Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nagareboshi18

Zamieszcza historie od: 8 stycznia 2016 - 22:44
Ostatnio: 17 stycznia 2020 - 13:20
  • Historii na głównej: 4 z 6
  • Punktów za historie: 589
  • Komentarzy: 0
  • Punktów za komentarze: 0
 

#85922

(PW) ·
| Do ulubionych
Piekielni - niedoszli - pasażerowie samolotów.
Po świętach w Polsce wracałam samolotem do UK. Na lotnisku przy mojej bramce najpierw odbywała się odprawa pasażerów innego lotu, ale również do UK. Już prawie wszyscy przeszli, aż został jeden [P]asażer, który dyskutował o czymś z Panem z [O]bsługi. Ja i inni pasażerowie mojego lotu zaczęliśmy przysłuchiwać się rozmowie, która przebiegała mniej więcej tak:

[P]: Ja już wybieram numer do mojego managera i PAN będzie mu tłumaczył dlaczego jutro się nie stawię w pracy!
[O]: Nikomu nic nie będę tłumaczył. Mówiłem panu, że możemy zejść na dół, gdzie pomogę panu przebukować bilet.
[P]: Ale ja jestem operatorem maszyny i muszę jutro być w pracy! A pan mnie nie chce wpuścić na samolot!
[O]: Ponieważ spożywał pan alkohol i nie możemy pana wpuścić.
[P]: Nie przeczę, spożywałem...
[O]: Jak już mówiłem, zapraszam na dół...
[P]: Nigdzie nie idę! Proszę mnie przepuścić! Mam bilet i dokumenty. O, tutaj!
[O]: Proszę pana, kupując bilet zgadzał się pan na warunki przewozu, które wyraźnie mówią, że pasażer pod wpływem alkoholu nie zostanie wpuszczony na pokład.
[P]: Ale ja już latałem tyle razy! Muszę być jutro w pracy! Zaraz zadzwonię do mojego managera, a pan mu się będzie tłumaczył...

I tak chyba przez 15 min. Podziwiam cierpliwość pana z obsługi. W końcu piekielny pasażer chwiejnym krokiem podszedł do innej pani z obsługi:

[O]: Pani Kierowniczko... bardzo proszę... Ja jutro muszę być w pracy, a wy mnie nie chcecie przepuścić...

Pani "Kierowniczka" była mniej cierpliwa od kolegi i zaproponowała piekielnemu pasażerowi dobrowolne zejście na dół lub wezwanie ochrony. Po kilku minutach pijany pasażer zgodził się przynajmniej odejść na bok i umożliwić odprawę mojego lotu.

Ta piekielna sytuacja od razu przypomniała mi nieco podobną, której byłam świadkiem kilka lat wcześniej.
To samo lotnisko, ta sama bramka. Na ławeczce siedział wyraźnie zdezorientowany pan z mokrą plamą na spodniach w okolicy krocza.
Panie z obsługi zgłosiły ten fakt ochronie, która podeszła do owego pasażera. Pan podniósł głowę, spojrzał nieobecnym wzrokiem, po czym zapytał:

"To by jużżż wylądowaliśśśmyyyy....?"

Do tej pory zastanawiam się, jakim cudem ten pan przeszedł niezauważony przez kontrolę osobistą i graniczną.

Zastanawiam się też co w ogóle mają w głowach ludzie pijący przed lotem. Przecież wiadomo, że w transporcie lotniczym obowiązują żelazne zasady i żadne błagania, ani straszenie "managerem" nic tu nie pomogą... A potem trzeba dopłacać do nowego biletu i tłumaczyć się w pracy ze swojej nieobecności.

lotnisko

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 126 (140)

#85575

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się sytuacja sprzed kilku lat. Siedziałam w samolocie z UK do Polski. Przede mną usiadła rodzinka: rodzice + ok. 3-4-letni synek. W pewnym momencie stewardessy zaczęły sprawdzanie kabiny przed odlotem i zwróciły uwagę rodzicom, że na czas startu należy odsłonić okno. Matka od niechcenia je odsłoniła. Stewardessa poszła dalej, ale nie minęła minuta, a chłopiec znów zasłonił okno. Wraca stewardessa - sytuacja się powtarza: matka odsłania, synek za chwilę zasłania.

W końcu nie wytrzymałam i szepnęłam do chłopca, że tak nie wolno robić: przez okno widać silnik i trzeba patrzeć, czy on dobrze działa i nic się nie psuje. Chłopiec posłusznie odsłonił okno, a ja przez resztę lotu służyłam mu za eksperta w dziedzinie lotnictwa - co chwilę o coś pytał. :)
Bardzo mi żal tego dziecka - wystarczyło mu poświęcić tylko odrobinę uwagi i normalnie porozmawiać.

A rodzice najwyraźniej mieli je gdzieś.

Skomentuj (9) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 125 (163)

#85574

(PW) ·
| Do ulubionych
Przypomniała mi się taka scenka z zeszłych wakacji.

Przyjechałam do Dużego Miasta odwiedzić przyjaciółkę. Wyszłam z tramwaju i szłam sobie przez osiedle bloków. Gdy przechodziłam w pobliżu placu zabaw, minęła mnie biegnąca grupka dzieciaków - przedział wiekowy ok. 8-12 lat. Już prawie wróciły mi cudowne wspomnienia z mojego dzieciństwa, gdy do moich uszu dobiegła piosenka puszczana z telefonu jednego z tych dzieci:
"Jeśli ktoś cię wkur*** no to rozjeb mu łeb, rozjeb mu łeb, rozjeb mu łeb...".

Już się boję co to będzie, gdy dorosną.

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 76 (90)

#80388

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnio naczytałam się tu sporo historii związanych z bierzmowaniem i przypomniała mi się sytuacja sprzed około 2 lat.

Rzecz działa się w polskim kościele w Anglii. Razem z narzeczonym przyszliśmy na mszę i usiedliśmy jak zwykle w ławce na samym końcu kościoła, tuż przy wyjściu. Jakiś czas po rozpoczęciu mszy zaczęła się schodzić młodzież (głównie dziewczyny), na oko 16-letnia, czyli zapewne do bierzmowania. Jednak zamiast brać udział we mszy, dziewczyny rozsiadły się wygodnie na klęczniku i tak przegadały całą godzinę. Kompletnie ignorowały wszystko co się wokół nich działo - nie powiedziały żadnej wspólnej modlitwy, ani razu nie uklękły, a ich głośne rozmowy przeszkadzały wszystkim dookoła.

Ponieważ nie chcieliśmy robić zamieszania w trakcie mszy, po wszystkim poszliśmy do księdza, aby mu o tym powiedzieć.
W kancelarii zastaliśmy już kobietę z nastoletnią córką, która przyszła porozmawiać z księdzem w podobnej sprawie. Okazało się, że 'koleżanki' z grupy do bierzmowania dręczyły jej córkę do tego stopnia, że ta nie chciała już dłużej brać udziału w zajęciach. Kobieta nie chciała jednak podać żadnych nazwisk, z obawy przed zemstą na córce, więc ksiądz nie mógł wyciągnąć konsekwencji wobec konkretnych osób.

W następną niedzielę jedynie ogłosił, że od tej pory młodzież do bierzmowania ma siedzieć w pierwszych ławkach.
Przeraża mnie to, że taką młodzież dopuszcza się do bierzmowania...

kościół

Skomentuj (32) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 150 (208)
zarchiwizowany

#75705

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia opowiedziana mi przez mamę.
U naszej 50-paroletniej sąsiadki zdiagnozowano cukrzycę typu 2. Lekarz przepisał jej tabletki, których miała brać określoną ilość w ciągu dnia.
Sąsiadka dokładnie stosowała się do zaleceń. Jednak niedługo potem pojechała do córki za granicę, gdyż ta załatwiła jej sezonową pracę. Była to fizyczna praca, ale sąsiadka jakoś dawała sobie radę.
Jednak w pewnym momencie zaczęło się z nią dziać coś niedobrego: było jej słabo, trzęsły się jej ręce. W czasie ćwiczeń przeciwpożarowych nie była w stanie sama wyjść z budynku - koleżanki z pracy musiały pomóc jej iść.
Sąsiadka na początku uważała, że to przez pracę. Jednak, gdy okazało się, że wypicie coli lub zjedzenie słodkiego batonika powoduje magiczne ozdrowienie, sąsiadka doszła do wniosku, że to musi być coś nie tak z cukrem.
Po powrocie do Polski poszła znów do lekarza i opowiedziała mu co się dzieje. W odpowiedzi została zwymyślana: "Jak to?! Nie mierzy sobie pani poziomu cukru?! Czemu się pani dziwi, że jest pani słabo?!".
Sąsiadka odpowiedziała, że po pierwsze ma prawo nie wiedzieć, bo nigdy nie miała styczności z cukrzycą. A po drugie, lekarz wcześniej sam kazał jej brać tabletki - o mierzeniu cukru nie było mowy.
W końcu lekarz łaskawie przyniósł jej glukometr i pokazał jak go używać. Jak to miło z jego strony...

słuzba_zdrowia

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: -4 (38)
zarchiwizowany
Od ładnych paru lat mieszkam na obczyźnie. Do niedawna wynajmowałam sama mieszkanie, a pode mną mieszkała 3 osobowa polska rodzina - para z 4-letnim synkiem. Byli ze sobą już prawie 10 lat, więc stwierdzili, że najwyższa pora zalegalizować związek.
We wrześniu pojechali więc do Ojczyzny, celem zawarcia związku małżeńskiego. Było wesele, były zdjęcia w plenerze, zmiana nazwiska panny młodej oraz obowiązkowo zmiana statusu związku na Facebooku. Cud, miód i orzeszki. Do czasu.
Pewnego kwietniowego wieczoru wracam do domu i mijam na klatce sąsiada. Po minie widziałam, że coś się stało, ale nie dopytywałam. Chwilę później telefon - dzwoni sąsiad z prośbą, żebym powiedziała jego żonie, żeby odebrała telefon. Stukam do drzwi, otwiera zapłakana sąsiadka. Myślę sobie: pewnie się o coś pokłócili, bywa.
Co się okazało? Ledwie pół roku po ślubie sąsiadka zakochała się na zabój w swoim tatuażyście i postanowiła posłuchać "głosu serca". Wyprowadziła się do nowej miłości, a na jej plecach pojawił się tatuaż z imieniem ukochanego. Nie zdziwiłabym się, gdyby taki numer odwaliła 15-latka. Problem w tym, że sąsiadka była (przynajmniej teoretycznie) dorosłą kobietą i matką, świeżo po ślubie.
Początkowo zabrała ze sobą synka, ale po kilku tygodniach podrzucania go tatusiowi, mały wrócił na dobre do dawnego domu. Dodam tylko, że tatuś pracował na pełen etat i ledwo wyrabiał ze wszystkim.

Jak nietrudno się domyślić, Prawdziwa Miłość sąsiadki skończyła się szybciej niż się zaczęła. Finał jest taki:
- straciła męża (naprawdę w porządku koleś), który w końcu znalazł sobie nową kobietę
- zaserwowała swojemu synkowi niemało stresu i negatywnych emocji (mimo, że mały jest z tych cwanych dzieciaków, to widziałam, że autentycznie bardzo to przeżywa)
- jej własna matka potrzebowała pomocy psychologicznej, ponieważ po raz kolejny zawiodła ją najbliższa osoba (wcześniej tego samego roku odszedł od niej mąż)
- wielu przyjaciół się od niej odwróciło.

Została sama. A mogli żyć długo i szczęśliwie...

zagranica

Skomentuj (33) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 116 (182)

1