychola i jego szalonego autobusu.

Cała sytuacja trwała ok 15 min, i jak nigdy przedtem nie miałam epizodów klaustrofobicznych, tak pod koniec już czułam konkretny dyskomfort. Przytomności umysłu starczyło mi jeszcze na telefon pod 112 i odwołanie patrolu, po czym ja również zwiałam z nieszczęsnej pętli...

komunikacja_miejska

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 620 (684)

#13046

(PW) ·
| Do ulubionych
Na trasie tramwajowej, którą jeżdżę, porusza się 6 linii. Prowadzą do centrum i mnóstwo osób jeździ tamtędy do pracy/na uczelnię. Ze względu na duży ruch, często pojawiają się żebrzące osoby, które na przeróżne sposoby próbują zwrócić na siebie uwagę i zarobić parę groszy, przesiadając się co chwilę.

Jadąc tramwajem, zawsze słucham muzyki i czytam książkę. Staram się znaleźć miejsce siedzące, albo chociaż móc się oprzeć, żeby nie mieć problemów z trzymaniem się i jednoczesnym przewracaniem stron jedną ręką. Tamtego dnia, nie było miejsc siedzących, ale było dużo wolnego miejsca, więc oparłam się o szybę naprzeciw ostatnich drzwi. W połowie trasy, wsiadła para - mężczyzna z akordeonem i kobieta z małym dzieckiem.

Mężczyzna grał idąc wzdłuż siedzeń, a kobieta szła za nim z plastikowym kubkiem, podstawiając go każdemu niemal pod nos. Zaczytana, ignorowałam ich, dzięki słuchawkom nie słyszałam akordeonu. Po przejściu przez wagon i zdobyciu paru drobniaków, stanęli koło mnie i czekali na otwarcie drzwi, żeby wysiąść i przejść do drugiego wagonu. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie dziecko.

Tramwaj podjechał na przystanek. Gdy drzwi przy których stałam się otwierały, dziecko wytrąciło mi książkę z ręki i splunęło na nią, mówiąc coś z wściekłą miną. Od razu zdjęłam słuchawki, gotowa zwrócić uwagę opiekunom dziecka. Ale oni tylko popatrzyli obojętnie, a kobieta potrząsnęła kubeczkiem z groszami i powiedziała:
- Było dać.

Transport publiczny

Skomentuj (34) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 578 (658)

#2018

~Troy ·
| Do ulubionych
Układam sobie spokojnie książki w pozycji kucającej, zamyślona, zajęta robotą. Bezpośrednio za mną klientka ogląda jakieś powieści. W pewnym momencie robi krok do tyłu, wprost na mnie, nie odwraca się, ale czując coś pod nogami zaczyna siadać. Czując ciężar ciała na plecach podrywam się do pozycji stojącej i patrzę na nią zszokowana. Ona równie zaskoczona, że stołek okazał się żywy. I ja, w tym zdziwieniu zamiast panią zrugać, powiedziałam jedynie tonem nauczycielskim:
- Proszę nie siadać na personelu!

Empik

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1969 (2169)

#36517

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia będzie o mojej ukochanej przyszłej teściowej... A konkretnie o naszym pierwszym spotkaniu, które nastąpiło około roku temu.

Mieszkałam już z moim Lubym 10 miesięcy. W związku byliśmy już 1,5 roku. Jako że oboje troszkę w życiu przeszliśmy, opowiedzieliśmy sobie „historie z przeszłości”. Z tych opowiadań wywnioskowałam, że teściowa do aniołów nie należy, ale przed pierwszym spotkaniem postanowiłam zapomnieć o tym co wiem już na jej temat.

W dzień spotkania wysprzątałam mieszkanie, kupiłam jakieś ciacha i czekałam na odwiedziny „przyszłej mamy”. Około 13, Tomek poszedł po mamę i jego siostrę (15 lat) na dworzec, ja w tym czasie szybka poprawa makijażu, coby wyglądać korzystnie i dobre wrażenie zrobić.

Przyszli. Po wejściu do mieszkania stoję z uśmiechem na twarzy (z reguły jestem osobą uśmiechniętą). Czekałam aż poda mi rękę (jako, że jest osobą starszą) ale nic. Więc postanowiłam zrobić to ja – ręka zwiędła w powietrzu... Dzień dobry nie odpowiedziała.

Weszliśmy do pokoju, zaproponowałam kawę, odpowiedziała, że nie ma ochoty. Podałam sok siostrze i usiadłam, licząc na jakąś rozmowę. Nie minęła sekunda i się zaczęło:
- Tomek zrób mi kawę, Ty wiesz jaką lubię najbardziej.
- Tomek, a jak ci się tu mieszka? Ale masz ładne firany, dywan, itp. (wszystko w mieszkaniu było moje, z wyjątkiem jego ubrań i TV).
- A ciepło tu masz? Dużo grzejesz? (wizyta była chwilę przed Bożym Narodzeniem)
- A powiedz mi, gdzie idziesz na Sylwestra?
Ogólnie chodzi o to, że ja byłam niewidoczna. Dosłownie. Zapytałam ją o coś – zero odpowiedzi. Patrzyła na mnie w taki dziwny sposób, jakby z pogardą? Nie wiem.

Wyszliśmy na zakupy (mieszkamy w centrum Wrocławia). Chciała kupić buty dla tej młodej.
Ok, zeszliśmy wszystkie, dosłownie WSZYSTKIE sklepy obuwnicze w 4 galeriach – nie ma takich jak ona chce. Nieważne, że buty dla córki i podobało jej się milion par, ale JEJ się nie podobają żadne. Na koniec dodała tylko, że pojedzie na jakieś (za przeproszeniem) zadupie i tam na placu targowym na pewno kupi. Ręce mi opadły.

Podczas spacerów z jednej galerii do drugiej, nie mogłam iść z Tomkiem za rękę. Kiedy tylko mnie za nią złapał, pomiędzy nami pojawiała się mamusia łapiąc synka pod pachę, a mnie dosłowne odpychając ciałem. Puściłam Lubemu oko, żeby się nie odzywał. Szłam lekko z tyłu.

Wróciliśmy do domu. Herbatka zrobiona z zaznaczeniem że TOMEK MA JĄ ZROBIĆ! Kolejna porcja traktowania mnie jak powietrze. W pewnej chwili mamusia mówi:
- Tomek, a ty ostatnio robiłeś sobie zdjęcia do paszportu, no nie? To weź daj mi jedno, bo u nas na poczcie pracuje taka fajna nowa dziewczyna, pokażę jej twoje zdjęcie, może się umówicie? Bo ona akurat szuka faceta i mieszkania, to byście razem tu zamieszkali, co?

Noż ku**, to już była przesada. Powiedziałam, że mam nadzieję, że to żart zaznaczając, że mieszkanie jest moje, maskując zakłopotanie nerwowym śmiechem. Na co ona:
- Hahaha, no fakt, powinnam go zapytać tak żebyś nie słyszała.

Tomek nic się nie odezwał. Dał jej zdjęcie, mówiąc później, że nie chciał się kłócić...

Kwestia palenia. Ja nie palę papierosów, więc w mieszkaniu się nie pali. Tomek zawsze wychodzi na korytarz. Ona wyjmuję fajkę i odpala siedząc na kanapie. Zwróciłam jej uwagę żeby wyszła na korytarz, bo tu się nie pali.
- Coooo?!! Ja mam wychodzić, bo ty tak mi każesz? Synku weź ustaw ją do pionu, bo ją wyprosimy do kuchni, hahaha.
Luby kazał jej zgasić fajkę i wyszli razem na korytarz.

Nie minęło 5 minut, postanowiły że pójdą na wcześniejszy autobus. Nie powiedziała ani dzięki ani pocałuj mnie dupę za gościnę. Na odchodne tylko rzuciła:
- Mam nadzieję, że niebawem nas odwiedzicie razem. Z ironicznym uśmieszkiem.

Z Tomkiem mieliśmy kilka „cichych” dni... Przykro mi było, że moja rodzina (jaka jest to jest) przyjęła go u mnie w rodzinnym domu jak swojego z całą serdecznością, a ona mnie w moim własnym mieszkaniu potraktowała moim zdaniem jak śmiecia.

teściówka ach teściówka...

Skomentuj (78) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1241 (1329)

#20956

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Rozkoszowałam się sobotnim popołudniem - popijając herbatę czytałam antyklerykalne czasopismo. Rozkosz była tym większa, że spaghetti wesoło bulgotało na gazie. Spokój mój zakłóciło kilka cichych puknięć. Nie wiedziałam czy to do sąsiadów ktoś puka, czy może to odgłosy zaokienne. Jego Macka tknęła mnie i kazała sprawdzić.

Przez podłej jakości wizjer dostrzegłam dwie niemożliwe do zidentyfikowania postacie. Trzymały w rękach jakieś papiery. Spodziewam się w najbliższym czasie wizytacji namaszczonej przez administrację budynku, więc otworzyłam drzwi.

Widok zaparł mi dech w piersiach. Dwie piękne dziewczyny w wieku lat dwudziestuparu zawitały w me skromne progi! Czyżbym zasłużyła na wielką łaskę Jego Mackowatości? Już za życia zsyła mi próbki wyrobów z Fabryki Striptizerek?! To zbyt piękne. I podejrzane – nie miały ze sobą piwa. Stałyśmy tak kilka sekund lustrując się wzajemnie wzrokiem. W końcu „samica alfa” się odezwała.

- Dzień dobry.

- Dzień dobry – odpowiedziałam.

„I tutaj nastaje taka niezręczna cisza”, jak by powiedział pewien osioł. Panie gapiły się we mnie jak sroka w gnat. Wydawały się pozbawione mimiki. Gestem zapytałam „no, czego chcecie?”. Samica alfa zareagowała.

- Chciałybyśmy zapytać, czy uważa pani, że ludzie przestrzegający praw bożych są szczęśliwsi.

- Zależy, o którego boga chodzi.

- A w jakiego boga pani wierzy?

- W Latającego Potwora Spaghetti. – Dobrze, że już mam sporą praktykę w przyjmowaniu śmiertelnie poważnej miny, kiedy to mówię.

Minęło kilka kolejnych sekund ciszy. Samica alfa zbierała myśli, samica beta dalej milczała, a ja przeklinałam Makaron, że nie przyszły do mnie jakieś staruszki. Przynajmniej nie byłoby mi przykro, wiedząc że nie ważne co powiem i tak nici z podrywu.

- I uważa pani, że taki bóg istnieje? – powiedziała tonem psychiatry pytającego czy głosy w głowie mi rozkazują.

- Oczywiście! A pani nie?!

- Nie. – Jęła wertować miętoszoną w ręku Strażnicę.

- Dziwna pani jest. – Zdążyłam rzucić zanim znowu się odezwała.

- Chce pani usłyszeć, co mówi na ten temat Biblia?

- Wiem co mówi Ewangelia Latającego Potwora Spaghetti – taktyka z telezakupów: „powtarzaj w kółko nazwę produktu”.

- Mogłaby nam pani przeczytać fragment tej ewangelii?

- Niestety nie, żeby to zrobić, musiałabym założyć strój pirata. – Komunikat niewerbalny dodatkowo zasugerował, że stoimy w progu, ja jestem bardzo zajęta i na szybko się nie da.

Gdyby była to scena z filmu, przez następne 3 sekundy byłoby słychać odgłosy świerszczy.

- W takim razie życzę miłej zabawy w stroju pirata.

Odwróciła się i poszła bez pożegnania, by zbawiać kogoś innego. Towarzyszka dzielnie podreptała za nią. Nie odpowiedziałam, że religia to nie zabawa, bo... przez sekundę widziałam na jej twarzy uśmiech. Kpiący, ale uśmiech. Miło jest poprawiać ludziom humor.

domokrążca

Skomentuj (157) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 484 (968)

#17730

(PW) ·
| Do ulubionych
Niedawno SpiderPig podzielił się kilkoma uwagami na temat piekielnej rodzinki (http://piekielni.pl/17604), więc postanowiłam opisać pewne wydarzenia, które miały miejsce parę lat wstecz.

Pewnego dnia dowiedziałam się, że mój kolega z dawnych lat (nieco starszy ode mnie) jest bardzo chory. O jego stanie dowiedziałam się od wspólnych znajomych. Powiedzieli mi między innymi, że jest bardzo słaby i ledwo mówi, że stan jest poważny i Pani Doktor, która go leczy, już nie wie co ma robić. Poleciła mu wszystkich możliwych lekarzy, nawet tych, którzy "nie jeżdżą" ubłagała o wizytę domową, bo chory nie mógł wstać z łóżka. Nie pytajcie mnie co mu było, bo tego nie wiem. Fakt faktem chłopak stał nad trumną. Pani Doktor mogła dwoić się i troić, ale na miejscu nie było dość specjalistów, żeby mu pomóc - nasze miasto nie jest małe, mamy zarówno publiczne, jak i prywatne placówki służby zdrowia, ale niestety nie ma u nas wszystkich możliwych oddziałów i przedstawicieli wszelkich specjalności, więc o pomoc trzeba by było prosić lekarzy z najbliżej położonego "większego" miasta oddalonego jakieś 70 km. Tam Pani Doktor widziała ratunek dla chłopaka, podzwoniła, popytała, pozbierała opinie i znalazła nadzieję.

Trzeba dodać, że tato owego chłopaka zawsze był "dziany". Mieli duży dom, kilka samochodów. Dlatego pełna optymizmu Pani Doktor przekazała wiadomość, że w "dużym" mieście szansa na wyleczenie chłopaka jest, tylko trzeba będzie załatwić transport, ale to chyba nie problem.
Teraz dochodzimy do najbardziej piekielnej części historii.

Otóż z zasłyszanych przeze mnie zeznań wynikało, że rodzice chłopca nie brali w ogóle pod uwagę leczenia syna. Pogodzili się z tym, że odchodzi. Niby nic piekielnego, gdyby faktycznie już żadnego ratunku nie było... Ale nadzieja wciąż istniała, a piekielni państwo uznali za stosowne odmawiać modły przy łóżku swojego syna! Matka cały czas płakała, zaś ojciec milczał, jakoby w obliczu śmierci. Taki obrazek można było zastać odwiedzając młodego.

Dlatego właśnie przyjaciele i koledzy chłopaka postanowili wyjazd zorganizować na własną rękę. Uzbierało się trochę grosza, chłopak miał jechać zaraz następnego dnia specjalistyczną karetką.
I nagle - szok. Ojciec chłopaka jeszcze tego samego dnia wyjeżdża do "dużego" miasta. Swoim prywatnym samochodem, w pośpiechu. Wszyscy myślą, że się ojciec obudził i jedzie powiadomić wszystkich, coby mu dziecko odratowali... Ale nie.

Pan piekielny pojechał do designerskiego salonu mody po garnitur.
Na pogrzeb syna.
Koszt garnituru przewyższał koszty leczenia.

Chłopak przeżył, ma w tej chwili żonę i dwójkę (?) dzieci. Nie rozmawia z rodzicami, a zwłaszcza ojcem, który chciał go pochować żywcem.

"mama" i "tato"

Skomentuj (25) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 1119 (1173)

#29746

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja historia będzie przestrogą, a zarazem opisem sytuacji, która przydarzyła się mojej Mamie.

Pewnego popołudnia dzwoni telefon stacjonarny. Rzadko z niego korzystamy więc już wiadomo, że to albo telemarketerzy, albo jacyś znajomi, którzy nie mają naszych numerów komórkowych. Telefon odebrała moja [Ma]ma. W słuchawce można było usłyszeć głos jakiegoś [M]ężczyzny.

[M] Dzień dobry, nazywam się XXX YYY i dzwonię do pani w pewnej sprawie.
[Ma] Tak, słucham?
[M] Niedługo zostanie wydana nowa DARMOWA książka telefoniczna i dzwonię do pani w sprawie dopisania pani numeru do tejże książki. Książki będzie roznosiła osoba legitymująca się żółtym identyfikatorem i bardzo proszę nie dawać jej żadnych pieniędzy.
W tym momencie moja mama przypomniała sobie, że w starszych wersjach jakichkolwiek książek telefonicznych nie było jej nazwiska, numeru, tylko numer i nazwisko jej męża - mojego ojca. No ale rozmowa skończyła się na tym, że moja rodzicielka się na wszystko zgodziła.

Mija miesiąc, może półtora. Na komórkę dzwoni jakiś facet, który jest rzekomo kurierem. Dzwoni po to, żeby umówić się na odebranie owej książki telefonicznej. Umówieni na 15:30.
Mija ta właśnie godzina, gdy spokój po całym dniu w szkole/pracy przerywa dźwięk dzwonka do domu. Drzwi otworzył mój [O]jciec i wywiązał się taki dialog:

[K]urier: Dzień dobry, przyniosłem do odbioru książkę telefoniczną dla pani B**** - tu imię mojej mamy.
[O]: (przegląda wręczoną książkę)
[K]: Książka oczywiście jest PŁATNA, 28 zł (!!!)
[O]: Ale jak to... Osoba, która do nas dzwoniła poinformowała nas, że książka jest bezpłatna.
[K]: Niemożliwe, pierwszy raz spotykam się z taka sytuacją (taa, na pewno), że ktoś nie jest poinformowany o koszcie naszego produktu.
[O]: Proszę chwilę poczekać.

Tato poszedł porozmawiać z mamą, ta potwierdziła, że wszystko miało być darmowe etc. etc.
No to ojciec za kartkę, ołówek i spisuje dane kontaktowe do "księgarni", która jak się okazuje, rzekomo mieści się w Radomiu, a nasza miejscowość leży w województwie dolnośląskim i jest oddalona od Radomia o prawie 450 km. Po spisaniu wszystkich potrzebnych rzeczy toczy się dalsza dyskusja:

[O]: Niestety, ale nie przyjmę tej książki. Ale jeszcze poproszę pana o jakąś legitymację, identyfikator
[K]: Prosz... (I wyciąga jakiś żółty, zalaminowany skrawek papieru)
[O]: (Ogląda owy "dokument" oddaje go wraz z książką) Więc tak jak mówiłem, książki nie przyjmę.
[K]: W takim razie muszę poinformować pana, o karze w wysokości 100 zł, która zostanie na pana nałożona przez wydawnictwo.
[O]: Dobrze, zadzwonię do pana przełożonych i wyjaśnię całą sytuację, a teraz żegnam (i w tym miejscu walnięcie drzwi).

Zaraz po całym zdarzeniu wpisałem w wyszukiwarkę nazwę firmy i jej dane i co wyskoczyło? Proszę bardzo: http://www.panoramaradomska.pl/x.php/1,869/Telefoniczni-naciagacze.html

Tak więc kończąc moją pierwszą historię tutaj, chciałbym wszystkich ostrzec przed księgarnią Delta z Radomia, która jak widać próbuje jak tylko może zedrzeć pieniądze z ludzi.

call_center

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 505 (555)

#27631

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Historia zelda5 o kontrolach przypomniała mi historie mojej szefowej.

Otóż moja szefowa wraz z mężem prowadzą dwie knajpy. Jeden bar w mieście i jadłodajnie przy trasie. I do tej drugiej wpadły dwie [PzS]panie z sanepidu. Wiadomo jak to w knajpach przy trasie, zawsze coś jest mrożone. Akurat w tym dniu szefa nie było i szefowa dostaje telefon od pracownicy, że sanepid, że szok i w ogóle musi szybko przyjechać.
No to [S]szefowa w samochód i jest. I dwie sytuacje:

1. [PzS] - A co to jest? - Pani pyta wskazując na zwykłą deskę do krojenia?
[S] - Deska do krojenia.
[PzS] - No dobrze, ale czemu ona jest taka pocięta?
[S] - Bo to jest deska na której się kroi. (Ciężko się domyślić, tak wiem...)
[PzS] - To jest niezgodne z przepisami, tak nie może być.
[S] - Dobrze, to kupię nową deskę do krojenia, powieszę na ścianie i podpiszę "Deska do krojenia, nie kroić na niej".

2. [PzS] - Proszę otworzyć zamrażalnik.
Wiadomo jak to w zamrażalniku, mnóstwo zamrożonej kiełbasy, która w tej knajpie idzie masowo i potrzebne są zapasy.
Pani widząc to rzecze:
[PzS] - Zamykamy knajpę, nie wolno mrozić kiełbasy.
[S]- ?? Wyjaśni mi pani dlaczego?
[PzS] - Taki przepis, nie wolno i już.
Dla wyjaśnienia, ten przepis pochodzi z 50 któregoś roku, kiedy kiełbasa była robiona na saletrze, a wiadomo że saletra uwstecznia swój proces podczas mrożenia. Natomiast teraz kiełbasy i wszelkie przetwory mięsne robi się na peklosoli, której mrożenie wcale nie przeszkadza.
Ale knajpę trzeba zamknąć i koniec, bo taki przepis i już.

Kompetencja naszych polskich urzędników.

Sanepid

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 706 (748)

#13986

Konto usunięte ·
| Do ulubionych
Historia będzie o piekielnej pielęgniarce.

Mając 23 lata zaszłam w ciążę. Nie była to planowana ciąża, byłam raptem 4 miesiące po ślubie, ale z Księciem Małżonkiem byliśmy niesamowicie szczęśliwi i z niecierpliwieniem wyczekiwaliśmy pojawienia się potomka.

Niestety, w połowie piątego miesiąca poroniłam. Nagle, praktycznie bezboleśnie. Trafiłam do szpitala na łyżeczkowanie i obserwacje.

Pierwsza noc w szpitalu. Jak łatwo się domyśleć byłam kompletnie załamana. Księciu Małżonkowi nie pozwolono zostać na noc na oddziale, leżałam na sali kompletnie sama i... płakałam.

Pielęgniarka (kobitka pod 60, z wiecznie skwaszoną miną i usteczkami grubo wymalowanymi szminką Zgniła Śliwka nr 60) najwyraźniej zwabiona odgłosami weszła do sali i zaczęła coś majstrować przy kroplówce.

- No i czego ryczy?! Młoda jest, następne se zrobi!

Byłam tak zaszokowana, że zamilkłam i tylko dostałam stylowego 'wytrzeszczu'. Piguła najwyraźniej uznała to za zachętę do dalszego wywodu.

- Raz dzieciaka sobie zrobiła to i drugi raz zrobi, puścić się nie sztuka! Za moich czasów też bachory traciły i nie ryczały, a teraz takie to gówniarstwo delikatne!

Po czym wyleciała z sali, powiewając połami fartucha.

Byłam na siebie niesamowicie zła, że dałam się potraktować, a jak wiadomo najlepsze riposty zawsze przychodzą już po fakcie. Zadzwoniłam do Księcia Małżonka, streściłam mu całą sytuację. Rano przyleciał skoro świt i zgłosił sprawę do władz szpitala.

Efekt? Pielęgniarka dostała jedynie upomnienie i zapewne do tej pory terroryzuje pacjentki szpitala.

Szpital CZMP Łódź

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 478 (612)

#32189

(PW) ·
| Do ulubionych
Krótko zwięźle i na temat.
Zostałem oskarżony o to, że podczas reanimacji piersi pewnej pani skoagulowały, bo użyłem defibrylatora.

służba_zdrowia

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 831 (935)