Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nieniecierpliwa

Zamieszcza historie od: 30 kwietnia 2015 - 10:14
Ostatnio: 20 lipca 2020 - 13:09
O sobie:

Matka Polka, skoczek spadochronowy, niedoszły żołnierz o anielskiej cierpliwości.

  • Historii na głównej: 40 z 46
  • Punktów za historie: 10964
  • Komentarzy: 70
  • Punktów za komentarze: 264
 
Absurdy mieszkaniowo meldunkowe.

Mąż mój całe życie mieszkał w mieszkaniu komunalnym. Głównym najemcą jest jego ojciec. Zamieszkaliśmy razem z zamiarem odkładania pieniędzy na zakup czegoś własnego. Pierwszy problem pojawił się w momencie próby zameldowania mnie i córki - wtedy mąż nie był jeszcze mężem, a zameldować można było tylko rodzinę. No więc wzięliśmy z partnerem ślub.

Następnego dnia pojechałam z teściem do administracji z wypełnionym wnioskiem. Okazało się, że nadal nie jest to takie proste, ponieważ według tutejszych przepisów muszę się wymeldować z domu rodzinnego, gdzie miałam stały meldunek. Jeszcze tego samego dnia pojechałam, żeby to załatwić (50 km w jedną stronę). Urzędniczka była lekko zdziwiona, bo zazwyczaj jak się człowiek przemeldowuje, to system automatycznie wymeldowuje taką osobę z dotychczasowego adresu. No ale zaświadczenie załatwiłam i wróciłam z nim do administracji. I tak oto wraz z córką pozostałyśmy na prawie pół roku bez żadnego meldunku. Nie mam pojęcia, dlaczego sprawa się tak przeciągnęła, ale nie była to dla mnie zbyt komfortowa sytuacja, bo jak można nie mieć meldunku, skoro według prawa nadal istnieje obowiązek meldunkowy.

W międzyczasie teść złożył wniosek o wykup mieszkania. On sam mieszkał tam od urodzenia, wcześniej jego ojciec. Po kilku miesiącach dostał odmowę, ponieważ budynek ma status gastronomicznego - cholera wie, jakim cudem, skoro nigdy nie było w nim restauracji. Od zawsze dom ten był podzielony na mieszkania, początkowo pracownicze, później komunalne. Po prostu wcześniej należał do pewnej firmy, a potem przejęło go miasto. Od sąsiadów dowiedzieliśmy się, że kiedy oni składali wniosek o wykup 15 lat temu, to już wtedy dostali odmowę z tej samej przyczyny. Z tego, co się dowiedziałam, my jako najemcy nie możemy zmienić jego przeznaczenia. Doszliśmy z mężem do wniosku, że nie będziemy kopać się z koniem i po prostu pomieszkamy w nim tak długo, dopóki nie uda nam się uzbierać pieniędzy na wkład własny i kupić jakiegoś mniej problematycznego domu.

Ciąg dalszy historii meldunkowej. Jak już wspomniałam, przez prawie pół roku byłyśmy z córką "bezdomne". Dopiero po tak długim czasie dostałam odpowiedź na mój wniosek. Była to zgoda na meldunek czasowy (składałam wniosek o stały) na 3 lata. Stwierdziłam, że dziwne mają podejście, bo z tego wynika, że po 3 latach może im się odmieni i nie przedłużą nam meldunku, co samo w sobie jest absurdalne, skoro mój mąż jest tam zameldowany na stałe.

I na tym właściwie mógłby być koniec piekielności, ale w ostatnim czasie pojawiła się kolejna - wybory. Ruszyliśmy z małżonkiem spełnić obywatelski obowiązek i okazało się, że nie ma mnie na liście wyborców. Miła pani gdzieś zadzwoniła. Uświadomiła mnie, że mnie nie ma dlatego, że mam meldunek czasowy i powinnam była złożyć wniosek o dopisanie do listy. No cóż, można to uznać za mój błąd, że nie domyśliłam się tego wcześniej. Spytałam przy okazji, gdzie w takim razie mogę zagłosować, skoro nie mam innego meldunku. No i wychodzi na to, że nigdzie - nie ma mnie na żadnej liście.

Obecnie czekam na kolejne meldunkowe absurdy, bo jestem w ciąży.

PS.: Uprzedzając komentarze, w Polsce nadal jest obowiązek meldunkowy, chociaż głośno było o pomyśle jego zniesienia.

meldunek

Skomentuj (7) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (145)
Włożę kij w mrowisko.

Jestem w siódmym miesiącu ciąży. Ze względu na problemy z kręgosłupem, muszę być pod opieką neurochirurga, który ma zadecydować o formie porodu. Na nic się nie nastawiam. Wychodzę z założenia, że lekarz lepiej będzie wiedział, co będzie bezpieczniejsze dla mnie i dla dziecka. Kiedyś myślałam, że jeśli zdarzy mi się zajść w ciążę drugi raz, to oczywiście wolałabym rodzić naturalnie, ale wiadomo, w życiu różnie bywa i często oczekiwania zupełnie mijają się z rzeczywistością. Na tę chwilę zarówno neurochirurg, jak i ginekolog bardziej skłaniają się ku cesarskiemu cięciu. No i okej, są to lekarze, którzy znają mój stan zdrowia, ufam im (to naprawdę dobrzy lekarze), a konsultacja z innym ginekologiem tylko potwierdziła wcześniejsze opinie.

Cała piekielność polega na tym, że naprawdę sporo innych matek - zwolenniczek wyłącznie porodu siłami natury - uważa się za wystarczająco kompetentne, by podważać zalecenia lekarzy. Miałam w ostatnim czasie kilka takich sytuacji, w których jakaś znajoma czy ktoś z rodziny pytał o termin i formę porodu, a ja, niestety, mówiłam prawdę jak to u mnie wygląda. W odpowiedzi słyszałam np. "Nie daj się namówić na cesarkę! Lekarze to się nie znają w dzisiejszych czasach" albo "Mnie też bolały plecy i urodziłam naturalnie". Nie chce mi się każdemu tłumaczyć, że ból bólowi nierówny i ja nie jestem w stanie się nawet wypróżnić, bo czuję, jakby mi ktoś w plecy wbijał widły, a przespanie nocy graniczy z cudem, bo nie ma takiej pozycji, w której bólu bym nie czuła. I nie jest to wina mojej wagi, bo do tej pory przytyłam zaledwie 7 kg i naprawdę się pilnuję (liczę kcal w aplikacji), żeby nie przybierać gwałtownie na masie. Poza tym regularnie ćwiczę z hantlami i gumami (tak, mogę), więc to nie jest tak, że się nie staram walczyć z bólem.

Problem zaczął się właśnie po pierwszej ciąży, czyli 8 lat temu. Studiowałam wtedy w szkole wojskowej, a ginekolog, do którego chodziłam, przyjmował w szpitalu wojskowym. Jedyne badania, jakie mi zlecał, to morfologia i badanie moczu (serio, żadnej toxoplazmozy, różyczki, testu obciążenia glukozą, USG - nic). Rozszczep kręgosłupa (nie jest on w tej chwili moim jedynym problemem) w wywiadzie olał. Nie zalecił żadnych dodatkowych badań. Przytyłam ponad 20 kg i dla mojego kręgosłupa nie było to za dobre, jednak koszmar zaczął się właśnie po porodzie. Być może ten, kto miał choć raz w życiu rwę kulszową, jest w stanie sobie wyobrazić ten ból niemijający przez pierwsze pół roku. Później bolało mniej, ale regularnie. Mojemu obecnemu ginekologowi od razu zapaliła się czerwona lampka i wysłał mnie na dalszą diagnostykę.

Reasumując, zalecenie cesarskiego cięcia nie jest ani moją, ani lekarską fanaberią. A jednak na niektóre kobiety działa to jak płachta na byka. Do niedawna wydawało mi się, że takie historie można tylko przeczytać w internecie. Nie sądziłam, że i mnie spotka madkowy hejt.

ciąża

Skomentuj (47) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 129 (137)

#80784

(PW) ·
| Do ulubionych
Wychowałam się w czasach, w których kiedy dziecko przyniosło uwagę/jedynkę do domu, dostawało jeszcze solidny OPR od rodziców. Było to normalne.

Odprowadziłam dzisiaj córkę do zerówki. Wychowawczyni powiedziała mi, że Młoda była wczoraj niegrzeczna, a wielokrotne zwracanie uwagi nie dawało rezultatów. Wzięłam dziecia na stronę i zaczęłam tłumaczyć, że ma się tak nie zachowywać, a za to, że nie słuchała pani, ma szlaban na oglądanie bajek (to tak w skrócie, w rzeczywistości mój wywód był nieco dłuższy).

Młoda miała łzy w oczach, więc kazałam jej się uspokoić i iść do ławki. Kiwnęła głową, przetarła buzię i poszła układać puzzle. Nauczycielka była w szoku. Zaczęła tłumaczyć, że jestem jedną z niewielu matek, które wyciągają konsekwencje z niewłaściwego zachowania dziecka. Przestała wpisywać dzieciom uwagi do zeszytów, bo potem przychodziły mamuśki z pretensjami i tłumaczeniami, że "to przecież tylko dziecko". Brak szacunku do nauczycieli to norma, nawet dyrektorce włażą na głowę. A grono pedagogiczne nic nie może zrobić, bo jak tylko zwrócą uwagę, zaraz zlatują się waleczne madki gotowe zagryźć w obronie swoich młodych.

Jak to powiedziała wychowawczyni, za 20 lat te dzieci będą prezesami firm, politykami, będą zajmować wysokie stanowiska, bo ambicje mają przerośnięte, więc gębą wszystko sobie wywalczą. Tylko społeczeństwo ucierpi na tym ich bezstresowym wychowaniu.

bezstresowe wychowanie szkoła

Skomentuj (43) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (176)

#80398

(PW) ·
| Do ulubionych
10 października obchodzony był Dzień Zdrowia Psychicznego. Zastanawiałam się czy opisać moją historię, nadal nie jestem przekonana czy jest sens, ale może wśród Was jest osoba z podobnymi problemami.

Kiedy byłam dzieckiem w wieku podstawówkowym, wraz z rodzicami i rodzeństwem przeprowadziliśmy się do nowego domu. Wiązało się to ze zmianą szkoły. Rodzeństwo było na tyle młodsze, że praktycznie dopiero zaczynali swoją edukację, więc szybko się zaaklimatyzowali w nowym środowisku. Ja miałam problem. Jak to na wsiach bywa, większość dzieciaków znała się od przedszkola, a przynajmniej od zerówki. Doszła do nich "nowa" z jeszcze mniejszej wsi, niemodnie ubrana (rodziców nie było stać), z bzikiem na punkcie zwierząt (w pierwszym tygodniu szkoły przygarnęłam bezdomnego kota). Wiele było historii o maltretowaniu w szkole, więc nie będę opisywać kolejnej. Powiedziałam o tym rodzicom. Ojciec radził po chrześcijańsku nastawić drugi policzek. Mówił, że to tylko dzieciaki, zaraz im się znudzi i znajdą sobie inną ofiarę. Nie znaleźli. Chciałam się przenieść do równoległej klasy, ale ojciec nie wyraził zgody na takie "wydziwianie". To tak w ogromnym skrócie.

W punkcie 7 historii 79088 wspomniałam o molestowaniu. Nie powiedziałam o tym rodzicom od razu właśnie przez to, że olewali każdy problem, z jakim do nich przychodziłam. Po pierwszej rozmowie z psychologiem okazało się, że cierpię na depresję. Na kolejnej wizycie pojawił się psychiatra w celu przepisania mi odpowiednich leków. Nigdy nie zapomnę, jak ojciec wioząc mnie do lekarza powiedział: "Tylko się nikomu nie chwal, bo to nie jest powód do dumy".

Tak jak pisałam, po trzeciej wizycie rodzice doszli do wniosku, że więcej nie trzeba. Temat depresji nigdy nie powrócił, a ja żyłam ze świadomością, że to wstyd. Choroba wracała średnio co 2 lata, a każdy taki epizod trwał od kilku tygodni do kilku miesięcy. Nie szukałam nigdzie pomocy, bo to przecież wstyd. Z nikim o tym nie rozmawiałam, sama próbowałam sobie z tym radzić. Dopiero po zeszłorocznym epizodzie postanowiłam, że poszukam pomocy, bo tak się nie da na dłuższą metę żyć.

Codziennie zadaję sobie pytanie czy jestem dobrą matką. Nie chciałabym popełnić takich błędów, jakie popełnili moi rodzice, a przez które naprawdę było i jest mi ciężko. Uczucia wstydu, że mam problem, nie da się wymazać.

depresja

Skomentuj (17) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 124 (172)

#80191

(PW) ·
| Do ulubionych
Jakiś czas temu w moim otoczeniu pojawiła się osoba uzależniona od pewnego miękkiego narkotyku, o którego legalizację walczy szerokie grono społeczeństwa. Nie chcę poruszać tematu samej legalizacji, bo nie o to chodzi w mojej historii. Nikt mi jednak nie wmówi, że nie da się od tego uzależnić, ponieważ kontakt z tym człowiekiem udowodnił mi, że jest inaczej (nie jest pierwszą osobą z tym problemem, jaką poznałam). Trwało to ładnych parę lat, właściwie to nawet połowę jego życia. Kiedy go poznałam, nie miał świadomości, że może to być nałóg, chociaż był podręcznikowym przykładem osoby uzależnionej.

Nasze losy na tyle się poplątały, że zaczęły się między nami pojawiać uczucia. I tutaj pewnie pojawi się stos hejtujących komentarzy, po co w ogóle pcham się w związek z osobą uzależnioną. Jest naprawdę dobrym człowiekiem, ale ma problem (a kto ich nie ma...?). Wielokrotnie mu mówiłam, że jeśli pojawi się w nim taka decyzja, żeby to odstawić, to mu pomogę najlepiej jak umiem. Przyszedł moment, kiedy stwierdził, że pora zawalczyć z samym sobą i spróbować. Byłam przeszczęśliwa.

Początki nie były łatwe. Chodził rozdrażniony, nie wysypiał się, pocił się niemiłosiernie. Każdy dzień był dla niego ogromnym sukcesem. Każdego dnia z radością mi oznajmiał, że daje radę i widać było po nim, że cieszy się z tego. Już po dwóch tygodniach pojawiły się pozytywne efekty odstawienia: przybrał na wadze, twarz przestała być tak koścista i nieco się zaokrągliła, nabrał większych chęci do aktywnego spędzania wolnego czasu (wprawdzie od paru lat uprawia regularnie sport, ale przez nałóg nie było widać znaczących zmian w jego wyglądzie). Każda najdrobniejsza zmiana była dla niego dodatkową motywacją. Jednak jak sam stwierdził, robił to dla mnie.

Drobne piekielności zdarzały się notorycznie - koledzy namawiający go na wspólne palenie. Nie docierały do nich tłumaczenia, że już tego nie robi. A jak docierały, przestawali się odzywać. Na palcach jednej ręki mogę policzyć, ilu jego znajomych na informację, że rzuca ucieszyło się i pogratulowało decyzji.

Zdarzyła się sytuacja, gdzie nowo poznany człowiek w mojej obecności zaproponował mu integrację połączoną z "inhalacją". Nie odezwałam się. Mój partner natomiast w żartobliwy sposób powiedział, że baba mu nie pozwala, a kiedy rozmówca nalegał, poinformował go, już na serio, że jest w trakcie "odwyku". Parę razy musiał wykazać się asertywnością i odpowiadać mu, że "nie, nawet jeden raz nie chcę". Był to czas, kiedy nie czuł już takiego "ciśnienia", ale nie chciał testować swojej wytrzymałości.

Jakiś czas później partner miał mu w czymś pomóc (już beze mnie). Kiedy wrócił do domu, opowiedział mi o sytuacji, jaka miała miejsce. Pomimo wcześniejszych odmów, facet postanowił nie odpuszczać i ponownie zaproponował mojemu integrację. Ten się oczywiście nie zgodził. Na co on odpowiedział: "No weź, przecież twojej baby tu nie ma, a czego oczy nie widzą..." Trochę się zirytował, ja zresztą też jak mi o tym powiedział, bo przecież tu nie chodzi o to czy ja coś widzę, a o trzymanie się postanowień. Wytrwał, chociaż do końca dnia był rozdrażniony.

Jak dla mnie jest to sytuacja porównywalna do namawiania alkoholika wychodzącego z nałogu do jednego piwa.

EDIT. Po przeczytaniu komentarzy chciałam tylko podkreślić, że partner nie dał się namówić i nie wrócił do nałogu. Poza tym cieszę się, że żyję w społeczeństwie bez wad i nałogów, a widzę, że kilku komentujących już ukamienowało mojego partnera za to, że jest uzależniony... I nieważne, że człowiek walczy ze sobą, żeby wyjść na prostą. Gratuluję Wam podejścia, drodzy piekielni.

nałóg

Skomentuj (53) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 144 (192)

#79636

(PW) ·
| Do ulubionych
Moi rodzice doczekali się w końcu prawdziwego wnuka (moja córka taką prawdziwą wnuczką nie jest, bo nieślubna). Bratowa jest w końcówce pierwszego trymestru. Odwiedziłam ją ostatnio i udzieliłam kilku rad, które sama kiedyś otrzymałam, a które w niektórych sytuacjach mnie uratowały. Podziękowała i powiedziała, że jestem jedyną osobą, której rady były naprawdę pożyteczne, bo do tej pory się tyle nasłuchała, że już zaczyna się w niej tworzyć paniczny lęk przed porodem i macierzyństwem. Nie dziwię jej się, bo sama nie chciałabym będąc w ciąży słuchać takich rzeczy...

1. Wszystkie zęby jej wypadną, więc powinna zacząć zbierać na implanty. Siostra jej naopowiadała, że kuzynka znajomej koleżanki tak miała, że jej się strasznie w paszczy napsuło jak była w ciąży, więc bratową to też wkrótce spotka.

2. Od mojej kuzynki dowiedziała się, że poród to straszna sprawa i jak dziecko nie urodzi się w terminie, a będzie przenoszone o choćby tydzień, to wody płodowe zaczynają gnić i robią się zielone.

3. Powinna wysypiać się na zapas, bo później dziecko jej nie pozwoli. Do trzeciego roku życia będzie jeden wielki ryk. Najpierw o pokarm, potem przez wyrzynające się zęby.

4. Moja mama wciska w nią jedzenie na siłę, kiedy ją tylko spotyka, bo przecież ma jeść za dwóch. Nikogo nie obchodzi to, że ona po prostu jest jeszcze na takim etapie, że większość pokarmów zwraca.

5. A co z pracą? Wielką panikę zasiał mój ojciec już w momencie, jak się dowiedział, że ponownie zostanie dziadkiem. Przez 3 lata męczył mojego brata, że mógłby się w końcu postarać i coś spłodzić, a jak przyszło co do czego, to nagle zaczął się przejmować ich finansami.

Nie rozumiem takiego podejścia, szczerze mówiąc. Sama też słyszałam różne nieprzyjemne rzeczy będąc w ciąży i nie nastawiały mnie pozytywnie do macierzyństwa. Jaki w tym sens?

macierzyństwo ciąża

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 120 (156)
Historia alijany o piekielnej teściowej: http://piekielni.pl/78887#comment_981213 zmotywowała mnie do opisania moich przeżyć z rodzicami.

Moi rodzice są bardzo wierzący, przy czym ojciec jest typowym chrześcijańskim hipokrytą (w każdą niedzielę i wszystkie święta do kościoła, a po mszy obgadywanie ludzi i psychiczny terror w domu). W chwili obecnej moja sytuacja finansowa nie pozwala mi na wyprowadzenie się od nich z córką. Nie zagłębiając się w szczegóły, jesteśmy skazane na mieszkanie z nimi do końca tego roku, innej możliwości po prostu nie ma. Gdybym miała opisać każdą piekielność z ich strony, musiałabym założyć pamiętnik, bo takie sytuacje zdarzają się praktycznie codziennie. Niektóre z nich:

1. Według moich rodziców żadna choroba i klęska żywiołowa nie jest wymówką, żeby nie pójść do kościoła. Kościół jest najważniejszy. Nieobecność na mszy wiąże się z pójściem do piekła. W ten właśnie sposób moja córka jest "zachęcana" do chodzenia do kościoła.

2. We wcześniejszych historiach wspominałam, że pracuję w administracji w przychodni. W związku z tym, z lekarzami mam stały kontakt i jeśli coś mnie niepokoi, to po prostu z nimi rozmawiam lub jeśli jest taka potrzeba, biorę Młodą i idziemy na wizytę. Młoda miała lekki kaszel. Żadnych innych objawów nie było, ale porozmawiałam z pediatrą. Zalecił inhalacje solą fizjologiczną i nie przejmowanie się, bo dzieci chodzące do przedszkola są narażone na różne alergeny i dopóki córka nie gorączkuje, nie ma powodów do obaw. Rodzice zostali poinformowani o wszystkim. Po dwóch tygodniach kaszel nie mijał, a stał się wręcz bardziej męczący. Młoda dusiła się w nocy. Okazało się, że mój genialny ojciec podawał jej bez mojej wiedzy syrop wykrztuśny, bo "pani w aptece powiedziała, że dobry". Nie wziął pod uwagę tego, że Młoda jest przewrażliwiona na wszystkie syropy wykrztuśne i niezależnie od spożytej ilości potrafi kaszleć tak długo i zawzięcie, aż zwymiotuje.

3. Młoda ma 5 lat i naprawdę dużo rzeczy już rozumie. Doskonale wie, komu może wejść na głowę. Nie winię jej, też kiedyś byłam dzieckiem i najbardziej lubiłam te ciotki, które dawały najlepsze zabawki i na wszystko pozwalały. Jeśli coś przeskrobie i dostanie ode mnie reprymendę, często leci do dziadka, żeby "się wypłakać". Ten z kolei mówi jej, że "mama zła i niedobra, nie słuchaj się jej".

4. Jako że Młoda zna wszystkie cyfry (zarówno po polsku jak i po angielsku) i potrafi pisać większość liter, zapisałam ją od września do zerówki. Mój ojciec stwierdził, że popełniam błąd odbierając dziecku dzieciństwo. Córka początkowo cieszyła się, że się czegoś nauczy idąc do szkoły, ale z czasem temat zaczął u niej wywoływać jakieś dziwne lęki. Okazało się, że kochany dziadek ją straszył, jak źle będzie w zerówce i już nie będzie mogła się bawić, bo myślał, że zmienię w ten sposób zdanie.

5. Nie rozmawiam z rodzicami o moich problemach zdrowotnych, bo ojciec wszystko bagatelizuje. Ponadto uważa, że lekarze są opłacani przez koncerny farmaceutyczne, więc muszą wymyślać ludziom choroby, żeby jak najwięcej leków się sprzedało. Pojechałam ostatnio na rentgen kręgosłupa, który był mi potrzebny na wizytę u ortopedy. Ojcu powiedziałam tylko, że wrócę później z pracy, bo jadę do Innej Miejscowości. Później dowiedziałam się od mojej bratowej, że rodzice wypytywali ją (nie mam pojęcia, czemu akurat ją. Może dlatego, że mieszka 10 km od tej miejscowości) po co tam byłam. Nie była to jednorazowa sytuacja. Bardzo często się zdarza, że wypytują moje rodzeństwo o to, co robię, gdzie i z kim (jakby nie mogli mnie zapytać). A jak się coś ojcu nie podoba, to też nie powie wprost, tylko najpierw zadzwoni do mojej babci, a swojej matki, potem do ciotek, ewentualnie do mojego brata i wszystkim opowie, jaką jestem porażką życiową.

6. Pokój mój i Młodej znajduje się na piętrze. Od lat był w nim problem z ogrzewaniem. Zimą jest tam naprawdę zimno. Rano jak się budzę, potrafi tam być 10 stopni. Uważam, że jest to cholernie uciążliwe. Moje prośby, żeby coś z tym zrobić zawsze kończyły się awanturami. Zadeklarowałam się, że sama wezwę i opłacę hydraulika, który coś z tym zrobi. Ojciec stwierdził, że to nie mój dom, nie mój piec, więc nie mam prawa się wtrącać. Kupiłam więc farelkę, którą włączałam na parę minut przed snem i po przebudzeniu, żeby w pokoju było w miarę ciepło. Ojciec się o tym dowiedział i zrobił jeszcze większą awanturę, bo marnuję prąd.

7. Sytuacja sprzed prawie 20 lat, o którą do dnia dzisiejszego mam żal do rodziców i nie potrafię im do końca wybaczyć. W pewne wakacje, kiedy miałam 10 lat, pojechałam do ciotki i wujka. W dużym skrócie: byłam molestowana przez owego wujka. Rodzicom powiedziałam o tym dopiero po 3 latach (od zawsze mieliśmy takie "idealne relacje"). Matka powiedziała mi, że to moja wina, bo się uparłam, żeby wyjechać gdzieś na wakacje. Ojciec wysłał mnie do psychologa i po trzech wizytach stwierdził, że na więcej szkoda pieniędzy, bo już na pewno mi się poprawiło.

Może Wam się to wszystko wydawać mało piekielne, ale dla mnie to jest codzienność, przez którą tracę nerwy. Każdego dnia przeżywam jeden wielki stres i powoli dochodzę do wniosku, że wyprowadziłam się od psychopaty, ale trafiłam z deszczu pod rynnę.

rodzina

Skomentuj (30) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 173 (229)

#78576

(PW) ·
| Do ulubionych
Rozstałam się z facetem, a do sentymentalnych osób raczej nie należę, więc postanowiłam pozbyć się wszelkich pamiątek po nim. Ostatnią, która mi została, był samochód (gwoli wyjaśnienia, kupiłam go od niego, nie dostałam). Popatrzyłam na ceny danego modelu i wystawiłam auto za 1/3. Dlaczego? Otóż auto było w średnim stanie wizualnym (rdza zaczęła zżerać błotniki i klapę bagażnika). Ponadto miałam świadomość, że mechanicznie na pewno też by się coś znalazło do roboty (hamulce biły, więc obstawiałam, że tarcze do wymiany).

Procedura sprzedaży trwała stosunkowo długo jak na ten model, ponieważ każdemu potencjalnemu kupującemu mówiłam o wszystkich znanych mi mankamentach auta (nie nadaję się na sprzedawcę...). Wspominałam nawet o tym, że samochód pije olej. Podeszłam do sprawy uczciwie. W końcu trafił się ktoś bardziej zdecydowany.

Pan X pojawił się z dwoma kolegami. Obejrzeli samochód dokładnie, a ja powiedziałam, co wiedziałam i co ewentualnie podejrzewałam. Cena spadła o 1000, ale w swojej naiwności wierzyłam, że auto faktycznie nie jest warte więcej. Generalnie cała sprzedaż przebiegła w miłej atmosferze. Nowy właściciel obiecał nawet, że jak już doprowadzi samochód do ładu, to mi wyśle zdjęcia. Od razu zgłosiłam zbycie pojazdu w wydziale komunikacji i zakupiłam nowy rydwan do wożenia moich czterech liter.

Po nieco ponad tygodniu od sprzedaży dostałam smsa od pana X. Pisał w nim, że chciałby jednak zwrócić auto, bo się okazało, że sporo w nim trzeba naprawić. Wiadomość zawierała słowa typu "policja" i "sąd", więc ciśnienie mi podskoczyło. Zadzwoniłam do niego, żeby sprawę wyjaśnić.

[X] No bo dałem auto do mechanika i okazało się, że do zrobienia jest most, przeguby i całe zawieszenie (wszystkie te elementy zostały wymienione na nowe przez mojego byłego). Mechanik się dziwił, że przejechałem tym autem pół Polski.
[Ja] Szczerze mówiąc nie wiem, co w takiej sytuacji zrobić, bo zgłosiłam już zbycie pojazdu.
[X] Po co mamy się po sądach ciągać? Przywiozę ci auto z powrotem i mi zwrócisz kasę.
[Ja] Ale ja zgłosiłam zbycie w urzędzie. Poza tym zdążyłam już kupić nowe auto.
[X] Mogę ci ewentualnie zaproponować, że pogadam z tym mechanikiem i po prostu opłacisz to, co jest do wymiany.

Jako podręcznikowy przykład naiwniaka wstępnie zgodziłam się na jego propozycję. Po skończonej rozmowie popytałam bardziej obeznanych samców, co sądzą o zaistniałej sytuacji. Wszyscy (łącznie z prawnikiem) zgodnie stwierdzili, że facet może się wypchać trocinami. Po pierwsze, auto zostało sprzedane za grosze w porównaniu do tzw. igieł. Po drugie, jaką mogę mieć pewność, że facet nie próbuje mnie naciągnąć? Przecież mógł równie dobrze wywinąć jakiś numer, a teraz ja miałabym za to płacić. Poza tym przypomnę: przyjechał z dwoma innymi osobnikami płci męskiej. Ja się nie znam, nie jestem przewrażliwiona na każde stuknięcie w aucie, ale ich było łącznie trzech i każdy z nich obejrzał je na tyle dokładnie, na ile to było możliwe. W umowie sprzedaży znalazł się również punkt o tym, że kupujący oświadcza, iż znany mu jest stan techniczny pojazdu, który bierze.

X zadzwonił z informacją, że jednak obstawia przy zwrocie. Powiedziałam mu grzecznie, że porozmawiałam z kilkoma osobami i nie będzie żadnych zwrotów czy opłacania mechanika, bo nie ma ku temu podstaw. Zakończył rozmowę groźbą (a właściwie oświadczeniem) pójścia do rzeczoznawcy i do sądu. Mimo iż według prawnika nie mam czym się przejmować, to jednak cała ta sytuacja wyprowadziła mnie z równowagi.

Przy sprzedaży obecnego auta sama będę się upierać o zabranie go na jakąś stację diagnostyczną, żeby sobie nerwów oszczędzić...

sprzedaż_auta

Skomentuj (8) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 164 (190)

#78478

(PW) ·
| Do ulubionych
Miesiąc temu koleżanka z biura zamówiła parę pierdół do przychodni. Współpracujemy z kilkoma firmami sprzedającymi tzw. jednorazówki (szpatułki, wzierniki, gaziki itp.). Cały proces zakupu wygląda tak, że rozsyłamy po owych firmach listę interesujących nas produktów, otrzymujemy od nich wycenę i wybieramy tam, gdzie taniej. Tak było i tym razem. Zamówienie złożone w firmie H.

Koleżanka została poinformowana, że nasze zamówienie zostanie wysłane po weekendzie z powodu braków magazynowych, więc uzbroiłyśmy się w cierpliwość. Ale minął jeden tydzień, a potem drugi, a paczki brak. Zadzwoniła do przedstawiciela handlowego H (niech mu będzie na imię Krzysztof; gwoli wyjaśnienia, jest współwłaścicielem firmy). Okazało się, że kurier w ogóle nie odebrał przygotowanej przez nich przesyłki. No dobra, pan Krzysztof poprzepraszał i obiecał dopilnować, aby jeszcze tego dnia została nadana.

Faktycznie, nazajutrz koleżanka odebrała telefon od kuriera, który dzwonił z zastrzeżonego numeru, z pytaniem, do której może przyjechać. Nasze biuro jest czynne przeważnie do 15-16, ale przychodnia otwarta jest dłużej, o czym szanowny pan kurier został poinformowany. W czasie naszej pracy się nie pojawił, ale się nie zmartwiłyśmy.

Następnego dnia okazało się, że nie było go wcale, a ośrodek zamykany był wyjątkowo dopiero po 22. Zadzwoniłyśmy więc do pana Krzysztofa, ten z kolei skontaktował się z firmą kurierską. Jakimś cudem w systemie widniała informacja, że "paczka niedoręczona z powodu, że nikt jej nie odebrał, bo nikogo nie było". Zaproponowałam więc, że zamówimy naszego kuriera, bo przecież mamy umowę z firmą kurierską. Pan Krzysztof na to przystał. Ale pojawił się kolejny problem, ponieważ "jego" kurier nie zdążył przynieść odesłanej do nadawcy paczki przed przyjazdem "naszego" kuriera. Ponowiłam zamówienie na dzień następny. Tym razem kurier w ogóle się nie pojawił. No ale tego dnia była jakaś awaria systemu i nie można było robić zleceń, więc jakoś to przebolałyśmy. Pan Krzysztof stwierdził, że zawiezie paczkę z przygotowaną etykietą do punktu. My z kolei poprzeklinałyśmy na wszystkie możliwe firmy kurierskie.

I na tym historia mogłaby się szczęśliwie zakończyć. Minął jednak tydzień, a zamówienia nie ma. Dzisiaj zadzwonił pan Krzysztof z wyjaśnieniami, które sprawiły, że obie spadłyśmy z naszych profilowanych foteli obrotowych. Okazało się, że paczka, która od miesiąca nie może do nas dojść, NIGDY NIE ISTNIAŁA! Pan Krzysztof nas oczywiście bardzo przepraszał, ale jego firma ma akurat problemy finansowe i producenci nie chcą mu dostarczać towaru "na gębę", tylko żądają zapłaty z góry. Nasze zdenerwowanie osiągnęło punkt kulminacyjny, więc w biurze zrobiło się naprawdę ciasno od tych wszystkich panien lekkich obyczajów. A rzekomy kurier, który dzwonił do koleżanki, był po prostu zwykłym pracownikiem pana Krzysztofa.

W myślach tylko przeprosiłyśmy wszystkich kurierów, na których tak wcześniej narzekałyśmy, bo oberwało im się niesłusznie. Z firmy H na pewno już nic nie zamówimy...

przychodnia

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 210 (220)
Jestem fanką chyba najczęściej hejtowanej marki samochodów (kojarzone głównie z dresami). Swój egzemplarz oczywiście posiadam. Dbam o niego najlepiej jak umiem. W sumie to jest to mój drugi egzemplarz. Poprzedni jakiś czas temu postanowiłam sprzedać, ponieważ miałam okazję kupić tę samą budę z lepszym wyposażeniem i mocniejszym motorem za niewielkie pieniądze po znajomości.

Wystawiłam więc moje prawie 200-konne coupe na popularnym portalu za cenę dość niską jak na ten model w tym kolorze i z tym silnikiem. Gratis dorzuciłam nawet felgi z oponami letnimi, które kupiłam jako nowe, a przejeździłam na nich tylko jeden sezon. Liczyłam się z tym, że ogłoszenie przyciągnie głównie młodzież, ale jedna rozmowa (smsowa) szczególnie mnie rozbawiła. [J] - ja, [K] - potencjalny Kupiec.

[K] Auto aktualne?
[J] Tak.
[K] Jestem zainteresowany, ale cena strasznie duża. Powie pani coś mniej to dziś przyjadę.
[J] Cena do negocjacji, więc do X-1000 zł mogę spuścić.
[K] Dalej strasznie dużo, co pani powie na 2/3 tej ceny?
[J] Bądźmy poważni :-)
(Tu próbował się targować)
[J] Proszę Pana, przede wszystkim nie widział Pan auta, więc o co my się targujemy? Proszę zobaczyć, jakie są ceny tego auta z tym silnikiem i w tym kolorze na allegro. To i tak mało, a w zestawie są koła z oponami letnimi dodatkowo.
[K] Proszę pani, mam tylko tyle uzbierane. Zrobi pani promocję a ja wezmę bez marudzenia :)
[J] Proszę uzbierać jeszcze trochę pieniędzy, to ja nie będę marudzić :-)
[K] Proszę pani, da pani młodym szansę ;) To jak?
[J] Niestety, poniżej X-1000 nie zejdę. Ale za proponowaną przez Pana cenę można już kupić compacta :-)
[K] Proszę pani, takie żarty są nie na miejscu
[J] To co pan proponuje za coupe z mocnym silnikiem to też żart nie na miejscu :-)
[K] Myślałem, że pani jest inna niż wszystkie kobiety, ale niestety się myliłem :( trudno.

Po tej rozmowie zaznaczyłam w ogłoszeniu, że nie odpisuję na smsy i maile.

sprzedaż auta

Skomentuj (13) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 191 (223)