Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Monomotapa

Zamieszcza historie od: 1 stycznia 2011 - 11:19
Ostatnio: 12 listopada 2021 - 17:48
Gadu-gadu: 9348988
O sobie:

http://www.piekielni.pun.pl/forums.php

  • Historii na głównej: 6 z 20
  • Punktów za historie: 3160
  • Komentarzy: 1253
  • Punktów za komentarze: 10851
 

#88584

(PW) ·
| Do ulubionych
O tym, jak trzeba być bogatym, by być zdrowym w Polsce, tym razem ze strony farmaceutycznej.

Jest sobie lek na pewne przewlekłe schorzenie, o przedłużonym uwalnianiu, produkowany przez grecką firmę A, i polską firmę B.

Produkt wypuszczony przez firmę A, wyprodukowany wiele kilometrów stąd jest około 2,5 razy droższy od preparatu B (i tak nietaniego), produkowanego tutaj, w kraju oraz dostępny powszechnie w większości aptek, a nawet jeśli nie, to zamówienie go z hurtowni, to kwestia jednego dnia.

Specyfik B może znajdzie się średnio w 2 aptekach na całe województwo, w hurtowniach nie ma nigdy, zamówić online z dostawą do apteki - nie ma opcji.

Co takiego się dzieje? Mafia farmaceutyczna aka Januszowie Biznesu wykupują do cna leki z hurtowni i wywożą za granicę, by sprzedać z zyskiem, wszak w Polsce leki są tańsze... I są w tym bezkarni.

Najważniejsze, że jest wolny rynek! A ty, frajerze, płacący składki, zdychaj albo bankrutuj.

słuzba_zdrowia

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 175 (193)
zarchiwizowany

#80464

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Ostatnio całkiem często podróżuję między Warszawą a Poznaniem, pokazując całemu światu jakim jestem złym, nieczułym człowiekiem.

Wsiadam sobie wczoraj do nocnego pociągu (bez mięsa), podchodzę do drzwi przedziału i moim oczom ukazuje się następujacy widok: na jednym z siedzeń siatka, pani rozsiadła się na moim siedzeniu, nogi zostawiając obok siatki.
- Dobry wieczór, mam tutaj zarezerwowane miejsce - mówię uprzejmie, wskazując na moje upragnione miejsce nr 96.
Pani się rozgląda i mówi z oburzeniem i pretensjami:
- No ale pani zmieści się tu z tym bagażem?!
- Tak, z łatwością.
Co było prawdą. Pani rzucając klątwy pod nosem podnosi się, sprząta syf ze stoliczka i siedzenia, wrzuca swój plecak na półkę bagażową, siatkę kładzie pod nogi. A ja, zamiast:
a) poszukać po pociągu wolnego miejsca, narażając się na przesiadanie niezliczoną ilość razy (o ile te miejsca by były) i latać z niezbyt wygodną walizką,
b) stanąć skruszona na korytarzu spędzając tam 4 godziny,
bezczelnie usiadłam na wykupionym wcześniej i zarezerwowanym miesjcu. A przecież powinnam przewidzieć, że ktoś weźmie ze sobą ilość bagażu powyżej poziomu przyzwoitości i ustąpić miejsca zmęczonym torbom.

Na przeciwko siedział sobie wysoki, dobrze zbudowany facet, pogrążony w głębokim śnie. Tak głębokim, że mimo że ze względu na swoje wymiary zajmował mnóstwo miejsca na podłodze, zmuszając resztę to kulenia nóg (ach, te skurcze), notorycznie kładł stopy obute sportowym obuwiem na moich kolanach. A ja, wstrętna, te nogi zwalałam, a gdy cierpliwość się wyczerpałam, wręcz w nie uderzałam.

Ten sam pociąg, inna data.
Znów biedna, prześladowana przeze mnie pasażerka zmuszona zabrać nogi z mojego siedzenia. Znów problemy z bagażem, po tym, jak wyżej wymieniona z partnerem zabierała w podróż chyba dobytek całego życia. Później się okazało, że nie mieli miejscówek koło siebie, więc podsiedli kogoś, wysyłając go na pierwotnie zarezerwowane przez nich miejsce, robiąc spory bałagan wśród pasażerów.

Tym razem pociąg powrotny - czekam na peronie na swoją "limuzynę" - jedna pani bardo się spieszy, już! już! pierwsza wpada do wagonu, jak się później okazało, do mojego przedziału. Gdy już dotarłam, pasażerka ma już pieczołowicie ułożone bagaże, a sama umościła się na siedzeniu pod oknem - moim siedzeniu. Za mną wchodzą kolejne osoby z miejscówką w tym przedziale, informuję panią, że to miejsce jest wykupione przeze mnie, pani z bezczelnym uśmieszkiem odpowiada:
- Ach, no tak.
I wynosi się z przedziału - znowuż podła ja nie wstydziłam się poprosić o ustąpienie swojego miejsca. A mogłam uprzejmie stanąć na korytarzu.

Kajam się.

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (42)

#72122

(PW) ·
| Do ulubionych
Zachciało się zjechać z Erasmusa na święta...

Jedyną opłacalną opcją powrotu do domu był bus - do najbliższych lotnisk mam po 150 kilometrów pociągiem, a w Legolandii ceny biletów, jak i wszystkiego innego, są wysokie. Na szczęście, ze względu na dużą liczbę polskich emigrantów zarobkowych, pełno jest polskich firm przewozowych. Chcąc skorzystać z tego samego przewoźnika, co przy świętach Bożego Narodzenia, dwa tygodnie przed wyjazdem napisałam wiadomość z informacją o chęci rezerwacji miejsca w busie.

Gdy po ponad tygodniu nie dostałam odpowiedzi, zadzwoniłam na podany numer telefonu (poprzednio odpisywali tego samego dnia). Okazało się, że jakimś sposobem wiadomość wysłana przez ich stronę internetową nie doszła, a miejsca w busach już nie ma. Zdesperowana, mając zaledwie kilka dni, zaczęłam przeszukiwać serwisy w poszukiwaniu ofert. Po dłuższej chwili udało mi się znaleźć inną firmę, ta, w przeciwieństwie do pierwszej, dowoziła na podany adres. Rzut okiem na cenę - mój Poznański Gen Dusigrosza zapiszczał z radości - całe 50 koron taniej!!! Dzwonię - tak, załapałam się na ostatnie miejsce, ale... oni mogą mnie dowieźć do Piły, mimo że w ofercie mają również okolice Miasta Koziołków. Przekonana, że nic więcej nie znajdę, zarezerwowałam miejsce. Uf, mogę pojechać do domu!

W dzień wyjazdu od rana szybko dopakowałam rzeczy, zakładając przebieg jak w ostatniej podróży do Polski, byłam przygotowana na dziesięciogodzinną podróż, busa mam wyczekiwać na godzinę 13. O 13:20 dostaję telefon, że kierowca będzie dopiero o 14. No nic, rozumiem, zdarza się. Po 10 minutach znów dzwoni telefon, że kierowca będzie za jakieś 10 minut. Zatem zabieram walizkę i wychodzę z dormitorium... W sumie bus trochę się różnił od tego uwiecznionego na stronie internetowej, firma jakaś inna, ale okazało się, że jeszcze w Legolandii, tylko na kontynencie przesiądę się do busa właściwego, a potem jeszcze w Szczecinie - tak bywa, optymalizacja kosztów, te sprawy.

Wsiadam do busa z grupką panów, z których jeden miał odruchy niczym pies Pawłowa na widok kogokolwiek o ciemniejszej karnacji (sądząc po odgłosach, tamte osoby musiały go bardzo pociągać). Serce mi rośnie, mieszkam 5 minut od wjazdu na autostradę, ani się obejrzę i wytarmoszę kota! A nie, jednak nie. Ledwo wyjeżdżamy, a kierowca odbiera telefon od kolegi, z pytaniem, na jakim są etapie. Pan kierowca mówi, że są korki i się rozłącza. Nie pojechał w stronę autostrady. Pojechał w stronę centrum miasta, kluczyć w korkach. Po dłuższej chwili dociera do miejsca przeznaczenia - małego zakładu, prowadzonego przez mechaników o bliskowschodniej urodzie.

Pan od odruchów zachwycony. A do mechaników zjechał, bo miał do sprzedania na boku silnik samochodowy w promocyjnej cenie. Po opchnięciu, pan Pies Pawłowa ma dużą uciechę - że w tym zakładzie tylko jeden po angielsku umie, reszta tylko po swojemu ględzi! Znamienne jest to, że chwilę wcześniej, gdy towarzyszył kierowcy, zapytany o coś przez jedynego angielskojęzycznego Araba sam przyznał, że słowa po angielsku nie wyduka. Cóż, pozostaje kontynuować podróż i znów brnąć w korkach po mieście. Łącznie w mieście Odyna spędziliśmy godzinę gratis, by kierowca załatwił sprawunki.

Po wjeździe na kontynent w końcu docieram do busa (w sumie też starszego niż na zdjęciu) mającego zawieźć mnie za polską granicę - na mnie jedną czekali łącznie 1,5 godziny, ponieważ - patrz akapit wyżej. Jedziemy bez przeszkód przez Niemcy, oglądając filmy na ekraniku i próbując nie słuchać kawałów z podtekstem w wykonaniu typowego pana Mirka, docieramy do Polski! Pod skrzydłami Orła strzegącego pierwszej narodowej stacji benzynowej na północnym zachodzie dzwonię do rodziny, że jeszcze chwila, jeszcze moment, a zobaczą córę po trzymiesięcznej rozłące!

Ta... Gdy dojeżdżaliśmy już do miejsca wysadzenia typowego pana Mirka, staje się rzecz niesłychana - przy ostrzejszym hamowaniu poszedł hamulec. Dokulaliśmy się do osiedla pana Mirka gdzieś na głębokich obrzeżach Szczecina i stoimy. Czekamy. Godzina 23. Mój żołądek mówi, że podróż na jednym jabłku nie była mądrym pomysłem. Jest wiadomość - rezerwowy bus zbierze nas i dowiezie gdzieś w kraju, gdzie będę mogła wsiąść do busa, który zabierze mnie do Wielkopolski. Nawet łaskawie dowiozą mnie do Miasta Mebli, pod dom. Wystarczy poczekać jakieś 3 godziny, bo w sumie z tym busem w stronę Wielkopolski to też problemy techniczne.

Mówię sobie: dosyć. Jeśli mi życie miłe, nie wsiądę więcej do pojazdu tej firmy. W myślach ukręcając Poznańskiemu Genowi Dusigrosza łeb, dzwonię do taty, płacząc: ratunku, pomocy! Przecież on szybciej dojedzie do Szczecina niż ja do miejsca przesiadki. Tata rusza na ratunek, mnie zostają trzy godziny wegetacji w uszkodzonym busie, z "śmiesznym" filmem z Ice Cube w roli głównej. Nie ujmując nic Szczecinowi, miejsce, w którym stanęliśmy było na wyższym levelu zadupia, którego bez przeszkód odnaleźć nie mogła nawet nawigacja. Ostatecznie udało się dojechać i wrócić do Miasta Mebli. Wróciłam do domu o wpół do siódmej.

Siedemnaście godzin. Rekord.

Teraz trzeba wracać. Na kolanach, z płaczem idę do mojej pierwszej firmy przewozowej. Tym razem na pewno wysłałam, ale jak na razie nie odpowiadają...

Film drogi

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (195)

#67888

(PW) ·
| Do ulubionych
Mieszkam tuż obok bardzo ruchliwego skrzyżowania. Podporządkowana droga gminna, ze względu na bliskość dużego osiedla, jest bardzo uczęszczana przez mieszkańców i licznie jeżdżące autobusy komunikacji miejskiej. Ponadto jest bezpośrednią drogą prowadzącą do jednej z dwóch przepraw na drugą stronę miasta, podzielonego torami kolejowymi na jednej z częściej uczęszczanych tras osobowych i towarowych. Wiadomo, że bez względu na stopień użytkowania, drogą nadrzędną jest ta wojewódzka.

Z dzieciństwa pamiętam to, że nie było miesiąca bez stłuczki bądź wypadku. Teren mocno zabudowany starymi domami, ograniczona widoczność, ignorowanie znaków drogowych - przyczyn było mnóstwo. Nieobce były mi widoki karetek pogotowia, charakterystycznych czarnych worków, czy aut po dachowaniu. Jeden z sąsiadów ogrodzenie naprawiał pięć razy w ciągu dwóch lat. W domu obok mnie samochód ciężarowy wybił potężną dziurę w jednym z budynków gospodarczych, na szczęście. Od lat wręcz błagaliśmy o światła - nie byłam jedyną osobą, którą potrącił samochód skręcający zbyt szybko, zdziwiony, że za zakrętem może być przejście dla pieszych.

Dwa lata temu nasze prośby zostały wysłuchane - powstała sygnalizacja świetlna. Przez półtora roku nie było praktycznie żadnych wypadków, autobusy nie stały w korku, piesi byli bezpieczni. Okazało się, że można.

Pół roku temu światła przestały działać.
Pewnie jedna z częstych awarii, trzeba będzie naprawić - myśleliśmy. Gdy nic się nie działo przez miesiąc, zaczęliśmy się zastanawiać. Po wysłaniu zapytania do Urzędu Miasta sprawa się wyjaśniła - światła nie są zepsute, są wyłączone. Dlaczego? Mieszkańcy dojeżdżający z drogi nadrzędnej czuli się oburzeni tym, że muszą czekać maksymalnie minutę na skrzyżowaniu.

Powróciły problemy. Popołudniami ze świecą szukać punktualnego autobusu. Korek, spowodowany bliskością zakładów produkcyjnych dużej marki samochodowej i kolumnami ciągników siodłowych, rozjeżdżających wiadukt nad torami kolejowymi (w sumie mają nowo wybudowany specjalnie dla nich parę kilometrów dalej, sęk w tym, że został zbudowany tak, że większe samochody nie mają jak z niego zjeżdżać...) jest jeszcze potężniejszy, czasami w piątki, a na pewno przed długimi weekendami nie mogę wyjechać samochodem z własnego podwórka, bo korek ciągnie się 200 m za światłami (a nie mówimy o metropolii, tylko 30-tysięcznym mieście).

Znowu są wypadki, powoli wracamy do średniej około jednego w miesiącu. W sobotę zderzyły się 3 samochody, w jednym z nich było małe dziecko. W miejscu, gdzie odrzuciło jedno z aut, 20 minut wcześniej stało rusztowanie na którym kilkoro mężczyzn rozklejało plakat. Pewnie dojeżdżający z drogi nadrzędnej musieli bardzo się zmartwić straconymi cennymi minutami, gdy skrzyżowanie zablokowane było przez Straż Pożarną usuwającą plamy oleju.

Trochę mi przykro, że dla władz miasta cenna minuta kilkorga kierowców jest cenniejsza niż życie innych.

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 415 (469)
zarchiwizowany

#51396

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Dzień durnych rowerzystów dzisiaj, czy co?
Jeden z większych węzłów przesiadkowych w Poznaniu, gdzie praktycznie bez przerwy przelewają się tłumy pasażerów wysiadających z licznie przyjeżdżających autobusów podmiejskich, godziny poranne, więc ludzi więcej, niż w południe.
Idę w jednej z takich grupek. Nagle w osobę przede mną omal nie wjeżdża rowerzysta w wieku około pięćdziesięciu lat. Pan cudem ją wymija.
- NIE SPAĆ! - zakrzyknął rześko, po czym z poczuciem spełnionego obowiązku oraz dumny ze swojej ciętej riposty, odjechał w dal.
Sęk w tym, że w tym miejscu widoczność ogranicza dość spory słup ogłoszeniowy, a ludzi jest tam zawsze wielu, więc rozwijanie w tym miejscu sporych szybkości jest dość niebezpieczne.
Nie spać? A może lepiej najpierw myśleć?

Skomentuj (6) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 59 (163)
zarchiwizowany

#44489

(PW) ·
| było | Do ulubionych
W zeszłym tygodniu w kilka osób ratowaliśmy młodą kobietę - leżała na chodniku, twarzą w śniegu. Po stwierdzeniu, że jest nieprzytomna, ale oddycha, zanieśliśmy ją do remontowanego właśnie budynku dworca: na szczęście, mimo niedzieli późnym wieczorem, panowie akurat pracowali. Gdy kobieta oprzytomniała, poinformowała nas o tym, że ma padaczkę. Kiedy ratownik spytał ją, czy bierze na tę padaczkę leki, odparła:
- Nie.
Spojrzałam przez okno: na zewnątrz jakieś -10 stopni Celsjusza, śnieżyca, niemal pusta droga. Niewielkie szanse, by o tej porze ktoś przejeżdżał tą ulicą, rzadko zdarza się, że ktoś remontuje budynek w niedzielę w nocy. Nie wiemy, jak długo leżała na ulicy.
Ma dziewczyna padaczkę i nie bierze leków.
Aha.

Skomentuj (12) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (292)

#42849

(PW) ·
| Do ulubionych
Zawsze niechętnym okiem patrzyłam na rowerzystów jadących drogą ekspresową. Mają opcje jazdy bezpieczniejszą trasą i z niej nie korzystają - po co, skoro można spowodować zagrożenie na drodze i korek. Od dziś stwierdzam, że tacy ludzie to małe piwo.

Trasa Poznań-Września, ograniczenie do 70 km/h, ruch spory. Stoję na pętli tramwajowej, czekam na bimbę i obserwuję samochody. Odwracam się i serce staje mi w przełyku. Podlotek płci żeńskiej, mimo trąbienia kierowców, dziarsko pedałuje przy linii, czasem zataczając się na jezdnię.
Pod prąd.

Skomentuj (15) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 482 (570)
zarchiwizowany

#30135

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Serdeczne podziękowania dla całego MPK. Zniknięcie jeżdżącego raz na godzinę autobusu nocnego zapewniło mi dwugodzinne posiedzenie na Śródce. Takiej adrenaliny nie miałam od egzaminu na prawko. Wielkie dzięki.
MPK Poznań - niezapomniane emocje.

MPK Poznań

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -14 (34)

#27274

(PW) ·
| Do ulubionych
Tak się złożyło, że moja kartoteka zawiera niemal wszystkie choroby, na jakie cierpiała jakakolwiek osoba z mojej rodziny.
Cierpię na hipodoncję, to znaczy Matka Natura stwierdziła, że posiadanie 32 zębów w szczęce jest zbyt mainstreamowe, w dodatku szczytem hipsterstwa będzie pozbawienie mnie górnych dwójek i dlatego przy szerokim uśmiechu mam aparycję gryzonia. :)

Cóż, stało się, jakoś temu zaradzimy.
Osiemnastka jakiś czas temu ukończona, sprawdzam, czy przytrafi się przypadkiem jakaś refundacja, wada wrodzona, itp.
Odpowiedź odmowna. Przecież to tylko zabieg estetyczny, NFZ refunduje tylko ubytki powstałe podczas wypadku. Innymi słowy, gdybym oberwała po mordzie na ustawce czy podczas pijackiej burdy, ząbki miałabym zrobione od ręki. W sumie to estetyka i to estetyka, ale...

Opłaca się być pijakiem w Polsce.

służba_zdrowia

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 603 (721)
zarchiwizowany
W piątej klasie podstawówki zmieniono mi katechetkę.
Pani ta miała dość ciekawy system oceniania - wiadomo, na takim etapie nauczania religii skupiała się na klepaniu formułek. Interesujące jednak było to, jak odpowiednie modlitwy dobierała uczniom.
W każdej klasie bywają osoby zdolniejsze, mniej zdolne i lenie. Dlatego uczniowie z kategorii drugiej i trzeciej otrzymywali łatwiejsze modlitwy - Zdrowaś Maryjo, Dziesięć Przykazań. Cóż w tym dziwnego? Dobrzy uczniowie dostawali o wiele trudniejsze formułki. Cóż w tym dziwnego? Tekst Dziesięciu Przykazań był wywieszony nad tablicą...
Miliard lat temu byłam jedną z lepszych uczennic w szkole - nie kujonem, bo nigdy nie splamiłam się siedzeniem nad książką, za co cierpiałam w liceum i cierpię na studiach. Mimo to zawsze jakieś ambicje we mnie siedziały. Kto z chodzących na religię nie chciałby otrzymać szóstki na świadectwie? Niestety, nie było mi to dane. Warunkiem koniecznym do otrzymania oceny powyżej czwórki było uczestniczenie w wielu okazyjnych nabożeństwach (różaniec, roraty) w kościele obok szkoły. Kogo to obchodzi, że na początku podstawówki się wyprowadziłam i o wiele bliżej mi było do własnego? Nie, koniecznie trzeba było udać się do kościółka przy szkole. Jakoś rodzice nie byli skorzy do wysyłania mnie o 18 na różaniec do kościoła znajdującego się w blokowisku.

Zapewne jest to mało piekielna historyjka, ale wspominając te czasy zastanawia mnie jedno: jak to możliwe, że - biorąc pod uwagę "świętość" tego przedmiotu - religii uczyła mnie rozwódka?

szkoła

Skomentuj (2) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -9 (41)