Momencik, trwa przetwarzanie danych   loading-animation
Profil użytkownika

Nikodem

Zamieszcza historie od: 30 marca 2016 - 15:55
Ostatnio: 5 września 2019 - 14:39
  • Historii na głównej: 15 z 24
  • Punktów za historie: 3991
  • Komentarzy: 68
  • Punktów za komentarze: 284
 
poczekalnia

#85232

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia o beztrosce i nieodpowiedzialności graniczącymi z głupotą.

Rodzina ze strony ojca ma predyspozycje do cukrzyczy i nadciśnienia. Dotyczy to tak mojego taty, jak i jego brata.

Dopóki nie dzieje się nic poważniejszego, człowiek przymyka oko na te problemy. W przypadku mojego taty przymykanie oczu skończyło się na rozległych, nie gojących się miesiącami oparzeniach, których po prostu nie poczuł. Lekarze stwierdzili, że to jeden ze skutków cukrzycy. Od tamtego czasu zmieniła się dieta (chleb żytni w miejsce białego i generalnie eliminacja wszystkich produktów podnoszących cukier), zaczęły się regularne pomiary cukru i branie leków. Dodatkowo diety pilnuje mama. W efekcie poziom cukru we krwi jest trzymany w ryzach, na bezpiecznym poziomie, jedynie okazjonalnie skacze ponad normę (zazwyczaj w przypadku świąt).

Wujek miał podobną historię problemów: przebyty zawał oraz kilka pobytów w szpitalu spowodowanych cukrem przekraczającym normę kilkukrotnie! Lekarze mieli problem ze zbiciem poziomu glukozy. Czy wyciągnął z tego wnioski? Gdzie tam. Po każdej wizycie w szpitalu na kilka dni przerzucał się na chleb żytni, potem wracał do białego. Na nasze pytania, dlaczego tak robi, zgodnie z żoną twierdził, że taki bardziej im smakuje. Na tłusty czwartek usmażonych zostało 100 (!) pączków. Zniknęły w 3 dni. Normą było zjedzenie na obiad 20 pierogów ruskich. Na nasze delikatne sugestie, by nieco zmienić nawyki żywieniowe jego dzieci odpowiadały, że jaky im ktoś zakazywał jeść, to by nie dały rady. Cukier nie jest sprawdzany regularnie, zgodnie z zasadą: jak nie widzę, to nie mam czym się martwić. Leków również nie bierze regularnie. Taki styl życia oczywiście odbija się na zdrowiu. Wujek pomimo niecałych 60 lat nie jest w stanie pójść na krótki spacer, tak bolą go nogi. Na sugestię by pójść do lekarza, odpowiada, że jak nie chodzi to go nie bolą.

Podsumowując wujek wykańcza siebie przy całkowitej aprobacie rodziny. Tylko, że jeśli zejdzie z tego świata w ciągu kilku najbliższych lat, a najbliżsi będą zawodzić "Dlaczego Bóg zabrał go nam tak wcześnie?", to przysięgam, że parsknę śmiechem.

zdrowie

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 48 (64)

#85191

(PW) ·
| Do ulubionych
Poprzednia historia z MPSH (Mój Poj*bany Szef Hindus) się przyjęła (https://piekielni.pl/85119), więc czas na kolejną.

Poprzednio wspomniałem, że MPSH paranoicznie nas kontrolował, a gdy dołączyć do tego kolejną jego cechę - sknerstwo - otrzyma się bodaj największą (obiektywnie) piekielność.

Sknerstwo MPSH objawiało się na wiele sposobów, o których w przyszłości może wspomnę, jednak najbardziej z tego powodu cierpiały jego dzieci.

Polityka w większości szkół/przedszkoli w kraju mojego pobytu była prosta - jeśli dziecko jest chore, ma być bezwzględnie zabrane przez rodzica. Podejście bardzo słuszne. W przypadku MPSH kończyło się to przyprowadzaniem dziecka do laboratorium. Dlaczego? Po pierwsze, jak już wspomniałem, pracowników należy kontrolować, więc pracę można opuścić tylko w ekstremalnych sytuacjach (nie, choroba dziecka nie jest ekstremalną sytuacją), po drugie szkoda kasy na nianię. MPSH twierdził, że nianie są zbyt drogie, a jednocześnie chwalił się tym, że ma w kraju trzy czy cztery domy, które wynajmował, ciężko więc mi było kupić argument o kosztach opieki.

Wyobraźcie sobie, jak to wyglądało: po labie biologicznym kręcił się zasmarkany kilkulatek, który mógł zrobić krzywdę sobie, albo i coś zniszczyć, nie wspominając już o tym, że wszędzie rozsiewał zarazki, które mogły zarazić nas lub hodowle albo zepsuć eksperymenty. W najgorszej sytuacji, jakiej byłem świadkiem, dzieciak z wysoką gorączką leżał owinięty kocem na podłodze w gabinecie MPSH i pojękiwał przez sen. A wszystko to w imię oszczędności i kontrolowania pracowników.

Ojciec roku (a raczej rodzice roku, bo żona MPSH wyznawała identyczną zasadę).

zagranica rodzice roku.

Skomentuj (5) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 128 (134)

#85119

(PW) ·
| Do ulubionych
Ostatnie dwa lata spędziłem w zagranicznym ośrodku naukowym. Przygodę w tamtym miejscu mam już na szczęście za sobą, za to wróciłem z całym naręczem piekielnych historii, które w 99% dotyczą mojego szefa (zwany dalej MPSH - Mój Poj*bany Szef Hindus). Wstawię jedną na próbę, zobaczymy, czy się przyjmą.

Gwoli wyjaśnienia: podejrzewam, że większość piekielności szefa nie wynikała z, powiedzmy, wrodzonego popieprzenia, a raczej ze specyficznej kultury, ponieważ podobne cechy oraz stosunek do pracy wykazywali inni Hindusi, których spotkałem na swojej drodze.

Pierwszą, bodaj najbardziej irytującą mnie piekielnością był totalny brak zaufania do pracownika i wynikające z tego kłamstwa. Co istotne, ten brak zaufania nie zmieniał się z czasem, był tak samo silny na początku mojej pracy, jak i na jej końcu.

Otóż MPSH był święcie przekonany, że jak nie patrzy, to pracownicy nie pracują. Zazwyczaj wiązało się to z ciągłym kontrolowaniem każdego naszego kroku i mikromanagementem, co samo w sobie było irytujące i męczące (bo jak spokojnie planować i wykonywać eksperymenty, jeśli cały czas czuje się oddech szefa na karku?), jednak najzabawniejsze (a czasem i najbardziej irytujące) były kłamstwa.

Specyfika pracy kierownika grupy badawczej wymaga ciągłych wyjazdów, a to na konferencje, a to by udzielić gościnnych wykładów, etc. - ale to oznacza, że nie będzie go w laboratorium, a więc pracownicy nie będą pracować! Wyjście jest jedno: skłamać. Tak więc ilekroć MPSH miało nie być, wymyślał na poczekaniu jakieś kłamstewko. Oczywiście wewnątrz zespołu niemal natychmiast go rozgryźliśmy i stworzyliśmy słownik terminów:

"Wrócę za godzinę." - "Nie będzie mnie do końca dnia."
"Przyjdę po południu." - "Nie będzie mnie cały dzień."
"Wyjeżdżam (np.) w środę" - "Nie będzie mnie też we wtorek."
"Wyjeżdżam na tydzień" - "Tak naprawdę to wyjeżdżam na dwa."

Sprawdzało się to w 99% przypadków. Ciężko powiedzieć, czy te kłamstwa weszły MPSH w krew, czy może cały czas był przekonany, że mu wierzymy. Na pierwszy rzut oka wygląda to mało piekielnie, jednak nigdy wcześniej nie spotkałem się z takim zachowaniem, a wręcz trudno mi było uwierzyć, że tak można się zachowywać. Rzutowało to na mój szacunek do MPSH (bo jak można szanować kogoś, kto zachowuje się jak dziecko).

Szczytem tej formy piekielności MPSH była sytuacja, gdy miałem zaplanowany eksperyment (na piątek), do którego potrzebowałem specyfików, które mógł mi wydać tylko MPSH i tylko tuż przed użyciem, a MPSH wyjechał bez słowa w środę rano i nie było go przez tydzień. Nadmienię, że MPSH był w pełni świadom moich zamiarów, ponieważ eksperyment wymagał z mojej strony długich przygotowań i dogadywania się z wieloma ludźmi jednocześnie. Ale priorytetem było, by pracownik nie wiedział, że MPSH wyjeżdża.

Koniec końców udało mi się uzbierać wystarczającą ilość specyfików z resztek w labie (totalnie olewanie regulaminów to temat na inną historię), ale co się naprzeklinałem, to moje.

zagranica

Skomentuj (4) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 172 (192)

#76913

(PW) ·
| Do ulubionych
O idiotach drogowych.

Najpierw krótki opis miejsca akcji: wąska, dwukierunkowa uliczka z torami tramwajowymi, które nie mają własnego "pasa ruchu" odrębnego od samochodowego. Uliczka kończy się rondem. Jak nietrudno się domyślić, w takich warunkach bardzo łatwo o korek, który (ze względu na ulokowaniu uliczki na mapie drogowej) mógłby sparaliżować ruch w centrum miasta. Jeszcze łatwiej, gdy trafi się jakiś idiota.

Pewnej paniusi baaaaardzo się spieszyło załatwić swoje sprawy, a że wszystkie miejsca parkingowe w promieniu dziesięciu-dwudziestu metrów były zajęte, zwyczajnie wysiadła z samochodu na samym środku uliczki i gdzieś pobiegła. Samochody, jakoś jej samochód objeżdżały, ale wkrótce podjechał tramwaj, który już takiego manewru wykonać nie mógł. I stał tak najpierw 5, potem 10 minut, lada chwila miały podjechać kolejne tramwaje i pewnie albo doszłoby do tego paraliżu, albo zostałaby wezwana straż miejska, ale na szczęście paniusia zdążyła wrócić i szybko odjechać.

Niby ostatecznie nic się nie stało, ale gdzie tacy ludzie mają rozum?

janusze drogowi

Skomentuj (16) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 242 (248)

#76672

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia o problemach z komunikacją.

W wakacje w zeszłym roku od współlokatora (jak to studenci, wynajmujemy mieszkanie), że przyszedł do nas sąsiad z piętra niżej w asyście wkurzonej pani z administracji, która oznajmiła:

- Od dwóch miesięcy zalewacie mieszkanie poniżej, wyłączam wam wodę i macie natychmiast to naprawić. Już raz została wam odłączona, ale najwyraźniej to nie pomogło.

Napomknęła też coś o konsekwencjach. Winny okazał się prysznic, a raczej nieistniejąca uszczelka od brodzika. Szybko poinformowałem osobę odpowiadającą za mieszkanie. Następnego dnia przyszedł pan złota rączka i zasylikonował krawędzie brodzika. Problem natychmiast zniknął.

Teraz gdzie piekielność. Dowiedzieliśmy się, że zalewaliśmy sąsiada od dwóch miesięcy. Przez ten czas nie mieliśmy o tym bladego pojęcia, nikt się z nami nie skontaktował. Ponoć sąsiad próbował, ale ciężko mi uwierzyć, że przez cały ten czas ani razu nie udało mu się trafić na nas w mieszkaniu. Tym bardziej, że takie zacieki pojawiały się wtedy, kiedy ktoś wodę lał, a więc łatwo było wywnioskować, że wtedy ktoś mieszkaniu jest. Prysznic był używany i rano, i wieczorem, a czasem i w środku dnia, więc przy odrobinie chęci natrafienie na któregoś z nas nie powinno być problematyczne.

Druga rzecz, to odłączenie wody, o którym wspominała pani z administracji. Przez kilka dni miałem szczery ubaw, no bo przecież nikt u nas wody nie odłączył, więc pewnie zrobili to komuś innemu. A potem przyszło olśnienie. Faktycznie, gdy przyjechałem po którymś weekendzie do mieszkania, zorientowałem się, że w łazience nie ma wody. Zawory są zlokalizowane na zewnątrz w skrzyneczkach, do których praktycznie każdy ma dostęp. "Ktoś" po prostu przekręcił zawór. Pomyślałem, że zrobił to z jakiegoś powodu współlokator, który gdzieś wyjechał, więc zwyczajnie odkręciłem i o sprawie zapomniałem. Nikt przy tej okazji nie zostawił kartki, czy choćby listu w skrzynce o istniejącym problemie, tylko zwyczajnie wodę zakręcił. I domyśl się tu człowieku, że zakręcony zawór oznacza reprymendę ze strony administracji.

My, na szczęście, problemów nie mieliśmy, ale ktoś zapewnił sobie grzyba na ścianie i pewne malowanie łazienki (a może i więcej).

życie w mrówkowcu

Skomentuj (1) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 249 (261)

#76431

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia z zeszłorocznego Sylwestra, w której to ja i rodzice byliśmy niezamierzenie piekielni wobec siostry i brata.

Jak to w Sylwestra ludzie idą się bawić w towarzystwie. Tak też uczyniło moje rodzeństwo. Ja oraz rodzice nie mieliśmy żadnych planów, więc postanowiliśmy świętować we własnym małym gronie. Z tego względu rodzeństwo nie wzięło ze sobą kluczy do domu (albo zapomnieli przez gapiostwo, już nie pamiętam).

W trakcie oczekiwania na Nowy Rok, jak to zwykle bywa, to i owo z rodzicami wypiłem. Nie do nieprzytomności, ale w głowie trochę szumiało. Wybiła północ, pooglądaliśmy fajerwerki, życzyliśmy sobie wszystkiego najlepszego i poszliśmy spać. Resztę historii znam z relacji brata i siostry.

Jeśli ktoś pamięta, w zeszłym roku prawdziwa zima przyszła tuż po świętach i w Sylwestra nocą panował ponad dziesięciostopniowy mróz. Brat i siostra swoje imprezy skończyli mniej więcej w tym samym czasie i już o trzeciej stali pod domem. No właśnie - stali.

Mieli przykazane, by po powrocie dzwonić do mnie, żebym ich wpuścił do domu. Tak też zrobili, jednak pojawił się problem - wyciszyłem telefon i za diabła nie słyszałem wibracji. Z przyzwyczajenia mam telefon wyciszony i zwyczajnie zapomniałem przed snem zmienić ustawienia. Normalnie nie jest to problem, bo telefon kładę tuż przy łóżku, a sen mam na tyle płytki, że byle dźwięk mnie budzi. Tym razem tak nie było. W związku z tym, rodzeństwo zaczęło dzwonić do rodziców. Pomimo tego, że rodziców telefony nie były wyciszone i tak spali jak zabici.

W tym momencie brat i siostra zaczęli się stresować. Opcji mieli niewiele, więc na przemian używali domofonu (a jego dźwięk jest bardzo głośny) i próbowali się dodzwonić. Nic nie pomagało. Po dwudziestu minutach na mrozie, w akcie desperacji brat przelazł przez ogrodzenie (rozrywając sobie przy tym kurtkę) i próbował dobijał się do drzwi (dzwonek przy drzwiach jest nawet głośniejszy niż od domofonu). Nic to nie pomagało. Siostrze udało się dobudzić dziadków (którzy, jeśli ktoś pamięta jedną z moich poprzednich historii, są naszymi sąsiadami), więc przynajmniej widmo zamarznięcia na śmierć zostało oddalone.

W końcu po około 40 minutach wydzwaniania wszelkimi metodami - udało się, drzwi zostały otworzone. Co ironiczne - przez niemal całkowicie głuchą babcię, która rok rocznie spędza zimę u nas.

Następnego dnia mnie i rodziców męczył kac moralny - czterdzieści minut pisków porównywalnych z zarzynaniem kota, a myśmy spali snem sprawiedliwych.

Sylwester

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 190 (258)

#76446

(PW) ·
| Do ulubionych
Historia przedszkolna.

Stwierdzenie, że każde dziecko jest inne, to raczej truizm. Kto jak kto, ale przedszkolanki powinny to rozumieć i akceptować pewną dozę indywidualnych przyzwyczajeń u podopiecznych. Problem pojawia się, gdy nie rozumieją.

Ja o tyle odstawałem od reszty rówieśników, że nie miałem w zwyczaju drzemać w trakcie dnia, tylko byłem na chodzie od rana do wieczora. A w przedszkolu były obowiązkowe 45-minutowe drzemki w południe. I panie przedszkolanki miały ze mną problem, bo albo nie chciałem zasypiać, albo jak już zasnąłem, to spałem kilka godzin. Pół biedy, gdyby przyjęły do wiadomości, że taki już mój urok i dały mi spokój, zamiast tego zaczęły podejrzewać niestworzone rzeczy i swoimi obawami podzieliły się z moją rodzicielką:
- Czy Nikodem bierze jakieś leki? - zapytały pewnego razu.
- Co? Nie bierze żadnych leków, skąd taki pomysł? - odparła zdziwiona rodzicielka.
- Bo nie zachowuje się normalnie.
- Słucham?
- A tak. Bo wszystkie dzieci w połowie dnia mają drzemkę, a Nikodem albo nie zasypia, albo nie można go dobudzić.
- Mówiłam już pani, że mój syn nie śpi w środku dnia, a jak już zaśnie, to proszę się nie dziwić, że nie chce wstawać.
- Proszę pani, WSZYSTKIE dzieci drzemią w ciągu dnia.

Na takie dictum moja mama się poddała. Krótko potem zostałem zabrany z przedszkola i już do niego nie wróciłem.

Przedszkole

Skomentuj (21) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 169 (223)
zarchiwizowany

#76468

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Tak mi się przypomniało, na fali wspominek.

Mój dziadek przed śmiercią spędził ponad cztery miesiące w szpitalu. Coś strasznego, nikomu nie życzę takiego końca. Ponieważ leżał na oddziale intensywnej terapii mnie jako dziecku nie wolno było go odwiedzić (a może tylko rodzice mnie okłamywali, by oszczędzić mi takich widoków, poprawcie mnie, jeśli się mylę). Z tego względu zapamiętałem go jako jeszcze w miarę zdrowego człowieka. Mama twierdzi, że po śmierci była w stanie poznać go tylko po dłoniach, tak zmienił się na twarzy.

Przed pogrzebem wujek zabrał swoje dzieci (jedenasto- i ośmioletnie) do kostnicy, żeby zobaczyły ciało dziadka. Argument? Bo dzieci muszą się oswajać ze śmiercią. Wtedy im zazdrościłem, teraz po latach jestem wdzięczny rodzicom, że mnie tego widoku oszczędzili. Nie wiem, jak posrane w głowie trzeba mieć, by zafundować dzieciom jako ostatnie wspomnienie dziadka obraz jego wymęczonego chorobą ciała. Jaka niby lekcja z tego miała płynąć?

kostnica

Skomentuj (42) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 35 (135)
zarchiwizowany

#76242

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Historia z komunikacji miejskiej sprzed kilku dni.

Z uczelni wracam tramwajem. Tuż po tym jak do niego wszedłem i ustawiłem się w dogodnym dla mnie miejscu, wsiadł też starszy mężczyzna ([G]deracz) a za nim jego [C]órka. Chwilę po tym niemal dostałem z bara, gdy facet rozjuszony przepchnął się wgłąb tramwaju. Rzucił w moją stronę tylko:
[G] - A ci młodzi stoją jak te barany i przejść nie dają!
Córka tylko mu przytaknęła:
[C] - Tak tato, zero kultury w tych czasach, samo chamstwo.
Cóż zdolności czytania w ludzkich myślach nie mam, więc nie miałem pojęcia o zamiarach parki, tym bardziej że w żaden sposób mi ich nie zakomunikowali. Nic nie odpowiedziałem, bo czułem że dyskusja i tak byłaby jałowa. Dziadek w końcu usiadł kawałek dalej i przestał gderać.
Na kolejnym przystanku wsiadła matka z dwójką małych dzieci. Miejsca dzieciakom ustąpił starszy mężczyzna (inny) siedzący tuż przed tym gderaczem. Co ważne, miejsce dalej siedziała młoda [D]ziewczyna i to ona stała kolejnym celem ataku:
[G] - Cholera, kto to widział, starsi ludzie ustępują dzieciom, a tu siedzi młoda i ma wszystko w dupie - i w podobny sposób nakręcał się przez kilka chwil (a córka tylko mu przytakiwała), nim dziewczyna się zorientowała:
[D] - Pan do mnie mówi?
[G] - Tak! Do ciebie! Siedzi taka rozwalona jak krowa a mogłaby wstać!
Tu w obronie dziewczyny stanął facet, który ustąpił miejsca dzieciakom i wywiązała się krótka sprzeczka. W końcu córka gderacza postanowiła ją uciąć:
[C] Proszę państwa, proszę odpuścić ojcu, on jest po trzech udarach, jest chory i nic już nie rozumie.
[D] - A ja jestem po wyrwaniu ósemki i się źle czuję po znieczuleniu!
[C] - Proszę pani, proszę pani, tu nie ma co porównywać.
[D] - To starym wolno się źle czuć, a młodym to już nie, tak?!
I się popłakała. Córka wróciła do "uspokajania" ojca, że zero kultury w tych czasach. Co było dalej - nie wiem, bo akurat wysiadłem.

Żeby nie było, nie uważam starszego mężczyzny za piekielnego, bo jeśli wierzyć jego córce, faktycznie nie wiedział, co robi. Natomiast piekielna była ona, bo zamiast postarać się jakoś ojca uspokoić i załagodzić sytuację, tylko mu przytakiwała.

komunikacja miejska

Skomentuj (18) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 61 (117)
zarchiwizowany

#76015

(PW) ·
| było | Do ulubionych
Jakimi cwaniakami potrafią być ludzie.

W skrócie: jestem studentem i jak większość studentów wynajmuję mieszkanie. Tak się złożyło, że blok, w którym mieszkam należy do bardzo fajnej spółdzielni: zapewnia regularne przeglądy, remonty etc. Co jest ważne - spółdzielnia o wszystkim informuje wywieszając wielkie ogłoszenia na drzwiach od klatek, nie sposób ich przegapić, ponadto mieszkaniec nie ponosi żadnych własnych kosztów tychże działań, wszystko jest zawarte w czynszu.

Akcja właściwa.
Słyszę dzwonek do drzwi, otwieram. Równocześnie drzwi otworzyła sąsiadka z naprzeciwka. Od razu zostaliśmy zaatakowani przez faceta, który jak karabin maszynowy wypalił:
- Dezynsekcjarobięzapisynajutro9-10albo18-19naktórązapisać?
Tak, naprawdę brzmiało to jak jedno słowo. Pierwsza odpowiedziała sąsiadka, ja czekałem na swoją kolej. Całego dialogu nie ma sensu przytaczać, najważniejsze było tylko to zdanie:
- Płatne 40 zł, dziś jutro, kiedy pani płaci?
W tym momencie w głowie zapaliła mi się czerwona lampka. Po pierwsze, nie widziałem ogłoszenia o żadnej akcji dezynsekcji, po drugie, gdyby nawet taka była, to byłaby darmowa, a po trzecie - od samego początku mojego wynajmu (czyli ponad rok) robaka w mieszkaniu nie widziałem. A facet wparował tak, jakby to była obowiązkowa akcja. Więc się zapytałem:
- Czy ta dezynsekcja jest obowiązkowa?
Facet z wyraźnie skwaszoną miną odpowiedział:
- No ja pana do niczego nie zmuszę - wtedy z jednego z sąsiednich mieszkań wyszła kolejna sąsiadka i do niej rzucił: - Dezynsekcję robię, jest pani zainteresowana?
Ach, więc teraz już tylko jest dla zainteresowanych.
- Wie pan co, ja podziękuję - i zamknąłem drzwi.

40 zł nie pieniądze, ale po pierwsze chwilowo muszę liczyć każdy grosz, a po drugie nie znoszę takiego cwaniactwa.

mrówkowiec

Skomentuj (3) Pobierz ten tekst w formie obrazka
Ocena: 5 (33)