Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

NiebieskyPL

Zamieszcza historie od: 9 lipca 2016 - 14:25
Ostatnio: 10 grudnia 2017 - 22:11
O sobie:

Młody twór ubiegłego stulecia z predyspozycjami do śmieszkowania :)

  • Historii na głównej: 13 z 13
  • Punktów za historie: 3597
  • Komentarzy: 50
  • Punktów za komentarze: 208
 

#80921

(PW) ·
| Do ulubionych
Sytuacja miała miejsce już ładnych kilka miesięcy temu, jednak dopiero teraz naszła mnie myśl, aby ją opisać.

Upalny, letni dzień. Stoję w jednej z uliczek wychodzących z wrocławskiego Rynku i palę papierosa, czekając na koleżankę. Nagle przede mną zmaterializował się (P)an. Wyglądał na kogoś, komu w życiu się nie wiedzie, jednak nie wydawał się bezdomny. Ot, "zadbany" menelik w dość młodym wieku (maksymalnie 30 lat). Pan spojrzał na mnie smutnymi oczami i zagaił:

(P): - Przepraszam, że przeszkadzam, ale mógłby mi pan może kupić coś do jedzenia? Bardzo głodny jestem.

(Ja): - Emm... jasne, obok jest sklep, chodź - powiedziałem, gdyż widziałem, że gość jest naprawdę zawstydzony, że pyta.

W ciągu tych 30 sekund, gdy szliśmy do sklepu, kilkukrotnie przepraszał, że mnie zaczepił, ale "od kilku dni prawie nic nie je". Uspokoiłem go, mówiąc, że gdybym miał z tym jakiś problem, to po prostu nie przystałbym na jego prośbę.

Gdy tylko weszliśmy do lokalu, Pan wskazał na stoisko z pieczywem i zapytał, czy mogę mu wziąć kilka suchych bułek. Nakazałem, żeby wziął, ile tylko potrzebuje. Następnie skierowałem się z nim na stoisko z nabiałem, wziąłem do koszyka ze dwa opakowania sera, chwilę później dorzuciłem też jakieś mięsne wyroby, kiełbaski czy coś takiego. Idąc do kasy złapałem jeszcze za bochenek chleba, gdy Pan zatrzymał mnie i spytał:

(P): - A... Mógłbym też sobie jakiś ser wziąć?
(Ja) - Ale ten koszyk cały będzie dla ciebie.

Facet dosłownie ze łzami w oczach kilkukrotnie pytał, czy jestem pewny, przecież nie muszę. Stwierdziłem, że to nie są jakieś wielkie pieniądze i żeby sobie jeszcze coś wziął, jeśli chce. Stanowczo odmówił. Zapłaciłem za zakupy, wręczyłem Panu reklamówkę i życzyłem smacznego.

Mój "obdarowany" oddalił się z pożywieniem, a ja stałem jeszcze chwilę pod sklepem, myśląc, czy nie powinienem sobie kupić czegoś do picia. Wtedy przez nie do końca zamknięte drzwi sklepu usłyszałem głos (K)asjerki:

(K): - Ty, no gościa poje*ało, nie?
- Ale co? - odezwał się nieco bardziej stłumiony głos.
(K): - No ku*wa, zrobił zakupy jakiemuś brudasowi, ja pie*dolę!
- Jak ch*j?
(K): - Wszedł i obkupił menela na cały dzień, może jeszcze niech mu gałę zrobi!
- Hahaha (laughs in polish).

Dlaczego ludzie tak reagują na pomoc innym? Z zazdrości? Bo ciężko mi to wyjaśnić...

Pamiętajcie, niezależnie od tego, jak na Was patrzą, róbcie co uważacie za słuszne. ;)

Wroclove

Skomentuj (23) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 117 (139)

#74865

(PW) ·
| Do ulubionych
Działo się to w Nowy Rok, 1 stycznia 2014.

Odprowadziłem znajomego na autobus, jadący do Odległego Miasta Za Rzeką, było może koło 8-ej rano. Mieścina moja niewielka, choć 60 tysięcy ludzików w niej pomieszkuje. Pustka na ulicach (nawet w centrum), aż przypomniały mi się zdjęcia z Pyongyangu.

Wracam sobie pieszo w kierunku domu, a kilka kilometrów mi zostało do przejścia, bo autobusy stały w zajezdni i czekały na późniejszą godzinę.

Bum! Pod krzaczkiem przy ścianie jakiegoś budynku leży sobie piesek. Skulony, trzęsie się, sierść ma całą w szronie. Nie zareagował na mój widok, a także na moje zbliżenie się i pogłaskanie. Szukam właściciela wokoło, stwierdzam, że wyziębiony zwierzak przybył tu sam.

Niestety nie chciał za mną iść, podnieść się też nie dawał, choć nieśmiało próbowałem. Żal mi się strasznie go zrobiło, wzrok miał taki smutny, zdawał się mówić "dasz mi ciepło?".

Wyciągam telefon i po 10 minutach krążenia po nieintuicyjnej stronie schroniska odnajduję numer. Dzwonię. Nikt nie odbiera za pierwszym razem. Za drugim też nie. I za kolejnym. Staram się jakoś pieska ogrzać, nakrywam więc go swoją kurtką i głaszczę go. Znalazł siłę na delikatne stukanie ogonkiem o zmrożony chodnik.

Po 20 minutach stwierdziłem, że wezwę policję. Po objaśnieniu co i jak usłyszałem od dyspozytora, że natychmiast skontaktują się ze schroniskiem i podadzą mój numer do kontaktu. I tak minęła prawie godzina czekania. Sierściuszek zaczął znów się trząść, coraz mocniej i mocniej. Telefon do schroniska. Po 15 minutach udało mi się dodzwonić. W połowie moich wyjaśnień usłyszałem, że tylko policja może im zgłosić interwencję. Pani po drugiej stronie nawet nie dała mi powiedzieć, że już tak zrobiłem i nie przyniosło to efektu. Po prostu się rozłączyła.

"No psia mać!" - mruczałem pod nosem, szukając w okolicy ludzi czy chociażby jadącego samochodu. Bez skutku.

Przedzwoniłem jeszcze raz na policję. Co usłyszałem?

"Dzwoniliśmy do schroniska, interwencja była przyjęta już pół godziny temu. Nikt do pana nie dzwonił?"

No nie, nie dzwonił. Za to ja zadzwoniłem. Znów do schroniska. Po 10 minutach dobijania się usłyszałem znudzone "halo?". Spytałem, czy na ulicę Szatańską nie mieli przypadkiem zgłoszenia od policji do zamarzającego psa, bo zgłaszałem to już dwa razy. Piękną otrzymałem odpowiedź:

"No ale widzi pan do nas nikt nie dzwonił, nikt nam nie mówił, jak policja do nas zadzwoni i przekaże to może coś zrobimy, ale tak od pana to nic nie przyjmiemy, niech pan pieska do domu zabierze."

*biip biip biip*

I tyle ją słyszałem. Pies podkulał się coraz bardziej, przytulał do ściany i dygotał z zimna.

Dodzwoniłem się na komendę, żeby nie zajmować linii - do dyżurnego. Objaśniłem sprawę, opowiedziałem o podejściu pani ze schroniska. Powiedział, że natychmiast dzwoni do w/w instytucji i oddzwoni za minutę.

Z psiakiem robiło się coraz gorzej, przymykał oczy, drżał okrutnie i cichutko piszczał pod noskiem. Niestety nie dawał sobie pomóc inaczej, niż poprzez położenie na nim kurtki i swetra oraz głaskanie tu i ówdzie, co właśnie czyniłem. Nawet nie miałem pieniędzy, żeby kupić mu coś do zjedzenia.

Na szczęście po chwili dostałem telefon z policji - schronisko powiadomione, zaraz się do mnie odezwą. Ledwo zdążyłem podziękować - telefon ze schroniska. Pani na linii gorąco przeprosiła za koleżankę, dopytała o wszystkie szczegóły. W ciągu 5 minut była na miejscu.

Udało nam się zgarnąć psiaka. Dowiedziałem się tylko, że jest w bardzo złym stanie - skrajnie wychłodzony, niedożywiony, nawet sierść nie pomagała mu na mrozie. Gdyby poleżał tak jeszcze trochę - mógłby nie dać rady i zamarznąć.

Po jakichś dwóch tygodniach zadzwonił do mnie nieznany numer - kontaktowała się ze mną pracownica schroniska, która pomogła mi i psu tego mroźnego poranka. Opowiedziała, że zwierzak ma się już dobrze i jest szczęśliwy. Miał około dwóch lat i trafił właśnie do adopcji. Pani stwierdziła, że kontaktuje się ze mną, bo pewnie chciałem się dowiedzieć jak potoczyła się sprawa i... zaadoptować go. Z ogromną przykrością odmówiłem, gdyż miałem już jednego czworonożnego kudłacza w domu, a ten nie znosi innych psów.

Psiak trafił do adopcji i - z tego co wiem - bardzo szybko znalazł nową rodzinę, która do dziś kocha go z całego serca. Jestem pewny, że z wzajemnością :)

I powiedzcie mi, kto tu był piekielny? Czy pracownica na słuchawce kłamała, że nie dostała zgłoszenia, czy kłamał policjant, mówiąc, że zgłosił interwencję schronisku?

policja schronisko

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 246 (270)

#74696

(PW) ·
| Do ulubionych
Anno Domini 2015.

Podszedłem do dwóch policjantów idących przez centrum miasta i zapytałem, czy nie znaleźli może portfela - zauważyłem, że nie mam go w kieszeni, a chwilę wcześniej szedłem tą trasą.

Zapytali mnie o dokumenty. Gdy wyjaśniłem, że były w portfelu, zabrali mnie na komendę w celu ustalenia tożsamości. Podejrzewali, że byłem pod wpływem "środków odurzających". Testów na obecność takowych substancji w organizmie nie wykonano. A miałem jeszcze szansę znaleźć ten portfel...

policja

Skomentuj (11) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 214 (258)

#74366

(PW) ·
| Do ulubionych
Moja luba miała przyjaciółkę, nazwijmy ją Beatka. Praktycznie od dzieciństwa.
"Przyjaciółka" była o kilka lat starsza, ale to nie szkodziło ich relacji. Co ważne dla historii, Beatka pochodziła z zamożnej rodziny.

Rzeczone dziewczę było chore - dopiero po latach rehabilitacji udało jej się zacząć prowadzić normalny tryb życia. Wcześniej moja dziewczyna pomagała jej ze wszystkim, gdyż ta miała ograniczoną zdolność poruszania się. Sprzątała, gotowała, zdarzało się jej nawet kąpać swoją przyjaciółkę.

Wieczorami przy kawie wspólnie marzyły, jak to będzie za kilka tudzież kilkanaście lat. Beatka opowiadała, jak to zaprosi me dziewczę na ślub jako świadkową, sypały się kilogramy planów i obietnic. Dziewczyny spędzały ze sobą większość wolnego czasu.

Minęło kilka lat. Przyjaciółka skończyła 18 lat, zaprosiła moją na imprezę urodzinową. Jako że ma wybranka nie pochodzi z bogatej rodziny, wszyscy jej członkowie zrzucili się na prezent - piękny łańcuszek, zakupiony za magiczną sumę stu złotych.

Beatka pięknie dziękowała za prezent zapewniając, że jest on najlepszy ze wszystkich, jakie dostała. Niestety me dziewczę odniosło inne wrażenie - łańcuszek nigdy nie zagościł na szyi Beatki, ostatni raz był widziany zakurzony w jakimś kącie, miesiąc po imprezie. Co ciekawe, moja, w czasie świętowania urodzin, kilka razy słyszała za swoimi plecami rozmowy między członkami rodziny Beatki.

"A co to za dziewucha w wieśniackiej sukience?" "Widziałaś, jaki tani badziew jej kupiła?" "Skąd ona się urwała, patologia..."

Cóż, rodziny się nie wybiera, lecz przyjaciółka nigdy nie wystosowała przeprosin, mimo, że była świadkiem wyżej wymienionej, chamskiej wymiany zdań.

Znów minęło kilka lat, dziewczyny nadal utrzymywały ze sobą kontakt. Zbliżał się ślub Beatki, zaproszenia wysłane już pół roku przed wielkim dniem. Zaproszenia, z których jedno dziwnym trafem do mej dziewczyny nigdy nie dotarło.

Wybrała się więc moja do Beatki z pytaniem: Co się stało, czyżby zaproszenie zaginęło?

Nie.

Beatka wesoło stwierdziła, że już rozesłała wszystkie zaproszenia, a że jej koleżanki ze studiów przychodzą z osobami towarzyszącymi, dla mej lubej zabrakło miejsca.

Super. Fajnie. Jakoś to przebolała, chociaż zbyt miłe zachowanie to nie było.

Nagle, nieoczekiwany niczym hiszpańska inkwizycja zwrot akcji, 4 dni przed ślubem:

"Hej, słuchaj, siostra koleżanki nie będzie na ślubie, chcesz wpaść?"

Nie wpadła.

Nie, moi Drodzy, to jeszcze nie koniec!

Z tego, co wiem, Beatka męża już nie ma. Jej wybranek - podobno miłość życia - musiał płacić za mieszkanie u niej, i to dodatkowe pieniądze, prócz wyżywienia siebie i Beatki. Rzeczona stwierdziła również, że po studiach ona pracować nie będzie, bo od tego ma swojego męża. Podsumowując - dziewczę nie chciało podjąć pracy, gdyż zarabiać miał na nią jej facet, który prócz spełniania jej zachcianek w postaci m.in. kosmetyków za 400 zł miesięcznie (wtf?!) musiał płacić jeszcze 3 razy tyle, tylko za możliwość zamieszkiwania u niej. Poświęcał się jednak, byle sprawić radość swej ukochanej i zaczął pracę na dwa etaty.

Beatka wyrzuciła go z domu, gdyż "nie poświęcał jej czasu".

Kurtyna.

przyjaciółka

Skomentuj (27) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 267 (351)

#74631

(PW) ·
| Do ulubionych
Miałem dwa samochody.

Pierwszy to kilkuletnie wozidło do pracy, nic szczególnego. Pozbyłem się go ostatnio, w celu dołożenia kilku groszy i zakupu czegoś nowszego.

Został mi więc drugi, 24-letni, który trafił w moje ręce niedawno. Odłożyłem kilka wypłat, które przeznaczyłem na jego kapitalny remont. Auto jest w dobrym stanie, ale wymaga odświeżenia i kilku drobnych napraw, dodatkowo chcę go jeszcze przywrócić do stanu pierwotnego - było w nim zamontowane kilka części pseudo-sportowych.

Niestety, wóz miał jeden wielki problem - spalone sprzęgło, samochód trafił na mój podjazd na lawecie. (Proszę, nie piszcie o opłacalności wszystkich "zabiegów", auto od dzieciństwa mi się podobało, wreszcie zrealizowałem swoje niewielkie marzenie i chcę je doprowadzić do stanu bliskiego ideałowi).

Pojeździłem trochę po mechanikach, niestety wszyscy mieli pozajmowane terminy na najbliższe parę tygodni. W jednym z serwisów pracownik zaproponował mi, że z racji wolnego czasu on może mi wymienić sprzęgło. Miałem się kontaktować pierwszego sierpnia, aby przetransportować z nim wóz do niego.

Ucieszyłem się, bo od 8-go do 14-go sierpnia miałem urlop, więc miałbym, jak wyjechać z lubą do miasteczka nad jeziorem, gdzie wybranka przyszła na świat (w miasteczku, nie w jeziorze :P )

Umówionego dnia facet stwierdził, że sprzęgła nie dostał nigdzie na miejscu, więc zamówił przez internet. Miało być na środę. "Przeżyję te dwa dni" - pomyślałem i zadzwoniłem w wyznaczonym terminie. Przez całą środę gość nie odbierał ode mnie telefonu. Zadzwoniłem więc w czwartek. Udało mi się połączyć dopiero późnym popołudniem. Jedyne, czego się dowiedziałem, to to, że "dzisiaj na 100% go zabierzemy, zaraz będę jechał po lawetę".

Zaufałem. Zawiodłem się. Dopiero w piątek wieczorem usłyszałem, że współpracownik mechanika wziął lawetę i będzie dziś wieczorem. Spoko.

Dopiero kolejnego dnia (w sobotę) dodzwoniłem się po raz kolejny. Usłyszałem, że laweta się zepsuła i spróbują moje auto zabrać do warsztatu kolegi, który jest o tyle blisko, że można wozik holować na linie.

Cały weekend minął w nadziei, że w poniedziałek auto trafi w dobre ręce. Nie trafiło. Tego dnia dowiedziałem się, że "mój" mechanik rozwalił sobie nogę wpadając do kanału. No cóż za zbieg okoliczności!

Dobiłem się do innego "specjalisty" we wtorek, czyli 9-go lipca. Urlop powolutku znikał, a wraz z nim wizja kilkudniowego wypadu na małe "wczasy". Mirek, bo tak się zwał rzeczony mechanik, stwierdził, że w środę może to zrobić. Zaoferowałem mu dodatkowo 300 złotych "premii", żebym tylko mógł w czwartek wybyć z miasta moim samochodem, wyjaśniłem również, że to z powodu urlopu. Dostałem obietnicę wykonania zadania.

Zadzwoniłem do niego w środę. Oczywiście nie odbierał, więc udałem się do Mirka na piechotę. Zauważyłem, że uporał się on z samochodami, przez których naprawę musiałem odczekać dwa dni. Zamiast nich pojawiły się za to kolejne... Niestrudzony zapytałem, kiedy mogę się spodziewać, że ściągnie auto do siebie.

[M] -W środę - powiedział z uśmiechem na twarzy, wycierając łapki w ścierkę.
[J] -Ale.. dzisiaj jest środa - powiedziałem nieco skonsternowany.
[M] -Aaa, bo roboty mam teraz dużo, to po weekendzie w poniedziałek mogę go zabrać ale nic nie obiecuję.
[J] - Mówił pan, że w środę zrobi. Jeszcze zaoferowałem dopłatę 1/3 całej kwoty, żebym mógł pojechać na urlop. A tu jeszcze pan przede mną sporo klientów upchał...
[M] - A bo to znajomi oni na wakacje jadą, rodzina te sprawy, nie bój nic, w poniedziałek to możemy zrobić.
[J] - W poniedziałek nie mam urlopu, dorzucam jeszcze stówkę jak pan to dziś zrobi.
[M] - Nie da rady, poniedziałek to najwcześniej.

Stwierdziłem, że Mirek tak zobaczy swój bonus, jak ja swoje auto na chodzie i przeznaczyłem pieniądze na auto z wypożyczalni.

Zawitałem do Mirka w poniedziałek po urlopie. Zapytawszy, czy wybieramy się po moje "cacko" usłyszałem tylko:

[M] - A to myśmy się na piątek nie umawiali?

Czy wszyscy mechanicy są tacy?

mechanik

Skomentuj (35) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 245 (271)

#74652

(PW) ·
| Do ulubionych
Powoli, lecz konsekwentnie przelewam na papier (a może klawiaturę?) kolejne piekielne historie jakie przydarzyły mi się w przeszłości.

Jeszcze kiedy mieszkałem w bloku, miałem niezbyt ciekawych sąsiadów.

Starsi ludzie z piętra niżej, którym przeszkadzało nawet moje kichnięcie o 3 w nocy, a jak broń Boże przed 8 rano spuszczałem wodę w łazience, to naparzali miotłą w sufit (a moją podłogę) dobre kilkanaście minut. Tak dla ścisłości - instalacja nie wydawała głośnych dźwięków ani przy odprowadzaniu wody, ani przy jej dolewaniu do zbiornika.

Swego czasu przestałem chodzić po mieszkaniu w kapciach, żeby przypadkiem po piętnastu minutach nie usłyszeć domofonu, po którego drugiej stronie stała para policjantów. Jednak nawet bezgłośne popierniczanie w skarpetkach po wygłuszonych panelach zakłócało spokój państwa starszych.

W czasach wcześniejszych po prostu przychodzili i napieprzali ile się dało w drzwi, póki nie otworzyłem, żeby zostać od nich odepchniętym przez wrzaski sąsiadki, że jakim prawem ja o 16 wieczorem czajnik włączam. Od czasu kiedy zaczęli wzywać policję było jeszcze gorzej. Wszystko skończyło się pewnej nocy, kiedy byłem poza miastem.

Wróciłem do domu bardzo późno, coś koło północy. Zaciekawił mnie radiowóz stojący przed "moją" klatką. Gdy wszedłem do środka usłyszałem zniekształcony przez echo głos [S]ąsiadki:

[S] - No musi tam być gówniarz, przed chwilą muzykę puszczał i łaził w butach!

*pukanie do drzwi*

[P]olicjant: - Spokojnie, teraz jest cisza, możliwe, że się pani przesłyszało.
[S] - Nic mi się nie przesłyszało! Muzyka dudniła, łaził tak głośno, że pewnie całą klatkę pobudził! Ciągle tak po nocach robi!

W tym momencie dotarłem na swoje piętro i ukazałem się policjantom i sąsiadce.

-Dobry wieczór - powiedziałem najmilszym tonem, jakim się dało. - Co państwa sprowadza o tak później porze?

Sąsiadka zamarła, policjanci, którzy notabene byli już u mnie kilka razy, spoglądali to na mnie, to na nią, aż w końcu jeden z nich powiedział:

[P] - Pani twierdzi, że zakłóca pan spokój głośną muzyką.
[J] - A, to prawda, przed chwilą słuchałem muzyki, przez dobre 100 kilometrów trasy.
[P] - Czyli pan dopiero wrócił, tak?
[J] - Owszem.
[P] - Proszę otworzyć mieszkanie, żebyśmy mieli pewność, że tam nic nie hałasuje.

Otworzyłem drzwi. Wszystkich przywitał skryty w mroku przedpokój, z którego nie dochodził absolutnie żaden dźwięk.

Sąsiadka dostała mandat za nieuzasadnione wezwanie. Odmówiłem złożenia skargi na nią, chociaż mi to zaproponowano. Od tego czasu sąsiadka zgubiła chyba telefon i miotłę, bo do czasu przeprowadzki miałem spokój :)

sąsiedzi

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 343 (349)

#74559

(PW) ·
| Do ulubionych
Mój dobry kolega pracuje w mieście nieopodal mojego, w jednym ze sklepów wielkopowierzchniowych, na tzw. "wyspie" z elektronicznymi papierosami.

"Wyspa" ta charakteryzuje się tym, że ma wysokość nieco ponad półtora metra, ze względu na wystawę. Tylko w jednym miejscu jest niższa - od strony lady, która nie jest zbyt szeroka i długa.

Kilka dni temu byłem naocznym świadkiem sytuacji, której poziom ciężko mi opisać. Kolega przekładał właśnie towar na wystawie, więc część asortymentu musiała znaleźć się na ladzie, z racji niewielkiej powierzchni "wyspy".

W tym właśnie momencie do punktu zbliżyła się [P]ani z wózkiem, wyciągnęła z niego płaczące zawiniątko, wskazała na ladę i powiedziała do [K]olegi rozkazującym tonem:

[P] - Zrób mi tu miejsce!
[K] (Nieco zdziwiony) - Słucham? Dlaczego?
[P] - A ślepy, ku*wa, jesteś? Karolka muszę przewinąć!

Po tych słowach, nie zważając na zalegające pudełeczka, położyła krzyczące zawiniątko na ladę i przystąpiła do zmiany pieluchy.

Dobrze, że w pobliżu był ochroniarz, to on przyjął za nas rany wojenne - zadrapania na twarzy po długaśnych, różowych tipsach.

Najpiękniejsze jest to, że 5 metrów od sklepu wisi wielka tablica z napisem "Pomieszczenie dla matki z dzieckiem" oraz strzałką wskazującą pobliskie schody w dół i windę.

sklepy

Skomentuj (28) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 304 (348)

#74099

(PW) ·
| Do ulubionych
Klientów dzisiaj mało, więc wspominam sobie piekielne historie z mojego życia, a co lepsze przepisuję na Piekielnych, ku - mam nadzieję - Waszej uciesze :)

Są takie dni, kiedy wyglądam bardzo młodo (czyt. kiedy się ogolę).

Około 2 miesięcy temu, w jeden z takich dni zaszedłem do sklepu w centrum miasta. Od wejścia przywitał mnie uśmiech pani [E]kspedientki, będącej w wieku produkcyjnym niemobilnym. Jako, że byłem jedynym klientem, zbliżyłem się do lady i odwzajemniając uśmiech rzekłem:

[J] - Dzień dobry, marlboro zielone poproszę.

W tym momencie twarz obsługującej mnie kobieciny, z wyrazu "Witaj młody człowieku, w czym mogę ci pomóc?" zmieniła się w typowe "Spłoniesz w piekle ty i ten, kto cię spłodził". Tonem adekwatnym do wyrazu twarzy odfuknęła, bo prośbą tego nie nazwę:

[E] - Dowód.

Podałem więc jej plastik. Zlustrowała go dokładnie, w tym również krawędzie (aha), kilkanaście razy porównała zdjęcie z moją facjatą, po czym wykrzyknęła:

[E] - Aha! Tu cię mam! - po czym wrzuciła dokument do szuflady kasy.

[J] - Co pani robi? - zapytałem z wyłączeniem sugestii oddania mi dowodu, co w tej sytuacji wydało mi się bezsensowne.
[E] - Nie oszukasz mnie! Dowód jest podrobiony!

Nauczony zachowania spokoju w takich sytuacjach, odparłem grzecznie:
[J] - Nie, nie jest. Jeśli nie chce mi pani nic sprzedać, proszę o swój dowód, zakupy zrobię gdzieś indziej.
[E] - Nic ci nie oddam, poczekasz sobie na policję! - wykrzyknęła wręcz z dumą w głosie.

Aż szkoda mi klawiatury w firmowym laptopie, na opisywanie jej zachowania, przez całe półtorej godziny oczekiwania na patrol. W skrócie: wszystkie moje argumenty - że spieszę się do pracy, że za coś takiego może ponieść konsekwencje oraz żeby się zastanowiła, czy to w ogóle ma sens - zbywała wypowiedzą typu "ja przestępcom nie odpuszczam!", czasem dodając groźby, w rodzaju "ja znam proboszcza, już ja ci załatwię że cię z tego nie rozgrzeszy!".

Tak naprawdę mogłem wejść za ladę i odebrać dowód siłą, ale po co robić sobie problemy? Czekałem więc na patrol, zastanawiając się, ile czasu jeszcze stracę, próbując wytłumaczyć mundurowym całą sytuację. Każdy, kto miał styczność z tą instytucją na terenie naszego kraju ten wie, jak często podczas zeznań "na gorąco" policjanci nie pojmują opisywanych zdarzeń i prawie zawsze zrozumieją coś nie tak, lub nie zrozumieją wcale.

Tego dnia jednak nie wszystkie gwiazdy były przeciwko mnie. Na parking pod sklepikiem zajechał nieoznakowany patrol, z którego wysiadło dwóch policjantów, moich dobrych znajomych jeszcze z poprzedniej pracy.

Dowód odzyskałem, pani ekspedientka została, z tego co wiem, ukarana. A do pracy i tak się spóźniłem.

sklepy

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 287 (317)

#74247

(PW) ·
| Do ulubionych
Mało piekielne, ale z perspektywy 11-letniego mnie, nieco przykra.

W 4 klasie podstawówki brałem udział w międzyszkolnym konkursie matematycznym. Rywalizacja obejmowała kilkudziesięciu uczniów, z bodajże 6 szkół. Gdy się zgłosiłem, nauczyciele byli bardzo zdziwieni, gdyż moje oceny z tego przedmiotu nie wykraczały powyżej trójek.

Rodzice opłacili udział w konkursie, co kosztowało, jak pamiętam, 20 złotych.

W dniu konkursu nawet się nie stresowałem. Nie uczyłem się do niego. Napisałem go najszybciej w szkole. Był trudny - wykraczał znacznie ponad program nawet klas szóstych. Kiedy po tygodniu ogłoszono wyniki, wszyscy byli zaskoczeni - zdobyłem pierwsze miejsce, przewyższając drugiego najlepszego "rywala" o jeden punkt. Jemu do 100% brakowało dwóch, mnie jednego.

Wielu powie, że najlepszą nagrodą za zwycięstwo jest zadowolenie z siebie, satysfakcja z podjęcia rywalizacji et cetera. Fakt, ale ucznia wypadałoby nagrodzić, prawda?

Prawda. Nagrodzili. Dostałem kurs tańca ślubnego na DVD, jeszcze z naklejoną ceną 4,99,-. Dodatkowej oceny czy gratulacji nie otrzymałem. A płytę przekazała mi szatniarka, bo pani dyrektor nie miała czasu.

szkoła_podstawowa

Skomentuj (10) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 325 (351)

#74178

(PW) ·
| Do ulubionych
Razu pewnego z mojej posesji uciekł mi pies.
Wyszedłem do sklepu, a gdy wróciłem - nie było go. Nie mam do dziś pojęcia, jak to zrobił, ale to nie jest ważne dla tej historii.

Rozpocząłem poszukiwania, a że w mojej Cytrynie padł akumulator - ruszyłem na akcję poszukiwawczą pieszo.

Około pół kilometra od domu, na sąsiednim osiedlu, spostrzegłem nieoznakowany radiowóz, do którego właśnie zmierzał jeden ze znajomych mi policjantów, poznany jeszcze w mojej poprzedniej pracy. Zagadałem więc do niego, czy nie widział w okolicy rzeczonego zwierzaka, pokazałem zdjęcia. Niestety, ale nie widział. Zaproponował natomiast, że pojeżdżę z nim po osiedlu, a nuż zguba pałęta się w pobliżu.

Wsiadłem więc z nim, po czym ruszyliśmy na - bezskuteczne zresztą - półgodzinne poszukiwania. Pech chciał, iż cała "procedura" wypytania o mego psa odbywała się przy jednym z socjalnych budynków, potocznie zwanych "slumsem".

Już 2 dni później na moim aucie ktoś wydrapał gwoździem napis "konfidęt" - cytat dosłowny.

Gratuluję pomyślunku, idealnie nad podjazdem mam kamerę :)

PS. Pies się znalazł, przyszedł pod dom wieczorem, pokryty zaschniętą skorupą błota. Przynajmniej on dobrze się bawił ;)

osiedle

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 348 (352)